SZKICE

K A U K A Z U

 

 

PRZEZ

 

WŁ. STRZELNICKIEGO

 

 

 

 

ŻYTOMIERZ

Nakładem J. STRZELNICKIEGO

̶

1860

 


Władysław Strzelnicki

„Szkice Kaukazu”

 

Publikacja sfinansowana w ramach projektu

„Biblioteka Kaukaska”

pod kierownictwem

ks. dr. hab. Józefa Wołczańskiego, prof. UPJPII

 

finansowanego przez

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

w ramach

Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki

 

Przepisanie i opracowanie

mgr Grzegorz Gilewski

Wstępem opatrzyła

 dr Elżbieta Lijewska

 

 

 

 

 

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie

Kraków 2013

 

 


Spis treści

 

Wstęp –  Władysław Strzelnicki: „pisarz wielkich nadziei”                                          

Rozdział I                                                                                                                           

Rozdział II Wycieczka do Inguszów                                                                                

Rozdział III Kaukazkie Mineralne Wody                                                                        

Rozdział IV Kilka słów o Kozakach                                                                                 

Rozdział V Wyjątek z listu J… Z… do Wł. Strzelnickiego                                               

Rozdział VI Odpowiedź Wł. Strzelnickiego                                                                     

Indeks nazw osobowych i geograficznych                                                                     


 

Wstęp

 

Władysław Strzelnicki: „pisarz wielkich nadziei”

 

„Filareta” z Kijowa

 

            Władysław Strzelnicki, przedstawiciel tzw. „kaukaskiej grupy” poetów, pochodził z Podola. Urodził się w 1820 (lub 1818) roku w rodzinie szlacheckiej jako syn Mikołaja Strzelnickiego z majątku Piaseczna w powiecie kamienieckim[I]. Z notki biograficznej, znajdującej się w dokumentach śledztwa z 1839 roku, wynika, iż ukończył gimnazjum w Kamieńcu Podolskim, natomiast Zygmunt Starorypiński w swoim pamiętniku zanotował, iż:  „Władysław Strzelnicki przygotowywał się do uniwersytetu sam w domu w Pasiecznej na wsi”[II].

            W 1836 roku został przyjęty na Wydział Filologiczno-Filozoficzny Uniwersytetu św. Włodzimierza w Kijowie. Studiował w jednym z najlepszych okresów uniwersytetu kijowskiego, ponieważ uczyli tam profesorowie zamkniętego przez władze Liceum Krzemienickiego. Na Wydziale Filologiczno-Filozoficznym wykładał m.in. znakomity filolog klasyczny Maksymilian Jakubowicz, a także dramaturg Józef Korzeniowski. Wykłady Jakubowicza wypowiadane były po łacinie, „stylem świetnym”,  z wielką erudycją i zapałem; wyróżniały się „umiłowaniem przedmiotu i zupełnym zespoleniem się z epoką starożytną, o której uczył”[III]. W późniejszych pracach literackich Strzelnickiego znać dobre klasyczne wykształcenie wyniesione z uniwersytetu kijowskiego. O atmosferze panującej na uniwersytecie pisał Wacław Lasocki:

            W mury uniwersytetu kijowskiego zakradł się duch wszechnicy wileńskiej i Krzemienieckiego Liceum […]. Rząd pragnął tu zaszczepić bałwochwalczą cześć do władz […], bezmyślne posłuszeństwo oraz naukę powierzchowną dla patentu tylko i kariery. Hasła filaretów wniosły do młodego przybytku wiedzy miłość kraju i rodaków, gotowość do czynów, do pracy i do ofiar. Dwa te kierunki walczyły ze sobą. Rządowy garnął obojętnych, egoistów i karierowiczów, filarecki objął najzapaleńszą i najszlachetniejszą część młodzieży[IV].

            Lasocki przekazał również charakterystykę Strzelnickiego z czasów studiów:

            […] wyróżniał się nieco oryginalnym ułożeniem, a więcej jeszcze zacnym charakterem i poetycznymi zdolnościami. Znał utwory spółczesnych pisarzy ojczystych, rozczytywał się z zamiłowaniem w starożytnej literaturze polskiej. Smutek głęboki wiał z jego poezji, niby przeczucie przyszłości swojej[V]. 

 

Strzelnicki zaangażował się w działalność tajnego stowarzyszenia studenckiego, którego celem było m.in. utrzymywanie zagrożonej narodowości, praca nad odrodzeniem moralnym i religijnym młodzieży, wychowanie w duchu demokratyzmu. Poeta został przyjęty do organizacji przez Władysława Gordona wraz z innymi studentami (Hugo Korsakiem, Aleksandrem Czernym, Stanisławem Niemirą); przyjął pseudonim Zbigniew Oleśnicki[VI].

Tajna organizacja studencka działająca na uniwersytecie kijowskim została z czasem wcielona do Stowarzyszenia Ludu Polskiego Szymona Konarskiego[VII]. Po aresztowaniu w Wilnie Konarskiego w roku 1838 i wykryciu tajnego związku, w Kijowie uwięziono 115 osób, w tym 34 studentów. Oskarżeni zostali osadzeni w cytadeli kijowskiej. Śledztwo trwało długo, nadzorował je generał-gubernator Dmitrij Bibikow, kijowski „Nowosilcow”[VIII]. Strzelnicki zeznawał, że do stowarzyszenia zwerbował go Władysław Gordon (był już poza granicami Rosji), przyznał, że przekazał list od Gordona Stanisławowi Winnickiemu, podkreślał, że pociągała go tajemniczość organizacji. Prowadzący śledztwo próbowali zmusić studentów do bardziej obszernych zeznań:

            Gdy nic nie pomagało, zaczęto osłabiać ich głodem i pragnieniem. Podjął się tego pułkownik Afanasjew. On dostarczał pożywienia więźniom. Studenci przezwali go wujaszkiem. Jeden z nich (podobno Strzelnicki) ułożył wiersz pod tytułem „Więzienne toasty”. W tym wierszu była strofa:

            A więc wiwat nasz wujaszek:

            Afanasjew, mistrz obrzędów!

            Czy myślicie, że dla fraszek

            pchał nas do lochów i swędów[IX]?

            Troskliwy o zdrowie nasze,

            Ów Haneman zawołany,

Skąpo dzielił chleb i kaszę,

            Szczodrze śledzie i kajdany.[1]

Zgłodniałym więźniom dawano słone śledzie, a nie dawano im wody. Dawny to sposób indagowania, tradycyjny, sięgający jeszcze czasów Nowosilcowa w Wilnie[X].

 

            Studenci starali się nie tracić „filareckiego” ducha, jednak warunki więzienne były bardzo ciężkie.  W marcu 1839 roku, po półrocznym śledztwie, odbyła się rozprawa i zapadł surowy wyrok. Jedenastu studentów skazano na karę śmierci, a w ostatnim momencie dostarczono im ułaskawienie Mikołaja I, który uchylił najwyższy wymiar kary. Studentów wcielono do korpusu kaukaskiego, pozbawiając ich jednocześnie szlachectwa. Następnych piętnastu również wcielono do korpusu kaukaskiego z prawem awansu, wśród nich znalazł się Władysław Strzelnicki[XI]. Więźniów wywieziono na zesłanie kibitkami, pojedynczo, żeby nie mogli się między sobą komunikować.

 

Żołnierz – poeta

 

            Dwa miesiące studenci kijowscy spędzili w twierdzy w Tyflisie (Tbilisi), a następnie zostali rozesłani do różnych pułków na terenie całego Kaukazu. Strzelnicki został skierowany do pułku szyrwańskiego, stacjonującego w mieście Szemacha w Azerbejdżanie. Służył w artylerii na wschodzie Kaukazu w 6 Gruzińskim Batalionie Liniowym[XII]; jego marszrutę częściowo możemy odtworzyć dzięki temu, że tworzone wówczas wiersze opatrywał dokładną datą oraz miejscem powstania. Przebywał m.in. w miejscowościach: Szemacha (1839, 1840), Baku nad Morzem Kaspijskim (1841), Temir-Chan-Szura i Kuba w Dagestanie (1841),  Chodżały w Karabachu ( 1841 i 1842), w obozie Akusza w Dagestanie  (1844). W swoich Szkicach Kaukazu opisuje jeszcze miejscowości: Kiurdamir nieopodal Szemachy, Agdżabet nad rzeką Kurą oraz Szusza w Karabachu. W roku 1846 Strzelnicki odwiedził Piatigorsk na północnym Kaukazie, przeprawiać się musiał wzdłuż Tereku wojenno-gruzińską drogą; mijając Kaz-bek, uchodzący wówczas za najwyższy szczyt Kaukazu.

            Polscy zesłańcy mieli świadomość udziału w niesprawiedliwej wojnie. Stawali wobec dylematu: czy być gorliwym w służbie ciemięzcy wolnych narodów, czy unikać walki i niebezpieczeństwa, opuścić się w obowiązkach[XIII]. Dla katolików przejście na stronę wojsk Szamila było niemożliwe, ponieważ miurydyzm był świętą wojną, prowadzoną w imię Mahometa. Niektórzy zesłańcy szukali śmierci od kuli czeczeńskiej, inni załamywali się; świadectwem zmagań Strzelnickiego z myślą samobójczą są wiersze Anioł Stróż  i Przestroga.

            Służba w wojsku na Kaukazie polegała na forsownych marszach przez góry i zdobywaniu góralskich aułów (wiosek) albo na robotach pułkowych. Wojsko dziesiątkowały choroby i morderczy wysiłek podczas wypraw górskich. Warunki życia zależały też od miejsca, jakie się zajmowało w hierarchii wojskowej. Prostych żołnierzy wziętych z poboru albo pozbawionych szlachectwa bito pałkami nieraz na śmierć. Tak karano też dezerterów[XIV]. Lepiej obchodzono się z tymi, którzy mieli prawo szlachectwa.

            Wykształconych żołnierzy wykorzystywano do zajęć pisemnych: korespondencji, prowadzenia rachunków. Byłych studentów jako „piśmiennych” z czasem zatrudniano w takim charakterze, co oznaczało znaczną poprawę ich sytuacji. Strzelnicki awansował na podchorążego. Nawet podczas wypraw wojennych prowadził prace literackie i naukowe: pisał wiersze, uczył się miejscowych języków (azerskiego, lezgińskiego, kumuchskiego), zbierał materiały do szkiców i opowieści. Należał zapewne również do tych, którzy zabiegali o sprowadzanie na Kaukaz polskich książek:

            Zajmując się pracami umysłowymi, zesłani poczęli myśleć o sprowadzeniu książek polskich, których zupełny był brak na Kaukazie. Młodzież kijowska dała najpierwszy popęd urządzania składowych biblioteczek w miejscach, gdzie kilku zesłanych gromadziło się. […] Z kopiejkowych ofiar i z kopiejkowych kar za dopuszczanie się błędów językowych w mowie, składały się sumki po kilka, potem po kilkanaście, a nareszcie po awansach niektórych, i po kilkadziesiąt rubli. W 1847 r. kilka punktów Kaukazu dobrze już było zaopatrzonych w książnice polskie, liczące nawet po kilkaset tomów[XV].

            Dość szybko Strzelnicki zetknął się na Kaukazie z Tadeuszem Ładą-Zabłockim (1813-1847)[XVI] zesłańcem i poetą, który stał się wielkim orędownikiem twórczości młodszego pisarza. Uważał się nie tylko za odkrywcę jego talentu, ale skłonny był uznać jego poetycką wyższość; w skierowanym do niego liście poetyckim pisał:

            A okryte czoło me żałobą,

            Ponad którym burzy błysk migoce,

            Schylę wtenczas, Mistrzu mój! przed tobą

            I swą lutnię u twych stóp zdruzgocę[XVII].

Zabłocki przesłał poezje Strzelnickiego Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu do wileńskiego „Athenaeum”[XVIII]. W czerwcu 1843 roku pisał, iż „Strzelnicki przed kilką miesiącami był w Tyflisie i czytał w niektórych domach nową napisaną przez siebie powieść pt. Mahmudek, którą miał posłać do Warszawy”[XIX]. Warto tu zaznaczyć, że Łada-Zabłocki znał wielu przedstawicieli gruzińskiej inteligencji, m.in. poetę i tłumacza polskiej literatury Michała Tumaniszwili[XX] i mógł wprowadzić Strzelnickiego do gruzińskich domów.

             Z młodzieży kijowskiej oprócz Strzelnickiego z Tadeuszem Ładą-Zabłockim związali się również: Ksawery Pietraszkiewicz, Michał Butowt-Andrzeykowicz oraz Stanisław Winnicki. W roku 1841 dołączył do nich były student Uniwersytetu Warszawskiego – Leon Janiszewski. Stanowili oni trzon nieformalnej „kaukaskiej grupy” polskich pisarzy-zesłańców. Planowali, z inicjatywy Zabłockiego, wydawanie „zbiorowego pisma kaukaskiego, które by zapoznawało rodaków w kraju z ziemią przeznaczoną na mogilnik ich braci”[XXI]. Ponieważ projekt ten nie doszedł do skutku, wysyłali swoje utwory do pism krajowych; starali się pisać tak, by cenzura przepuściła ich teksty. Jako pośrednik między „kaukazczykami” a krajem występował często Józef Ignacy Kraszewski.

            Strzelnicki zadebiutował w 1843 roku w petersburskim  „Roczniku Literackim” wierszem Anioł Stróż, przedrukowanym wkrótce w paryskim „Dzienniku Narodowym” (1843 nr 134). Rok później „Rocznik Literacki”, redagowany przez Romualda Podbereskiego, opublikował początek poematu Bej-Bułat. Utwory Strzelnickiego ukazywał się później w  wileńskim „Athenaeum” (1845) i „Rubonie” (1846, 1847, 1849), w kijowskiej „Gwieździe” (1846, 1847), grodzieńskiej „Ondynie Druskienickich Wód” i w  „Bibliotece Warszawskiej” (1847). Pisarz posługiwał się bardzo dobrze językiem rosyjskim i publikował też w rosyjskim piśmie „Kavkaz”, m.in. w 1846 roku powieść Dwaj uzdani  oraz Nową wędrówkę narodów.  

            Ze względu na znajomość miejscowych języków: azerskiego, lezgińskiego, kumuchskiego, nowy (od 1845 r.) namiestnik Kaukazu, Mikołaj Woroncow, przeznaczył go do prowadzenia badań naukowych Kaukazu. Tę nominację zawdzięczał zapewne rekomendacji Wojciecha Potockiego, bliskiego współpracownika Woroncowa. M. Żywow odnalazł w archiwum w Tbilisi bardzo pochlebne charakterystyki Łady-Zabłockiego i Strzelnickiego. O tym ostatnim Woroncow otrzymał notkę: 

            Świetnych zdolności, posiada wysokie wykształcenie i jest znanym pisarzem piszącym po polsku, lecz włada po mistrzowsku językiem rosyjskim; surowych zasad, cieszy się zasłużenie powszechnym szacunkiem![XXII]

            Nominacja oznaczała zwolnienie z służby wojskowej i zupełną zmianę w sytuacji poety. Mógł teraz udać się na kurację do słynnego uzdrowiska Piatigorsk na północy Kaukazu, gdzie przebywał w maju i czerwcu 1846 roku. Jednak „widmo Kaukazu” doścignęło swoją ofiarę; po powrocie do Tbilisi jesienią tego roku Strzelnicki zachorował na dyzenterię (czerwonkę) i wkrótce zmarł. W nekrologu, którego autorem był zapewne Zabłocki, w rosyjskiej gazecie „Kavkaz” pisano:

19 października [1846 roku] w Tyflisie, po krótkich cierpieniach, zmarł młody i obiecujący pisarz Władysław Strzelnicki, zamieszczający swoje prace w naszej gazecie. Polska i rosyjska literatura (gdyż równie łatwo i przepięknie pisał on w obu językach) poniosły wielką stratę ze śmiercią tego uzdolnionego człowieka, posiadającego wykształceni klasyczne i wybitny talent poetycki. Ostatnie jego pełne cierpienia chwile przedzgonne i ostatnie słowa: „przyjaciele, żyjcie po chrześcijańsku” – świadczą o jego niezłomnej i wzniosłej duszy. Koledzy i przyjaciele Strzelnickiego, opłakawszy zbyt przedwczesną śmierć młodego poety, tak bardzo obiecującego, pogrzebali jego ciało 22 października na cmentarzu katolickim, powyżej kościoła, bliżej nieba, za którym tak często tęsknił w swoich wierszach, i skropili mogiłe szczerymi, gorącymi łzami!  […][XXIII].

Śmierć poety uczcili wierszami Wojciech Potocki i Tadeusz Łada-Zabłocki, ten ostatni widział go pomiędzy wybitnymi, przedwcześni zmarłymi poetami:

            Garczyński, Zimorowic i Malczewski

Rozbitych harf niedomówiony dźwięk,

Z krainy wychylali się niebieskiej

Na jego ducha przedostatni jęk

I wyciągając doń pokrewne dłonie,

Potomny wieniec kładli mu na skronie[XXIV]

Tą wysoką ocenę dorobku „kaukazczyka” potwierdzał Leon Janiszewski: „Strzelnicki umarł – talent wielki – prawdziwy poeta – pisarz wielkich nadziei”[XXV]. Zabłocki zatroszczył się o spuściznę po zmarłym; jego bibliotekę przekazał do czytelni publicznej w Tyflisie (została umieszczona w osobnej, ozdobnej szafie)[XXVI]. Układał i przepisywał rękopisy przyjaciela, zamierzał je wydać i zwracał się w tej sprawie o pomoc do Kraszewskiego:

Rękopisma jego znajdują się w moim ręku. Między nimi jest powieść „Mahmudek”, co pod względem twórczości i artystycznego wykończenia wysokie miejsce zajmie w polskiej literaturze. Chciałbym to wszystko ogłosić drukiem, lecz zarzucony na granicę Turcji nie wiem, jak doprowadzę  ten zamiar do skutku. […][XXVII].

Rzeczywiście, nie doprowadził swojego zamiaru do skutku; zmarł wkrótce na cholerę w Kulpach u stóp Araratu, gdzie przyjął posadę kierownika kopalni soli. Losy ich pokolenia z właściwym sobie sarkazmem podsumował Leon Janiszewski: „Winnicki umarł na gorączkę, Strzelnicki na zapalenie kiszek i dyzenterię; Zach zginął uniesiony górskim potokiem i zawalony skałami; Zabłocki umarł z cholery”[XXVIII].

Rękopisy poety wydał w czterech tomikach w roku 1860 w Żytomierzu krewny poety, Józef Strzelnicki. Wypełnił on także testament Władysława, który dochód ze sprzedaży swoich pism chciał przeznaczyć na zakupienie książek do nabożeństwa dla tyfliskiego kościoła[XXIX].

 

 

„Wieszcz zadawniały”

 

            Strzelnickiego można uznać za przedstawiciela drugiego pokolenia romantyków, wychowanego na poezji Mickiewicza, ale również poetów Ukrainy i Podola: Józefa Bohdana Zaleskiego czy Tymona Zaborowskiego. Pisał poezje już w czasach studenckich. Z tego okresu pochodzą wiersze:  Do smutnego przyjaciela i Skowronek I (oba sygnowane:  Kijów 1838). Prawdopodobnie także inne teksty poetyckie umieszczone w pierwszej części żytomierskiego tomiku[XXX] powstały w czasach kijowskich, np. wiersz Grecyja, który jest świadectwem fascynacji kulturą starożytną.

            Młody poeta próbował pióra w różnych gatunkach i ewokując różne nastroje.  Często sięgał po formę listu poetyckiego: Do J… Z…..wskiego, Do Ignacego B……, Do wielkiego poety J… S-------go. Obok nostalgicznych Sonetów, dumki Oddalony czy wiersza Tęsknota znajdujemy też wiersze sztambuchowe:  np. humorystyczny  wiersz  Na imieniny Emilii P. Strzelnicki był też prawdopodobnie autorem napisanych w więzieniu, przytaczanych już wcześniej, Toastów więziennych[XXXI], nawiązujących do tradycji poezji filareckiej oraz twórczości Podolanina, Stacha z Zamiechowa (Stanisława Starzyńskiego)[XXXII], który stworzył typ poety-śpiewaka uśmiechającego się na przekór swojemu losowi i nie traktującego zbyt poważnie własnej twórczości. Ta nuta autoironii pojawi się u Strzelnickiego w poezji zesłańczej.

            Ważnym patronem literackim zdaje się być dla Strzelnickiego Józef Bohdan Zaleski ze swoim młodzieńczym programem poetyckim z wiersza Śpiew poety (1823). Lirnik ukraiński chciał wyśpiewać swoją prostą pieśnią wielkość Boga, która objawia się w przyrodzeniu; sam poeta ukrywał się pod symbolem skowronka. Strzelnicki podobnie jak Zaleski wzorował się na ukraińskiej pieśni ludowej, z której czerpał harmonijną śpiewność rytmu i niezwykła prostotę, a także silnie skonwencjonalizowane opisy przyrody. Cechy te możemy odnaleźć w wierszach Skowronek I oraz Skowronek II – pierwszy utwór powstał jeszcze w Kijowie, drugi 15 czerwca 1839 roku w Szemasze. Los poety-zesłańca został opowiedziany z wykorzystaniem niewielu obrazów: ptaka, wichru, chmury. Skowronek oddala się od rodzinnej ziemi, gnany tęsknotą za czymś wyższym, doskonalszym, nie słucha ostrzeżeń:

            Już za późno, - z siwej chmury

                        Potok błysków się rozlewał,

                        I skowronek ciemnopióry

                        Rannej piosnki nie dośpiewał.

 

            Wicher ujął go skrzydłami,

            Na dalekie zniósł pustynie;

            Pod cudzymi niebiosami,

            Jakże smutno tam ptaszynie![XXXIII]    

 

 W późniejszych wierszach zesłańczych motyw ptaka ulegnie przeobrażeniu; zamiast  skowronka pojawią się inne ptaki –  orzeł lub sokół. I tak w Ostatniej pieśni groźba załamania się pod wpływem przeciwności losu zostanie wyrażona w obrazie ugodzonego strzałą sokoła[XXXIV]. A w Jeźdźcu na Kaspijskim wybrzeżu (1841, Baku), odwołującym się do Mickiewiczowskiego Farysa, pragnienie pędu i lotu symbolizuje koń-orzeł.

            W poezji zesłańczej Strzelnicki sięgał się do postawy biblijnego psalmisty, dla którego śpiew, nawet jeśli wyraża żal, skargę czy bunt,  jest jednocześnie wyrazem nadziei i ufności Bogu. Pisarskim credo zdają się być dla niego słowa psalmu 146: „póki żyję, chwalić będę Pana, / i grać mu będę na harfie póki istnieję”. Choć w Ostatniej pieśni pobrzmiewa buntownicza pieśń Konrada z Wielkiej Improwizacji, ostatecznie poeta przezwycięża tę postawę i  pragnie połączyć swe pieśni  z „serafów pieśniami”, i śpiewać „bez końca chwałę Jehowy”[XXXV].

            Powszechna w poezji „kaukazczyków” jest refleksja nad śmiercią i przemijaniem;  Strzelnicki w wierszu Pobojowisko  zwraca się z pytaniem do ciężko rannych żołnierzy:

            Jeśli człowiek, gość innej krainy,

            Jest tylko więźniem w tej lepiance gliny,

            I ma odzyskać swe szczęście nadziemne:

            Dlaczegoż więzień nie utkwi źrenicy

            Za kratę swoją – i lęka się chwili,

            Co skruszy pęta i drzwi mu odchyli

            I bije czołem w progi swej ciemnicy[XXXVI]

Nie ma tu buntu wobec śmierci, raczej zdziwienie, że może ona nie być oczekiwana z upragnieniem przez człowieka. Dla Strzelnickiego ostatecznym celem wędrówki przez pustynię świata jest osiągnięcie ojczyzny wiecznej. Tym różnił się od wielu zesłańców i poetów romantycznych, którzy tego celu upatrywali w ojczyźnie ziemskiej.

            Postawy pokory wobec losu uczył zesłańców majestat Kaukazu. W poezji Strzelnickiego niewiele jest obrazów romantycznej, nieokiełznanej  górskiej przyrody. Poeta zachowuje wobec gór raczej postawę biblijną i klasyczną[XXXVII]. Natura wskazuje na swojego Stwórcę, a obrazy górskie są tłem dla refleksji filozoficznej – tak jak było w poezji Tymona Zaborowskiego z Podola, „wieszcza Miodoborów”. Rozważanie nad znikomością ludzkich dokonań pojawia się w wierszu Strzelnickiego Kaz-bek; poeta kontynuuje refleksję historiozoficzną z Mickiewiczowskiego Czatyrdahu, polemizując zarazem z optymizmem Farysa i Ody do młodości. Wobec góry wierzchołkiem sięgającej „błękitnych stropów”  stawia retoryczne pytanie: 

            czy krążą tam wieści,

            Że my, przemożni nadzieją i duchem

            Świat oplątali myślą jak łańcuchem […]?

Poeta zdaje się być zafascynowany przemijalnością ludzkich potęg, po których nie pozostaje na ziemi żaden ślad:

            Jak wielcy tej ziemi

            Byli i znikli. –  Całe pokolenia,

            Za twej pamięci krokami spiesznemi

            Biegły, dobiegły do wrót zapomnienia!

 

            Refleksja ta dotyczy nie tylko wielkiej historii, lecz także przemijalności sławy poetyckiej, mód literackich, „książeczek w najnowszym duchu”. Tu może należy szukać źródła autoironii, dystansu do swej twórczości, do ludzkiego uznania.  Sam poeta kreuje się na „wieszcza zadawniałego”; w liście poetyckim Do [Tadeusza Łady-Zabłockiego] stawia adresatowi pytanie:

            Ty, dla którego stoją otworem

            Umysłowego skarbnice ruchu;

[…]

Ty, opływając w takie bogactwa,

Prozy, poezji odzianej w szaty

Współczesnej mody, nowej oświaty;

Czy sierocego datek tułactwa,

Na stare nuty składane pienia

(Co ci przynoszę ku twej zabawie,

Ja, nieświadomy wieku dążenia,

Wieszcz zadawniały – przyjmiesz łaskawie?...[XXXVIII]

„Wieszcz zadawniały” to także wieszcz prowincjonalny, który znajduje się z dala od centrów życia literackiego. Wybór gatunku listu poetyckiego i budowanie opozycji między centrum a peryferiami odsyła nas do tradycji Owidiuszowych listów z Pontu.  Żale na brak książek, przyjaciół, natchnienia, na niepoetyczność okolic to znane motywy z poetyckich listów wygnanego ze swej ojczyzny Owidiusza. Zatem polski poeta wpisuje swój los w literacki wzorzec[XXXIX]:

            Kiedym Gruzyi żegnał stolicę,

                        Posłuszny losom, co mię strącały

                        Na gorzki zawód bojów bez chwały

                        W głuche, bezdrożne, gdzieś okolice,

                                   Wymogłeś na mnie w rozstania dobie,

                                   Abym wrażenia moich wędrówek,

                                   Jak jeńców z wojny, odsyłał tobie

                                   W podwójnych pętach miar i końcówek[XL]

 

Trzeba dodać, że o swojej niemocy twórczej potrafi poeta pisać w sposób żartobliwy  – tak jest np. w humorystycznym wierszu sztambuchowym W imionniku J.H., gdzie mozolne składanie rymów porównane zostało do musztry żołnierskiej, której podlegają słowa i znaki interpunkcyjne. Poeta prosi muzy – „dziewice Helikonu”, by mógł „choć na chwilę zostać wieszczem”.

            Niekiedy muzy okazywały na chwilę swą życzliwość, np. wtedy, gdy poeta pisał poemat Bej-Bułat, uderzając w wysokie tony poezji epickiej, a wzorów obrazowania poszukując w poezji orientalnej. Utwór poświęcony był jednemu z legendarnych przywódców powstania czeczeńskiego, walecznemu Bejbułatowi. Poemat nie został ukończony i znany jest tylko jego początek. Trzeba zaznaczyć, że obraz Kaukazu i jego mieszkańców częściej pojawia się w prozie Strzelnickiego niż w jego poezji.

 

„Obozowy literat”

 

            Szkice Kaukazu Władysława Strzelnickiego są przykładem bogatej literatury pisanej przez przymusowych podróżnych na Kaukazie[XLI] – obok Obrazów i myśli Leona Janiszewskiego, Szkiców Kaukazu Michała Butowta-Andrzeykowicza, opowiadań kaukaskich Wojciecha Potockiego, wspomnień Wincentego Dawida, Ksawerego Pietraszkiewicza i wielu innych. Literaturze tej patronowały Szkice Kaukazu Bestużewa Marlińskiego; w barwnej prozie rosyjskiego dekabrysty polscy zesłańcy odkrywali ukrytą symbolikę wolności, uczyli się z niej także spojrzenia na mieszkańców Kaukazu. Wiernym uczniem Marlińskiego był zaprzyjaźniony z nim Wojciech Potocki. Strzelnicki, podobnie jak Leon Janiszewski,  często odwoływał się do wzorca sentymentalno – ironicznego o proweniencji sternowskiej.

            Żytomierski tomik Strzelnickiego składa się z trzech szkiców kaukaskich, nie dokończonej rozprawki naukowej o pochodzeniu Kozaków oraz listu do przyjaciela Jana Załęskiego. Pierwszy szkic, najdłuższy i literacko najciekawszy, ukazał się wcześniej w „Rubonie” jako Ułomek z rozpoczętych szkiców Kaukazu. Wydana w roku 1860 książeczka Szkice Kaukazu zawiera prawdopodobnie tylko fragment tego, co zamierzał opublikować autor. Wiadomo, że pisał też inne szkice, które mogłyby się złożyć na ten tomik, np. publikowane w rosyjskim piśmie „Kavkaz” Szkice Tyflisu czy Nowa wędrówka narodów.

            Teksty te powstawały z zamiarem publikowania ich w prasie, a więc musiały przejść surową cenzurę carską. Narrator przybiera zatem rolę podróżnego zwiedzającego Kaukaz dla własnej przyjemności. W szkicu Kaukaskie mineralne wody odgrywa nawet rolę przewodnika oprowadzającego po modnym uzdrowisku. Bierze czytelnika pod ramię i razem z nim spaceruje po Piatigorsku:

            […] używasz ciągłej, byleby nie męczącej przechadzki, plączesz się po labiryncie uliczek i klombów,  […] spostrzegasz migocące tu i ówdzie Nimfy i Ondyny tych siarczanych zdrojów, posyłasz im spojrzenia pełne wyrazu, serdeczne półuśmiechy; albo […] udajesz się do altanki na najwyższym punkcie ogrodu, w której […] znajduje się Eolska harfa zachowująca, w ciszy i na wietrze, uroczyste milczenie […][XLII].

Ten pogodny opis kaukaskiego uzdrowiska przypomina relację z modnej „podróży do wód”, a nie z zesłania. Jedynie drobna uwaga może zastanowić uważnego czytelnika; widoczne na widnokręgu szczyty górskie jawią się autorowi jako „białe widma”. Poufałe porozumienie z czytelnikiem okazuje się pozorne. Narrator wytrąca go z wyobrażeń ukształtowanych przez modną wówczas literaturę podróżniczą, zwłaszcza do wód i „podróże sentymentalne”. O sobie pisze: „ja prosty podróżny”, „obozowy literat”, a potem nagle radzi jak romantyk: „weź kij pielgrzymi”. Owszem, dla cenzury jest turystą, naukowcem, kuracjuszem. Dla czytelnika sentymentalnych romansów i podróży przywdziewa maskę podróżnego sentymentalnego. Lecz dla uważniejszego odbiorcy pozostaje zesłańcem, który pokpiwa z poprzednich ról, wychyla się na chwilę spod maski narratora i ujawnia swoje prawdziwe oblicze:

            Ileż to pamiątek mieliśmy wspólnych? – Pamiątek z czasów poezji naszej, nie tej poezji, co się pisze atramentem na papierze, ale tej, co szalonymi zgłoskami młodości wpisuje się w kronikę życia!... Odtąd wiele, wiele rzeczy odmieniło się. Ze znajomych i przyjaciół naszych jedni popędzili gdzieś za losem, innych sam los popędził, niektórzy znikli pod kosą Azraela[XLIII].

            Dyskretnym patronem narratora pierwszego szkicu Strzelnickiego jest podmiot liryczny Sonetów krymskich – podróżny podziwiający egzotyczny krajobraz  i pielgrzym zarazem. Szkice Kaukazu rozpoczynają się bezpośrednim nawiązaniem do Burzy Mickiewicza: „’Szczęśliwy, kto ma się z kim żegnać!’ powtórzyłem w myśli z poetą, kładąc nogę w strzemię”[XLIV]. Obecność Poety wyczuwalna jest i w dalszym ciągu tekstu.

            Bardzo osobistym tekstem (być może nie przeznaczony nawet do publikacji) jest list do przyjaciela Jana Załęskiego, przeżywającego kryzys egzystencjalny i twórczy. List ten to prawdziwe credo życiowe i literackie Strzelnickiego. Poeta stara się podnieść na duchu zgnębionego towarzysza zesłania, ukazując mu piękno przyrody Kaukazu, wartość poszukiwania nowych wrażeń wśród nieznanego świata. Podnosząc wzrok ku szczytom górskim pyta za psalmistą: „czymże jest człowiek”, by skarżył się na los swój. Potężni władcy i despoci, którzy zahaczyli w swych podbojach o Kaukaz –  jak Czyngis Chan, Tamerlan czy Aleksander Wielki –  przemijali, a góry wskazując niebo trwały. Pamiętały czasy biblijnego potopu; wierzono wszakże, iż na Elbrusie lub na Kazbeku osiadła arka Noego, stąd do nieba został wzięty prorok Eliasz. Tu przykuty do skał cierpiał Prometeusz.

            Bogactwo biblijnych, mitologicznych i historycznych skojarzeń oraz piękno natury pozwalało choć na chwilę zapomnieć o swoim losie. Wojciech Potocki, spoglądając na Morze Czarne, starożytny Euxyn, dumał:

            Biały żagiel, co się przesuwał powoli z daleka przed okiem, przypominał łódź Argonautów, nawy greckie, flotę Pompejusza, statek wiozący Owidiusza, żagle Wenecji i Genui […]; przebywałem wieki i zbierałem w jedno ognisko długi szereg zadziwiających przemian kolei ludzkich[XLV].

 

            Niejeden z zesłanych akademików dobrze znał koncepcje historiozoficzne, które wywodziły z Kaukazu protoplastów polskiej szlachty, Lazów – strażników tzw. Wrót Kaukaskich (Porta Sarmatica)[XLVI]. Wszakże – jak pisał Mickiewicz – „Kaukaz leży na wielkim gościńcu z Europy do Azji”[XLVII]. Dla wykształconych zesłańców świadomość, iż powracają (choć przymusowo) do źródeł ludzkości, kultury europejskiej i do kolebki narodu, była wielką pociechą. Pobudzała również wyobraźnię:

            Roiska plemion, co tymi strony kiedyś przemykały, jak mgła jakaś osiadły przede mną z całą dziką wielkością swoją, ze swoim stujęzycznym hałasem, rżeniem koni, chrzęstem nożów, strzał i rohatyn. Ścigałem je potem myślą, jak szły zaludniać nasze północne równiny, jak niektóre oddzieliły się na zachód, żeby odegrać nadane sobie od przeznaczenia role w owym pamiętnym dramacie, który z rąk potworu rzymskiego wytrącił nieprawnie posiadane berło świata[XLVIII].

 

            Strzelnickiego interesował także Kaukaz jemu współczesny. Konfrontował wiedzę książkową z tym, co sam widział. Irytował się na różnych znawców i piewców Wschodu za uogólnienia, uproszczenia, brak wiedzy: „niebo wschodnie, gościnność wschodnia, obyczaje wschodnie powtarzają się na każdej stronicy”[XLIX]. Był świadomy bogactwa rzeczywistości etnograficznej Kaukazu i ignorancji europejskich podróżnych, uważających się za znawców problematyki wschodniej. Sam uczył się miejscowych języków, by poznać w sposób wiarygodny kulturę przynajmniej niektórych narodów czy plemion wschodniego Kaukazu. Podzielał opinię Bestużewa Marlińskiego, że Europejczycy zwiedzający Kaukaz widzą wszystko świątecznie, a Azjaci są skryci
w swojej zwyczajności.

            Kto by chciał poznać ubiór Inguszanek, niech sobie dostanie książkę pana Klaprotha[L]; znajdzie w niej wiele malowniczych szczegółów, więcej niż ja znalazłem
w rzeczywistości. Damy tutejsze musiały się przygotować na przyjęcie tego dystyngowanego gościa […] nie bez poradzenia się dzienników paryskich. Ja, prosty podróżny, widziałem Inguszanki w ich zwyczajnym ubiorze, nie różniącym się od ubioru wszystkich kobiet północno-wschodniej gałęzi Kaukazu
[LI].

           

            Czytając Szkice Strzelnickiego warto pamiętać o tym, że pisarz kreśli obraz Kaukazu z nastawieniem polemicznym w stosunku do europejskich wyobrażeń
o romantycznym Wschodzie. Raczej prozaizuje, deheroizuje oglądaną rzeczywistość niż ją uwzniośla. Warto też odnotować, iż pisarz nigdzie nie wprowadza do swoich tekstów postaci Rosjan. To przemilczenie zdaje się być znaczące. 

 

            Władysław Strzelnicki jako człowiek i jako twórca jest bardzo wyrazistą, spójną osobowością, co nie przeszkadza odnajdywać w jego twórczości interesujących kontrastów. Pojmował swoją rolę pisarza jako wieszcza, który jak biblijni prorocy wskazuje „wysoki, ostatni cel […] wędrówki”, a jednocześnie (w zależności od przyjętej konwencji) wprowadzał humorystyczno-ironiczny dystans do swojej twórczości, tonację dehoroizującą. W jego postawie można zaobserwować konserwatyzm „wieszcza zadawniałego”, klasyczną dyscyplinę, a zarazem romantyczne pojmowanie literatury jako „serca narodu”.  Wyczuwa się w jego poezji miłość do swojej „małej ojczyzny”, położonej nad Dniestrem u stóp Miodoborów, a jednocześnie unikanie tęsknoty za nią i wpisywanie się w bardziej uniwersalny wzór kondycji człowieka – pielgrzyma.  Musiał posiadać sporą wiedzę dotyczącą Kaukazu, a w swoich Szkicach przedstawia się jako „prosty podróżny”, „obozowy literat”.

 


 

Bibliografia

 

Archiwalia:

1.      CDIAU (Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Ukrainy w Kijowie), zesp. 470, inw. 1, vol. 173, k. 7-10 (Protokół przesłuchania W. Strzelnickiego przez komisję śledczą w Kijowie z 29 września 1838 r.).

2.      BPP (Biblioteka Polska w Paryżu) rkps 131 „Miscellanea poetyckie”  (m.in. rękopisy utworów Władysława Strzelnickiego).

3.      BJ (Biblioteka Jagiellońska), rkps 6479/IV, k. 472-473 (J. Strzelnicki do J.I. Kraszewskiego, Żytomierz 1859)

4.      RGWIA (Rosyjskie Państwowe Archiwum Wojskowo-Historyczne w Moskwie), zesp. 1, inw. 1, vol. 12076a, k. 166v-168; ibidem, vol. 12126, k. 25; ibidem, zesp. 395, inw. 292, vol. 51, k. 29.

 

 

Literatura podmiotowa:

1.      Dwaj uzdeni. Powieść kaukaska, Żytomierz 1860 (fragm. „Rocznik Literacki” 1846), w j. ros. w autorskim tłumaczeniu:  „Кавказ” 1846 nry18-21.

2.      Mahmudek. Powieść kaukaska. „Biblioteka Warszawska” 1847, t.1-2, wyd. osobno: Żytomierz 1860, w j. ros. w tłumaczeniu F.O. Konstantinowa: „Кавказ” 1848 nry 28-37.

3.      Новое передвижение народов, „Кавказ” 1846 nr 29.

4.      Очерки Тифлиса. Сцена III, „Кавказ” (Tyflis) 1849 nr 1.

5.      Poezje, Żytomierz 1860 (wcześniej poezje ogłaszał m.in. „Dziennik Narodowy” 1843, „Rocznik Literacki” 1844, „Athenaeum” 1845 z. 2, „Rubon” 1846 t. 7).

6.      Szkice Kaukazu, Żytomierz  1860 (fragm. „Rubon” 1849 t. 10)

7.      Księga wierszy polskich XIX wieku, zebrał J. Tuwim, oprac. J.W. Gomulicki, Warszawa 1954 (2 wyd. 1956), t. 2, s. 92-102.

 

Wybrana literatura przedmiotowa:

1.      Łada – Zabłocki T.,  List do R. Podbereskiego, Tyflis, 10 czerwca 1843 (fragm. ogł.  „Rocznik Literacki” 1849, t. 4, s. XI-XII).

2.      [Nekrologi:],  „Kawkaz” (Tyflis) 1846 nr 43; „Tygodnik Petersburski” 1847 nr 87; „Gwiazda” 1847, t. 2.

3.      Janiszewski L.,  Do Wydawcy Pamiętnika, „Pamiętnik Naukowo-Literacki” 1850, t. 2, z. 6, s. 115-127, przedr. jako: List o pracach literackich i naukowych na Kaukazie, „Czas” 1851, nry 203-205.

4.       Żywow M., Polscy poeci „kaukascy” (Materiały biograficzne), przeł. K. Heintsch, „Pamiętnik Literacki” 1959 z. 3/4.

5.      Inglot M.,  Polacy piszący na Kaukazie w pierwszej połowie XIX wieku. Materiały do zagadnienia, Pamiętnik Literacki” 1975 z. 2, s. 538-551.

6.      Садыхов M., Повесть В. Стжельницково „Махмудка”, [w:] Очерки русско-азербайджанско-польских литературных связей XIX века, Baku 1975, s. 118-127.

7.      Małek E.,  Proza polskich kaukazczyków wobec literatury rosyjskiej lat 30-40 wieku XIX, [w:] Języki i literatury wschodniosłowiańskie (Materiały Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej, Łódź 14-15 czerwca 1976), Łódź 1976, s. 133-141.

8.      Janion M.,  „Rozbitych harf niedomówiony dźwięk”, „Twórczość” 1986 nr 3, s. 73-87. 

9.      Chodubski A., Poeta wielkich nadziei. Władysław Strzelnicki, „Okolice” (Warszawa) 1988 nr 2, s. 79-84.

10.  Ossowska D.,  O poezji kaukaskiego wygnania, „Studia i Materiały WSP w Olsztynie. Filologia Polska”, 1989 nr 10, s. 23-41.

11.  Прокофьева Д. С.,  „Кавказская группа” польских поэтов, [w:] eadem,  Струн вещих пламенные звуки, Moskwa 1990, s. 662-669.

12.  Филина M., Жизнь и деятельность ссыльних польских литературов в Грузии во втoрой трети XIX века,  [w:],  eadem,  Грузино-полские литерературны взаимосвязи XIX-XX веков, Tbilisi 1991, s. 58-85.

13.  Śliwowska W., Władysław Strzelnicki, [w:] eadem, Zesłańcy polscy w Imperium Rosyjskim w pierwszej połowie XIX wiek, Słownik biograficzny, Warszawa 1998, s. 577-578.

14.  Lijewska E., Szkice kaukaskie. O twórczości wygnańczej Władysława Strzelnickiego, Poznań 1998.

15.  Inglot M., Władysław Strzelnicki, [w:] Polski słownik biograficzny,  t. XLV, Warszawa-Kraków 2007-2008, s. 20-21.

16.  Filina M.,  Ossowska D.,  Losy Polaków na Kaukazie. Część I „Tbiliska grupa” polskich poetów zesłańczych,  Wydawnictwo „Uniwersal”, Tbilisi 2007 (tu obszerna antologia tekstów „kaukazczyków).

 


 

Nota o autorze

Dr Elżbieta Lijewska –  pracuje w Pracowni Dokumentacji Literackiej Instytutu Filologii Polskiej UAM. Pracę doktorską napisała pod kierunkiem prof. Zofii Trojanowiczowej: Szkice kaukaskie. O twórczości wygnańczej Władysława Strzelnickiego  (1996). Współautorka Kalendarza życia i twórczości Cypriana Norwida (2007). Zajmuje się regionalistyką literacką (m.in. wielkopolskim epizodem Adama Mickiewicza).

 

 

 

 


 

SZKICE

K A U K A Z U

 

 

PRZEZ

 

Władysława Strzelnickiego

 

 

 

 

ŻYTOMIERZ

Nakładem J. STRZELNICKIEGO

̶

1860


 

 

 

 

 

 

 

 

Pozwala się drukować pod warunkiem złożenie w Komitecie Cenzury

Po wydrukowaniu, prawem przesanej liczby egzemplarzy.

Kijów , dnia 18 mja 1860 roku.

CENZOR, Or. Nowicki

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


w DRUKARNI A. KWIATKOWSKIEGO i KOM. W Żytomierzu.

 



//5

I

 

Szczęśliwy, kto ma się z kim żegnać!” powtórzyłem w myśli z poetą, kładąc nogę w strzemię. Smutno mi było, o, bardzo smutno! Oddałby’m cóś najdroższego, najmilszego ze swoich wspomnień młodych, za jedno przyjacielskie „bądź zdrów!” za jedno uściśnienie ręki!

Oto jest wizerunek miejsca które’m opuszczał. Gładka, rozległa pustynia, środkiem jej strumyk jak srebrna nitka po zielonym aksamicie,— w około bezludne knieje, wąwozy i góry; — na jednaj z wyższych migał w oddaleniu biały mur Suszy[LII], nadchmurnego miasta.

Początek drogi naszej niebył ciekawszy.— Jechaliśmy brzegiem rzeczki, która z widocznem nieukontentowaniem, jak nieumięjący lekcyi żak do szkoły, toczyła się po swojem kamiennem łożu.— Z boków mieliśmy góry, pozbawione charakteru i fizyognomii, nie wielkie i nic małe, nie skaliste i nie urodzajne, zgoła takie jakich cierpieć niemogę. Podług mnie kiedy góry, to niechże będą góry, niech sięgają obłoków i lodami błyszczą, a kiedy stepy, to już stepy co się nazywa.— Pierwsze podnoszą myśl widza do swojej wysokości, drugie ciągną ją daleko za granice widomej przestrzeni. Pozycye srednie, są jak te dusze srednie, //6 którym Dante do pieklą nawet wstępu zabronił.— Ich wi­dok do snu usposabią.

Byłby’m i ja zasnął, na złość Mustafie, który wy­dobywał wszystkie zasoby dowcipu i wyobraźni, żeby mię rozerwać. — Ale wkrótce zaszarzały przed nami ruiny Azkeranu[LIII].

Na dwóch przeciwległych pochyłościach, dwa zamki szare , dzikie posępne, — złączone między sobą wysokim murem, przez cały wąwóz ciągnącym się.—Baszty jak skielety jakich olbrzymów ze starej powieści; strzelnice jak oczy trupiej głowy, co już niepatrzą, a jednak straszne. - Na murze, na basztach i rumowiskach, pasożytne rośliny, jak cyprysy na grobie przeszłości!

Ruiny! to klejnot dla wędrownika, który zamyślił spisywać wrażenia swoje.— Te ruiny mogły pamiętać Mitrydata[LIV], albo nawet Aleksandra Macedońskiego.— Może przez którą z tych strzelnic uwięziona piękność wyglądała kochanka, co się piął na dzielnym rumaku po tych skałach, posyłał jej westchnienia i przez umówione znaki dawał wie­dzieć o blizkiem szczęściu. Niewątpiłcm, że będę mógł obdarzyć was najcudniejszą legendą.

Spytałem przewodnika, czy stary ten zamek?

̶ O! stary!

̶ A naprzykład, ile mu będzie?

 ̶ Z pięćdziesiąt lat.— Pana-Chan[LV] go wybudował, żeby ten wąwóz obronić od Melików[LVI], którzy ot! na tam­tej stronic koczowali.

 ̶ Z pięćdziesiąt? A więc niema legendy!

Zapasy Pana-Chana z Melikami, stanowią ważny, arcy ważny okres w dziejach Karabagu[LVII]; na swojem miej­scu powie się o nich,— ale cóż? dla legendy jeszcze za młode! Niemiały czasu pokryć się tą nieoszacowaną pleśnią, //7 która wypadkom historycznym, równic jak butelkom wę­grzyna, tyle wdzięku przydaje.

Wnuk Pana-Chana, Mechti-Kuli-Chan[LVIII] dotąd żyje i jest Chanem in partibus ińfidelium. Mieszka w wiosce swojej Wahdamie; przejeżdżaliśmy przez nią. Zacny i lubiony powszechnie staruszek, dobrodziej przybliżonych swoich, dla poddanych niecieżki! Znaczne dochody pobie­rane z dóbr dziedzicznych, przy ogromnej pensyi którą mu rząd wypłaca, zaledwo mogą hojności jego podołać.

W ogrodzie Wahdamskim w gęstwinie brzóz pła­czących i winogrodu, wznosi się kilka niekształtnych pi­ramid. Są to grobowce przodków Mechti-Kuli-Chana. Niezadługo nowa piramida stanic między tamtemi, i brzozy tęsknym szmerem gałązek swoich, prosić będą przechodnia o           pokłon pamiątce ostatniego z Chanów Karabadzkich.

Po dziesiątej w nocy przybyliśmy do Chindarchu. Jest to wieś podobna do innych wsi w tej części Karabagu, ilem się mógł rozpatrzyć przy świetle miesiąca.— Domy z oczeretu[LIX], podobniejsze do chlewów niż do mie­szkań ludzkich; między niemi ogrody drzew morwowych i winogradu. Wszędzie nieład: tu kupa śmieci wznosi się piramidalnie na środku ulicy,  ówdzie psy rozprawiają, się o kość baranią.— Przybycie nasze tyle sprawiło szczekania i wycia, że byliśmy jak w obławie. Gdzieniegdzie postać ludzka wyzierała z zagrody i wnet przepadała, z wyrazem: bir-Urus (Rossyanin), tajemniczo wymówionem. Zajechaliśmy przed chatę Juz-baszy  t.j. wójta, albo dosłownie: setnika, stógłowcy. Złażę z konia, drzwi szczelnie zamknięte , gospodarze muszą spać; — stukam, wołam, błagam i grożę, //8 Mustafa dzielnie mi dopomaga, —odpowiedzi niema. Chcia­łem już zrobić wyłom w oczerecie i szturmem wleść do chałupy, kiedy Mustafa odkrył nieprzyjaciela gdzieindziej. Juz-basza z całym domem swoim spoczywał na rusztowaniu opartem o cztery wysokie żerdzie.

 ̶ Daj mi przewodnika, zawołałem , natychmiast po­jadę.

 ̶ Niema, odezwał się głos z góry. 

 ̶ Jakto? ludzi niema w całej wsi?

 ̶ Ludzie są, ale koni niema.

 ̶ Znajdziesz jak zechcesz. Ja mam Kiahas (papier) od Dywanu[LX]. Słyszysz? Mam Kiahas. Dawajże przewodnika.

Milczenie.

Dalsze proźby i groźby żadnej odpowiedzi niezyskały. Spostrzegłszy drabinę przypartą do rusztowania, wlazłem na wierzch, żeby oko w oko z Juz-Baszą wyłuszczyć mu moje prawa i jego powinność. Zostałem powitany jak praw­dziwy zdobywca twierdzy: baby i dzieci na widok czło­wieka w obcym stroju, jęły wrzeszczeć dziwnymi głosami; a było ich przeszło pół-tuzina.

 ̶ Cicho, wrony, ja was niezjein. Gdzie gospodarz?

 ̶ Niema ani jednego konia, Ago! (panie) rzekł, pod­nosząc się Juz-basza, wallach (dalipan) niema!

 ̶ No, to osły muszą być?

 ̶ Hm, pójdę poszukam, ot tylko czachę (kaftan) włożę.

Zlazłem niedomyślając się żadnej zdrady. Ale za­ledwie'm stanął na ziemi, drabina zaczęła się podnosić do góry. Z rusztowania, śród chóralnego śmiechu całej ro­dziny, dał się słyszeć głos Juz-baszy:

 ̶ Teraz nikt ram nieprzeazkodzi spać!

 ̶ Zobaczymy, odpowiedziałem, kiedy już o to poszło.

//9 Mustafo! wykręć kule z nabojów, i strzelaj państwu na dobranoc.

Po kilku minutach kanonady, spytałem głośno: Mu­stafo! a dużo tam masz prochu?

 ̶ Ładownica pełna i jeszcze w worku.

 ̶ Czy wystarczy na całą noc?

 ̶ Wystarczy.

 ̶ Strzelaj wciąż!

Zapaliłem cygaro i siadłem na kłodzie, z mocnem po­stanowieniem przedłużać kroki zaczepne, dopóki warowni tym lub owym sposobem, niezmuszę do poddania się. Zło­rzeczenia jak deszcz ognisty posypały się z wysokości na głowę moją, wątpię żeby warszawska przekupka, mogła w tej gałęzi krasomówstwa wyrównać babie tatarskiej.— Dzieci, mając się za zgubione, piszczały i płakały. Wre­szcie i Juz-basza poznał, że perspektywa snu nieuda się; spuścił tedy drabinę, zlazł, i stanąwszy przedemną w po­staci korzącego się grzesznika, zaczął mi wystawiać niemo­żność wyszukania o tej porze konia albo osła.

Musiałem się zgodzić, bo innej rady niebyło, i na­stępny traktat stanął między nami:

Ja miałem zaprzestać strzelania, i dać Juz-baszy pewne quantum[LXI] na zakupienie żywności dla siebie i Mu­stafy, tudzież obroku dla koni.

Juz-Basza, miał natychmiast, niewstępując pod żadnym pretekstem na rusztowanie, załatwić ten interes i dać nam budynek dla noclegu, a nazajutrz przed świtem, przewo­dnika z koniem.

Warunki traktatu zostały wypełnione co do joty.— Budynek był tak obszerny, iż wszystkich nas pomieścił, t.j. mnie, Mustafę, dwa wierzchowe konie i muła jucz­nego. Ale jak tylko’śmy się roztasowali, nowy nieprzyjaciel wystąpił na scenę, i tą razą już nic my, lecz on, prowa­-//10 dził wojnę zaczepną. Były to komary. Kto nic podróżował w gorętszej strefie, ten niemoże sobie wystawić, co to za brzydkie istoty. Ptaki drapieżne gdyby stadami napastowały człowieka, niemogłyby tyle dokuczyć; od nich przynajmniej strzelaniem opędzić się można. Przeciw komarów niema broni! Opędzanie się, dym z fajek —nic niepomagały. Byliśmy attakowani na wszystkich punktach: w nozdrze, w oczy, w usta…

̶ Do Juz-baszy, na rusztowanie komary niedolatują, rzekł Mustafa, trzeba by znowu strzelać, niechby gościom lepszego miejsca ustąpił.

̶ Daj mu już pokój!

Ale nie koniec na komarach: nad głową huczały nie­dźwiadki, czy może same smoki, bo cóś bardzo wielkiego, a na ziemi prawdziwa Walpurgowa schadzka! — tu prze­myka jaszczurka, tam żaba daje susy, ówdzie falanga ga­lopuje za robaczkiem. Wiadomo, że ukąszenie tej ostatniej, jeżeli mu zaraz niezapobiegniesz, jest śmiertelnem.

Pomimo tego Mustafa wypił moją herbatę, zjadł wieczerzę, i zrobiwszy sobie łoże na podwyższeniu z ró­żnych gratów urządzonem, chrapnął w jak najlepsze. Co do mnie, przepędziłem noc jak w tańcu Ś. Wita[LXII], machając i rękami i nogami przeciwko powietrznym i ziemnym na­pastnikom.

 

 

 

Było jeszcze parę godzin do świtu kiedy’śmy wyru­szyli. Przewodnik z Chindarchu zawstydził mię prawie świetnością zbroi koniem swoim, który, do najlepszej Karabadzkiej rasy należał. Rzecz pewna, że gdzie się podobny znalazł, musiało być gorszych wiele. — Proszęż wierzyć Juz-baszy.

//11 Chłód przejmował nas tak, iż musieliśmy się zapako­wać w burki. Jest to jeden z kaprysów tutejszego klimatu; w najgorętszej porze lata, po dniach znojnych i palących, noce zimne do niewytrzymania! Przyjemny to wprawdzie ale dla zdrowia niebezpieczny kaprys; i nieprzywykły do znojów cudzoziemiec, wita noc jak chwilę odetchnienia, ściele sobie łoże na otwartem powietrzu, i rozkosznie, jak bawół w rzece, oddaje się rzeźwiącemu chłodowi. Nazajutrz wstaje z bólem głowy, zaschłym językiem i ociężałością w członkach, —gorączka! Krajowcy znają się na zdradnych powabach nocy, jednak i między nimi śmiertelność jest nieproporcyonalna , a przypisać jej czemu innemu niemożna, jak właśnie tym przeskokom od gorąca do zimna.

Jutrzenka jeszcze niepokazała się, niebo było czyste, księżyc w pełni, gwiazd jakby maku, —a taka cichość w tych obszarach bez końca, takie milczenie , że ledwoby’ś nieusłyszał jak trawa rośnie. Na gładkiej, zielonej równinie, ile oko dojrzeć mogło, przelewały się srebrzyste smugi światła z rosy, nasiękłej promieniami. I, o dziwy! śród tej ciszy głębokiej, powietrze zdawało się być pełne czegoś, jakichściś ptaków latających bez skrzydeł i śpiewających bez głosu, i dusza wyrywała się do swoich niewidomych braci!

Byłem zachwycony, natchniony!.... Wyobraźnia, ten twórczy promyk co człowieka do Boga podnosi, wyprężyła się w głowic mojej jak najcieńsza struna basetli. Gdyby mi ten Mefistofeles, Mustafa, niebył przerwał jakąś niesmaczną anegdotką, układałby'm elegią. Byłby’m porównał te stepy do zwiędłego serca mego, które skwar żądz prze­palił, a wichry namiętności spustoszyły. - Te gwiazdy że­gnające świat byłyby podobne do moich wspomnień, a ten blady księżyc do nadziei, która jeszcze kiedy niekiedy zwodnicze swe promyki posyła ukradkiem na czoło moje, po­orane zbyt wczesnemi zmarszczkami.

//12 Miałem gromić Mustafę, wtem przewodnik nasz ze­skoczył z konia i przyłożył ucho do ziemi. Stajemy. Przed nami gdzieś w oddaleniu słychać chrzęst zbroi, tętent koni i śpiew jakiś głuchy, jednostajny, jak szelest fali roztrąca­jącej się o kamyki nadbrzeżne, ale niewypowiedzianie miły. Po kilku sekundach przewodnik rzekł podnosząc się z ziemi:

— To jacyś dobrzy ludzie, jedźmy!

— Skądże ten wniosek?

— Bo to niema sensu, żeby ktoś lubił wiersze i był rozbójnikiem.

Wkrótce kilka postaci ludzkich i końskich wynurzyło się z ciemności. Istotnie, byli to spokojni, jak my, podró­żni.— Jeden dla skrócenia czasu sobie i toworzyszom swo­im , skandował wyjątek z Szah-Namy[LXIII].— O! kto niesłyszał wierszy perskich z ust rodowitego Persa, ten jeszcze niepoznał wszystkich cudów poezyi. Jest to kwintessencya najśliczniejszych dźwięków jakie ma natura, jest to harmonia której Bogowie Olimpu i same Muzy pozazdrościćby mogły!

Spieszyłem, — bo słońce jak tylko weszło, zaczęło silnie doskwierać. Przytem była jeszcze i inna pobudka do pośpiechu; za sobą niezostawiałem nic, zgoła nic, żadnego magnesu o sile przyciągającej, przed sobą zaś miałem per­spektywę spędzenia kilku dni przyjemnych w towarzystwie kapitana S. z którym dawna łączyła mię zażyłość. Ileż to pamiątek mieliśmy wspólnych? — pamiątek z czasów poezyi naszej, nie tej poezyi co się pisze atramentem na papierze, ale tej, co szalonemi zgłoskami młodości, wpisuje się w kro­nikę życia!....

Odtąd wiele, wiele rzeczy odmieniło się. - Ze znajo­mych i przyjaciół naszych jedni popędzili gdzieś za losem, innych sam los popędził; niektórzy znikli pod kosą Azraela. A my sami ileż to przeszli kolei, jak się poodmieniali pod każdym względem!— Czas, który zaorywa, skiby na czole //13 ludzkiem, wytyka niemi granice między żądzami i przesy­tem, między nadzieją i odczarowaniem, między życiem śmiechu, i życiem poziewania, — granicę, której zagładzić niepodobna i przestąpić nie wolno!

Wiatry przeciwne niepozwoliły złączyć się łódkom naszym, — oba kołatani, oba dalecy od brzegu, płyniemy a płyniemy!         

Stary znajomy jest zawsze perełką, a dopieroż w takiej drodze, gdzie lichy zakątek dla wytchnienia trzeba szturmem zdobywać!... Chciałby’m widzieć tu kogo z tych panów, co nam tyle pięknych rzeczy piszą i prawią o tak nazwanej: wschodniej grzeczności. — Możnaby się jeszcze zgodzić na gościnność takiego a takiego Turka, Araba, nawet Czerkiesa, ale nie na gościnność wschodnią.

Nasze opaczne pojęcia o Wschodzie pochodzą najwię­cej stąd, że podróżnicy nasi dobrowolnie poddają się złu­dzeniom optycznym, biorąc cząstkę jakąś, dach, krużganek kolumnadę, albo i jedną cegiełkę, za cały budynek. Byleby któś koniec nosa wetknął w granice Azyi, już się ma za biegłego oryentalistę, — zaraz wydaje książkę i z jakąż akademiczną przesadą wyrokuje o tym Wschodzie! Niebo wschodnie, gościnność wschodnia, obyczaje wschodnie, po­wtarzają się na każdej stronicy. — Panowie! Panowie! trocha więcej skromności i dobrej wiary! Spójrżyjcie na mapę! oto macie przed sobą 800,000 mil kwadratowych przestrzeni, nielicząc Egyptu i brzegów Barbaryjskich, które także do Wschodu zwykliście odnosić. — A jeszczeż kraje, rozrzucone po tej ogromnej przestrzeni, nierównie więcej różnią się między sobą, tak co do nieba, ziemi, jak co do ludzi, niż kraje waszego Jafetowego[LXIV] mrowiska. O! panowie! żeby ten Wschód objąć i zrozumieć, trzeba czegoś więcej niż zjeść kilka obiadów i odprawić kilka mszy //14 w klasztorach Palestyny, albo piastować przez kilka lat urząd konowała na dworze Mehmed-Alego[LXV].

Duża wieś Agdżabet, do której’śmy przed dziesiątą ranną, zawinęli, leży na płaskiej, bezleśnej równinie. — Są­siedztwo rzeki Kura[LXVI], mającej brzegi zarosłe, dostarcza jej równie jak innym wsiom okolicznym, wody w kanały i drzewa na budowę.

Powierzchowność chałup niewiele obiecująca; zdaje się, że pierwsza zima, godna tego nazwiska, wydusiłaby tu całą ludność do szczętu. Ale takie zimy są nieznane w stepach Karabadzkich , a na lato większa część mieszkańców wy­nosi się w góry. Ztąd ta rażąca niedbałość w budowaniu pomieszkań.

Agdżabet ma dużo ogrodów, w których najwięcej morw i winogradu. Winograd konsumuje się w gronach, albo chowa na sprzedaż; wina, jak wiadomo, Muzułmanie nierobią, - morwy służą na pokarm jedwabnikom.

Wyrabianie jedwabiu i materyi jedwabnych, jest tu powszechne, chociaż znajdując się w ręku oddzielnych ro­dzin wieśniaczych, niemoże dójść do tego stopnia doskona­łości, do jakiego by je większe zakłady doprowadzić mogły. Z materyj jedwabnych Karabadzkich słyną szczególniej dżidżimy i szałwary; pierwsze używane są przez krajowców na materace, ostatnich przeznaczenie okazuje sic z samego nazwiska. Zaleca je przedewszystkiem dziwna, nicpożyta trwałość.

W ogóle, położenie wsiów, w okolicy o której mowa, może się znośnem nazwać, nawet takich, które mają dzie­dziców. Powinności oddawane im, muszą być wedle miejscowych środków mizerne, kiedy pozwalają wieśniakowi większą część życia poświęcać ulubionemu próżnowaniu. Handel ludźmi niema tu miejsca, bizun jest niesłychanym //15 kometa. —Nota dla oryentalistów, do rozdziału: o Wschodniej tyranii.

Pokazano mi mieszkanie Chalil-bega, z którym znali’śmy się oddawna. Zastałem go w ogrodzie, zajętego arcy-ważną robotą, opłókiwaniem się z brudów grzecho­wych. Wykonywał to po sunnicku, prowadząc rękę z dołu do góry, bo Szyici swoje grzechy z góry na dół spłókują. Chalil-beg należy do niewielkiej liczby zwolenników Omara, rozsianych po tym kraju.

Tu byłoby miejsce napomknąć o sektach Szunni i Szyi, że powstały w pierwszym wieku ucieczki, z powodu jednej z małżonek proroka, Aisze. która intrygowała przeciw Chalifowi Alemu; — że tej Ali a tamtej Omar był zało­życielem ; że teraz sztandar Chalifów jest przy Sułtanie Tu­reckim. czego mu jednak odszczepieńcy (Szyici) Persowie, wcale nieprzyznają. — że nakoniec te dwie sekty, po dziś dzień pałają między sobą taką nienawiścią, jak owe sławne stronnictwa u Guliwera, co się sprzeczały którym końcem tłuc jaja. Ale cóż o tem mówić, kiedy to są rzeczy aż nadto wszystkim wiadome.

Po flegmatycznie odbytym namazie, Chalil-beg przy­wiał mię z uprzejmością starego Kunaka (przyjaciela).— Spędziłem u niego najgorętszą porę dnia, wynagradzając sobie przeszłe niewczasy i gotując się na przyszłe.

 

 

 

Ku wieczorowi dotarliśmy do Kura. Po tej stronie rzeki żadnych, mieszkań niebyło, po tamtej wzdłuż ciągnęła się wioska, której Beg wyszedł na spotkanie moje skoro’m z łodzi wysiadł. Kur w tem miejscu musi mieć około 50 sążni[LXVII] szerokości. — w czasie wezbrania letniego ma się //16 znacznie podnosić, nie wysokie brzegi niepuszcznją go na równinę. Naprzeciw Zardoba (imie wioski) z łona rzeki wy­skakuje mała wysepka, okryta karłowatemi drzewami, świeżą murawą i kwieciem. — prawdziwy raj dla oka, które od dwóch dni błądziło po nagim stepie, pożółkłym od skwa­rów. Poeta niemógłby wymarzyć wygodniejszego pomieskania dla siebie i dla swojej wyśnionej dziewicy. Jest to, jakby powiedział kochany nasz, a tak źle od recenzentów oceniony, Tadeusz Ł. Zabłocki[LXVIII]:

Oaza, co ciągle wydycha woń kwiatów,

Gdzie wietrzyk łagodny znój letni ostudza,

Pragnienie utula sok winny granatów     

Nieręczę żeby i ostatni wiersz mógł się zastosować, jednak niezbyt daleko stąd widziałem rosnące dziko gra­naty; Szkoda tylko, że tę wysepkę Kur czasami zatapia.

Kur jest rzeką historyczną. Nad nią założyciel monarchyi Perskiej, od którego i nazwisko wzięła, znalazł ostatni kres zaborów swoich, przy niej Pompejusz gro­mił Albanów[LXIX] i Iberów[LXX], przy niej był i Aleksander syn Filipa, byli i Mitrydat i Nuszyrwan i Timur kulawy i Abbas Wielki i Nadir-Szach. I wieleż to innych jeszcze żołądków historycznych , mniejszych i większych piło te mętne wody!

Kiedy konie moje popasywały, a Mustafa kołatał do miejscowej władzy o przewodnika, ja tymczasem, usiadł­szy nad rzeką, dumałem sobie o sławnych, dawnych cza­sach. Roiska plemion, co temi strony kiedyś przemykały, jak mgła jaka osiadły przede mną z całą dziką wielkością swoją, ze swoim stujęzycznym hałasem, rżeniem koni, chrzęstem nożów, strzał i rohatyn. Ścigałem je potem my­ślą, jak szły zaludniać nasze północne równiny, jak, nie- //17 które oddzieliły się na zachód, żeby odegrać nadane sobie od przeznaczenia role w owym pamiętnym dramacie, który z rąk potwora Rzymskiego, wytrącił nieprawnie posiadane berło świata.

Gdzieże’ście wy teraz, bicze i gromy Boże? wy! co’ście cały świat napełniali przestrachem? Całe ludy znikały przed wami, jak nędzna trawka przed jednym zamachem kosy!... Gdzież’eście wy teraz?.... W książce bez rozumnego żaka, w głowie erudyta który dzieli czas swój między wa­mi i kollekcyą zasuszonych robaczków!...

Kur razem z Rionem nosił niegdyś na sobie statki Greckie, Genueńskie, Weneckie, naładowane rzadkościami Indyi. Kierunek ten jako niepotrzebny, zarzucono, odkąd Wasco-de-Gama zmierzył się z równikowym olbrzymem. Dziś flagi kupieckie wędrują innemi drogami, historyczne imiona także innemi. Kurowi pozostały tylko pamiątki prze­szłej świetności. I widać, że on tęskni, bo zamulił się w wielu miejscach, schudł, znikczcmniał do niepoznania.—

Sic transit gloria mumii

 

 

 

Chmury zaciemniły noc; do najbliższych wsi było 9 agaczów (mil polskich[LXXI]), niechciałem jednak nocować z bojaźni upału, bo do rana mogło się niebo rozjaśnić. Nowy nasz belet (przewodnik) ani się umył do tamtego. Było to duże i niezgrabne chłopisko, na chudej szkapie o trzech nogach, czwarta dla symetryi tylko wisiała. Zaraz na po­czątku dał mi poznać, że ta daleka droga niewchodzi do jego planów.

Byjuk (wielki), rzekł, aj byjuk! wieś blizko, bardzo blizko!

//18    ̶  Doprawdy? a niedawno mówiłeś, że nieblizko?

̶ Gdzie tam! alboż niewidzicie tych światełek, - oto i drzewa pokazują się.

Ciemność niepozwalala widzieć uszu końskich, nietylko drzew o 9 mil oddalonych.

̶ Tem lepiej dla ciebie , odpowiedziałem , prędzej wrócisz.

Omylony w rachubie udał się do innego sposobu. Spytał Mustafę jak się nazywam? Mustafa splotł mu jakieś imię tatarskie podobne ze dźwięku do mojego.

̶ O! śliczno imie, śliczny dźwięk. Wszystkie imiona gasną przy niem, śpiew słowika nietak przyjemny. A co on takiego? t.j. czem się bawi?

̶ Hakim (lekarz). Mustafa często mię ogłaszał za lekarza, bo to jest jedyny tytuł, który Europejczykowi w oczach jego ziomków, pewną wartość nadaje.

̶ Hakim? A tak, słyszałem o tem. O, on zawołany Hakim, umarłych wskrzesza. W całym Szyrwanie niema nikogo coby go niesławił.

̶ Ej ty jak widzę jesz śmiecie, — bo on lekarzem niejest i nigdy niebył.

̶ A to będzie jak tylko zechce.

Nastąpiły panegiriki mojemu koniowi, zbroi, odzieży. Poczciwy belet wysilał cały swój dowcip, ale jakże musiał się dziwić, że to wszystko nieprzemawia do mojego serca. Zbliżył się do mnie:

Byjuk! ja mam chałupę o dwuch izbach, dwie krowy z cielętami, jedną żonę z dzieckiem, osła, oślicę i tę kobyłę.

̶ Zazdroszczę ci!

 Ale to wszystko wasze, i żona wasza, i dom wasz, i bydło wasze, - cóż ja mogę mieć takiego coby niebyło wasze ?

//19  ̶ Dziękuję. Oddam ci to wszystko nazad, jak mię tylko do Kiurdemiru doprowadzisz.

̶ Hm! a ja sam twój nuker (sługa), czemże mam być więcej ?

Ośmielił się nareszcie wspomnieć o powrócie do domu. Znalazłszy mię i tą razą nieubłaganym, zrobił ostatnią próbę: przyzostał w tyle i znczął jechać wolniejszym kro­kiem, tak, że nim’eśmy się spostrzegli, był już daleko za nami i zbierał się do odwrotu. Pogoń była nietrudna. Złapany zawołał płaczliwym głosem:

 ̶ Przebacz mi, Byjuk! przebacz! zjadłem śmiecie!

Ale szkapa o trzech nogach niemogła dalej służyć.

 ̶ Trzeba go prowadzić piechotą, rzekł Mustafa, a dla pewności na postronku. Zaraz ja postronek odwiążę od juków.

 ̶ Piechotą? Aj, aj co ty mówisz? ani mój ojciec, ani mój dziad niechodził piechotą. Piechotą tak daleko? Nie dójdę, umrę na drodze, położę się i umrę!

 ̶Bizun wskrzesi. Ale dla czegóż mówisz, że daleko, kiedy ot i światełka migają i drzewa widać.

 ̶I daleko i blisko. Kto ma konia na czterech nogach temu blizko. Po tym gościńcu bardzo blizko, niemożna zbłądzić, to król-gościniec, Padi-szach-yol.

Pojechaliśmy bez niego. Po godzinie jazdy, król-gościniec rozdzielił się na dwie gałęzie, — którą wybrać ? Ścieżka idąca na prawo zdawała się trocha więcej utoro­wana; wybraliśmy tę, ale niezadługo i ona zaczęła się zwężać, zwężać, i poszła znowu kilką gałęziami w różne strony. Niebyło innej rady jak oddać się instynktowi koni. Pojechaliśmy niewiedząc dokąd, ostatni ubity ślad zaginął, pojechaliśmy bez śladu; nareszcie ukazały się nam zarosłe brzegi Kura. Kiurdamir niemógł być w tej stronie, bo najbliższy od niego punkt Kura jest u Zardobu; zwró-//20 ciliśmy się na lewo, w nadziei, że w tym kierunku można będzie przerznąć się do drugiej gałęzi króla-gościńca. Po niejakim czasie umyśliliśmy się zatrzymać, aby dać wytchnąć koniom.

Ten ostatni koncept przyszedł nam właśnie nie w porę. Zlazłszy z koni straciliśmy kierunek któregośmy się dotąd trzymali. Cztery strony świata stanęły przed nami otwo­rem, i żadna niechciała się nam przyznać, czem jest? po­łudniem, północą, wschodem czy zachodem? Którędy się udać? Błędny rycerz niedługoby myślał nad tem, ale nam trzeba było do Kiurdamiru, a niewiedzieliśmy gdzie leży, czy przed nami, czy za nami, czy gdzie z boku? Była to zagadka ogromna i nie zgłębiona jak sama przestrzeń.

 ̶ Jedźmy! rzekł Mustafa.

 ̶ Ale którędy?

 ̶ Jest któś co nas poprowadzi.

 ̶ Któż taki?

 ̶ Tagdyr (przeznaczenie). Gdyby się dostać znowu do Kura, tam trocha bezpieczniej, a tu po tej bezwodnej pustyni można błądzić dwa dni i dwie nocy i niespotkać ludzkiego śladu.

Niewidomy nasz przewodnik Tagdyr, doprowadził nas tą razą szczęśliwie do brzegów Kura. Mustafa wlazł na pierwsze drzewo i zatrąbił w kułak naśladując wycie szakala. Dalej powtarzał wezwanie na każdym wyższem, na które można było się wdrapać. Ja’m mu odpowiadali z ziemi, — trąbiliśmy z całego serca, ale długo bez żadne- go skutku. Nakoniec gdzieś w oddaleniu, szczekanie psów dało się słyszeć.... Ląd!..

Kierując się na to szczekanie znaleźliśmy koczowisko tatarów[LXXII]. Słońce już miało wschodzić, Nomadowie niespali. Przybycie nasze sprawiło swój zwyczajny skutek,— dziatwa uciekła z krzykiem, kobiety także; — ale po nie-//21 jakimś czasie, wierne instynktowi ciekawości wrodzonemu córkom Ewy wszystkich stref i wszystkich wieków, przy­patrywały się nam przez otwory namiotów. Mężczyzni byli śmielsi.

 ̶ Dokąd to jedziesz? spytałem jednego widząc że siodła krowę.

 ̶ Do Kiurdamiru!

 ̶ A jak daleko do Kiurdamiru?

 ̶ Dziesięć agaczów.

Z Zardobu było dziewięć. Taką to odnieśliśmy ko­rzyść z niedospanej nocy.

Gospodarz krowy wyprowadził jeszcze wielbłąda i ko­nia. Wielbłąd ukląkł, przywiązano mu do dwóch boków siodła dwa kosze, w które wlazło dwoje dzieci. Z wierzchu umieszczono tłomok, a na tłomoku damę, uwiniętą od stóp do głowy w czadrę (zasłona długa), oprócz której miała jeszcze na twarzy zasłonę z gęstej białej siatki. Ten ostatni dodatek był, jak się zdaje, in gratiam moich niewiernych oczu, bo rzadko się używa. Reszta ciężaru poszła na kro­wę. Pater familias wsiadł na koń — i wyruszyli. My od­począwszy, dopędziliśmy ich niebawem.

 

 

 

Oparę godzin od Kiurdamiru, współwędrowce nasi stanęli na odpoczynek. Niewahaliśmy się pojechać sami, zwłaszcza, że król-gościniec był w tem miejscu szeroki. znaczny, i do wieczora daleko było.

Kiurdamir jest to wieś ogromna, wzdłuż ciągnie się przynajmniej na milę, cała w ogrodach. Słynie z naj­lepszego jaki rośnie w tych okolicach winogradu i na Sze machyńskim bazarze, lutem, w wieczór można słyszeć //22 wołanie: aj Kiurdamir-czyum, bach, bach! (aj Kiurdamirski winograd, patrz, patrz!)

Przed niewielą laty mieszkał w tej wsi jeden Effendi[LXXIII], którego uczoność i świętobliwe życie znane było nietylko w całym Szyrwanie, ale i w krajach sąsiednich. Piel­grzymi z rożnych stron odwiedzali go, jedni dla zbudowa­nia się z rozmów , drudzy, żeby powróciwszy mogli po­wiedzieć swoim; widzieliśmy znakomitego człowieka. Ofiary które mu zewsząd znoszono, sprawiły, że się miał równie dobrze i co do marności ziemskiej. Między innemi przy­było do niego dwóch na wiosnę 1823 roku z Dagestanu, Teolog            czarnoksiężnik. Bawili dwa miesięce, i przez ten cały czas mieli się naradzać względem popraw oby­czajów muzułmańskich, które ich zdaniem, coraz wi­doczniej wsiękały w siebie pierwiastki, przeciwne ustawom proroka. Powróciwszy do Dagestanu, jęli ogłaszać nau­kę wywiezioną z Kiurdamiru, ale ta niedługo ograniczała się swojém moralném dążeniem. Hasło wojny zabrzmiało w górach Dagestańskich. Taki jést początek Miurydyzmu.

O tym Ejfendym kursuje podanie, że wróciwszy z Mekki gdzie bawił rok i cztery miesiące, znalazł najulubieńszą z trzech żon swoich odbywającą połog!....

Więc ją przebił kindżałem, albo kazał zaszyć w wo­rek i utopić, albo strącił ze skały?

 ̶ Bynajmniej! święty człowiek nigdy nienosił kindżałów, utopić niemógł, bo w Kiurdamirze niemasz wody tak głębokiej, niemógł też strącić ze skały, bo ta osada leży na płaszczyznie.

 ̶ Więc zadusił ?

I to nie. Ucałował żonę, a nowonarodzonego przy­jął z uczuciem najżywszej radości.

//23  ̶ Bajki! bajki! Jakto żeby wyrozumiałość małżeńska, mogła posunąć się tak daleko, i to gdzie? na Wschodzie! a w cóż się obróciła owa wschodnia zazdrość, owe haremy, kraty i czujni rzezańce? Bajki!

Ale wysłuchajcież do końca! Effendi Kiurdamirski bawiąc u ś. grobu, miał taki stołeczek o trzech nóżkach, który go co noc potajemnie przywoził do żony powietrznemi szlaki, i przed świtem znowu odwoził do Mekki.

 

 

 

W Kiurdamirze miałem odebrać jeszcze jedną lekcyę cierpliwości.

Przejechawszy całą wieś w poprzek. niespotkali’śmy na drodze ani jednej żywej istoty. W ogrodach pokazy­wały się tu i ówdzie pojedyńcze figury, ale wołanie nasze sprawiały przeciwny skutek temu, jakiego’śmy sobie życzyli. Figury przepadały natychmiast, i, rozstąp się ziemio! na- próżno szukaliśmy przystępu do jakiej chałupy. Każda chałupa w Kiurdamirze stoi z osobna w środku swojego ogrodu i niełatwo ją dostrzedz można z pomiędzy drzew i krzaków, a każdy ogród obwarowany głębokim rowem, okopem i płotem z cierni.

Pojechaliśmy wzdłuż po labiryncie uliczek wązkich i trudnych do przebycia. Też same pustki. Mustafa stracił cierpliwość.

 ̶ Gdyby dostać języka, rzekł zgrzytając ze złości zębami, ja się boję, żeby’śmy gdzie w rowie niebyli przy­muszeni nocować. Pójdę na zwiady.

Zlazł z konia, i po usilnej pracy przedarł się jakoś do najbliższego ogrodu. Za kilku minut spostrzegłem go pędzącego za małą dziewczynką, która umykała z lekkością //24 antylopy. Nakoniec zniknęli oboje w krzakach, i wkrótce dal sic słyszeć taki przerażający pisk, że koń mój od­skoczył.

 ̶ Zjem. zagrzmiał Mustafa, surową zjem. połknę z nogami. jeżeli natychmiast niezaprowadzisz do Juz-baszy.

Dziewczyna zagłuszona własnym krzykiem, niesłyszała zapewno tej groźby. Głos jej podnosił się coraz wyżej i nagle umilkł. Mustafa wrócił.

 ̶ No! i cóż’eś tam wskórał?

 ̶ Umarła!

 ̶ Co, co. umarła? Zapewno zemdlała ze strachu. Ej Mustafo, ty kroku niezrobisz bez awantury.

 ̶ Zaraz ona ożyje jak tylko się obejrzy, że mnie niema. Otóż i wybiegła. Aha! łapajcie, łapajcie!

Po kilku podobnych wycieczkach, równie daremnych, umyśliliśmy jechać dalej , w nadziei, że może zobaczymy gdzie blisko inną osadę, co przystępniejszą będzie. O parę werst ode wsi znaleźliśmy dosyć świeżą murawę, ocienioną drzewami; niedaleko stamtąd znajdował się kanał płynący po grobli usypanej umyślnie, z powodu zniżonego w tem miejscu horyzontu płaszczyzny. Zlewając się w kilka mniej­szych, które się rozchodziły w różnych kierunkach, kanał ten dostarczał wody całemu Kiurdamirowi.

 ̶ Zostańmy tu. rzekł Mustafa po krótkim namyśle, noc nadchodzi, droga niewiadoma, i kto wic jak daleko przyszłoby jechać!

 ̶ Ale konie nasze, konie! Nigdzie paszy niewidać, a całą dobę jechaliśmy niezatrzymując się prawie.

 ̶ Będzie wszystko, połóżcie się tymczasem pod drze­wem i wypocznijcie. Ja mówię, że będzie wszystko.

Usłuchałem jego rady, ponieważ sam nic lepszego niemogłem wymyślić, i wkrótce zasnąłem twardo. Przebu­dziła mię wrzawa i gwar kilkunastu głosów. Otworzywszy //25 oczy. zobaczyłem Mustafę przy owym głównym kanale, oblężonego ze trzech stron od tłumu Tatarów. Niektórzy usiłowali strącić go z pozycyi, Mustafa bronił się kolbą karabina.

 ̶  O co wam chodzi? zapytałem.

Kilku obróciło się do mnie i jęło z krzykiem sprawę swoją wytaczać. Z ich pomięszanych głosów niczego’m dójść niemógł, — aż nakoniec jeden uciszywszy towarzy­szów, opowiedział jak przyszło do tej poswarki.

Syn psa i syn grzechu, będący jak się domyślali mo­im nukierem, chciał, niewiadomo w jakim celu, rozkopać ka­nał, i ich, prawowiernych Kiurdamirzanów, ogołocić z wody. Któś ze wsi spostrzegłszy to, narobił hałasu, bliżsi sąsiedzi zbiegli się, i, oto! w sam czas przybyli dla zapobieżenia nieszczęściu.

Mówca zakończył zapewnieniem. że o tym niecnym postępku niezwłocznie uwiadomi zwierzchność.

 ̶ A cóż ty za jeden , co się tak górnie tłumaczysz . spytał przyskoczywszy do niego Mustafa.

 ̶ Juz-Basza.

A! ptaszku, właśnie ciebie potrzebujemy.

 

 

 

 


//26

//27

II

WYCIECZKA DO INGUSZÓW

 

We Władykaukazie[LXXIV] dano nam eskortę, pod ochroną której udaliśmy się ku wschodowi. Droga prowadziła przez miejsca otwarte i niemal równe; z prawej tylko strony w niewielkiej odległości widzieliśmy lasy, owe groźne lasy. co w swoich ciemniach ukrywają niespokojne plemię Gałaszków. Wkrótce ukazała się nam pierwsza wioska Inguszów[LXXV]. Żal się Boże takich wiosek: nędzne, odarte, bez zabudowań gospodarskich, rodzone siostry naszych siół ukraińskich. Stogów zbożowych daremnieśmy szukali oczy­ma. Widać, że poczciwy naród Inguszów, nakształt in­nych pokoleń Kaukazkich, kłania się owemu bożyszczu , które my, Europejczycy, nazywamy lenistwem. Nieraz, w moich częstych wędrówkach po tym kraju, nastręczało mi się zapytanie filozoficzne: co też jedzą ci ludzie? bo rzecz niezawodna, że cóś przecie jedzą. Co do Inguszów, pan Klaproth[LXXVI] niszczy wszelką, w tej mierze wątpliwość je­dnym zamachem pióra. Oto są słowa tego uczonego ba-//28 dacza: Za każdym razem, kiedy Ingusze chcą jeść, pieką sobie placki z prosa, żyta, albo pszenicy...:” proszę uniżenie! a jaby’m był gotów napisać traktat o tem, że Ingusze nic niejedzą.

Oprócz placków p. Klaproth odkrył jeszcze u Inguszów jakiś nieoszacowany napój, który mu tak zasmako­wał, iż niewahał się go nazwać doskonałym piwem nieustepującym porterowi angielskiemu. Mocne pragnienie, przy niedostatku wody przywiodło mi na myśl owe odkry­cie; dałem więc do zrozumienia jednemu z przewodników, skorośmy się do najpierwszej wioski zbliżyli, że chcę piwa.

 ̶ Czego? zapytał przewodnik patrząc na mnie takim wzrokiem, jak gdyby chciał wybadać, czy z niego nieżartuję.

 ̶ Czegokolwiek, odpowiedziałem. czym w tych stronach ludzie gaszą pragnienie, bo to, coście mi przed chwilą dali zamiast wody, miało więcej podobieństwa do błota.

 ̶ Może buzy, zapytał znowu przewodnik.

 ̶ Aha! właśnie, zawołałem niewątpiąc, że wpadłem nakoniec na ślad owego Klaproth’owcgo piwa. Jakoż zaraz przyniesiono mi garnek cieczy czerwonej, gęstej, pieniącej się, słowem wielce do piwa podobnej. Ale zaledwie’m w niej usta umoczył, illuzya znikła i buza została buzą, bez względu na powagę pana Klaproth’a.

Zbliżyliśmy się do koryta rzeki Nazrani, które nas doprowadziło do forteczki tegoż nazwiska, zbudowanej po­środku głównych siedzib Nazranowskieh Inguszów. Trzeba wiedzieć, że ci Ingusze, są cząstką pokolenia Gałgaj, i że wprzód mieszkali w górach, gdzie im było tak ciasno, że nakoniec zmuszeni zostali wykoczować i osiąść w tych miejscach, w których ich znalazłem. Zaraz po przesiedleniu się zajęli dosyć obszerną przestrzeń, wkrótce jednak źli sąsiedzi, z jednej strony Gałaszemy a z drugiej //29 Karabułaki, przymusili ich do coraz większego zacieśnie­nia się w około forteczki, którą rząd Rossyjski ku ich bez­pieczeństwu i obronie zbudował. Forteczka leży na wzgórzu; wioski zaś Inguszów tak skupione, że ledwie jednym rzu­tem oka obejrzeć się niedaja. Stercząc po okolicznych ni­zinach i górach, zdają się patrzyć wszystkie na swoją orę­downiczkę, i garnąć się pod nią jak kurczęta pod skrzydła matki.

Sądziłem, że w Nazrani tyle tylko czasu zabawię, ile potrzeba na przemianę koni i eskorty. Ale jakże’m się nieprzyjemnie zdziwił, kiedy mi komendant (szanowny staruszek, jednak jak z pierwszego spotkania się wnosić można było, do towarzyskości bynajmniej nieusposobiony), oznaj­mił, że między Nazranią i inną forteczką Kazak-Kiczu, która była celem mojej wędrówki, żadnych a żadnych sto­sunków niema, i że jedyny środek jaki mi pozostaje, jest czekać. Czekać! to jest przechadzać się wielkiemi krokami wzdłuż i w poprzek obszernej izby którą mi przeznaaczono na mieszkanie, albo bębnić palcami po kilku szybach, co je czas niszczyciel od powszechnej zagłady, jak gdyby umyślnie na ten koniec, ocalił. I tak przechodzić i przebębnić tydzień, miesiąc i Bóg wie wiele czasu?

Gdyby’m zajrzał we wnętrze tych lepianek, pomyśla­łem sobie patrząc na nie z wału fortecy, możeby’m w nich odkrył niejeden skarb dla umysłu, dla wyobraźni, a co większa, niejeden sposób zabicia czasu. Ale cóż, kiedy nieumiem mówić po tutejszemu i niemam tłumacza. O prze­klęta wieżo coś się stała przyczyną mięszaniny języków! Zresztą bądź co bądź, pójdę do pierwszej wioski, pójdę badać zwyczaje Inguszów, przypatrywać się ich domo­wemu pożyciu. Ma się rozumieć, że mogę badać i przy­patrywać się tylko powierzchownie, t. j. oglądać z wierzchu sakle (chaty) niewchodząc do żadnej, przysłuchywać się //30 rozmowom nierozumiejąc ani słowa! Uprzedził mię komen­dant żeby’m się miał na ostróżności, że tutejszym Bisurmanom ufać niemożna, że częstokroć ukryty kindżał skar­cił ciekawość zuchwałego śmiałka. Ale czyż im niebędę mógł dać do zrozumienia za pomocą, giestów, że niemam złych zamiarów, że chodzę sobie nie tak z chęci badania, jak dla rozpędzenia nudów. I czy mogą mi wziąść za złe, jeżeli, naprzykład, zbiegłszy na dół zajrzę w oczy tym oto dziewczętom co to idą do rzeki niewiedzieć po co. Bo nie widać, żeby niosły naczynia do czerpania wody, albo na­rzędzia do mycia bielizny.

Ktoby chciał poznać ubiór Inguszanek, niech sobie dostanie książkę pana Klaproth’a; znajdzie w niej wiele malowniczych szczegółów, więcej, niż ja znalazłem w rze­czywistości. Damy tutejsze musiały się przygotować na przyjęcie tego dystyngowanego gościa, mam nawet podej­rzenie, porównawszy jego opisy z tem co’m widział, że dla owej uroczystości przyrządziły sobie toaletę nie bez pora­dzenia się dzienników Paryzkich. Ja, prosty podróżny, widziałem Inguszanki w ich zwyczajnym ubiorze, nie różniącym się od ubioru wszystkich kobiet północno-wschodniej gałęzi Kaukazu. Jest to długa koszula z czewonej , albo sinej materyi, z obu stron u bioder podniesiona i za­tknięta za szarawary, aby przez swoją długość nóg nie plątała. Żadnych dodatków niema, nawet przepaski u sta­nika. Duża łata z grubego płótna zdobiąca plecy, ma takie przeznaczenie, jak’em się po ścisłych badaniach dowiedział, ażeby tę część ciała ochronić od tarcia i holu przy nosze­niu ciężarów.

Nic od rzeczy będzie przytoczyć tu anegdotkę, która da pełne pojęcie o wiarogodności wędrowników zwiedza­jących Kaukaz, co nieznają żadnego z tutejszych języków. Z jednym z nich, którego imie nawet jest znanem w Euro­-//31 pie, zjechałem się raz na nocleg w jednej stacyi pocztowej.

Czy niewiesz pan, co to są za ludzie te Czapary? Na każdym kroku słyszę coś o nich! Czapar po tatarsku zna­czy pocztarz, albo człowiek używany do posyłek. Niemając jednak wtedy usposobienia do rozmowy, odpowiedziałem, że niewiem. — „Musi to być pokolenie jakie, bo cóżby miało być innego?” — „Zapewne!” Nazajutrz rzuciwszy okiem na otwarty pamiętnik, którym uczony wojażer, jak mi się sam zwierzył, miał ozdobić stronice jakiegoś feljetonu, znalazłem w nim następującą notatkę:

„Czapary, pokolenie z rodziny ludów Kaukazkich, odznaczają się nieochędóztwem w ubiorze, a obok tego do­syć udatną i dumną postawą. Z własnej woli, czy też jako zręczniejsi i większą siłą obdarzeni, użyci są do posług przy stacyach pocztowych.”

Jeżeli do podobnej łatwowierności, a raczej niedbalstwa, przydać zupełną niemożność oznajmienia się z języ­kami miejscowymi, tak licznemi, że się często mieszkańcy dwóch osad, o jeden dzień drogi od siebie odległych, nierozumieją wzajemnie, i tę sprzeczność zwyczajów i postaci plemion różnego pochodzenia, z któremi Kaukaz jak stu­głowa hydra wygląda, i to nakoniec, że ci panowie co tu przyjeżdżają dla badań, zdaleka tylko mogą spoglądać na uczony cel ciekawości swojej , okrążyć go, obwąchać, ale nigdy niezbliżyć się doń’ na wystrzał karabinowy, chyba do plemion spokojnych które z brzegu mieszkają, będziemy mieli pojęcie jaką wiarę przykładać można do wyroków o     głębszym Kaukazie ferowanych z Paryża naprzykład, albo z Londynu. Pozaprzeszłego lata pewna dama Angiel­ska przyjeżdżała tu dla bliższego zaznajomienia się z temi Czerkiesami, co to przez swe junackie napady, przez swe hełmy i pancerze, tak mocno przypominają nieodżało­wane, średniowieczne rycerstwo. Nie wiem, jakieby też ma-//32 rząca turystka znalazła była przyjęcie u Tankredów i Amadysów 19-go wieku, wiem tylko, że wędrówki jej na ten raz ograniczyły się Piatigorskiemi wodami, gdzie Czerkiesi niemieszkają.

Nieposądzajcie mię, łaskawi czytelnicy polscy, że mam na celu poniżając innych, własnym moim szkicom nadać więcej wagi. Wasze podejrzenie byłoby bezzasadne. Wszak nieodziewam się w togę erudycyi, niezapuszczam się w głęb­sze wywody, chociaż by to i mnie, co niejestem badaczem z professyi, przy pomocy innych dzieł bez trudności wy­konać się dało. Ja tylko do waszej wiadomości podaję i podawać będę, czego’m doznał, com słyszał od ludzi zna­jących się na rzeczy, co’m nakoniec widział własnemi oczy­ma bo niebędąc idealistą, na świadectwie własnych oczu mocniej polegam) już w wędrówkach moich z obowiązku a nie przez ciekawość odbywanych, już podczas wypraw wojennych quorum pars parvula fui.

Co też to za szczególne powinowactwo, a raczej plą­tanina myśli, co mię zaprowadziła, że’m się ani spostrzegł, od dużej łaty z grubego płótna zdobiącej plecy Inguszanek, do pięknej Ledi turystki, i dalej jeszcze. Miałoż by to być prawdą co mi powiedział niedawno jeden z przy­jaciół, że czasom w przystępie gadulstwa, baję nie podług logiki i zupełnie od rzeczy? Bądź co bądź, wróćmy do przedmiotu. Biedne tutejsze kobiety, z łatami grubego płótna na plecach, przywiodły mi na myśl opłakany los, jakiemu w ogólności ulega płeć piękna na lewem skrzydle Kaukazu, tak w pogańskich krainach, jak między zwolennikami Koranu. Któryż by Lezgin. Awarzec, Cze­czeniec, albo Ingusz, plugawił swoje ręce do kindżała stworzone, podłemi robotami w polu. albo kolo domu? Wyorać zagon, oto jest jedyna praca jaką siebie obarczył. Resztę wszystko żona odbywa. Żona go nakarmi, odzieje, //33 żona mu konia dojrzy, a kiedy trzeba, osiodła i przypro­wadzi. Żona jest jego własnością, rzeczą, z której ciągnie pożytek, jaki się da wyciągnąć, bo za nią zapłacił.

Ale najstraszniejszym z obowiązków, jakiemi męszczyzni pleć piękną obciążyli, jest lament po umarłym. Naj­straszniejszym, mówię, bo prowadzi za sobą, bicie się w piersi, drapanie twarzy, wyrywanie włosów, słowem wszystko, czem się tylko brak wewnętrznej czułości, która na zakaz nie przybywa, powierzchownie okryć i zastąpić może. Podobne sceny na człowieka kołysanego uczuciami i myślami Bajronów, Szyllerów i Mickiewiczów, prawdziwie piekielne spra­wują wrażenia!...

 

 

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Któś mię uderzył po ramieniu. Co pan za jeden? za­pytałem mierząc okiem natręta, który mi tak poufale, pod­szedłszy z boku, przerwał moje rozmyślania. Był to człowiek dużego wzrostu, pełnej tuszy, odziany i uzbrojony jak góral; para dużych wąsów, co mu do ramion spadały, nadawała całej jego postaci tem wybitniejszy charakter Dżigita — wo­jownika. „Jestem prystawem (rządcą) tego narodu, rzekł, proszę się nie gniewać za moję śmiałość; my ludzie prości, cośmy się nic wychowywali w miastach, nie znamy się na ceremonjach. U nas uderzyć nieznajomego po ramieniu, albo ukłonić mu się niziutko i spytać o zdrowiu, uważa się za jedno. „Ja też nie mam urazy, odpowiedziałem, owszem rad jestem niezmiernie, że’m się spotkał z człowiekiem, z którym mogę użyć daru języka, i który obeznanym bę­dąc z miejscowością, potrafi mi opowiedzieć nie jeden ciekawy szczegół, tyczący się zwyczajów tutejszych.”

//34 „O! tak panie! nie pierwszy to i nie drugi rok ocie­ram się o te pogany. Wychowałem się prawie pomiędzy nimi, i miejsce urodzenia mego stąd niedaleko. Bo nie je­stem Rossyaninem, jak to pan mogłeś poznać z mojej po­łamanej mowy. Urodziłem się w Ossetyi, i chociaż od dzieciństwa prawie służę wojskowo, nigdy’m się jednak z tych miejsc nie oddalał. Na ostatek dano mi w zarząd plemie Inguszów, i oto piąty rok upływa, jak tę godność piastuję.”

„Ale dla czego pan ich poganami nazywasz? Wszak Ingusze, ile mi wiadomo, wierzą w Chrystusa. Zdaje mi się nawet, że’m dzisiejszego rana, widział Gruzyjskiego mni­cha, wychodzącego z tej oto sakli?”

„Ingusze wierzą w Chrystusa i w Mahometa, i w djabła, i w co pan im każesz. Są pomiędzy nimi Chrześcijanie którzy przysięgają na Alkoran, i odbywają całopalenia z baranów, są poganie, co jednak przy obrzędach ślubnych nigdy nie zaniedbują zasyłać modłów do Matki Najświętszej, żeby nowozaślubionych obdarzyła dziewięcią synami i jedną córką. Nie zbywa też i na wyznawcach Ałłacha, tych ostatnich wszakże najmniej, i to, jak mi wiadomo od niedawnych czasów. Nawet teraz, przed tygodniem, zjawiło się tu było dwóch Mołłów, co szukali zwolenników dla swego proroka. Kazałem ich przepędzić, dawszy wprzód na drogę tak gorący upominek, że pięty szanownych apostołów nie prędko przyjdą, do swego naturalnego stanu.”

W tem co mi prystaw powiedział o wyznaniach In­guszów nie było żadnej przesady. Na całej przestrzeni Kaukazu, obok najsilniej wkorzenionego Mahometanizmu, dają się spostrzegać szczątki wiary Chrystusowej, zeszpecone wprawdzie i od bałwochwalczych obrzędów bez trudności odróżnić się nie dające, jednak aż nadto oczywiste. Śród głuchych i posępnych wąwozów, dotąd cywilizacya za wiele //35 wieków jeszcze przystępu nie znajdzie, tu i ówdzie sterczą, rozwalmy świątyń chrześcijańskich, jak gdyby wspomnienie dalekiej, ciemnej przeszłości i do ich progów cisną, się z różnych okolic pielgrzymi, i składają pogańskie ofiary nieznajomemu, a raczej zapomnianemu Bogu Chrześcian, który był Bogiem ich ojców!

Kronikarze Gruzyjscy przypisują rozkrzewicnie Chrystyanizmu na Kaukazie swojej królowej Tamarze, która siłą oręża miała zmusić tutejsze plemiona do jego przyjęcia. Ten fakt ma za sobą powagę podań, nie da się przeto odrzucić zupełnie; jednak bardzo wątpię żeby wpływ, taki krótki i jednorazowy, mógł z pewnym skutkiem podziałać na całą przestrzeń Kaukazu, i na całe siedm wieków ślady po sobie zostawić. Ludy dzikie i bitne nie tak łatwo wy­rzekają się swoich starych przesądów. Przyjmą wprawdzie z ręki zdobywcy nowe dogmata, ale zostawieni sami sobie, jeszcze prędzej one, niż przyjęli, odrzucą.

 

 

 

 

 


 

//36

//37

 

III

KAUKAZKIE MINERALNE WODY

Piatigorsk, 20 maja 1846

 

Tu już gdzie niegdzie z równin, wyskakują większe i mniej­sze wyniosłości, między niemi Besz-tau t. j. pięciogórze, od swoich pięciu garbów tak nazwany, może się już górą, nazwać; ale to jeszcze nie Kaukaz, to są dopiero preludya do tego strasznego koncertu natury. Artysta zdawał się tu niedbale jeszcze i bez natchnienia potrącać klawisze, i jak gdyby wyszukując tonu, rozbudził i wywołał jedną z myśli Bożych, na dnie duszy jego ukrywających się.

Pozycija Piatigorska[LXXVII] ma cóś miękkiego, cóś romanso­wego, cóś takiego, nad czem by Gessner płakał, a Delill unosił się drzemiąc. Wzrok po niej pływa, jak rybka po napełnionem czystą wodą naczyniu.

Piatigórsk ściele się u stóp Maszuka[LXXVIII], na lewym brzegu rzeki, której miano po rusku Podkumek, a w krajowym języku Gum[LXXIX]. Rzeka nie wielka, jednak w czasie kiedy śniegi na górach topnieją, t. j. w maju, czerwcu i pierwszej poło­wie lipca, takiej siły nabiera, że i mosty nie wytrzymują //38 i przebycie w bród staje się niebespiecznem. Podkumek dzieli Piatigorsk od stannicy Goraczewodskiej.

Miasteczko świeże, wesołe, świąteczne. Niema w niem ani ulic ciasnych i ciemnych, ani ścian nie pobielanych, ani budynków bez okien, zgoła żadnego śladu tego posępnego azyatyzmu, który cechuje miasta za-Kaukazkie. Uczony Klaproth, który zwiedzał tutejsze okolice w roku 1808, skarży się na zupełny brak pomieszkań, któreby przejeż­dżającym do wód jaką taką mogły dać ochronę. Za jego czasów były tylko szałase z chróstu (les balagans), gdzie mieszkali kozacy, a dla kąpieli siarczanych jeden tylko bu­dynek, w którym jedna wanna mogąca sześciu pacyentów zmieścić. Jest to wielki błąd założycieli budynku; wanna powinna być pojedyńcza, bo oprócz, że każdy byłby nara­żony na wpływ cudzej, zwykle szkodliwej ewaporacyi, mię­dzy sześcią potrzebującymi kąpieli, mogli się znajdować ludzie niechęcią ku sobie i nienawiścią wzajemną zapaleni, naprzykład: rywale w miłości albo literaturze, autorowie i recenzenci, sąsiedzi o kopce graniczne spór wiodący. Jakże ich skupiać w takim ciasnym obrębie? Czasy niedawne, ale jaka różnica. Dziś Piatigorsk jest już miastem, i do tego rządowem, ma wyborne zakłady dla chorych, wanien za­miast owej jednej poszóstnej, kilkadziesiąt pojedynczych, i to w różnych budynkach, wedle różnej natury wody dla których są przeznaczone; domów tyle, że przejeżdżający mają tylko ambaras w wyborze. A domy takie milutkie, takie malowane! Znaczna ich część ma wyłączne przezna­czenie służyć przybyłym na zjazdy letnie, przez resztę zaś roku zostaje nie zamieszkałą. Jest tu i kościołek Katolicki, murowany, założony z funduszów p. Zaleskiego, obywatela Podolskiej (zdaje się) gubernii. Dzięki, stokrotne dzięki fundatorowi za pieniądze, architektowi za piękną budowę, księdzu N za staranne, gorliwością chrześcijańską i gustem odznaczające się urządzenie tej naszej świątyni.

//39 Wszystko tu przypomina, że Piatigorsk jest miastem chorych, że medycynie początek i wzrost swój winien. Zaraz od wjazdu czujesz zapach siarki. Kędy spójrzysz, ogródki, szpalery dla hygienicznych przechadzek. Na rynku, najwięcej produktów dyetetycznych, — ogrodowiny i nabiałów. W traktyerni rzadko cós więcej znajdziesz, jak lekki roso­łek, pieczyste z kury i zieleninkę. Wszedłszy do piwnicy znajdziesz ją należycie ugarnirowaną butelkami rozmaitych kształtów, ale omylisz się sądząc że to szampan, lunel albo madera, to są wody alkaliczne, żelazne, kwaśne, gorzkie, słowem wody i wody. Źródła ich znajdują się w okolicach Piatigorska. Sklepów dużo a w każdym sklepie galante­ryjnym, bławatnym czy korzennym, jest cóś stosownego do miejsca: jako to: szklanki na długich tasiemkach do czer­pania wody ze źródeł, jarmulki czarne dla tych co łby sobie golą, ogromne pęki lasek różnych rozmiarów, począwszy od maczugi Herkulesowej do rózeczki Cyrcei, bo żaden z tutejszych fashionable'ów choćby był zdrowszy od Mamuta, o swojej mocy nie chodzi i t. d.

Skalista wyniosłość gdzie się znajdują mineralne wody, przylegając do Maszuka, kształci załom, w który część miasta ze wschodniej strony klinem jakoby zapada —prowa­dzi na nią cienista lipowa ulica, od środka miasta przez ten załom ciągnąca się, i kilka innych dróg między któremi dwie szerokie dla powozów. Idąc po lipowej ulicy, widzisz z prawej strony piękny murowany budynek kąpieli Nikolajowskich z niezbędnym u wejścia wiridarzem; dalej o kilka kroków na urwisku kąpiele Jermołowskie, a z lewej zaś, Maszuk cieniem cię swoim orzuca. Skończywszy ulicę, cią­gniesz krętemi drożynami to w prawo, to w lewo, odpo­czywając sobie, jeśli siły nie starczą, na pierwszej lepszej ławeczce,— nakoniec znajdujesz się w ogrodzie, śród kląbów, gajów, gazonów, ciemnych szpalerów z powoju, chmielu //40 i winogradu, grot, altanek, galeryj i t. d. Spotykasz domy z wannami, źródła mineralne, pytasz gdzie są wanny na które bilet otrzymałeś, pokazuje ci Aleksandro - Nikolajewskie, Sabaniejewskie, albo Warwacyeńskie; pytasz gdzie jest to lub owo źródło, bo i źródła mają. nazwiska, przy każdem wi­dzisz stojącego w pogotowiu Ganimeda na kuli, który cię niezwłocznie nektarem swoim uraczy. Kąpiesz się za od­daniem biletu, który cię kosztuje 30 k. sr. i pijesz gratis.

W przestankach używasz ciągłej, byleby nie męczącej, przechadzki, plączesz się po labiryncie uliczek i kląbów, co krok zawadzasz o kogoś, witasz się, zabierasz nowe znajomości, stare odnawiasz, spostrzegasz migające tu i ówdzie Nimfy i Ondyny tych siarczanych zdrojów, posyłasz im spojrzenia pełne wyrazu, serdeczne półśmiechy; albo jeżeli ci to wszystko nie do smaku, udajesz się do altanki na najwyższym punkcie ogrodu, w której niewiadomo dlaczego znajduje się Eolska harfa zachowująca, w ciszy i na wietrze, uroczyste milczenie, stajesz twarzą ku zachodowi i odkry­wasz najpiękniejszą harfę z księgi natury.

Pięknyż bo to krajobraz, i rozweseli i rozrzewni, i powieje zadumą i o Bogu cóś szepnie po cichu! Na dole ścielą się jak wiosenne bukiety, grupy domów Piatigorska, w lewo za rzeką stannica, we środku jej cerkiew drewniana aż czarna od kawek, które ją obsiadły. Za stannicą po za­gonach i niwach pasterze, pasterki, mdłe bydełko szukające cienia, i ucieszne kozy, i gęsi i kaczki, i wszyscy aktorowie Idylli. Dalej na wschód niezmierna płaszczyzna świeża jeszcze i młoda, ale już miejscami z lekka pomarszczona, niby fala na morzu tylko co powstająca; po niej jak sre­brna nitka po zielonym atłasie przebiega iskrzysty Podkumek; dalej na prawo wspina się Besz-tau[LXXX] ze szmatą obłoku, jak chorągiewka do iglicy przypiętą; jeszcze dale na lewo sędziwy Elbruz o dwóch głowach, ten poetyczny //41 Elbruz[LXXXI], co tak cudnie choć zaocznie, potrafił natchnąć naszego Bohdana :

I od Elbruza na złomy skal

Błękitna, wstęgą strumień się zlał....[LXXXII]

A tam na końcu widnokręgu snują się, i tłoczą i wdzie­rają jedne na drugie białe widma Kaukazu. To kopce graniczne między niebem i ziemią: dalej nic już niema!

Zjazd tegoroczny w porównaniu do przeszłych jest bardzo mały, — a z jakich powodów następująca dykteryjka objaśnia:

Niejakiś pan B, otyły jak początkowa litera jego na­zwiska, a rumiany jak dojrzała piwonia, z równie rumianą i dwa razy otylszą, panią B, połowicą swoją, śpieszyli na początku bieżącego roku do wód Kaukazkich dla pora­towania zdrowia. Już byli minęli Stawropól[LXXXIII] i parę stannic linijowych, już do Georgiewska[LXXXIV] docierali, skąd droga za­wraca ku górom, kiedy jakiś pisarz pocztowy, czy któś w tym gatunku, intromitując się do ogromnej tabakiery pana B, oznajmił mu pod wielkim sekretem, że kilka tysięcy Miuridów[LXXXV], wkroczyło temi dniami w granice Kabardy[LXXXVI]. Pan B. wydobył swoją mappę podróżną, poszukał i wkrótce zawołał przykrywszy Kabardę wskazującym palcem:

„Duszko! Wszak to graniczy z Piatigorskim okrę­giem ! ”

Pani B. załamała ręce...

Nazajutrz o świcie kareta otyłych i rumianych państwa B. toczyła się już dyszlem na zachód.

Pod Stawropolem spotkali się z karetą, naładowanią pannami N. śpieszącemi pod eskortą swego stryja i brata do wód Kaukazkich, dla pozbycia się smutnej choroby //42 panieństwa, która już zaczynała charakter chroniczny przy­bierać.

„Stój!”

Stanęli.

„A do kąd to państwo śpieszycie?” Spytała pani B.

— „Do Piatigorska!”

„Oj radzę śpieszyć póki jeszcze miejsca nie zajęte; bo za kilka dni ma tam przybyć pani Szamilowa z pannami respektowemi swojego dworu!”

— „Jak to? pani Szamilowa do Piatigorska?”

— „Oj tak, tak, potwierdził pan B. z pannami respekto­wemi swojego dworu!”

— „Zawracaj!”

Między Stawropolem i Donem kilka karet razem.— „Stój!”

Stanęli.—

„A dokąd?”

— „Do Piatigorska!”

„Chcecie powiedzieć do gruzów Piatigorska, do tego miejsca gdzie niegdyś był Piatigorsk.-'”

— „Jak to? alboż się spalił?”

— „Spalili go, zniszczyli, z ziemią zrównali niegodziwi Miurydy. To państwo nie wiecie że sto tysięcy ich było! Piatigorska już mima. Zawracajcie!”

— „Oj tak, tak, potwierdził p. B. nec locus ubi Troja fuit!

Zawrócili.—

W ziemi Dońskiej.

„Stój!”

Stanęli.—

„Czy nie do Piatigorska?”

— „Właśnie!”

//43 „A, ciekawiście tego poganina Szamila zobaczyć? Ale po to nie trzeba jechać tak daleko; możecie go widzieć w Stawropolu.”

— „Szamila[LXXXVII]?”

„Widziałam go sama. O Boże, jaki straszny! Broda po kolana, oczy jak dwie pochodnie! Jak spójrzał na mnie, jak krzyknął: nie szpetna, wziąść ją do mego haremu.— A ja w nogi! — Licha zjesz, mówię, nic złapiesz mię, alboż to my kurjerskich nie mamy? Wojska u niego, to jest tak nazwanych Miuridów, pięćkroć sto tysięcy.”

„Pięćkroć sto tysięcy, tak, tak, z górą! potwierdził pan B.”

W Ekaterynosławskiej gubernii.

"Stój!"

Staneli.

„Do Piatigorska?”

— „Do Piatigorska!”

Wracajcie! wracajcie! niema już Piatigorska!”

— „A gdzież się podział?”

„Szamil tam gościł temi czasy, dosyć wam powiedzieć; co gorsza, Stawropól nie mógł się ostać. Teraz te miejsca zaorane pługiem, że i śladów nie zostało; tylko na wzgó­rzach stoją dwa słupy z napisami, na jednym: tu był Piatigorsk, a na drugim: tu był Stawropól. Sama czytałam.

W Charkowskiej.

„Stój !

Stanęli.

„Dokąd?”

— „Do Piatigorska!”

„To nic nie wiecie o Czyngis-Chanie?”

— „O tym, co to w roku tysiącznym dwóchsetnym... „Ej! gdzie tam? O tym Czyngis-Chanie co na Kaukazie”...

//44 „Duszko! chciałaś powiedzieć o Szamilu!”

— „At milcz asan, asan nic nie rozumiesz. Bo widzicie państwo, ten Szamil, to potomek Czyngis-Chana, widziałam drzewo genealogiczne: na pniu wyraźnie stoi: „Czyngis-Chan.” To po ojcu, a matka jego była z domu panna Mamajówna—tych sławnych Mamajów... wiecie?”         

— „Ale cóż to ma wspólnego z naszą podróżą, do Piatigorska?”

— „To, że człowiek noszący imie Szamil, a nazwisko Czyngis-Chan, zebrawszy do miliona Tatarów, Kałmyków[LXXXVIII], Żydów, Samojedów[LXXXIX] i innych niechrzczeńców, dąży ku nam, jak lawa, z Kaukazu; że wszystko co na drodze spotyka, miasta, wsie, lasy, stepy w perzynę obraca; że Piatigorska, Stawropola, Nowoczerkaska[XC] od dawna już niema; że woleli by’scie zawrócić, i czém prędzej zmykać, niż patrzeć na mnie wytrzeszczywszy oczy!”

Ma się rozumieć że karety, kolasy, bryki, i pocztowe trzęsaczki, zainformowane przez panią B. względem wypadków na Kaukazie, wracając każda swoją drogą, oddawały innym jadącym tę Chrześcijańską posługę.

Nie daleko już domu pani B. wstąpiła do pani S. dawnej swojej przyjaciółki. Po krótkióm, radośnem ze strony pani S. a melancholijńem ze strony pani B. przywitaniu,  wystąpiły na scenę zdarzenia wschodnie. Relacya musiała być żywa i energiczna, bo ku końcowi wołano: wody, octu, kropel, doktora!... Przyszedłszy do siebie pani S. zalewała się cichemi łzami, temi świętemi łzami rezygnacyi, — i tuliła dziatwę do serca.

„O! szkoda, szkoda twoich aniołków!” rzekła pani B.     |

—„W Bogu nadzieja, odpowiedziała pani S., mam paszport za granicę, tej jeszcze nocy wyjadę.”

//45 „Hm! za granicę! jak gdyby to jaka granica mogła tę tłuszczę zatrzymać. Mur Chiński aż do księżyca sięga, a przecież nic nie pomógł. Ale bo nie wysłuchałaś mię do końca. Ten Szamil to stryjeczny brat Mehmed-Alego, więc zrobili z sobą przymierze! Ten od Nowo-Czerkaska zaczął, a ten od Lizbony, i zejść się mają w Wiedniu.”

—„O Boże! jakaż rada? dokąd uciec? gdzie schować dzieci?”

„Jedyny sposób na okręt i...”

—„I do Ameryki?”

„Do Ameryki!”

—„Pisujcież na Berdyczów[XCI].”

*          *

*

Na takie to potworne rozmiary rosną wieści rozcho­dzące się z Kaukazu. Jakże nie powtórzyć z poetą:

Zaraz po kraju, wieść ziarna rozsypie,

Ucho je gminne chwyta i przesadza;        

Stąd w końcu gorzki owoc się wyradza,

Co truje zgodę i co sławę szczypie.[XCII]

 

 

Stannica Essentucka, 1 Czerwca 1846

Z porady lekarskiej przybyłem do Essentuków,[XCIII] gdzie się znajdują wody alkaliczne i alkaliczno-siarczane. Piatigorsk znudził mię, jego źródła jeszcze gorzej, ale i w Stannicy nie można było rokować sobie weselszego pobytu. Pozycye tutejsze są bez charakteru, domy jak zwy­kle we wsi, ludność Kozacka. Chorych tutaj w tym roku jeszcze mniej niż w Piatigorsku. Wjeżdżając spotkałem ledwie kilku wracających od źródeł ze szklankami na ta­siemkach.

//46 Że przejeżdżających mało, to też i o pomieszkanie było bardzo łatwo. Kiedy‘m wjechał, z obu stron ulicy otwierały się przede mną chałupy i z każdój wyzierał któś z propozycyą: czy nic łaska zajechać. Służący mój biegał od jednej do drugiej, i żadna mu do smaku nie przypadła: ta ciasna, owa ciemna, w tej gospodyni stara sykutnica, w tamtej ogródka niema. Żeby i jemu oszczędzić fatygi i sobie nudów, kazałem zajechać do pierwszych wrót które stały otworem.

Na pierwsze wejrzenie zdało mi się że i przebierając trudno by cóś lepszego wynaleść: pokoiki miały pozór do­bry, na środku dziedzińca stał wóz z ogromną beczką, do­wód że tu wszystko przygotowano do przyjęcia i kąpania chorego, ale później musiałem się uderzyć w piersi za ten pośpiech. Ledwie’m się roztasował i uspokoił nieco, po ścianach mojej kwatery różną bazgraniną papierową oble­pionych, prusaki (?) zaczęły odbywać tryumfalne pochody. Prusaki są to bogi domowe chłopów ruskich, rzadka cha­łupa jest od nich wolną. Gospodarze bynajmniej nie myślą o uwolnieniu się od tych brzydkich owadów, owszem oble­piając ściany papierami zdają się jeszcze umyślnie im robić przytułek.

Nie mnjąc nic lepszego do roboty, zacząłem rozpatry­wać owe papiery. Były to malowidła treści religijnej. Nieba ani świętych nie znalazłem między niemi, wszędzie piekło, potępieńcy, szatani. Na każdy grzech nowy rodzaj męki. Sam Dante mógłby się tu wielu nowych rzeczy dowiedzieć. Najwięcej uderzyła mię gruppa potępionych złożona ze trzech figur, z których jedna trzymała w reku kielich, druga fajkę w zębach, trzecia podkasawszy się tańcowała sobie w jak najlepszą. U spodu znalazłem napis: pijacy, fajkarze i tane­cznicy idą na wieczne męki.

//47 To mi dalo do zrozumienia, że jestem w domu Staro­obrzędowców[XCIV], t. j. ludzi którzy mniemają że stary rozum lepszy od nowego. Wiadomo że ta sekta nic przyznaje now­szego tłumaczenia Ksiąg ŚŚ. na język słowiański. Oprócz tego Staroobrzedowcy różnią się jeszcze od cerkwi Prawo­sławnej w niektórych obrzędach, jak naprzykład: odbywają processyą w inną stronę, żegnają się dużym i małym palcem itd. Ale trzeba się dziwić ich zaciętości i fanatyzmo­wi: Małakanie, Sobotnicy i inni odszczepieńcy mają nierównie więcej tolerancyi; Staroobrzędowiec zaś posuwa religijne swoje skrupuły do tego stopnia że nie dotyka się już na­czynia, z którego jadł Prawosławny albo Katolik.

Na linii Kaukazkiéj między Kozakami jest ich bar­dzo wiele, a kraje za-Kaukazkie obfitują w Małakanów i Sobotników. Rząd ściąga ich tu w przekonaniu, że między Muzułmanami prozelitów nie znajdą i błędów swoich roz­szerzać nie będą mogli.

Tegoż dnia jeszcze mój domysł nowym faktem się sprawdził. Wszczęła się kłótnia między służącym moim i gospodynią domu. Poszło o to, że piérwszy zapalił fajkę, ta zaś dowodziła mu że przeklęta trawa, nazywana vulgo tytóniem, wyrosła na mogile nierządnicy, z takiej a takiej okolicy jej ciała, że z niéj ma się narodzić, jak przyjdzie czas, Antychryst. Wąsacz mój zbijał ją różnemi argumentami, między innemi odwoływał się do powagi któregoś świętego, który sam miał zażywać tabakę.

Potrzeba jest matką wynalazku. Z potrzeby rozerwa­nia się wynajdowałem różne nowe sposoby łapania wróbli. Płoty, drzewa naokoło mojej chałupy, pokryte były naj­rozmaitszych kształtów sidłami. Połów był obfity, ale jeńcy moi wkrótce odzyskiwali wolność. Dla rozmaitości łapałem też niekiedy w Podkumku pstrągi i inne rybki na wędkę.

//48 Raz wieczorem przechadzając się po Stannicy, usły­szałem w jednaj chacie jakieś niezwyczajne, nieludzkie i niezwierzęce głosy. U wrót stał stary Kozak, kilka bab i kilkoro dzieci; wszyscy w największym przestrachu.

„Hej brodo! zawołałem do Kozaka, co to za krzyk w chałupie?”

„Nieszczęście, panie! nawiedziło dom mój,” odpowie­dział tonem najgłębszego smutku.

„Jakie?”

—„Gospodyni (t. j. żona) zaczęła krzyczeć głosami.”

„Chodź pójdziemy do niej!”

—„Jeżeli pańska łaska, — bo wy, panowie co’ście dużo świata widzieli, —to wam to nie nowinka, a ja prosty Kozak.”

„Więc chodźmyż!”

—„Niech pan sam idzie.”

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

 

 

 


 

//49

KILKA SŁÓW O KOZAKACH

 

Czerkiesi-Piatigorcy (les Tcherkess-Piótigorfai) mówi Klaproth, tak znani w historyi Ruskiej, którzy w r. 1553 poddali się Carowi Iwanowi Wasilewiczowi[XCV], mieszkali pod górami Besz-tau. Z tąd poszło że stare kroniki ruskie dały tym okolicom nazwę Pjatigorija.”

Gdyby ten uczony, pracowity, sumienny i pod każdym względem szanowny badacz, był równie biegły w ruskim jak we wschodnich językach, nic suszyłby sobie głowy nad rozwiązaniem kwestyi, czy Piatigortzi od Piatigoryi, czy ta od Piatigortzów pochodzi? Czerkiesów Piatigorców nigdy nie było i niemasz, ale auły tutejsze były nazywane Piatigorskiemi od pięciogórza, t. j. góry o pięciu szczytach. Tatarskie Besz-tau ma toż samo znaczenie.

Szymon Broniewski[XCVI] (wiadomości o Kaukazie) w Archywie Kollegium spraw zagranicznych znalazł ślady, że:

1.) Za dawnych czasów Kabardyni[XCVII] mieszkali w Małej-Rossyi, i że przeszli stamtąd naprzód do miasta Terk, a potem do uroczyska piatigorskiego, dla czego i nazwę piatigorskich Czerkiesów otrzymali.

//50 2.) Że ziemia ta należała do Rossyi w ówczas, i że Czerkiesi piatigorcy wyznawali chrześcijaństwo podług Gre­ckiego obrządku.

Na swojem miejscu powie się, jakie sami Czerkiesi mają tradycye o pochodzeniu swojem, i co o tem myślą inni badacze. Broniewski nie przyjmując literalnie powyż­szych danych, objaśnia je jednak w sposób następujący:

W 1282, Baskak[XCVIII] Tatarski w Kursku[XCIX], sprowadził był Czerkiesów z pod Besz-tau, i złożył z nich osadę pod imie­niem Kozaków. Ci koloniści wierni chwalebnym obyczajom przodkow swoich, nie zaniedbali ich i w nowej ojczyznic: zaczęli palić i mordować sąsiadów. Były to wilczęta młode dla poprawy obyczajów do obory oddane. To skłoniło księ­cia Kurskiego Olega, że za dozwoleniem Chana zburzył kolonie, i kolonistów jednych wymordował a drugich roz­proszył. Niedobitki połączywszy się z ruskiemi zbiegami, po długiej włóczędze udali się do Baskaka Kaniowskiego który im naznaczył mieszkanie na brzegach Dniepru, i za­łożyli miasto Czerkask. Taki to, podług Broniewskiego miał być początek rozbójniczej rzeczy - pospolitej, znanej pod imieniem Zaporozkiej siczy.

Kiedy Turcy w r. 1569 (dalej rozumuje Broniewski) przyciągnęli pod Astrachań[C], wezwano z nad Dniepru księcia Michała Wiszniowieckiego[CI], rodem Czerkiesa (?!) z 5,000 zaporozkich Kozaków na pomoc. Część tego wojska po zwycięztwie nad Turkami odniesionym, zaminst wrócić na uprze­dnie siedziby, została się nad Donem[CII] i założyła Nowy-Czer­kask. „A ponieważ jest podobieństwo że wielu musiało zostać „pod Besz-tau w dawnej ojczyznie swojej, okoliczność ta „mogła się stać przyczyną, iż w ogólności Kabardyńców „zaczęto nazywać Ukraińcami, z Rossyi zbiegłymi!”

Ani słowa, że jeżeli owo być musiało, to i to być mogło. Jednakże ta konkluzya a posse ad esse, równie jak //51 i cały powyższy wywód trąci logiką czerkieską i zaporozką. Punkt wyjścia jest za słaby, a budynek każdy choć szykownie i pięknie wygląda, traci całą wartość swoję jeżeli na gli­nianej podwalinie stoi. Przyjąwszy że owa kolonija Czerkieska otrzymała nazwę Kozaków (wyraz ten rzeczywiście ma pochodzenie Kaukazkie) nie znajdujemy żadnego dowodu w Broniewskim, że właśnie owa garstka od mściwego miecza Olegowego ocalona, po długiej tułaczce rozbojami nacecho­wanej, przywędrowała na brzegi Dniepru; że ona a nie inna jaka banda z Kaukazu przybyła, dała początek Czerka­som. Wyraz Czerkies jest pochodzenia Tureckiego, sami Czerkiesi nic o nim nie wiedzą, ergo i miasta przez siebie założonego Czerkasami nazwać nic mogli.

Ale bądź co bądź, pochodzenie Kaukazkie Koza­ków zdaje się być nie wątpliwe. Pomijając blizkie podobień­stwo tego wyrazu do Kasogów, pomijając archywa i kroniki, nieznane nam obozowym literatom, którzy, jak ów filozof, nosząc omnia nobiscum, w pomoce historyczne zamożni być nie możemy, którzy, zamiast gabinetu do prac naukowych, mamy dziurawy namiot, zamiast pulpitu, —bęben, i pierwszy lepszy kamień zamiast fotelu, którzy często najkosztowniejsze stronice z rękopisów swoich wydzieramy na flejtuchy do pistoletów, nam podobne zacieki udać się zgoła nie mogą, pomijając mówię to wszystko, postarajmy się wyczytać cóś z owej żywej księgi, co dla każdego stoi otworem.

1) Z południowej strony Kaukaz-u dotąd egzystuje i kwitnie pod berłem Rossyi cała prowineya pod imieniem Kazachija.

2) Osseci[CIII], jedno z najdawniejszych na Kaukazie osiadłych plemion, nazywają sąsiadów swoich Kabardynów Kazechami.

3) Wyraz Kazach, w wielu narzeczach tutejszych ozna­cza człowieka, który nie mając ani osiadłości, ani wołu, //52 ani osła, ani żadnej rzeczy, oprócz konia i zbroi, służy zbrojno w poczcie jakiego Chana albo Księcia, i karmi się już z udziału we wspólnej grabieży, już z honorarium jakie od niego odbiera. Zrobione z tego rzeczownika słowo: kazaklamach obiło się Take nie raz o uszy nasze, szczególniej w południowym Dagestanie.

4) Na prawem skrzydle Kaukazu między osiadłem…

 


 

//53

Wyjątek z listu J... Z...[CIV]

DO

WŁ. STRZELNICKIEGO

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………

Przeczytałem po raz pierwszy Grundlage der Universalien Philosophie i Vorstudien sur Wissenschaft der Natur, oder Leber gang von Gott zur Schöpfung i orzeźwiłem duszę tem czytaniem; ale to dzieło naszego mędrca potrzeba kilka razy czytać, aby tak głęboko sięgnąć myślą jak autor sięga. Zajmuję się teraz wojennemi naukami; powiesz może: głupi jest! a ja ci mówię że czas już myśleć stanowczo, zgodnie z naturą rzeczy, czas przestać marzyć, czas wydobyć umysł z. tego dziecinnego wałęsania się po bezdrożach wyobraźni i czułości naszej. Męża cechuje umysł wszystko obejmujący; młodzieniec może sympatyzować z przyrodzeniem, z własno­ściami rzeczy stworzonych, może się kochać długo w pię­knościach kobiet, ale mąż, ale ty, ja, każdy nakoniec co do trzeciego krzyżyka dociera, powinien myśleć i działać. Wojenne nauki na matematyce oparte, przywodzą umysł do porządku i nie pozwalają mu tułać się po bezdrożach. Jedna bitwa Napoleona, rozebrana i wyśledzona ze wszech //54 stron, więcej mię uczy niż wszystkie dzieła Byron'ów, Schiller'ów i im podobnych. Słyszałem że ty ciągle myślisz i pi­szesz i posyłasz do  aby myśli twoje i uczucia wylał przed ludzi; chcesz sławy literackiej! Powiedz że mi otwarcie, czyś wypowiedział jaką myśl nową, wykazał w na­szym organizmie jakie nowe uczucie? Powiedz, co jest na tle twej duszy, serca twego? Kochasz się ciągle, t.j. szukasz zmysłowych uciech, kochasz ciało, materyę, nie możesz żyć inaczej tylko pogrążony w materyalizmie. A kiedy zawiedzie cię zmysłowość, lub zdradziecka kobieta oszuka, wtedy duch twój na niejakiś czas wylatuje z więzów materyi, unosi się do niebieskich krańców, zagląda w oblicze Boga i aniołów; buja długo, wysoko, wspaniale; i kiedy w bystrolotnym biegu swoim zawadzi znowu o krawędź naszego planety, kiedy dotknie skrzydłem swojem jednego z tych jestestw co pół anioła, pół czarta zawierają w sobie, wtedy znowu gwałtownie pogrąża się w materyę i brodzi po niej dopóty, póki skalany brudem, nie zacznie znowu płakać i na nikczemność swoje narzekać. Takie jest życie ludzi co do kobiet podobni, to jest, co uczuciem tylko żyją! Mysł i mysł i wiel­ka, żelazna wola, oto są dostojeństwa męża! a my powin­niśmy być mężami! szczerzemówię, daleko lepiej i poży­teczniej szyć bóty dla bliźnich naszych, niż fantastycznemi umidłami krzywić pojęcia poczciwych ludzi, i nie wy­rachowane szkody dla społeczności przynosić. Powiedz mi szczerze co wszystkie roczniki, miesięczniki, dzien­niki i tygodniki, i jak tam ich jeszcze zowią, co, mówię, te bazgrania nowego, nauczającego, pożytecznego dla ludzi zawierają. Prawda, dla próżniaków co do rzeczywistych działań nie zdolni, co są nasyceni zmysłowością, z sercami wywiędłemi, z pustemi głowami, takie ramoty przynoszą im chwilowe zajęcie się; ale człowiek mysłu i woli gardzi tem śmieciem, i albo orężem morduje zbutwiałą ludzkość, albo //55 poczciwszej części człowieczeństwa przynosi korzyść pracami swemi! Takie są, myśli moje teraz! Płaczę że’m dużo czasu stracił w obłędnych manowcach wyobraźni, płaczę że’m wcześniej nie zajrzał do jądra rzeczy, płaczę że tak późno prawdziwe światło mignęło mi w głowie. Ale nie jak ko­bieta lub dziecię płaczę, płaczę jako mąż łzami ducha, bo jeżeli kiedy łza ze źrenic moich spadła, to chyba wyciśnięta nędzą ludzką! …………………………………………………………………………………………………………………………………………………

           

                       

 

Odpowiedź Wł. Strzelnickiego

 

Z obozu w Akuszy, 11 Lipca 1844

 

List twój, kochany Janie! przy pierwszym nań rzucie oka, uderzył mię swoją obszernością, ale, mam że wyznać? treść tego listu taki na mnie sprawiła skutek jak naprzykład na ucho które się gotowało usłyszeć najcudniejszą z symfonij Bethowen'a mogłaby zrobić muzyka niesmarowanej Bakińskiej arby (powozu.) Jesteś dotąd jeszcze marzycielem, mój drogi! mimo tego wszystkiego co’ś przeciw marzeniom po­wiedział. I chociaż na ten raz umidła twoje, (wyrażenie z Chowanny) zbryzgały się błotem ziemskości, nie przestają być jednak umidłami, t. j. tworami wyobraźni, śledzącej omackiem najlepszego toru, i wiecznie błądzącej po bez­drożach. Twój system doskonałości ziemskiej musi być nowy, miarkuję to po impecie stylu, po śmiałym bakałarskim tonie, którym mię biednego chłoszczesz bez miłosierdzia. Jeżeli tak, to trzeba przyznać, że wyskoczył z głowy twojej, jak Minerwa z głowy Jowisza, z mieczem w ręku. Szkoda tylko że nie miał tarczy ani pancerza, jak się to wnet okaże.

//56 Wojskowość, szycie bótów dla bliźnich naszych, oto są, jeżeli’m zrozumiał, podstawy, na których ty mądrość życia budujesz. Ta myśl miałaby nieco prawdy za sobą, gdyby’ś jej do zbyt dalekich granic nie posunął. Rzemiosła są, były i będą koniecznym warunkiem bytu społeczeństw. Człowiek jest, jeżeli mi pozwolisz wprowadzić tu rzecz od wieków wiadomą, materyą i duchem, zwierzęciem i bóstwem. Zwierze w człowieku jest to Cerber, który go do Elizu nie puszcza. Z walki tych dwóch pierwiastków splata się życie ludzi, ludów i ludzkości; na niej opiera się postęp. Bez źwierzęcia, bez materyi, bóstwo zostałoby Bogiem. Że ta walka musi się skończyć zwycięztwem strony silniej­szej, to rzecz naturalna. Ale jak? Bóstwo nasze, że tak się wyrażę, dwoje rąk posiada: prawą chwyta szczeble po któ­rych się wspina do nieba, lewą odpycha od siebie cisnące się zewsząd błoto materyi, która sprzymierzona z naszem zwierzęciem, wzniesieniu się Bóstwa opór stawi. Mówiąc bez figur: człowiek doskonalący się, umysłem sięga do krain odwiecznej prawdy i piękna, a praktycznym rozumem, czyli, jak ty nazywasz, mysłem, wynajduje rzemiosła. Rzemiosła są tryumfem ducha nad materyą, ale tryumfem jednostron­nym, niezupełnym, bo nie dość jest zwalczyć przeciwnika, trzeba jeszcze okazać, że się cóś więcej warto od niego, że zwycięztwo zostało na stronie lepszej. Zeby się jeszcze prościej wyrazić, nie dość jest że’ś się od wpływu zimna kapotą zabespieczył, że’ś, w niedostatku zębów i ostrych rogów, wymyślił wojskowość, trzeba ci jeszcze rozwinąć i do możebnej doskonałości doprowadzić to, co w tobie jest doskonalenia się moralnego pierwiastkiem. Materya pokonana leży u nóg twoich: tem lepiój, tem więcej przestworu dla ducha! rządź nią, obracaj na swoją korzyść, ulepiaj w formy swe własne, ale obok tego nie zapominaj że jeszcze ci wiele do czynienia z samym sobą zostaje.

//57 Z powyższego zarysu rzeczy okazuje się, że rzemiosła są niezbędnym warunkiem postępu, jest to fundament z gliny i podejrzanego kamienia narzucony, na którym się podnosi gipsowy błyszczący od pozłoty gmach cywilizacyi. Bez fun­damentu nic masz budynku, fundament jednak budynkiem nie jest.

Taki jest stosunek rzemiosł do cywilizacyi twego ro­zumu, do mego umysłu. Mój sposób myślenia w tych rze­czach jeżeli nic co do szczegółów, to przynajmniej co do zasad kardynalnych, był niegdyś i twoim. I cóż’eś wyniósł, z długiej tułaczki po świecie, z tylu lat namysłu, doświad­czenia i Chrystusowej biedy? Maksymę: że niemasz nic nad rzemiosła, nad rozum praktyczny, nad sztukę rządzenia swoim losem! O, zaprawdę gorzej wyszedłeś niżby wyszedł naprzykład ten, coby w podróży Indyjskiej zamiast taje­mniczej mądrości Braminów, zyskał trochę gnoju z pod słonia Bramy! Po długiem i trudnem kołowaniu przywę­drowałeś do wrót, z których wyjechali pierwsi rodzice nasi— do zwierzęcości!

Uczucie nie tak nizkie, jak ci się wydaje, miejsce zaj­muje w moralnej budowie naszej. Ono jest złotem ogniwem, które nas łączy z bracią naszą co do ziemi, i Ojcem nie­bieskim, tym nie wyczerpanym, wszystko obejmującym uczu­ciem. Towarzyskość, patryotyzm, religija i inne fazy pod któremi się uczucie objawia, nie są to drobne skazy w pa­noramie ludzkości, któreby bez zepsucia obrazu zamalować można. Nie zadawaj więc sobie tej pracy daremnej. Byłi przed tobą mędrkowie bez serca i nic nie przeinaczyli. Świat, został światem, rozum rozumem, umysł umysłem, uczucia uczuciami. Trzeba umysłu, żeby poznać co dobre i co złe, trzeba uczucia, żeby pierwsze ukochać, ostatnie znienawidzieć. Same sumienie jest uczuciem. Ale bez uczucia nie masz i poznania, bo nie będzie śledził prawdy ten, kto jej nie //58 kocha namiętnie. Wszakże tu trzeba ofiar i bezwarunkowego poświęcenia się. Sokrates, Chrystus za cnotę umarli, Gali­leusz za prawdę cierpiał prześladowanie. Były to istoty pełne silnego, palącego uczucia.

Miłość płciowa, ta najbrudniejsza, podług ciebie, materyalność, jest owszem cnotą i do większych cnót prowadzi. Każda jednostka ludzka, co jest zdolną przenieść się po za siebie, wylać się ze swych brzegów, tem samem dowodzi że brzydki, z własnych soków dla siebie skorupę tworzący egoizm, nic jest jej wadą. Kto umie prawdziwie kochać kobietę, ten hołduje piękności zewnętrznej i wewnętrznej razem, a wiec cnocie, ten potrafi, jeżeli okoliczności naturze jego dały dobry kierunek, zapalić się miłością ludzi, Boga, wyrzec się siebie dla drugich, zostać synem bożym prawdzi­wym! Wymienione tu rodzaje miłości, są w gruncie jednem i temże samem uczuciem. Różnica tylko w przedmiocie. Im większy, rozleglejszy przedmiot, tem większa miłość. Rzecz prosta i naturalna, że kobieta nie jest tak wielkim przedmio­tem jak ludzkość, jednak miłość płciowa ile w tem porówna­niu traci na szlachetności, tyle zyskuje na mocy, jest bowiem uczuciem na jeden widzialny punkt zestrzelonym, i zawsze dowodzi duszy energicznej, otwartej dla świata. Wiecznie zamknięte ostrygi nie kochają nikogo. Zwierzęta czują jedną tylko stronę miłości, stronę cielesną. Człowiek kocha duszą i ciałem. Czysto idealna, równie jak czysto materyalna mi­łość jest czystą chymerą. Zupełna harmonija jest tu wprawdzie niepodobieństwem, jedni więcej po ludzku drudzy więcej po zwierzęcemu kochają. Jednak twój sługa kocha się ciągle, jak to słusznie uważasz. Miłość, biorąc rzecz w ogóle, jest treścią i jądrem jego istoty, jest nim samym! Bez niej natychmiastby umarł, przynajmniej moralnie. Wyznaję to otwar­cie i bez zarumienienia się. Jednak nie masz żadnego prawa, mój bracie! utrzymywać, że ja ciało tylko kocham; nie masz //59 prawa, bo niemasz dowodu. Ale dosyć o tem, chociaż ka­żdemu żyjątku wolno bronić się, ja jednak, choćby’m mógł korzystać z tego przywileju, nie chcę, bo by’m sam sobie ubliżył.

Niesprawiedliwy jesteś Janie! potępiając poezyę. Ona urodziła się z rodzajem ludzkim i z nim razem umrze. Ona pierwszych ludzi nauczyła modlić się, ona im dała pierwsze zarysy teologiji, moralności, prawodawstwa nawet, więc tem saamem pierwsze ziarnka rodzajne przyszłej cywilizacyi. Wszystko to wiesz z dziejów Grecyi i Wschodu. Doroślejsza, bardziej doświadczeniem upierzona ludzkość, a zatem z pierwotnego liryzmu już trochę ostygła, nie od­rzuciła jednak na stronę, jak jaki niepotrzebny grat, starej karmicielki ducha swego. Owszem zrobiła ją przedmiotem szczególnych swoich starań, odziała w strojniejsze szaty, ujęła w formy stosowne, a tem samem byt jej niejako upra­wniła. Odtąd aż do naszych czasów, poezya nie znika z wi­downi dziejów. Każdy wielki czyn, każda wielka cnota znaj­duje w niej swoję apoteozę, każdy bohater, czy to na polu bitwy, czy na polu moralnem, —sam nawet Bóg, —ma w niej swojego herolda! Za jej pomocą nie jedna myśl wielka stała się słowem a następnie i czynem; nic jeden promień prze­szłości, zajrzał w stygnące serca nasze, zapalił i napełnił je świętą tęsknotą do sławy. Dziś jeszcze siła moralna poezyi jest tak wielką, jak była wówczas kiedy hymny Tyrteusza, męzkich dzielnych Spartanów prowadziły do boju. Ktoby tu wątpił, niech się wczyta naprzykład w Schiller’a, a będzie musiał wyznać, jeśli rzeczywiście jest człowiekiem, jeśli ma instykt dla nieba, że prawdę mówię. Ty wszystkie utwory poetyczne, podciągasz pod rubrykę fantastycznych urojeń, szkodliwych dla społeczeństwa! Z bogatego sklepu pełnego wyrobów któremi się pyszni przemysł czterech części świata, wydobywasz jakąś zabawkę dziecinną, jakiegoś bez ustanku //60 kiwającego się żydka i wołasz: otoż co ten sklep w sobie zawiera. Są tam zaiste i dobre rzeczy, ale ty dla nich wzroku nie posiadasz! Nie posiadasz, bracie! wzroku dla poezyi, i patrzysz na nią przez okulary swojej teoryi,—a to jeszcze sto razy gorzej, bo okulary twoje nie po temu. Albo można jeszcze dopuścić że’ś z poezyi same głupstwa czytał. Pewien jegomość utrzymywał, że wszystkie kobiety są zalotne, wiesz czego zdanie to było dowodem? Oto, że ów biedny jegomość przez całe życie swoje z kokietkami tylko miał' do czynienia.

Kobiety i męzczyźni skobiecali są, podług ciebie, isto­tami uczuciowemi par excellence. Ja by’m sądził że one jak mniej umysłu, tak i mniej serca od nas posiadają. Namię­tności wyższego rzędu są im obce. Wola ich w porównaniu do woli męzkiej, ma się jak księżyc do słońca, a przecież wola w uczuciu tylko hart znajduje, i z żelaza w stal się zamienia. Nie jest że to dowodem wyższości uczuć naszych?

Dzienniki, tygodniki, miesięczniki i inne tego rodzaju błazeństwa, które tak zgrabnie wyśmiewasz, są życia umy­słowego, oświaty, postępu koniecznym warunkiem. Są to gońce, jest to lekka kawaleryja zwycięzkie i stale naprzód kroczącej Minerwy. Ich treść, jeśli nie wiesz, składa się z tego właśnie, co stanowi życie moralne, oświatę, postęp. Ludzkość zbutwiałą i ludzkość poczciwą, potrzeby społeczne, kierunek czasu, cnoty, błędy ludów i indywiduów, wszystko to mieszczą w sobie dzienniki. Przez nie my, ludzie Kau­kazu, żyjemy życiem dwu półglobów. One wyrażają rze­czywistość, ponieważ same są rzeczywistością. Nie wiem za co ty zwolennik rzeczywistości tak silnie na nie napadasz ? Skądże się dowiesz, którą część ludzkości mordować orężem a której szyć bóty, jeśli dzienników czytać nie będziesz? Chyba że Temir-Chan-Szura[CV] i pobliższe wsie Tarkowskie mają zostać wyłącznem twego terroryzmu i twojej filantropiji polem?

//61 Nie wiem jak sobie wytłumaczyć twoje zobojętnienie ku literaturze. Literatura jest sercem narodu; gdzie litera­tura kwitnie, tam to serce, mocno i regularnie bije. Kto się nie stara jego bicia utrzymywać i podsycać, jeżeli zwłaszcza ma siły po temu, ten sam niema serca, ten jest bydlęciem, gorszym od bydlęcia —kosmopolitą,. Radzisz mi porzucić li­teraturę i wziąść się do nauk wojennych! o mój kochany! ze wszystkich rad, jakie mi kiedykolwiek dawano, ta jest najniedorzeczniejszą.

Dajesz mi siebie za wzór do naśladowania — ależ to niema sensu. Położenia nasze tak są różne! Idź, bracie swoją, drogą, ja pójdę swoją, przyszłość okaże kto z nas lepszą wybrał. Tym czasem pozwól mi się zapytać: gdzie są, owe falangi, nad któremi nasz Jaś ma kiedyś objąć dowództwo, albo którą z gałęzi nauk strategicznych nasz -Jaś ma wy­doskonalić? I czy książki, bez pomocy doświadczenia, mogą wykształcić kogokolwiek w zawodzie wojskowym? Wysia­dujesz jaja w Temir-Chan-Szurze, slęczysz nad bakałarką, i jeżeli złapawszy wolną chwilę otworzysz naukę artylleryi, taktykę, to albo owo strategiczne dzieło, zdaje ci się że tym sposobem nie trudno będzie Turenniuszem zostać. Może odpowiesz na to, że nauki wojenne na matematyce oparte, leczą umysł od szkodliwej choroby, od wyobraźni i skłon­ności do marzeń. Na to zgoda, ale tym sposobem wykroczysz ze swej własnej zasady, bo okażesz, że nie ogólne ale swoje osobiste dobro masz na celu. Możnaby jeszcze dopuścić, że nauki wojskowe tobie samemu jaki taki użytek przyniosą, żeby’ś jednak przez nie miał działać na ludzkość, jest to absurdum nad absurdami, jest to dziwoląg w chorobliwej i nic rzeczywistego nie zdolnej utworzyć wyobraźni, wylęgły!...

Marzenia nie są podłemi idyotami, bez ducha i bez myśli, w rodzeństwie psychy naszej. One nas, skołatanych //62 przeciwnościami, znudzonych głupotą tak nazwanego losu, na swoim złotym rydwanie unoszą, w kraj lepszy i szczę­śliwszy, w kraj nasz własny, bo z nas samych wysnuty, gdzie możemy na chwilę odetchnąć i nowych sił nabrać. To pierwsza twórczość nasza. Ale ty tego nie zrozumiesz; więc dla ciebie co następuje. Sama rzeczywistość miewa w marzeniu silnego współdziałacza. Wystaw sobie człowieka który nie przestaje na tem, co nań i na bliźnich jego z losu przypadło. Człowiek ten buduje sobie w duszy obraz lepszy od tej rzeczywistości, wstawia sam siebie i swoich w jego ramki,—a więc marzy. Ale za chwilę musi powrócić, żeby znowu żyć pod dawnym obuchem, grzęznąć w dawnym błocie. Oburza się tedy, zżyma coraz bardziej i w miarę tego coraz bardziej i w miarę tego coraz to więcej powabu znajduje w wymarzonym obrazie; zaczyna go kochać. Co zaś kocha­my, to bywa nie tylko serca ale i głowy naszej przedmiotem, a więc myślimy o swem marzeniu i wkrótce napadamy na myśl zrealizowania go. Skutkiem processu psychologicznego, nad którym się rozwodzić niema potrzeby, marzenie, ocieplone uczuciem, oświetlone myślą, staje się żądzą, wolą,—nakoniec czynem, rzeczywistością. Zbutwiała rzeczywistość ustępuje miejsca swojej młodszej siostrze,— młodej, pełnej wdzięków i życia rzeczywistości. Taka jest historya nawet Piotra W. i Napoleona I. słowem każdego rewolucyonisty, biorąc ten wyraz w najrozleglejszem znaczeniu. Im lepiej kto marzył, tem wspanialszy czyn zbuduje; marzenie jest tylko przemową do książki, ktoby klecił przemowę a do dzieła nie doszedł, stałby się słusznym celem pośmiewiska i pogardy.

Pomówmy teraz o tobie. Ty’ś mię nie szczędził, wy­bacz więc jeżeli i ja tu zdania mego w bawełnę nie obwinę. Wyżej starałem się dowieść że wojskowość do niczego - cię doprowadzić nie może. Ale że ty nie jesteś takim ogromnym cymbałem, jakby mógł sądzić któś, coby ciebie nie znał //63 i list twój przeczytał, wnoszę więc, że jakaś ostateczność, jakaś silna rozpacz, wpłynęła na twój nowy sposób myślenia. Oj, czy nie jest to tylko (ale nie gniewaj się proszę) czy nie jest to tylko... późne uznanie własnej wewnętrznej nie­mocy. Wieleby miał roboty Mr. Balzac, gdyby chciał twoję historyę intellcktualną napisać. Przypomnij sobie wszystkie przeobrażenia, przez które duch twój przechodził. Wszak to matematyka, polityka, filozofija, ba nawet poezya (dowodem tego tłumaczenie jakiegoś tam romansidła) miały cię kolejno swym gościem. Nigdzie’ś się, jak to mówią, nie zasiedział,— czemuż? zapewna gospodarze nie radzi byli gościowi! Z tych licznych gałęzi umysłowości, do żadnej nie czułeś się silnie powołanym. Jeśli mi wybaczysz jeszcze jedną metaforę, byłeś wędrownikiem błąkającym się po równym, gładkim, bezdrożnym stepie. Cztery strony świata stały przed tobą, jak cztery wielkie zagadki,— i nie wiedziałeś w którą się udać. Rzucasz się na oślep w jedną,— idziesz, idziesz,—nie widać drogi! więc w drugą, trzecią, czwartą, wszędzie taż sama pustynia, też głuche obszary! Stajesz więc bez sił, bez zamiaru... w tem z boku psy się odzywają... ha! gdzie psy tam i ludzie być muszą... przysłuchujesz się... to wilki zawyły!...

Owoż tedy z powyższych gałęzi umysłowości, do żadnej nie czułeś się rzeczywiście powołanym. A tym czasem żądza zostania czemsiś, ta własność wszystkich dusz mniej pospolitych, ciągle ci spać nie dawała, ciągle szeptała do ucha: Janie! śpiesz się — Chrystusowe lata nie za górami! Wystawiam sobie ile’ś musiał cierpieć — była to moralna tortura. Na koniec końców, nie wiem już jak i kiedy, za­świtała ci myśl zostania człowiekiem praktycznym, i do tego wojskowym. Uchwyciłeś ją, jak tonący słomkę. W pierwszych chwilach ta myśl wydała ci się głosem z nieba, zwiastują­cym ci przyszłą zgodę z samym sobą... Nie, kochanku!

//64 nie muzyka to serafów, to wilki zawyły!... Prędzej czy póżniej poznasz się na tem, i dawna czczość znowu cię opanuje. A wtedy co poczniesz? I ja uważani za zupełne niepodobieństwo, żeby’ś mógł długo pozostać pod chorą­gwiami Marsa!...

Ale te kilka słów nie malują, ciebie zupełnie. Jest to jedna strona medalu. Spójrzawszy na drugą, znajdziemy cię poczciwym, otwartym, gotowym na wszystko dobre Jankiem, nawet marzycielem, zapaleńcem. Już te same pioruny które ciskasz z wysokości swój teoryi na mnie i wszystkich nie tak, jak ty, myślących, są dowodem że masz nieco duszy w swoim garnku glinianym. Skądże ta niemoc, to chorobliwe wahanie się, ten brak stałego kierunku? Oto stąd, że nie masz męzkiego hartu w twej duszy. Uczucia twoje, są jak te błędne ogniki, co migną i wnet przepadają. Żadne z nich nie może się utrwalić, nie może płonąć cicho, jednostajnie, ciągle, jak święty ogień na ołtarzu Peruna, nie może na­miętnością zostać. Czujesz jak kobieta lub dziecię. Bez na­miętności zaś, wola jest niepodobieństwem. Jakoż zarzucając innym niedostatek żelaznej woli, sam nawet glinianej nie masz. Inaczej, twoje wielostronne ukształcenie, twa otwarta głowa i serce, twoja zdolność obejmowania wszystkiego, doprowa­dziłyby cię już do czegokolwiek. Szkoda tych darów dla kobiety! Szkoda że’ś się męzczyzną nie urodził!

Porozumiejmy się jeszcze co do niektórych drobnostek. Chciałby’m wiedzieć co u ciebie znaczy rzeczywistość? Czy książka, dziennik, jakikolwiek utwór literacki nie jest faktem? Czy myśl, w niepisanej nawet mowie objawiona, nie jest faktem? Ale ty, jak się zdaje, fakta umysłowe rugujesz z granic rzeczywistości. Mordować kogoś, szyć szydłem albo igłą, nakoniec drwa rąbać lub wodę nosić, takaż jest twoja rzeczywistość ?

//65 I na jakiej podstawie twoja rzeczywistość spoczywa? Człowiek mysłu i woli powiadasz, zbutwiałych braci swoich morduje, a dobrym służy. Z całego zaś listu widać, że tym człowiekiem mysłu i woli, tym Robespiere’m i Penn'em w jednej osobie, jesteś ty. Bardzo dobrze, rozbierzmy więc powyższy frazes i zobaczmy czy jest w nim co rzeczywistego? W której że stronie są owi zbutwiali, na których karki miecz twój spadnie, i po czem ich poznasz? Zapewna ci, którzy twego sposobu myślenia dzielić nic będą, wejdą bez braku w kategoryę zbutwiałych. Ale kto ci dał prawo mordować ich, gdzie dowód że ty lepiej od nich rzeczy widzisz, co mówi za tobą? I czy to się zgadza z Chrystyanizmem, z filozofiją, z twojem własnem sercem. Oświecać powinniśmy ciemnych, a nic mordować! Przypuściwszy że nie ja, lecz ty masz racyę, że dla nakarmienia dobrych, trzeba ze złych flaki wypuścić pytam się, jak tego nasz Jan dokona? Uderz się w piersi, mój bracie! i wyznaj, że taka myśl nigdy rze­telnie nic powstała w twej głowie, że gdyby ci dano miecz w rękę, schowałby’ś go jak najprędzej pod poduszkę, albo gdzieindziej by’ś ukrył starannie, aby i znaku nie było. Weźmy teraz pod rozbiór drugą połowę zdania: czy szczerze pragniesz poczciwej połowie ludzkości przynosić korzyść pracami swemi, a jeśli pragniesz, jakie są te prace, jak się do nich weźmiesz, i jak je wykonasz? W całej tej myśli niema ani na grosz rzeczywistości. I dzięki Bogu za to.

Ten króciuchny rozbiorek niechaj ci służy za dowód, że mnie, starego lisa, nie tak łatwo na brzmiący frazes ułowić! Ja myślę i czuję po prostu, zasady moje są twarde jak granit, a chociaż cudzym najchętniej się przysłuchuję, powab nadzwyczajności, pozorna harmonija nigdy mię nie ogłuszy.

Żeby nie być w długu, odpłacę ci radami za rady. Bądź tylko cierpliwy, a poznasz w nich nie chwilowe wi-//66 dzimi się, ale owoc zimnej rozwagi, podsyconej życzliwością, ku tobie.

1.) Przedewszystkiem potrzeba ci raz na zawsze od­mienić teraźniejszy tryb życia umysłowego. Okazałem wyżej, że ludzkość na twoich naukach wojennych nic nie wskóra, i że ty nad niemi daremnie czas będziesz trwonił. Co do twojej filozoficznej dyscypliny, mówiąc po Cycerońsku, pod której chorągwie myślałeś i mnie zaciągnąć, to mam nadzieję że się jej wyrzekniesz za parę dni po odebraniu tego listu, t. j. jak tylko oburzona miłość własna umilknie. Żeby tę chwilę przyśpieszyć, żeby jaśniej wykazać cala matnię w któ­rąś się dobrowolnie uwikłał, całą niedorzeczność twoich aforyzmów... brałem tu pod rozbiór wszystkie wyniki jakie z tych ostatnich logicznie wyciągnąć się dały. Tak naprzy- kład: razem z literaturą broniłem narodowości, razem z uczu­ciem, popędu do towarzystwa, religiji i t. d. Byłem pewny że za pomocą tej święconej wody, łatwo mi będzie czarta z ciebie wypędzić. Upór, ile wiem, nigdy twoją wadą nie był.

2.) Wy, szczęśliwi obywatele Temir-Chan-Szury, żyjący sobie jak u Boga za drzwiami, pewni’ście swej przyszłości, bo są co myślą o was, a teraźniejszość wasza niema cierni, nie kole was bynajmniej. Nędza, co swym młotem tłucze niektórych, zdobywających sobie poprawę losu ostrzem ba­gnetów, jest wam obcą. Obrok duchowny macie także obfity, przynajmniej w porównaniu z nami, którym ledwie raz w rok uda się złapać jakąś książeczkę, nie mającą jak wieczność początku, ani końca. Zgoła, ani fizyka wasza, ani głowy, nie cierpią niedostatku, pływacie w wygodach jak pączki w maśle. Cóż stąd wynika? Nic dobrego! Śpiącym umysłom próżniactwo nie przynosi tak wielkiej szkody, ale dla ciebie, dla człowieka z duszą niespokojną, szukającą przedmiotu na któryby działanie swe wywrzeć mogła, a pozbawioną tej siły niebieskiej, która sama sobie swój przedmiot stwarza, //67 dla ciebie, mówię, próżniackie, wolne od kłopotów życie, jest prawdziwym nieszczęściem. Nie mów mi tu o pracy nad naukami, — to rzecz bierna, i ciebie, w twoich latach, wy­łącznic zająć nie może. Mówię to z przekonania, z wywodu opartego na najprostszych prawdach psychologicznych, że położenie twoje jest prawdziwym nieszczęściem. Dręczysz się, marzysz, i wnet marzenia swe z pogardą, odrzucasz; myślisz dziś tak, jutro inaczej, po jutrze będziesz płakał myśląc o swoich dzisiejszych i jutrzejszych myślach. Zgoła, cierpisz moralne konwulsye. Owoż tedy, jako lekarstwo przeciw tej chorobie, radzę ci porzucić na czas niejakiś Temir-Chan-Szure, i wyjść z oddziałem na wyprawę przeciw górali. Pozwól że ci tu przytoczę wyciąg z jednego z moich pisemek ulo­tnych, właśnie tu do materyi stosowny. Powiadają że to nic skromnie samego siebie cytować,— ale ty przecież nie jesteś szanowną publicznością, nie mam więc potrzeby robić z tobą ceremoniji:

… „Alboż to tylko ubity gościniec, to królestwo Sterna, jest właściwym dla dostrzeżeń i rozmyślań polem? Ta dzika drożyna, dostarczy ci tyle pokarmu, że gdyby głowa twoja była wielbłądzim żołądkiem, miałbyś co żuć i przeżuwać na długi czas. Spójrzyj! oto kamyk, tam znów kamyk, a tam kamyk na kamyku! A te krzaczki, a te na nich ptaszęta, a te miliony muszek!... Wszystko to prze­cież bracia nasi i siostry nasze co do ciała. Ale ty chcesz: silnych wrażeń, idźmyż dalej, pokażę ci pierwszego syna potopu. Patrz! jak pod niebo wystrzelił: zdaje się ukazywać -nam prawdziwy i ostateczny cel naszej wędrówki. Pomyśl ile wieków, niby okręta po gładkiem morzu, przesunęło się pod jego nogami, ile pokoleń żyło i umarło, nie zosta­wiwszy śladów swojego istnienia. Zapuśćmy się między te skały, to ocean wrażeń!... O, ile wrażeń, tyle nowych wysp zdobytych dla ducha. Widoki potworne i piękne, żywe //68 i drzemiące, straszne i śmieszne po kolei witać cię będą. Jak władcę, i każdy pośpieszy ze swoim podatkiem. Pój­dziesz dalej, nowe widoki nastręczą ci się, a z niemi nowe wrażenia. Ale i tamte nic przepadną,— utracą swoję da­wniejszą formę i byt oddzielny, wieją się jak szeroki strumień w morze twych uczuć i myśli, i zrobią cię na zawsze -większym, pojętniejszym, czulszym,—o ten jeden strumień. Jeżeli cierpisz smutną chorobę czczości, przestań uskarżać się i ziewać — a idź po wrażenia! Duch twój ożeni się z naturą, i jak każdy małżonek bez charakteru, ożyje: w życiu swój połowicy. Jeśliś wszystkiego użył i nadużył, jeśliś szczęśliwy aż do przesytu, porzuć wszystko i idź po wrażenia. One cię odświeżą i ulepszą. Jeżeli boleść ciężka, ołowiana, siadła ci na sercu i do ziemi tłoczy,— weź kij pielgrzymi i idź po wrażenia! O! tobie ich najwięcej potrzeba. Świat przestronny, cuda swych kolorów tam roztęczy przed tobą, poznasz żeś nie jeden u Boga i zawołasz: cóż jestem w tej nieskończoności, o Panie! aby’m „się skarżył na swoję niedolę?...”

Nadto, wyprawa wojenna ma takie korzyści, jakich ża­den turysta w swych podróżach nie znajdzie. W ciągłych stosunkach z ludźmi rozlicznych charakterów i usposobień, w codzienych odmianach położenia, w passowaniu się ciągłem, (że się wyrażę po niemiecku) z przedmiotowością, a nadewszystko zajrzawszy kilkakroć w oczy aniołowi śmierci, nabierzesz praktycznego taktu, zapomnisz zupełnie o swoich teoryach bez sensu, nie będziesz miał czasu klecić przedmów do książek które nigdy nie wyjdą,—- słowem, staniesz się człowiekiem mniej więcej rzeczywistym.

3.) Szczęśliwy przechód do rzeczywistości musi poprowadzić za sobą, zupełne, ostateczno, uroczyste zrzeczenie się dotychczasowych błędów. Teraźniejsze twoje prawdziwe świa­tło, wyda ci się światłem sowiem i kociem, —nocą, a to, co //69 teraz śmieciem nazywasz, zabawką dla pustych głów, wywiędłych serc, schorzałych umysłów, nabierze w twych oczach ceny jaką ma istotnie. Poznasz, że nie tylko ta rze­czywistość, co się fizycznie wykonywa, ale i ta, co na rodzaj ludzki wywiera moralną potęgę, jest rzeczywistością. Pogo­dzisz się z umysłem i uczuciem, z literaturą i dziennikami; nawet biedna istota, którą pół-szatanem, pół-aniołem nazywasz, stanie przed tobą w swój rzeczywistej postaci, t. j. jak kobieta, i z nią się pogodzisz, a w męzczyźnie ujrzysz nie automat poruszający się za pomocą sprężynki, roztropnością, czyli podług ciebie myslem zwanej, jakim go mieć chciałeś, ale istotę umysłową, nieśmiertelną, wolną, a zatem twórczą, słowem Boga w miniatiurze. I klęcząc całować będziesz świętości które’ś deptał bezczelnie, i zapłaczesz, bracie, znowu nad sobą, ale nie milczkiem w duszy swojej, —łzami rzewnemi zapłaczesz, jak Piotr po zaprzaniu się Chrystusa.

Stanąwszy na tym pożądanym punkcie, zaczniesz się znowu oglądać i szukać celu dla siebie. Otóż wierz mi, ko­chany bracie! że nic cię stosowniej, zgodniej z twoją naturą i pożytkiem zająć nie może, jak literatura. Ukształcenia masz dosyć, przywiozłeś je z sobą, a sześcioletni pobyt w Temir-Chan-Szurze, nie tylko ci nie utrudniał prac nad naukami, ale sprzyjał im jeszcze. Twój rozum otwarty, chwytny, żywy jest właśnie taki, jakiego potrzeba w lekkim rodzaju literatury, — a serce, bo i serce masz, powlecze każde twe pismo pokostem szczeroty, rzewności, zamiłowania w dobrem. —Niedostatek twórczego pierwiastku, (twoja słaba strona) nie tak łatwo da się uczuć jeśli prozą pisać będziesz, jeśli zamiaru nad siły nie przedsięweźmiesz. —Nie długie sceny z życia, naprzykład, Kaukazkiego, wizerunki miejsc i obyczajów w pół poważne, w pół fantastyczne, oto są zda­niem mojem, najwłaściwsze dla ciebie próby, przynamnie na początek. Nie zatapiaj się w głębie erudycyi Kaukazkiej, //70 bo te wymagają żelaznej cierpliwości Buttowta-Andrzejkowicza, i ciebie, motyla, nie zadługo odstraszą. — Wystrzegaj się takżo długich romansów i powieści, bo dobrego planu nie potrafisz stworzyć, i nad to znając tak mało świat, za­pełnił by’ś je fałszywemi sytuacyami, narzucał by’ś chara­kterów bez żadnej rzeczywistości! Że filozofii dotykać nie powinieneś, na to w tem miejscu mojego listu, dowodów już nie potrzeba.

Literatura ma to do siebie, że kogo raz zaintryguje, ten nazawsze zostanie jej kapłanem. — Przyczyna tego leży w jej nadzwyczajnej rozmaitości, w jej dostępności dla wszystkich charakterów, uczuć, sposobów myślenia. — Co tylko jest u nas i za nami, co się tylko pomyślić może, to może być jej przedmiotem. —Literatura nic nie wyłącza.— Prawda, że i ona ma swe pewne formy, ale tych form tak wiele, jest w czem wybierać! — Owoż i ty postawiwszy raz nogę w tym ogrodzie Armidy, nie wyjdziesz zeń’ do późnej starości. — Istnienie twe przestanie być bezduszną palitrą, wszystkiemi farbami zaklapaną a nic nie wyrażającą. — Zna­lazłszy cel przed sobą, przedmiot oddawna poszukiwany, dążeniem doń’ ciągłem zapełnisz wszystkie chwile swojego bytu. — Zaczniesz być czynnym rzeczywiście, i każdy czyn twój poprowadzi za sobą błogie uczucie dopełnionego obo­wiązku, bo każdy będzie, jeśli nie bogatą ofiarą, to przynamnie świeczką trzygroszową którą postawisz na ołtarzu prawdy, piękności i pożytku!


 

Indeks nazw osobowych i geograficznych

Numeracja odwołuje się do oryginalnej paginacji stron

 


Abbas Wielki: 16

Agdżabet : 14

Akusza: 55

Aleksander Macedoński: 6, 16

Allach: 34

Ameryka: 45

Awarowie: 32

Azkeran: 6

Azrael: 12

Bajron: 33, 54

Balzak: 63

Berdyczów: 45

Besztau: 37, 40, 49, 50

Bethowen: 55

Broniewski Szymon: 49-51

Buttowt-Andrzejkowicz Michał: 70

Cerber: 56

Czeczeni: 32

Chalil-beg: 15

Charkowska gubernia: 43

Chindarch:7, 10

Chrystus: 34, 58, 69

Czerkask: 50

Czerkiesi: 32, 49-51

Czyngis Chan: 43, 44

Dagestan: 22, 52

Dante: 6

Dniepr; 51

Elbrus: 41

Ekaterynosławska gubernia: 43

Essentuki: 45

Galileusz:

Gałaszkowie: 27

Georgiejewsk: 41

Goraczewodska stanica: 38

Ingusze: 27, 28, 29, 32, 34

Jowisz: 55

Kabarda: 41

Kabardyni: 49, 51

Karabag (Karabach): 6, 7

Kazachowie: 51

Kazak-Kicz: 29

Kaukaz: 30-31, 34, 37, 41, 43, 44, 45, 47, 51-52

Kiurdamir: 19- 24

Klaproth: 28, 30, 38, 49

Kozacy: 47, 50

Kura rzeka: 14-20

Kursk: 50

Lezgini: 32

Lizbona: 45

Małorosja: 49

Maszuk( Podkumek, Gum): 37- 39

Mahomet: 34

Mehmed-Ali: 14, 45

Mechti-Kuli-Chan: 7

Mefistofeles: 11

Mekka: 22, 23

Melikowie: 6

Mickiewicz: 33

Minerwa: 55, 60

Mitrydat: 6, 16

Nadir Szach: 16

Napoleon: 53, 62

Nazrań: 28, 29

Nowoczerkaska: 44-45

Nuszyrwan: 16

Osetia: 34

Osetyńcy: 51

Pan-Chan: 6,7

Palestyna: 14

Paryż:31

Penn:65

Peruż: 64

Piatigorskie wody: 32

Piatigorsk: 37- 45, 49

Piotr Wielki: 62

Podkumek rzeka: 37

Rioni rzeka: 17

Robespiere: 65

Rosjanie: 34

Schiller: 54, 59

Sokrates: 58

Staroobrzedowcy: 47

Stawropol: 41, 43- 44

Stern: 67

Strzelnicki Władysław: 53-54

Susza: 5

Szamil: 43, 44, 45

Szyler: 33

Szyrywań: 18, 22

Tatarzy: 44

Tamara królowa: 35

Temir-Chan-Szura: 60, 66-67, 69

Terek: 49

Tereniusz: 61

Timur: 16

Turcy: 50

Tyrteusz:59

Wahdam: 7

Wasco-de-Gama: 17

Wiedeń: 45

Wiśniowiecki Michał: 50

Władykaukaz: 27

Zaleski: 38

Zardob: 16, 19

Żydzi: 44



 

 

Projekt „Biblioteka Kaukaska” został zrealizowany przez Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie przy współpracy Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Jest to przedsięwzięcie mające na celu ułatwienie dostępu do najcenniejszych źródeł historycznych związanych z obecnością Polaków na Kaukazie w XIX wieku oraz popularyzację wiedzy na temat dorobku naukowego i kulturalnego polskich zesłańców i podróżników.

Twórczość ta przybierała różne formy. Wśród dzieł tamtego okresu odnaleźć odnajdziemy, pionierskie prace naukowe, jak również literaturę pamiętnikarską będąca doskonałym źródłem poznania ówczesnego Kaukazu a także losu licznych polskich zesłańców odbywających służbę wojskowa w carskiej armii. W stołecznym Tyflisie podtrzymywano polonijne życie kulturalne, którego efektem była działalność nieformalnej polskiej grupy Poetów Kaukaskich. Jej przedstawiciele pozostawili liczną i wartościową spuściznę poetycką oraz prozatorską, bogato czerpiącą z egzotycznego otoczenia. W ramach realizacji projektu wybrano do opracowania utwory o decydującym znaczeniu dla podjętej tematyki tj.:

§  Szkice Kaukazu Michała Butowda Andrzejkowicza ,

§  Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854, Karola Kalinowskiego,

§  Szkice z Gruzji Artura Leista,

§  Kilka badań geologicznych i dziejowych Kaukazu Juliusza hr. Strutyńskiego,

§  Poezje i Szkice Kaukazu Władysława Strzelnickiego oraz

§  Poezje Tadeusza Łady Zabłockiego.

Utwory poddano digitalizacji a następnie konwersji na tekst. Dla wygody czytelników wszystkie dzieła są dostępne na stronie projektu

www.kaukaz.edu.pl

w różnych formatach umożliwiających lekturę w przeglądarce, na komputerze, czytniku ebooków czy tablecie. Wstępy sporządzili uznani badacze z zakresu historii, etnografii i literatury przybliżając epokę, kontekst powstania utworu i jego autora.

Mamy nadzieję, że zaprezentowane utwory zainteresują szerokie grono odbiorców i przypomną nieco zapomnianą kartę z dziejów polskiej historii. Wierzymy, że to przedsięwzięcie ułatwi historykom, literaturoznawcom czy kulturoznawcom prowadzenie badań naukowych poprzez łatwy dostęp do unikalnej spuścizny naukowej i kulturalnej będącej doskonałym źródłem poznania dziewiętnastowiecznego Kaukazu i Polaków którzy tam przebywali.

 

 



[I] Z protokołu przesłuchania W. Strzelnickiego przez komisję śledczą w 1838 r. wynika, iż jego matka posiadała we wsi Piasoczna (Песчано) majątek składający się z 160 dusz, już w 1830 roku sama wychowywała syna, Mikołaj Strzelnicki zapewne już nie żył. CGIA Ukrainy w Kijowie, f. 470, op. I, 1838 r. d. 173, k. 7-10. Wieś Piasoczna należała do parafii Tynna.

Losy Strzelnickiego omówione zostały szerzej w książce:  E. Lijewska, Szkice kaukaskie. O twórczości wygnańczej Władysława Strzelnickiego. Poznań 1998, s. 17-56.

[II] CGIA Ukrainy…; Z.  Starorypinski,  K.  Borowski,  Między Kamieńcem i Archangielskiem. Dwa pamiętniki powstańców z 1863 roku, oprac. S  Kieniewicz, Warszawa 1986, s. 49.

[III] M.  Dubiecki,  Młodzież polska na uniwersytecie kijowskim przed rokiem 1863, Kijów 1909, s. 22.

[IV] W.  Lasocki,  Wspomnienia z mojego życia, oprac.  M. Janik  i  F.  Kopera,  Kraków 1933,  t. 1, s. 151-152.

[V] X. W.  Lasocki,  Ze wspomnień kresowych, „Kraj” 1884 nr 20, s. 16. Lasocki nie mógł osobiście znać Strzelnickiego, był od niego o wiele młodszy, przekazywał zapewne czyjeś wspomnienia.

[VI] CGIA Ukrainy…

[VII] Dziej tajnej organizacji studenckiej  omawia  J.  Tabiś,  Polacy na uniwersytecie kijowskim. 1834-1863, Kraków 1974, s. 48-62.

[VIII] Nowosilcow prowadził śledztwo filomatów w Wilnie. Opisany przez Mickiewicza w III części Dziadów.

[IX] Do ciasnych cel wstawiano parasze – wiadra przyniesione ze szpitala z wymiotami i nieczystościami – by więźniowie musieli oddychać tymi wyziewami.

[X] S.  Buszczyński,  Xawery Pietraszkiewicz, Kraków 1888, s. 7.

[XI]  Zesłani na Kaukaz studenci:  Oktawian Augustynowicz,  Edward Boczkowski, Aleksander Czerny, Antoni Janiszewski,  Władysław Jurkowski, Hugo Korsak, Jan Kowalewski, Szymon Litwinowicz, Jan Lubowicki, Julian Maciejewski, Edward Milewski, Stanisław Niemira, Julian Osiecimski, Ksawery Pietraszkiewicz, Edward Porczyński,  Aleksander Rakowski, Jan Sobolewski, Hipolit Socharzewski, Arystrach Sosnowski, Władysław Strzelnicki, Seweryn Szymański, Stanisław Winnicki, Rudolf Wiszkowski, Teofil Wysiekierski, , Franciszek Zawadzki, Jan Źródłowski. Inni „konarszczycy” zesłani na Kaukaz z Kijowa: Michał Andrzeykowicz, Andrzej Ciechanowski, Wilhelm Michalski, Jan Mrozowski, Samuel Orda, Zygmunt Pruszyński, Hieronim Sakowicz, Jan Załęski, Florian Zieliński. Zob.  J. Tabiś, op. cit, s. 59; Dodatek do nr 22 „Podolskich Gubernialnych Wiadomości” z konfirmacją sądu wojennego kijowskiego w sprawie Konarskiego przytacza Michał  Rolle, Z minionych stuleci. Szkice historyczne i literackie. Lwów 1908, s. 335-344.

[XII] M.  Inglot, Władysław Strzelnicki, [w:] Polski słownik biograficzny,  t. XLV, Warszawa-Kraków 2007-2008, s. 20.

[XIII] Świadectwem tych rozterek są m.in. listy Władysława Jurkowskiego – zob. M.  Filina,  D.  Ossowska,  Losy Polaków na Kaukazie. Część I „Tbiliska grupa” polskich poetów zesłańczych,  Wydawnictwo „Uniwersal”, Tbilisi 2007, s. 191-223; zob. też: M. Gralewski,  Kaukaz. Wspomnienia z dwunastoletniej niewoli, Lwów 1877, s. 278-279 .

[XIV] Zdarzało się, że Polacy uciekający w góry do wojska Szamila byli wydawani w ręce rosyjskie, ponieważ górale nie zawsze rozróżniali Polaków od Rosjan.  Warunki służby na Kaukazie omawia Mateusz  Gralewski, op. cit.,  np. s. 173-175. Zob. też, D.  Ossowska,  Wojna i służba wojskowa jako przedmiot literackiego opisu w relacjach kaukaskich zesłańców, „Studia i Materiały WSP w Olsztynie” 1989 nr 10.

[XV] M.  Gralewski, op. cit., s. 520-521.

[XVI] Świadectwem ich spotkania może być radosny wiersz Zabłockiego z 1839 r.: Widok Szyrwanu
z Szemachyńskiej Góry
(T.  Łada – Zabłocki,  Poezje, Petersburg 1845, s. 172).

[XVII] T.  Łada – Zabłocki, Do Władysława Strzelnickiego, [w:] Poezje, Petersburg 1845, s. 148-150.

[XVIII] T.  Łada - Zabłocki  do J. I. Kraszewskiego, list z 16 listopada 1840 r., rkps BJ  6458/IV - zob. M.  Filina, 
D.  Ossowska,  op. cit., s. 225.

[XIX] T.  Łada - Zabłocki,  List do R. Podbereskiego, Tyflis, 10 czerwca 1843,  „Rocznik Literacki” 1849, t. 4, s. XII.

[XX] Zob. M. Żywow,  Polscy poeci „kaukascy” (Materiały biograficzne). Przeł. K. Heintsch. „Pamiętnik Literacki” 1959 z. 3/4, s. 576-579.

[XXI] M.  Gralewski, op. cit., s. 519.

[XXII] M.  Żywow, op. cit.,  s. 588.

[XXIII] „Kavkaz” 1846 nr 43; cyt za: M. Żywow,  op. cit., s. 589.  Autorem nekrologu był zapewne T. Łada-Zabłocki.

[XXIV] T. Łada-Zabłocki,  Na śmierć Władysława Strzelnickiego, „Gwiazda” 1847 nr 2, s. 310; W. Potocki, Na śmierć  Władysław Strzelnickiego,  „Rubon”  1849, t. 10, s. 174.

[XXV] L.  Janiszewski,  Do Wydawcy Pamiętnika, „Pamiętnik Naukowo-Literacki” 1850, t. 2, z. 6, s. 116.

[XXVI] M.  Inglot, op. cit., s. 21.

[XXVII] M.  Filina,  D.  Ossowska,  op. cit., s. 247;  E. Lijewska, op. cit., s. 53-54

[XXVIII] L.  Janiszewski,  op. cit.,  s. 121.

[XXIX]  J.  Strzelnicki  do J. I. Kraszewskiego, Żytomierz 1859, rkps BJ 6479/IV, k. 472-473.

[XXX] Rękopisy do druku przygotowywał Tadeusz Łada-Zabłocki, który doskonale znał twórczość młodszego poety.

[XXXI] Inną niż przytaczana powyżej zwrotkę podaje wraz z muzyką S.  Buszczyński, Xawery Pietraszkiewicz, Kraków 1888, s. 9;  E. Lijewska, op. cit., s. 84-85. Więzienne toasty pisane są w duchu popularnego wówczas krakowiaka Znacież, ludzie młodzi, Stacha z Zamiechowa.

 

[XXXIII] W.  Strzelnicki, Poezje, Żytomierz, s. 29-30.

[XXXIV] Ibidem, s. 67.  O przemianach „skowrończego” nurtu poezji romantycznej pisała J.  Kamionka- Straszakowa , Rola poety w społeczeństwie i jego literacki wizerunek własny, [w eadem:] Życie literackie
w Polsce w pierwszej połowie XIX wieku,
Warszawa 1970, s. 281.

[XXXV] W. Strzelnicki, op. cit., s. 68-69.

[XXXVI] Ibidem, s. 60.

[XXXVII] Odwołuję się do klasyfikacji postaw człowieka wobec natury, jaką  zaproponował  J.  Woźniakowski (Góry niewzruszone, Warszawa 1974, s. 26-29).

[XXXVIII] Ibidem, s.  37-38.

[XXXIX] Pisała na ten temat E.  Nowicka w swojej książce  „Postylion niesie pisanie….”. Szkice o romantycznym liście poetyckim, Poznań 1993, s. 63.

[XL] W. Strzelnicki, op. cit., s. 34.

[XLI] Na temat której pisała m.in. D. Ossowska, Polskie relacje z Kaukazu lat trzydziestych-sześćdziesiątych XIX wieku a literatura rosyjska, praca doktorska IFP UW, Warszawa 1981, maszynopis, eadem, Wojna
i służba wojskowa…
; E. Małek,
Proza polskich kaukazczyków wobec literatury rosyjskiej lat 30-40 wieku XIX, [w:] Języki i literatury wschodniosłowiańskie (Materiały Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej, Łódź 14-15 czerwca 1976), Łódź 1976, s. 133-141.

[XLII] W.  Strzelnicki,  Szkice Kaukazu. Żytomierz 1860, s. 40.

[XLIII] Ibidem, s. 12.

[XLIV] Ibidem, s. 5.

[XLV] W.  Potocki,  Troil nad Ingurem, „Biblioteka Warszawska” 1841, t. 1, s. 587-588.

[XLVI] Hipoteza taka pojawia się w dziełach osiemnastowiecznych pisarzy, m. in.: u Gotfryda Lengnicha, Albertrandego, Teodora Wagi. Zob. J.  Maślanka,  Literatura i dzieje bajeczne, Warszawa 1984, s. 33-35, 52-53. O Wrotach Kaukaskich zob. m.in.: J. Lelewel,  Dzieje starożytne,  [w:] idem , Dzieła, t. IV,  Warszawa 1966, s. 390-396.

[XLVII] A.  Mickiewicz,  Pierwsze wieki historii polskiej, [w:] idem,  Dzieła, t. VII, oprac. J. Maślanka. Warszawa 1996, s. 27.

[XLVIII] W. Strzelnicki,  Szkice…, s. 17.

[XLIX] Ibidem, s. 13.

[L] J. Klaproth (1783-1835) orientalista i podróżnik, wydał dwutomowe dzieło: Reise In den Kaukasus und Georgien In den Jahren 1807 und 1808.

[LI] Strzelnicki,  Szkice…, s. 30.

[LII] Susza lub Szusza (az. Şuşa) – miasto w zachodnim Azerbejdżanie w regionie Górskiego Karabachu.

[LIII] Azkeran, współcześnie Askeran – miasto w zachodnim Azerbejdżanie w regionie Górskiego Karabachu. Twierdza wzniesiona do ochrony Szuszy. Była strategicznym punktem czasie wojny rosyjsko-perskiej w latach 1804-1813.

[LIV] Mitrydat – imię Mitrydates mogło się odnosić do wielu władców regionu, w tym: Mitrydatesa I, założyciela dynastii Mitrydatów panujących w Poncie i jego następców, Króla Armenii Mitrydatesa (pan. 35-37 r.), czy władców Partii o tym imieniu.

[LV] Prawdopodobnie Panah Ali Chan (ur. 1693- zm. 1761), założyciel i pierwszy władca Chanatu Karabachskiego.

[LVI] Melikowie – tytuł szlachecki używany przez Ormian i Gruzinów odpowiadający tytułowi książęcemu.

[LVII] Karabach – Region znajdujący się na terenie współczesnego, zachodniego Azerbejdżanu. Obecnie ormiańska enklawa będąca przedmiotem sporu między Armenią i Azerbejdżanem.

[LVIII] Mehdigulu Khan Javanshir (ur. 1772- zm. 1845), trzeci i ostatni władca chanatu Karabachskiego.

[LIX] Oczeret - rodzaj rośliny kłączowych tworzących szuwary.

[LX] Dywan – (tur. Divan) rada doradcza muzułmańskich władców, lub potocznie administracja.

[LXI] Quantum – określona kwota.

[LXII] Taniec św. Wita – dawna nazwa Pląsawicy Sydenhama, choroby wieku dziecięcego, objawiającej się ruchami pląsawicznymi, nadpobudliwością oraz przymusem aktywności ruchowej.

[LXIII] Szach Nama, Szahname – „Księga Królewska”, perski epos narodowy autorstwa Ferdousiego opowiadający historię Persji od stworzenia świata do upadku dynastii Sasanidów.

[LXIV] Jafet – według biblijnej księgi rodzaju jeden z trzech synów Noego, który miał być ojcem narodów indoeuropejskich. Określenie języki jafetyckie dotyczyło najpierw języków kaukaskich lecz później rozszerzono jego znaczenie na wszystkie stare języki bliskiego wschodu nie będące językami indoeuropejskimi i semickimi.

[LXV] Prawdopodobnie Muhhammad Ali (ur. 1769 – zm. 1849), pasza Egiptu w latach 1805-1848 i 1848-1849.

[LXVI] Kura (Mtkwari) – rzeka o długości 1364 km. Jej źródła znajdują się na Wyżynie Armeńskiej Turcji, by przełomem pokonać masyw Małego Kaukazu i zmierzać przez Gruzję i Azerbejdżan do Morza Kaspijskiego.

[LXVII] Sążeń – niemetryczna miara długości. Sążeń nowopolski obowiązujący od roku 1819 wynosił 1, 72 m, natomiast rosyjski wprowadzony w zaborze rosyjskim po 1849 r. wynosił 2, 13 m.

[LXVIII] Tadeusz Łada Zabłocki, ur. 1811 r. w rodzinie szlacheckiej. Za działalność konspiracyjną i obrazę carskiego majestatu został skazany na karę wcielenia do Korpusu Kaukaskiego na okres 24 lat. Na  zesłaniu rozwijał pasję literacką stając się nieformalnym liderem grupy „polskich poetów kaukaskich”. Zmarł na cholerę w 1947 r. w Kulpach u podnóża Araratu. Jego „Poezje” zostały przygotowane w ramach projektu „Biblioteka Kaukaska”.

[LXIX] Albania Kaukaska – państwo istniejące na terenach dzisiejszego Azerbejdżanu i Dagestanu od IV w. p.n.e do VIII w. n. e.

[LXX] Iberia – zwana również Iberią kaukaską. Państwo istniejące na terenach wschodniej Gruzji między V wiekiem p.n.e. a VI wiekiem n.e. kiedy to zostało podbite przez Persję.

[LXXI] Mila polska – dawna jednostka długości, od 1819 r. wynosząca 8534, 31 m.

[LXXII] Tatarzy – określenie które stosowano w stosunku do ludności tureckiej zamieszkującej tereny dzisiejszego Azerbejdżanu lub ogólnie jako określenie ludności muzułmańskiej.

[LXXIII] Efendi – tytuł turecki przysługujący najpierw sułtanowi a następnie dostojnikom dworskim. W późniejszym czasie określano nim również osoby wykształcone.

[LXXIV] Władykaukaz (ros. Владикавка́з) – miasto w południowej Rosji, stolica Republiki Północnej Osetii-Alanii. Położone nad rzeką Terek u stóp Kaukazu.

[LXXV] Ingusze – naród kaukaski spokrewniony z Czeczenami, zamieszkujący środkową część Kaukazu Północnego. Dominującą religią jest islam sunnicki. Obecnie Ingusze zamieszkują w Republice Inguszetii wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej.

[LXXVI] Julius Heinrich Klaproth (ur. 1785 - zm. 1835), niemiecki orientalista i podróżnik. Wspomnienia z wyprawy na Kaukaz przedstawił w książce: „Reise in den Kaukasus und Georgien in den Jahren 1807 und 1808” wydanej w 1812 r.

[LXXVII] Piatigorsk – miasto w południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Znane uzdrowisko słynące z mineralnych wód. Nazwę wzięło od pobliskiej góry Besztau ( 1401 m. n.p.m.) o pięciu szczytach.

[LXXVIII] Maszuk (993 m. n.p.m.) – góra pochodzenia wulkanicznego nieopodal Piatiorska.

[LXXIX] Gum- w języku kabardyjskim nazwa rzeki Kumy (802 km długości), położonej nieopodal Piatigorska. 

[LXXX] Besztau (1401 m. n.p.m.) – tur. „Pięciogórze”, masyw wulkaniczny w południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Swoją nazwę zawdzięcza pięciu szczytom. W jego okolicach założono liczne uzdrowiska słynące z obficie występujących wód mineralnych.

[LXXXI] Elbrus – najwyższa góra Kaukazu o charakterystycznych dwóch szczytach Zachodnim (5642 m n.p.m.) oraz Wschodnim (5621 m n.p.m).

[LXXXII] Fragment utworu „Śpiewające jezioro”, Józefa Bohdana Zaleskiego.

[LXXXIII] Stawropol – miasto w Południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Początek osadnictwu dala twierdza będąca częścią linii umocnień Azow - Mozdok.

[LXXXIV] Georgiejewsk – miasto w południowej Rosji, na przegórzu Kaukazu nieopodal Piatigorska. Położone nad rzeką Podkumyk. Początek osadnictwu dala twierdza będąca częścią linii umocnień Azow - Mozdok.

[LXXXV] Miuryd – dosłownie „uczeń”. Osoba zgłębiająca Islam oraz Sufizmu. Powszechne określenie na ucznia Imama Szamila dlatego też cały ruch zwano Miurydyzmem. Jego istotą było porzucenie prawa zwyczajowego adatu i przyjęcie szariatu tj. prawa islamskiego oraz  gazawat tj.  walka w obronie Islamu.

[LXXXVI] Kabarda – Tereny zajęte przez Kabardyjczyków dzieliły się na Małą i Wielką Kabardę obejmując tereny na północ od góry Besztau wzdłuż rzek Kumy, Małki, Baksan, Czagem i Nalczyka.

[LXXXVII] Imam Szamil (ur. ok. 1796 – zm. 1871), przywódca islamskiego państwa obejmującego tereny dzisiejszej Czeczenii i Dagestanu. Trzeci imam Imamatu Kaukaskiego w latach 1834-1859.

[LXXXVIII] Kałmucy – naród mongolski zamieszkujący Kałmucję, stepy na północno-zachodnim wybrzeżu Morza Kaspijskiego. Tradycyjnym wyznaniem Kałmuków jest buddyzm. Obecnie zamieszkują w Republice Kałmucji autonomicznej republice Federacji Rosyjskiej.

[LXXXIX] Samojedzi – nazwa kilku narodów zamieszkujących północno-zachodnią Syberię należących do rodziny uralskiej.

[XC] Nowoczerkask – miasto położone w południowej Rosji nieopodal Rostowa nad Donem. Miasto zostało założone w 1805 r. jako stolica Kozaków Dońskich.

[XCI] Berdyczów – miasto położone w połnocnej części Ukrainy w obwodzie Żytomierskim.

[XCII] Adam Mickiewicz, Poezye (1822), t II, s. 20.

[XCIII] Essentuki (ws. Jessentiuki) – miasto w południowej Rosji, na przedgórzu Kaukazu nieopodal Piatigorska. Znane uzdrowisko słynące z mineralnych wód.

[XCIV] Stroobrzędowcy – wyznanie powstałe w Rosyjskim Kościele Prawosławnym na skutek rozłamu i nieuznania reformy liturgicznej patriarchy Nikona z lat 1652-1656.

[XCV] Iwan IV Groźny (ur. 1530 r. – zm. 1584 r.) z dynastii Rurykowiczów. W latach 1533-1547 Wielki Książę Moskiewski, 1547-1584 Car Wszechrusi. Był pierwszym władcą, który koronował się na Cara.

[XCVI] Siemion Michaiłowicz Broniewski (ur. 1763 r. – zm. 1830 r.), rosyjski wojskowy i urzędnik. Dyrektor Azjatyckiego departamentu Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji. Autor dwutomowej pracy „Wiadomości o Kaukazie” wydanej w 1823 r. w Moskwie.

[XCVII] Kabardyjczycy – największy naród z grupy Adygejskiej. Spokrewniony z Czerkiesami i Adygejczykami. Dominującą religią był islam. Obecnie zamieszkują w Republice Kabardyno-Bałkarii wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej.

[XCVIII] Baskak – urzędnik admistracji imperium mongolskiego, poborca podatkowy mający również kompetencje wojskowe i nadzorcze.

[XCIX] Kursk – miasto położone w południowo-zachodniej Rosji, położone na Wyżynie Środkoworosyjskiej.

[C] Astrachań – miasto położone w południowej Rosji położone w delcie Wołgi. Strategiczny port morsko-rzeczny nad Morzem Kaspijskim.

[CI] Michał Wiśniowiecki ur. 1529 r. - zm. 1584 r.), kasztelan bracławski i kijowski, starosta czerkaski, kaniowski lubecki i Łojowski. Pradziadek króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

[CII] Don – rzeka w południowej Rosji o długości 1950 km. Źródła rzeki znajdują się w północno-wschodniej części Wyżyny Środkoworosyjskiej a uchodzi do Morza Azowskiego.

[CIII] Osetyjczycy – naród kaukaski posługujący się językiem osetyjskim należącym do grupy irańskiej. Osetyjczycy zamieszkują Kaukaz Północny i Południowy. Dominującą religią jest Chrześcijaństwo obrządku wschodniego. Obecnie zamieszkują Republikę Północnoosetyjską – Alanie wchodzącą w skład Federacji Rosyjskiej oraz separatystyczną Republikę Osetii Południowej, formalnie wchodzącą w skład Republiki Gruzji.

[CIV] Jan Załęski, ur. Ok. 1800 r. w rodzinie szlacheckiej. Za działalność w Stowarzyszeniu Ludu Polskiego został przymusowo wcielony do Korpusu Kaukaskiego. Był autorem prac dot. m.in. Kaukazu w tym: „Rys życia obozowego”, „Wyjątki z pamiętników”, „Wieczór na Kaukazie” czy „Wspomnień z podróży po Kaukazie”.

[CV] Temir-Chan-Szura (ros. Темир-Хан Шура) – nazwa obowiązująca do 1917 r.  - współcześnie Buinaksk (ros. Буйнакск) – miasto w Dagestanie, 41 km od Machaczkały.



[1] W przypadku plików w formacie HTML, EPUB oraz MOBI, z przyczyn technicznych struktura poszczególnych wierszy może odbiegać od oryginalnej.