Szkice

Kaukazu

 

 

Michała

Butowda-Andrzeykowicza

 

Tom II

 

 

WARSZAWA

W DRUKARNI JAN PSURSIEGO

przy ulicy Aleksandrja, N. 2768, lit. B.

1859


 

 

Michał Butowd Andrzejkowicz

„Szkice Kaukazu”

 

Publikacja sfinansowana w ramach projektu

„Biblioteka Kaukaska”

pod kierownictwem

ks. dr. hab. Józefa Wołczańskiego, prof. UPJPII

                                                                                   

finansowanego przez

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

w ramach

Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki

 

Przepisanie

mgr Weronika Gącerz

Opracowanie

mgr Weronika Gącerz i mgr Grzegorz Gilewski

Wstępem opatrzył

prof. dr hab. Andrzej Chodubski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie

Kraków 2013


 

Spis treści

Rozdział I                                                                                                                           

Rozdział II                                                                                                                          

Rozdział III                                                                                                                         

Rozdział IV                                                                                                                         

Rozdział V                                                                                                                          

Rozdział VI                                                                                                                         

Rozdział VII                                                                                                                       

Rozdział VIII                                                                                                                      

Rozdział IX                                                                                                                         

Rozdział X                                                                                                                          

Indeks nazw osobowych i geograficznych                                                                                 

Przypisy                                                                                                                             

 

 

 

SZKICE KAUKAZU

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

Szkice

Kaukazu

 

 

Michała

Butowda-Andrzeykowicza

 

Tom II

 

 

WARSZAWA

W DRUKARNI JAN PSURSIEGO

przy ulicy Aleksandrja, N. 2768, lit. B.

1859

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pozwolono drukować z obowiązkiem złożenia w Komitecie

Cenzury prawem oznaczonej liczby exemplarzy.

Wilno, dnia 18 Października 1858 roku.

Cenzor, Paweł Kukolnik.


 

 

//5

I

 

Zaraz za Derbentem[1] znowu się oddalamy od brzegów morza, i kroczymy ku zachodowi. Droga nierówna, wężykowata, miejscami wzgórzysta, słońce jasno świeci, i dzień taki gorący, jak u nas w Czerwcu, chociaż to było 24 Kwietnia (6 Maja). Błyszczą karabiny, jaśnieją armaty; patrząc na ten oddział w gzygzakach wzgórzystej drogi zdaje się że to najeżony olbrzymi wąż, roztworzył paszczę, wije się i szuka zdobyczy. Morze, to całkiem zastawia się wzgórzami, okrytemi zielonemi krzaki i drzewy, to znowu ukazują szyby błękitu, na których zbłąkany //6 jakiś statek, z rozpuszczonemu żaglami jak łabędź na słońcu się grzeje.

Welykent[2], Kajakent[3], Buinak[4], Karabudaken[5] i Gilli[6], tak się nazywają, auły, leżące na drodze do Temir-Chan-Szury[7], w których nasz oddział miał już dniówki, już noclegi. Dwa pierwsze należą jeszcze do Derbenckiej prowincyi, a inne trzy są już w posiadłościach Szamchała.

Między byłemi Chaństwami (które już widzieliśmy), i Szamchalstwem, jest dobitna wszystkiem różnica. Tu więcej zajmują się rolnictwem, więcej trzód można zobaczyć, mieszkańcy są zamożniejsi, domki ich czyściutki wewnątrz i zewnątrz starannie wybielone i wcale przyzwoite w porównaniu z ziemlankami, lub z temi szaremi z nieociosanych kamieni saklami cośmy od samego Tyflisu[8] aż dotąd po aułach widzieli. Język mieszkańców zawsze jest narzecza Tiurk[9], ale już chrapowatszy i nie taki dzwięczny. Fizjognomije również mają coś w sobie grubszego i nieociosańszego, co się staje coraz wybitniejszem, im bardziej się ku większych gór łańcuchom zbliżamy. Odzienie mężczyzn zawsze jeszcze takie same, ale już prostsze i nie tak wykwintnego kroju, jak w Chaństwach. //7 Gdzieniegdzie pokazują się i czerkieski dość prostej roboty, a czapki już nie tak spiczaste, zakrawają na Góralskie. W Szamchalstwie wię­ksze już widać upodobanie do broni, na nabi­janym pasku długi kindżał musi wisieć nie­odstępnie przy boku. Kobiety jeszcze mniej wymyślne w swych strojach, zasłony tylko uży­wają, na jakoś uroczystość, lub kiedy się pusz­czają w drogę; a w domu i na ulicy, zazwyczaj można je zobaczyć w jednych tylko tumanach, najczęściej czerwonych lub niebieskich, z wierz­chu których mają białe lub niebieskie za kola­na długie koszule.

W Szamasze nie raz zdarzało mi się zdybywać  Muzułmanki, niedość że okutane w zasłony, ale jeszcze w jakichś złocistych siatkach całą twarz zakrywających, a Szamchalskie damy, nie tylko że zasłon nie lubią, ale strasznie ja­kieś rozpasane w tym swoim negliżu. Ubiory charakteryzują w każdym kraju pojęcia o przy­zwoitości ale nietylko na Kaukazie, lecz i na całym Wschodzie dziwnie to się jakoś popląta­ło. W Egipcie, żony Fełłachów zakrywają so­bie twarze, a chodzą w jednych tylko niebie­skich koszulach. W Indostanie taki zwyczaj że //8 Bajaderki[10] najstaranniej musza zakrywać piersi, a Indyjskim arystokratkom zabraniają bywać u dworu Raja, jeżeli nie są wygorsowane. Birmani nie noszą spodni, powiadają że to rzecz bardzo nie przyzwoita, ale za to malują sobie nogi, — proszęż tu dojść ładu. Co kraj to obyczaj, co kraj to nowe pojęcie o przyzwoitości.

Karabudakent uderza swoją miejscowością, ogromny auł, cały rozsypany już na górze, już w dolinie, a wszędzie ogrody, w których zielenieję mnóstwo ogromnych orzechów, dorodnych drzew owocowych, z po za których, ukazują się bialutkie czyściutkie domki. Z prawej strony na górze sterczą ruiny jakiegoś zamku, wznosi czarny poważny minaret, wszędzie mnóstwo topoli, całe gruppy pięknych wyniosłych drzew.

Z lewej strony, zaczyna się w dolinie, a kończy się na wzgórzu, ogromny cmentarz, koło którego znowu mnóstwo najpiękniejszych topoli, - a za niemi w głąb’ pod górą ogromna cudowna kaskada, która śród zieloności daleko rozrzuca swe brylantowe bryzgi.

W Gilli, gdzie miejscowość nic nie ma szczególnego, byłem świadkiem pociesznej zabawy //9 byłem na Toju[A] , któren (już sam nie wiem), był wyprawionym z powodu przybycia oddzia­łu, a może tylko z powodu chętki wypicia na nasze konto.

W ogromnym domu, jak zazwyczaj w Szamchalstwie składającym się z jednego tylko poko­ju, znaleźliśmy zebranych mnóstwo gości, przy­strojonych w świąteczne suknie. Kobiety były bez zasłon, smugłe i świeże ich twarzyczki pię­knie odbijały od białych ścian. Wszystkie co do jednej ubrane były w materjalne suknie, lub w takież kacawejki. Wprawdzie stroje te były najczęściej jakiegoś dzikiego nieodgadnionego koloru, ale Szamchałka na tak świetne zgroma­dzenie, musi zawsze wystąpić choć w wypłowia­łych, byleby tylko w jedwabnych szmatach. I męzkie ubiory nie mniej okazywały pretensyi, ale również nieszczęśliwe wyglądały. Tu wi­dać było nowy materjalny archnłuch, obszyty jakiemiś strzępkami zabrudzonych galonów. Tam na czerkiesce błyszczało dwa lub trzy sre­brne ładunki, między rzędami takichże kościa­//10nych. Tam czucha z obszarpanym rękawem, ale za to na głowie jaka ładna kosmata czapka, jak rzęsisto obszyta galonem. Tu znowu wyszarzaną czerkieskę ściskał pasek nabijany ładnemi srebrnemi guzikami. Słowem wielki nieład w strojach.

Kobiety zajęły lewą stronę pokoju, i tak się uszykowały, że młodsze i przystojniejsze stały na przodzie, brzydsze tuż za niemi, a stare w sa­mym kącie.

Mężczyźni stali z prawej strony, w tyle siwi i pogarbieni starcy, a im bardziej naprzód, tem młodsi, tem przystojniejsi, tak że na samem cze­le, widać było, i Kaukazką giętką kibić, i dziką ale piękną twarz nie jednego urodziwego mło­dziana.

Najprzód miały się zacząć chóralne śpiewy, kobiety w pół głosu porozumiewały się między sobą, bo zaraz miały prawą stronę wyzwać do walki. Widać, że stojąca na czele miała przewagę, bo wszystkie się do niej zwracały. Mo­żemy więc a priori nazwać ją Gillińską Safą; bo i z przenikliwych oczu, i z wysokiego czoła, i z brwi imponujących, łatwo było wyczytać, że przywykła rej wodzić i uchodzić za mądrą.

//11 Safo mogła mieć lat dwadzieścia pięć, a może i więcej, nie była piękną, ale miała w sobie coś wspaniałego. Cały jej strój był czarnego koloru, miała nawet czarną zasłonę, którą nie zakrywała twarzy, ale rozmaicie na siebie za­rzucała; — tak że ta czarna draperja podnosiła poniekąd jej wdzięki.

Wypiszę tu treść dych śpiewów, ile mi się udało zatrzymać je w pamięci. Trzeba wiedzieć ze wszystkie śpiewy były improwizowane prozą, czasem się tylko zdarzały rymowane zwrotki, które natychmiast cały chór powtarza!.

Safo. Na wiosnę rośnie trawka, lecą ptaszki, ciągną, i Ruscy w góry złych ludzi szturmo­wać. A wy żaki, Nieboraki, Jako tchórze, Wiecznie w dziurze.

Chór kobiet. A Wy żaki, Nieboraki, Jako tchórze, Wiecznie w dziurze.

Safo. Na wiosnę wilk i niedźwiedź rzuca barłog, nawet orły tam wysoko, ciągną w różne szlaki. A wy żaki, Nieboraki, Jako tchórze, Wiecznie w dziurze.

Chór kobiet. A wy żaki, Nieboi’aki, Jako tchórze, Wiecznie w dziurze.

Gladiator. Przyjdzie czas, a wyruszymy, //12 wszystkie góry krwią zbroczymy. Niechaj dzisiaj inni idą, a my później zawitamy; — ładne dziewy nasze, nam tu dobrze z wami. Od Dszemila, od Górali, dłoń Gillińca was ocali.

Chór mężczyzn. Od Dszemila[11], od Górali, dłoń Gillińca was ocali.

Gladiator. Bo i w górach pamięć mają, i Gillińców znają dobrze. Tutaj jeden na stu stanie, wie sam Ałłach, wszyscy wiedzą, że tu tylko są Dżygity. Od Dszemila, od Górali, dłoń Gillińca was ocali.

Chór mężczyzn. Od Dszemila, od Górali, dłoń Gillińca was ocali.

Safo. Jedną razą muł maleńki, ubrał się w skórę tygrysa, i wyruszył w knieje dzikie. W tem zaszumiały gałęzie, muł ze strachu padł na ziemię. Oj ostrożnie Dżygitowie, Bo każdemu miłe zdrowie.

Chór kobiet. Oj ostrożnie Dżygitowie, Bo każdemu miłe zdrowie.

Safo. Lepiej siedźcie w domu, prządźcie weł­nę, róbcie sukna z tego sukna my wykroimy wiele łatek[B], i naszyjem wam na plecy; — zawszeż //13 taki cieplej będzie. Oj ostrożnie Dżygitowie, Bo każdemu miłe zdrowie.

Chór kobiet. Oj ostrożnie Dżygitowie, Bo każdemu miłe zdrowie.

Gladiator. Rozumiemy doskonale jak pojmo­wać wasze rady, lub wypędzić nas z tąd chce­cie lub nas zająć robotami. Podobał się Urus tęgi, Więc Szamchalcy to ciemięgi.

Chór mężczyzn. Podobał się Urus tęgi, Więc Szamchalcy to ciemięgi.

Gladiator. I my lubim naszych kunaków[C], i bardzo radzi w naszym domu, a że Badży (siostry) was kochają, macie dowód, i w ich oczach, i w ich pieśniach. Podobał się Urus tę­gi, Więc Szamchalcy to ciemięgi.

Chór mężczyzn. Podobał się Urus tęgi, Więc Szamchalcy to ciemięgi.

Z tych śpiewów widocznie się okazało, że Szamchalcy nie wielcy rygoryści, bo u Maho­metan poczytuje się za wielką zniewagę, jeśli Chrześcianin wspomina o ich żonach i siostrach, //14 lub zapytuje się o ich zdrowie, a tutaj sami sze­roko się o nich rozgadali. Od wódki i wina ża­den z przytomnych się nie wymówił, a nawet i starsze kobiety zapominały o Proroku, i do­syć zgrabnie wychylały szklaneczki. Toj długo się, ciągnął, śpiewy przeplatały się tańcami, w których już to kobiety, już mężczyzni pojedyńczo występowali. Później zabawiło nas dwóch staruszków razem tańcujących lezginkę, jeden z nich był kulawy, a drugi bez ręki. Pod koniec Safo znowu wystąpiła z różnemi impro­wizacjami w wiązanej i nie wiązanej mowie, i nam, rycerzom północy, życzyła powodzenia oręża w górach, i szczęścia w domu!

//15

II

 

Przeszedłszy maleńki i ładny Muslim-Auł[12], upiększony porozrzucanemi topolami, już i Temir-Chan-Szura widnieje na zupełnie równem miejscu, otoczona do koła, w dość znacznej odległości, to wzgórzami, to ukazującemi się pasmami wyższych gór. Cała okolica ładna i dzika, zupełnie w stylu Kaukazkim.

Im dalej wzrok sięgnie, tem dzikszy pejzaż dostrzega. Od razu się przeczuwa, że sąsiedzi Szury, co się rodzili i rośli w tych miejscach, muszą być przejęci tą szorstką przyrodą. Muszą być śmiali, jak śmiało rzucone są góry, na które codzień spoglądają. Muszą być bystrzy, rapto­wni najezdnicy, jak te ich potoki, co unoszą //16 skały I drzewa; bo to aż nadto pewne, że miejscowość wywiera zawsze wpływ na charakter, a nawet i fizjognomje mieszkańców. Nigdzie się to łatwiej nie daje zauważyć, jak na Kaukazie. Częstokroć obok bitnych Górali, widzieć można tuż na równinie (szczególnie bezleśnej), cały narodzik zupełnie zniewieściały. Obok czarujących miejsc, z któremi i postać mieszkańców dziwnie harmonizuje, łatwo znaleźć za rzeczką, w niepowabnym wąwozie, i twarze nieociosane, i kibić nie giętką. Obejrzawszy się do koła w Dagestańskich zaściankach, łatwo się domyślić, że w nich przebywają te wojownicze plemiona, tak zawsze mężnie opierające się, nieproszonym Giaurom, ciekawie zaglądającym do ich wąwozów.

Nie dochodząc do Szury, z prawej strony błyszczą dwa małe jeziora, za któremi sterczą dwa, czy trzy pagórki, blizko przysunięte, i przypatrujące się swym nagim zielonym garbom. A dalej na spadzistem wzgórzu, wznosi się biały pomnik jakiegoś zabitego oficera.

Im bardziej zbliżamy się do miasteczka, tem mniej możemy mu się przypatrzeć, bo oprócz  dwupiątrowych sklepów, mało bardzo widać //17 wielkich budynków. Po nad gromadą uszyko­wanych w ulice domów i domków, na obszer­nym placu, bieleje kościół katolicki, pokryty czerwonym dachem na którym się wznosi cie­mny, melancholiczny krzyż. Z wielką, niewy­powiedzianą roskoszą, wzrok znużony dzikością; zatrzymuje się na tem godle wiary, i długo oko nie może się oderwać od tej prostej, ale rzewnej budowy, wyrażającej wiele tęsknoty w swej for­mie, i otoczonej rzędami posępnych zielonych topoli.

Zatrzymałem się około otwartych wrót mia­steczka, przy których stał szyldwach, i nie wpu­szczał kilku konnych Mahometan, porządnie uzbrojonych. Na ich czele, było dwóch jeźdź­ców w białych kosmatych góralskich czapkach, w porządnych czerkieskach, obwieszonych różną bronią, połyskującą od srebra. Reszta grupy, sądząc po ubiorze, składała się zapewne z Nukierów[13] tych dwóch nadętych obywateli. Wszyscy Azjaci rozmawiali między sobą i dzi­wili się, że ich nie puszczają.

Szyldwach[14], młody chłopiec w mundurze z czerwonym kołnierzem, w białej czapce z kozyrkiem, od której się wdzięcznie odbijała jego //18 ładna twarzyczka, zadarłszy nos do góry, i za­grodziwszy drogę karabinem, z Ruska po Mazowiecku w ten sposób odezwał się do Azjatów.

̶            Powiedziano, że nie puscę, i kiedy stoję na casach, to musę znać służbę.

̶            Azjaci rozmawiali między sobą, a jeden z nich często wspominał o Szamchale.

̶            Co ty łżes durniu, —mówił dalej szyldwach, —jaki z ciebie Samchał, Samchał bez brody, jeździ z kozakami, ma Jeneralski cyn, a ty prosty Tatarzyn.

̶            Bilmes (nierozumiem), — odpowiedział Azjata.

̶            Otóż to durniu, ze ty prawdziwy bilmes, od czasu, jakeście porąbali na bazarze naszego sołdata, jest przykazanie składać broń na wjezdzie. Żebyś miał ślify na cerkieszcze, tobym cię puścił od razu, a tak złóz broń a jak będzies nazad wracał, to ci wydać rozkaze.

Azjata znowu bilmes powiedział, i zaczął ła­jać żołnierza. Pocieszna rozmowa, w której jeden drugiego wcale nie rozumiał, zapewne trwałaby dłużej ale w tem wyszedł pisarz z odwachu z księgą i z papierem, napisanym po tatarsku, po odczytaniu którego, Azjaci // 19 z bardzo kwaśną miną zgodzili się na oddanie broni.

Pisarz zabierał się do wpisania ilości broni, i nazwisk oddających, a dwaj obywatele, po­dawszy broń Nukierom, puścili się cwałem, spiesznie oglądając się na wszystkie strony i przypatrując, czy kto nie zauważy jaka ich hańba spotkała. Gdyby z europejskiego modnisia zdjęto na ulicy, kapelusz zapewne nie ty­le byłby zdetonowany, ile się zdetonowali dwaj obywatele Dagestanu, dzielnie zmykający, i zo­stawiając za sobą mnóstwo kurzawy.

Wszedłszy do Szury i rozpatrzywszy się na wszystkie strony, nic nie widać miasteczkowe­go. Jest to wojenna osada w calem znaczeniu tego wyrazu[D]. Kogo się tylko spotka, każden wyprężony, wyprostowany, i jeżeli nie z miny, to z odzienia wygląda wojskowo. Na każdym kroku, można zdybać albo żołnierza albo ofi­cera.

Tam konno przejechał oficer. Tu na przyz­bach, pod domkami, siedzą żołnierze z dziećmi //20 i żonami. Tam idzie kilku oficerów, i spotykają trzech malców w wojskowych kurteczkach i magierkach, trzej malcy stoją, wyprostowują się, robią front przed oficerami. Tam dalej przechadzają się damy z oficerami, i damy ró­wnież przejęte wojskowością, bo wszystkie wyprężone, sztywne, chodzą w takt, i poszedłbym o zakład, że mają w myśli a może nawet nucą marsze, którym się ciągle przysłuchują. Dalej kuźnia połowa w asystencyi żołnierzy ciągnie przez ulicę, —dalej znowu kilku żołnierzy. Tak jakoś oko do tej wojskowości przywyka, że cy­wilne odzienie dziwacznie i podejrzano wygląda. W całem miasteczku dwóch tylko widzia­łem po cywilnemu ubranych, jeden z nich był żydek złotnik, w długim surducie, z pudełkami pod pachą drugi w krótkim bronzowym surducie, musiał być krawcem, albo szewcem z professyi, bo szedł śpiesznie, jak gdyby miał kilka mia­rek do zdjęcia, przed każdym zdejmował swo­ją ceratową czapkę, chociaż nikt mu nawet głową nie kiwnął.

Wznoszący się krzyż po nad zielonością drzew i krzaków, tak mnie nęcił do siebie, zaraz poszedłem bliżej to wszystko rozpatrzeć.

//21 Najprzód bardzo mi się podobał wybór miejsca, bo kościół zbudowany na zupełnie odręb­nym i najokazalszym placu, miedzy starem miasteczkiem i zabudowującym się nowym ryn­kiem. Ze wszystkich stron otacza go ogródek, ogrodzony ładnemi sztachetami, z bramą od frontu. Koło bialutkich ścian ciągną się topole symetrycznie posadzone, od nich we wszystkie strony rozchodzą się gazony i klomby, zasadzo­ne rozmaitemi krzewy i kwiatami, a pod same­mi sztachetami, ciągnie się do koła, i zamyka ogródek, drugi szereg topoli. Mnóstwo tam ławeczek i darniowych kanapek, a ulice kręte i długie, wszystkie najstaranniej wysypane pia­skiem.

Trudno mi to wszystko zapomnieć, bo miej­sce to było moją ulubioną przechadzką pod­czas kilkoletniego w Szurze pobytu. Często przychodziłem smutny, stroskany, nie raz z burzą w sercu, z nieładem w głowie, a pod cichym szmerem wysmukłych topoli, godzina dumań i samotności wypogadzała mi czoło, je­dnała z obecnością, przychodziłem do siebie, i wracałem zupełnie spokojny. //22 Inną razą w noc letnią, przy świetle księżyca, kiedy w mieście gwar ucichał, a kwiaty na­bierały więcej zapachu, do tej Świętej Zagrody przychodziłem razem z innymi dwoma kolegami, i rozmowa nasza do której nas samo miejsce usposabiało, zawsze się długo ciągnęła. Władysławie! Tadeuszu! gdzież wy teraz!! Wy coście byli tak młodzi, tak zacni, i tak godni lepszych losów. Widać żeście więcej należeli do Nieba, aniżeli do ziemi. Ziściły się przeczucia własnych waszych pieśni. Oh i w jakiem odda­leniu od ziemi Ojców, jednemu w Gruzyi, dru­giemu na Persyi granicy, do wyższych krain przyświecał Geniusz z wywróconą pochodnią.

Święta zagroda tak mnie oczarowała, że do­piero obszedłszy ją do koła, kiedy stanąłem przed wystawą kościoła, niespodzianie dosły­szałem kościelne polskie śpiewy, — wszedłem więc, ale trafiłem na kończące się nieszpory.

I wewnątrz jak wszystko piękne, jak tam wszystko na swojem miejscu, jaka czystość wzo­rowa. I amarantowa draperja, rozwieszona na śnieżnej ścianie, zdobiąca ołtarz z obrazem męki Zbawiciela, i obrazy pozawieszane w różnych miejscach, i ozdobna orzechowa ambo-//23 na i zgrabne ławeczki, wszystko stosowne, piękne, proporcjonalne, i dziwnie jakoś z sobą harmonizujące.

Kościół był dość napełniony, i jakie cudo­wne, jakie wzniosłe widziałem tam postacie; wszystkie je podniósł, upoetyzował smutek, co się przebijał na tych dzielnych obliczach. I osiwiali starcy, z nieruchomemi jak marmur twarzami, z pooranemi od zmarszczków czołami, i inni średnich lat ze szramami na swych śmia­łych twarzach, jak dziwnie wyprzystojnieli, jak pięknie wyglądali pośród otaczającej ich ślicz­nej młodzieży. Ale kto najbardziej mnie wzru­szył, to nieszczęśliwy co olsnął w drodze na Kaukaz. Osiemnastoletni blondyn, z anielską twarzą, z rozpuszczonemi włosami, klęczał pod amboną i rzewnie się modlił, — dostrzegłem nawet łzę co jak perła spadła na jego twarz różową.... [E]

Udałem się do obozu przez wrota zacho­dniej części miasta, zupełnie przeciwległe wrotom //24 wschodnim, przez które weszliśmy do Szury. Pierwsza rzecz na której wzrok się zatrzy­muje, jest okrągła strażnica z czerwonym da­chem wybudowana na wzgórzu odległem o kil­kaset kroków. Od rana do wieczora, strażnica ma swoją, placówkę, z której po kolei, pod sa­mym daszkiem, musi ciągle stać żołnierz na widecie, z wzrokiem wytężonym na majaczący w dali wąwóz. Z tamtąd to, można co chwila spodziewać się napadnięcia konnych Górali, z szybkością błyskawicy rzucających się na pasący się tabun i trzodę, i nie raz ze znacznym łupem wracających do swych niedostępnych legowisk, nie dawszy nawet czasu opamiętać się nikomu. Jak tylko żołnierz na widecie dostrzega, że partja się zbliża, natychmiast strzela z karabina, na to hasło spoglądający na, strażnicę kanonier, stojący z zapalonym lontem na najwznioślejszej w Szurze bateryi, odpowiada wystrzałem z działa. Wtenczas, już wszyscy rozumieją o co rzecz chodzi. W całej wojennej //25 osadzie robi się gwar i zamieszanie, kto tylko ma konia, najśpieszniej każe go siodłać, i sam się uzbraja.

Żeby się rozerwać, i zajrzeć w oczy starym znajomym Góralom, nie raz uczestniczyłem w podobnych zastępach, złożonych z milicji i z oficerów, mających konie pod ręką. Podo­bne expedycje, nie trwały nigdy dłużej nad trzy lub cztery godziny. Rzadko wracaliśmy tryumfującymi z nietkniętem bydłem, częściej się zdarzało, żeśmy tylko połowę ich odbili, chociaż i utarczka dość była zajadła, i jedna, i druga strona zawsze liczyły kilku zabitych i kilku ranionych.

Najpocieszniejszy epizod z całej takiej wy­prawy, odbywał się zawsze u tejże samej bra­my. Rozpasane, rozczochrane żony żołnierskie, niektóre łkając od płaczu, inne miotając na cały świat najokropniejsze przekleństwa, ocze­kiwały tam swego dobytku. Trzeba było wi­dzieć te istne czarownice z Makbeta, odszuku­jące swe krowy i cielęta, i rzucające się w sam środek przypędzonego bydła. Spłoszone konie rżały, a krowy i cielęta wierzgały, na wszystkie strony, i zwaliwszy nie jedną z nich, obdarzały //26 porządnemi guzami. I na tym placu bitwy, le­żeli rozciągnięci na ziemi, ale zabitych i ranio­nych nie było.

Od bramy, idzie się do obozu na prawo, pod okopami miejskiemi, kończącemi się wzniosłemi fortyfikacjami, i najwznioślejszą baterją, o której wspomniałem. Do obozu jeszcze z tamtąd porządny był kawał drogi. Spuściwszy się na dół, przechodzi się rozłożysty jar, po którym płynie maleńka rzeczka, a później trzeba piąć się pod górę, tam właśnie na obszernej równi­nie, bielały namioty dziesięcio-tysiącznego, z ró­żnych miejsc ściągnionego oddziału.

Przeprawiwszy się przez rzeczkę, i spojrza­wszy na Szurę, zadziwia nas jej miejscowość i groźna postawa. Równina, która ją ze trzech stron otacza, nie pozwalała domyślić się, że ze strony północnej znajdują się wysokie pionowe zręby, i wiszące skały. Na nich to właśnie sporządzono baterje, z których najwyższą, ocie­niała teraz zielona, rozpuszczona chorągiew, z dwugłowemi orłami; co było znakiem, że dowódzca korposu już przybył do Szury.

Bellum, horridum bellum! Zaledwie uśpiałem zrzucić z siebie lederwerki i otrząść się //27 z kurzawy, a już kazano do marszu wystąpić. Pierwsza Kompańja Saperów, Batalion Piecho­ty, Pluton Artyllerji i kilkaset konnej Gruzino - Imeretyjskiej Milicji, składało oddział, mający zrobić rekonesans, dojść do Sułaku[15], i opatrzeć dogodniejsze miejsce do zbudowania czasowego mostu, bo stary murowany most pod samem Czyrkiej[16], od kilku dni już był przez Górali zniesionym.

Wlekliśmy się więc wytrapiać nieprzyjaciela, i zrobiwszy ze dwie mile, kiedy już trochę ście­mniało, stanęliśmy na bardzo dogodnej równi­nie, na której się znalazła wyborna woda.

Przed nami na wzgórzu rozłożyły się konne posterunki i nocne podjazdy, niżej roztasowała się cała Milicja, a oddział rozłożył się na niwie, którą na przypadek, z pozostałych, trzech stron, otoczył łańcuch nocnej rozsypanej warty.

Zasłaniające nas wzgórze było zupełnie cie­mne, nam zaś dano rozkaz, żeby po pierwszym alarmie, wszyscy byli pod bronią, i pozwolono nawet rozłożyć ognie, na których w mgnieniu oka stanęło mnóstwo kotłów i kociołków.

Koło jednego takiego ogniska, usiadłem wraz z trzema kolegami, a poczciwy, nieoceniony //28 Walenty (Szeregowy 1szej Kompanji Saperów), któren mnie bardzo polubił, krzątał się koło stojących na ogniu kociołków, i puszczał rzę­sisty dym z króciutkiej fajeczki. Rumiana jego twarz jeszcze bardziej od ognia poczerwie­niała, ogromne wąsiska były w wielkim nie­ładzie, i coś nadzwyczaj milczące usposobienie, dowodziło, że był w bardzo złym humorze.

̶           No cóż bracie — powiedziałem, — czy bę­dziemy mieli czem się posilić.

̶           A coż tu może być do jedzenia w tej gołej dolinie, — odparł Walenty, — nie od rzeczy powiedziawszy, żebyś pan bąków po mieście nie strzelał, to możeby co i było, a zresztą nikt nie wiedział, że dzisiaj wyruszymy.

̶           Ja coś uważam, że w złym jesteś humorze.

̶           A jak ja coś powiem, to i pan nie bardzo będziesz wesół.

̶          Naprzykład coż takiego?

̶           Neptun gdzieś przepadł, i nie od rzeczy powiedziawszy, zapewne go więcej nie zoba­czymy.

̶          No bracie, taki pies nie przepada, — znaj­dzie on się, bądź spokojny.

//29 Pamiętam jedną, razą, — mówił Walenty, pokręcając wąsy, — kiedyśmy szli do szarży; za­uważyłem że koń Pana Dziekońskiego[17] spuścił łeb i coś bardzo strzygł uszami, —przepadnie powiadam — pan Józef tylko co odpowiedział taki koń nie przepada i tuż zaraz kula w sam łeb trafiła rumaka.

̶             No i cóż?

̶             Pan Dziekoński zleciał, potłukł się trochę, i nie był u szarży.

̶             Jak uważam, bywasz prorokiem niekiedy, ale pytam się czy będzie co z tych kociołków.

̶            I będzie, i nie będzie.

̶            Cóż mało zapewne.

̶            Nie od rzeczy powiedziawszy, dla jednego dużo, a dla pięciu to mało.

̶            W tym momencie, Neptun sadząc przez wszy­tko, co mu na drodze zawadzało, stanął prze­demną mocno zdyszany, z ogromnym, żywym, bażantem w pysku.

̶            Przyznam się — powiedział Walenty z nie­udną radością, — nie spodziwałem się tego po Neptunie. Nie od rzeczy powiedziawszy, raz tylko w życiu takiego psa widziałem, ale to //30 u wielkiego pana; — takiego psa widziałem u Księcia Romana S.[18]

̶            A,— a — to znałeś Księcia — wszyscyśmy zawołali.

̶            I znałem, i nie znałem. Ot z panów to nikt go nie znał, bo przybyliście po jego wyjeździ z Kaukazu, a ja go często widywałem, i w Stawropolu i w oddziałach, —bałem się tylko przybliżyć do tego najznaczniejszego człowieka.

̶            A toż dlaczego? — zawołaliśmy znowu chórem.

Kiedy bo to dziwny był panisko, byle tylko do którego z moich braci zagadał, mu zaraz i pieniądze pakował do ręki. Otóż obawiałem się, nie to żeby z dumy, wszak jak wiadomo byłem tylko żołnierzem, a teraz jesteś żołnierzem i szewcem z potrzeby, —chociaż nie od rzeczy powiedziawszy i szewc był sławny nie jeden. Obawiałem się, bo pieniędzy nie potrzebowałem a Książę wydawał ich może i nadto. Dla siebie tylko był więcej niż skromnym, bo w wielu rzeczach sobie odmawiał. Nigdy go nawet nie widziałem inaczej ubranego, jak tylko w szaraku, ot w takim moi panowie, w jakim i my chodzimy. Dziwna //31 rzecz, — nie od rzeczy powiedziawszy, jak też on wszystkiem wiedział, — pomagał zawsze ludziom prawym, poczciwym, i prawdziwie potrzebującym, takim nawet, którzy byli o kil­kadziesiąt mil od niego, i których nigdy nie widział. Dla tych zaś których znał osobiście, miał odrębną książeczkę, w której raz zapi­sany, zostawał pensionariuszem, i co miesiąc otrzymywał wyznaczoaą kwotę. Ale niechże kto z pensionariuszów źle się prowadził, lub zrobił co złego,—o, to już Książę natychmiast się dowiedział, i ten co się przewinił zostawał z książeczki wymazanym, a na jego miejsce zaraz kogo innego Książę wpisywał. Jakżeż nie kochać było takiego człowieka. Nie od rzeczy powiedziawszy, miałem raz zręczność choć w małej cząsteczce zawdzięczyć mu to wszystko.

̶            A toż jak?

̶            Nie od rzeczy powiedziawszy, uszyłem raz darmo buty.

̶            Zmiłuj się rozpowiedz jak to było.

Byliśmy na wyprawie za Kubaniem[19], Książe lubił dużo chodzić, często zsiadał z konia, i prawie pół marszu szedł zawsze piechotą. //32 Jednego razu dostrzegłem, że miał but zupełnie pęknięty. Na drugi dzień patrzę, Książe już nie w swych długich pochodnych butach, ale w zwy­czajnych krótkich. Dochodziliśmy właśnie do ogromnego aułu, w którym, jak mówiono, mie­liśmy kilka dni zabawić, zawinąłem się więc, i we dwa dni, i we dwie noce, sporządziłem dłu­gie, przewyborne buty. Biedziłem się tylko, jak- by je postawić w namiocie Księcia, tak żeby nikt nie widział, — ale i na to upatrzyłem stosowny porę; pamiętam, na różowym papierze, napisałem nawet pierwszy raz w życiu dwa wiersze, które przykleiłem do butów, a z których pan Kozłowski, ten co się uczył u Pijarów, nie od rzeczy powiedziawszy, naśmiał się do woli.

̶            Powiedzże nam i te wiersze, zapewne musisz pamiętać.

̶            Jakżeż rymarzowi nie pamiętać swych rymów, nie od rzeczy powiedziawszy ot tak napisałem:

 

Dowód wdzięczności naszemu Księcia Romanowi,

A od kogo —  ten swego nazwiska nie powi.

 

//33

III

 

Zaledwie poczynało świtać, kiedy wy­kruszyliśmy z naszego noclegu. Noc mieliśmy chłodną chociaż, na początku Maja, ale za to dzień był cudowny,— dzikie pejzaże, i bez chmurki błękitne niebo, oświecało w pełnym blasku jaśniejące słońce. O dziewiątej z rana, już byliśmy tylko o dwieście lub trzysta sążni od Sułaku. Stanęliśmy na wzgórzu, z którego widać było całą okolicę.

Z lewej i prawej strony, ciągnęły się pasma gór, a przed nami wywijała się, trochę spadzista, coraz bardziej rozłożysta dolina, ciągnąca się do samej rzeki, po nad którą z naszej strony //34 były małe wzgórza i urwiska, sam środek zas był równy i zupełnie odkryty.

Rozpatrywałem przez lunetę nieprzyjacielską pozycję za rzeką. Zaraz nad samym brze­giem, można było dostrzedz barykady z kamieni, dalej miejscowość znowu zaczynała być wzgórzystą. Na pierwszem wzgórzu, o kilka­dziesiąt sążni za nadrzecznemi barykadami ciągnął się drugi szereg takichże samych ba­rykad, a jeszcze wyżej trzeci i ostatni wzdłuż którego powiewały trzy białe chorągwie. Dal­szy pejzaż za rzeką był zupełnie ponury i bez kolorytu, cała przestrzeń do wyższej góry, pia­szczysta i kamienista; sama zaś góra trochę zie­leniała, i po niej widać było szeroką, dobrze ubi­tą, bielejącą drogę, wiodącą właśnie, do tuż za górą leżącego aułu Czyrkiej.

Żeby bliżej rozpatrzeć szerokość rzeki, posu­waliśmy się ku jej brzegom, i tam na wznioślej­szych miejscach Kompania Saperów zaczęła urządzać baterję dla Artyleryi. Na wybranem miejscu, postawiliśmy przywiezione z sobą tury,  i zaczęliśmy je- nasypywać drobnemi kamienia­mi, Górale w ten moment rozpoczęli rzęsisty ogień, i ciągle nam przeszkadzali ustawiać tury; //35 dziwić się trzeba było, że i na odległą metę bardzo trafnie strzelali, i że ich gwintówki tak daleko donosiły, bo od nas i do najbliższych ba­rykad, więcej niż sto sążni można było liczyć[F].

W przeciągu może dziesięciu minut, baterja już była urządzona, ale nasza Kompanija liczy­ła dwóch zabitych i siedemnastu ranionych.

Artylerja przykryta turami, zajęła swe miej­sca, i zaczęła silną kanonadę; wtenczas wystrza­ły Górali prawie zamilkły, i tylko kiedy niekie­dy kule ich trafiały w tury, nie szkodząc bynaj­mniej Artylerzystom.

Dwie kompanije strzelców, otrzymały rozkaz Posunąć się nad brzeg rzeki. Ponieważ nie by­ło żadnej potrzeby narażać się zupełnie nadare­mnie, a chodziło tylko o zajęcie pozycyi, więc strzelcy rozsypali się w różne miejsca, i to sie­dząc, to leżąc, z po za kamieni utrzymywali z początku bardzo rzęsisty, a później coraz słabszy ogień. Z początku i piechota nim się rozło­żyła, liczyła też kilku zabitych, i kilku ranionych, //36 i stracił tam życie na miejscu, jeden oficer (był to Adjutant Ministra Wojny, przykomenderowany na czas ekspedycyi); któren przejeżdżając, rozstawiał strzelców, i za nadto się zbliżył do rzeki.

Na wojnie, jak na wojnie, obok trupów i jęku ranionych, zawsze się znajdzie choć trochę komicznego. Doktór bei urn in Wien, ten sam, co nie dawał mi spać w namiocie, opatrzywszy rany swoich saperów, stał teraz na bateryi z lunetą, i pilnie rozpatrywał się w różne strony W jego ruchach, widocznie przebijała się chęć spojrzenia na obóz nieprzyjacielski. Doktor, już parę razy wysunął był głowę nad tury i przybliżał lunetę do oka; ale tuż zaraz dawał nurka na dół, i wtenczas pocieszał się coś mówiąc do siebie. Niezawoduie, musiał w tej chwili układać sobie plany przyszłych wojennych opowiadań, w których jego męztwo i zimna krew niepoślednie miały zająć miejsce. W tym momencie przybliżyło się do niego dwóch oficerów od piechoty, i zaczęli go prosić, żeby się pofatygował nad rzekę dla opatrzenia bardzo ko ranionego Adjntanta. Doktór zmieszał się okropnie i zrobił następne pytanie:

̶            //37 A czy ten Adjutant Saper, czy nie?

̶            — Nie, odpowiedzieli oficerowie.

̶             A więc, das ist natürlich, że ja nie pój­dę do niego, macie tom drugiego doktora.

̶             Ależ drugi doktor daleko ztąd, i w na­miocie opatruje naszych ranionych żołnierzy, a pan nic tutaj nie robisz.

̶             Niech to panów nie interesuje, ja wszy­stko zrobiłem co do mnie należało, a z resztą ja i ztąd widziałem jak padał z konia ten raniony, sejen Sie ganz ruhig, ja wnoszę że on już musiał skończyć życie, gdyż samo upadnięcie już było śmiertelne; ja, ja, er ist schon gestorben.

Tu oficerowie, nie wdając się w dłuższą rozmowę, poprowadzili zbladłego doktora pod ręce, któren, chociaż w tym momencie nie było słychać świstu kul, już zawczasu schylał się, i kłaniał na wszystkie strony, i jak struś gdy się przestraszy, gotów był w piasku za­grzebać głowę.

Kanonada i wystrzały ręcznej broni, dawały się słyszeć coraz rzadziej. Niespodziewanie, koło czwartej po południu, z tegoż samego wąwozu, z którego i my weszliśmy, na zajętą //38 pozycję, wywijały się teraz wojska różnej broni, już widać było i żółtą, chorągiewkę, otoczoną Jenerałami i Adjutantami, a dalej pokazywała się takaż błękitna chorągiewka[G]  z podobną gruppą chociaż trochę mniejszą.

Przyczyną pośpieszenia głównych sił było to, że Dowódzca Korpusu otrzymał wiadomość Sułak zaczął znacznie przybywać; nie można więc było tracić czasu, gdyż zbudowanie mostu podczas większego przybywania wody, stałoby się nadzwyczaj trudnem, i prawie niepodobnem.

I tak, ramy naszego wojennego obrazu zupełnie się wypełniły, — huk i wrzawa powiększyły się o stokroć, zamiast Plutonu Artyllerjii odkryto ogień z dwudziestu dział, Piechota zaległa po nad rzeką i strzelała całemi Kompanjmi. Poleciały białe chorągwie z uszkodzonych barykad, ale mężnego nieprzyjaciela nie zdołaliśmy ztamtąd wykurzyć.

//39 Wieczorem, kiedy już ściemniało, nastąpiła znowu praca dla Saperów. Druga nasza Kompa­nja przywiozła z sobą różne drewna, przygoto­wane do zbudowania czasowego mostu. Wraz więc z tym materjałem posuwaliśmy się cichaczem nad sam brzeg rzeki, żeby zacząć roboty. Dosyć było ciemno, ale czujni Górale dostrzegli nas, i osypali gradem kul z najbliższych zawa­łów. W tej potrzebie przestrzelono mi czapkę, co dopiero na drugi dzień dostrzegłem.

Obydwie Kompanje stały pranie kwadrans cicho, jakby, powięzły w ziemi i oczekiwały na rozkazy. Nareszcie kazano nam wrócić na dawniejsze miejsce. Przyczyną tego odwrotu, jak się później dowiedziałem, było to, że materjały z powodu zbytecznego przybycia wo­dy, okazały się nie wystarczającymi dla sporzą­dzenia mostu. Tak przynajmniej zapewnił oficer od Kwatermistrzowstwa, co kilka dni przed tem, przebrany po góralsku, opatrywał brzeg rzeki, a teraz przed samem zaczęciem robót, robił po­wtórne postrzeżenia.

Nazajutrz ze wschodem słońca, postrzelaliśmy jeszcze trochę na pożegnanie, i cofnęliśmy się prawie o pół mili, na obszerną równią, na //40 której zostawały nasze namioty, i inne obo­zowe ciężary.

W trzy dni później, z powodu że rzeka coraz bardziej przybywała, nastąpił inny plan wo­jennych działań. Oddział nasz rozdzielił się na dwie połowy. Pierwsza z nich, z którą wystąpił Dowódzca Korpusu, miała na celu obejść Czyrkiej zupełnie z przeciwnej strony, i uniknąwszy budowania mostu pod wystrzałami, miała iść do Czyrkiej po drodze, prawie ró­wnej, ale przerżniętej w kilku miejscach ogromnemi zawałami, od dawna najstaranniej przygotowanemi. Druga połowa pod dowództwem Pułkownika, jedynie dla rozdzielenia sił Gó­ralskich, miała robić fałszywe demonstracje po nad Sułakiem, ale już w innem miejscu, i jak raz przeciw aułu, powinna była zająć pozycję,—tam właśnie, gdzie był zniesiony most przez Górali.

Pierwsza Kompańja Saperów, a więc i ja, byliśmy pod rozkazami Pułkownika. Docho­dząc do naznaczonego miejsca, ujrzeliśmy Sułak, za którym zieleniały przylegające obszerne sady, pnące się terasami, coraz wyżej, — a tuż za niemi, najwyborniej widać było, olbrzymi, //41 szary auł, zaczynający się na równinie, pię­trzący się coraz wyżej, i nareszcie na wynio­słem wzgórzu rozkładający się zupełnie w am­fiteatr. Wyborna gratka dla Artylerzystów, gdyż cały Czyrkiej dawał się najwyborniej bombardować.

Urządziliśmy baterje, i dziesięć dział bom­bardowało bez ustanku ogromny auł. Zauwa­żyliśmy od razu, że w ogrodach nie wielu było Górali, mieli oni tam nad samą rzeką mnó­stwo zawałów, i chociaż nie wszystkie były przez nich zajęte, jednak w miarę potrzeby z jednych do drugich często przechodzili, i wten­czas to piechota osypywała ich rzęsistym ogniem. Najpotężniejsze, najbardziej umocnione, i naj­lepiej bronione zawały, były jak raz przeciw zniesionego mostu, z prawej ich strony powie­wała biała chorągiew, i nikt bezkarnie nie mógł się do nich przybliżyć. W tem miejscu, olbrzymi Sułak płynął między ścieśniającemi go z obydwu stron skałami, miał tylko trzy sążnie szerokości, ale za to nurty jego tak były bystre, że tworzyły zupełnie ogłuszające kaskady.

//42 Na drugi dzień po zajęciu naszej pozycji, już dawały się słyszeć wystrzały z dział głó­wnego Oddziału, na trzeci wystrzały były co­raz wyraźniejsze, i zauważyliśmy że w miarę zbliżania się Dowódzcy Korpusu, zmniejszały się za rzeką szeregi Azjatów. Nareszcie na czwarty dzień, cały nasz oddział ze wscho­dem słońca już gwarzył o zawieszeniu broni, i o układach z Góralami za pośrednictwem tłumacza. Poszedłem zaraz na to miejsce, gdzie się zawierał prawdziwy traktat pokoju.

Za rzeką, przed głównemi zawałami, stało siedmiu staruszków, dosyć obdartych, ale uzbro­jonych w szaszki i kindżały. Długie ich gwintówki były oparte o barykady, niedaleko od białej chorągwi.

Z naszej strony, skupiła się ogromna gruppa ciekawych oficerów i żołnierzy, na jej czele stał młody chłopiec, Adjutant Pułkownika, i wystrojony w galonową czerkieskę otyły Ormia­nin — tłumacz. Dyplomatyczna rozmowa, w tym guście, odprawiała się w języku lezgińskim.

Tłumacz. Świadkiem sam Ałłah, że moglibyśmy was zabić, zniszczyć do szczętu wasz auł, i wyciąć w pień wasze orzechowe drzewa //43 ale ponieważ zaprzestaliście strzelać i żądacie pokoju, więc przystąpijmy do warunków. Po­wiedzcie więc, o co błagacie naszego Sardara[20].

Jeden z siedmiu staruszków. Pozwalamy wam budować most, oddajemy nasz auł pod opiekę waszego Sardara, i pozwalamy mu zająć naj­lepszą dla siebie saklę. Co się zaś nas dotyczy, warujemy sobie całość i nietykalność naszych osób, i żądamy zwrócenia czterdziestu tysięcy owiec wczoraj u nas odbitych.

Tłumacz, (po długiem porozumieniu się z Ad­jutantem) Sardar przyjmuje was pod swą opie­kę, i zaraz przystąpi do zbudowania mostu dla wspólnego użytku. Mój wielki pan i władzca darowuje wam życie, — co się zaś owiec doty­czy, o tem nic stanowczego wam powiedzieć nie można, gdyż te musiał zdobyć oddział drugie­go, to jest starszego Sardara.

Jeden z siedmiu staruszków. Pamiętajcież więc dotrzymać wszystko, co się tu powiedziało, i nie sądźcie żeby brak męztwa zmuszał nas do pokoju. Za tą rzeką i za temi zawałami, dosyć nas tu było, żeby was niepuścić do aułu.

Tłumacz. Ależ tu wczoraj było was kilkuset, gdzież się oni podzieli ?

//44 Jeden z siedmiu staruszków. A wszakżeż wszystko to była brykająca młodzież, nie mo­gli więc usiedzieć na miejscu, i poszli wojować z drugim waszym oddziałem. My zaś musieliśmy pozostać, bo od starości już i nogi nie bar­dzo nam służą, i pod naszą opiekę cały był auł oddany, w którym wszelakoż prócz kotów i ka­miennych domów, nic się teraz więcej nie znajduje.

Tak się skończyła kapitulacija siedmiu sta­ruszków. Śmiano się z nich, żartowano, a oni wszystko przyjęli za dobrą monetę, i zapewne nie raz w życiu musieli się chwalić swemi ważnemi czynnościami.

Wzięliśmy się zaraz do budowania mostu, i nikt nam już nie przeszkadzał, ale czem każden ze staruszków był wówczas zajęty, to trochę za, trudno byłoby odgadnąć? — to wszakże dowodziło, że i nadal mają najlepsze dla nas chęci. Oni najspokojniej wygrzebywali karabinowe kule z zawałów, mówiąc że to rzecz bardzo dla nich potrzebna, bo koło Czyrkiej nigdzie blisko nie ma ołowiu.

Tegoż samego dnia, około piątej po południu most na prędce zbudowany, już gotów był //45 zupełnie, weszliśmy więc do aułu, a w kilka godzin później złączyła się z nami i przednia straż głównego oddziału.

Tak więc, ekspedycja nasza nie długo trwała, —veni, vidi, vid. I chociaż w głównym oddziale było około dwiestu zabitych i ranionych, ale i zważywszy że Dszemil miał kilka tysięcy pod swemi rozkazami, zważywszy że trzeba było brać szturmem mnóstwo ogromnych zawałów, zważywszy to wszystko — można było zwyciężcom śmiało winszować wygranej.

Jak raz naprzeciw rozkładającego się w amfi­teatr aułu, nad rzeką, na miejscu panującem nad całym aułem, zaczęliśmy budować ogro­mną fortecę.

Rozpierzchnięci mieszkańcy tłumami wracali do swych siedzib[H]. Dziwiła mnie ich szpetność, nie tylko pięknej, ale nawet znośnej nie widziałem postaci. Najczęściej były to gruppy //46 prawdziwych Satyrów, z twarzami jakby nalepionemi, i dziwnie niekształtnemi, które gdyby się mogły ociosać, to snycerskiego nie wystar­czyłoby dłuta, trzebaby chyba użyć stolar­skiego hebla.

Szczególniej raziły swoją, szpetnością kobie­ty, — uszy ich dźwigały mosiężne kolczyki, tak potwornej wielkości, że się mogły przydać na koła do niewielkich góralskich arb. Pamiętam nawet że później, kiedy mieszkańcy wozili płyty ogromnych kamieni do budującej się for­tecy, a ich arby ciągle się łamały, słyszałem raz, jak Walenty, któren konwojował jedną z nich, jeszcze lepiej rozwinął tę moją myśl. Radził on właścicielowi, żeby powiesił koła na uszach pięknej żony, a kólczyki na osiach piskliwej arby. Możeby się Góral i zgodził na tę małą reformę, ale nierozumiał o co rzecz chodzi, bo Walenty miał zwyczaj do wszystkich mówić po polsku.

Roboty szły bardzo śpiesznie, mieszkańcy coraz bardziej zaczęli się do nas przyzwyczajać. Z początku przynosili nam różne produkty na przedaż, później przychodzili tak sobie, żeby się nam przypatrzeć. Zazierali do //47 naszych namiotów, i tam każda rzecz, każden sprzęt zwracał ich uwagę. Szczególniej podobały się im zapałki, potarłszy je o swe wła­sne czerkieski góralskiego szorstkiego sukna, otwierali gęby, i nie wierzyli swym oczom. Utrzymywali do końca, że ogień dobyty ta­kim sposobem, jest sprawą szatana.

W niedzielę, kiedy w obozie grała muzyka, mieszkańcy przychodzili całemi bandami, ci­snęli się, okrążali grających, a ci co byli z ty­łu, pięli się na barki stojących na przodzie. Takim sposobem, przypatrzeć się można było, galeryi złożonej z kilkuset głów, pokrytych łachmatemi czapkami, z pod których wyglądały rumiano, niekształtne, in crudo twarze, nie wy­rażające żadnej myśli, żadnego podziwu, ani za­dowolenia, chociaż jedynie tylko ciekawość ze­brała ich w taką ogromną gromadę. Zauważy­łem, że niektórzy z nich zbliżali się, i zaglądali  w puzony i waltornie, —chcieli zapewne przy­patrzeć się formacyi tonów. A kiedy muzyka grać przestała, jeden oberwaniec podszedł wielkiem uszanowaniem do tambur-mażora[21], wziął w obie ręce jego buławę, zaczął w nią dąć, //48 i dziwił się mocno, że taki okazały instrument nie wydaje najmniejszego głosu.

I my w ciekawości nie ustępowaliśmy ani tro­chę Czyrkejcom, staraliśmy się ciągle wywiadywać o ich bycie, i różnych szczegółach. Szczę­śliwym trafem, jeden oficer od Saperów poznał się z ich starszyną; skorzystałem więc ze zrę­czności, i namówiłem go, żeby zaprosił na obiad do naszego namiotu, owego wielkiego Prezydenta, małej Rzeczypospolitej.

O godzinie dwunastej, podjeżdżał konno pod nasz płócienny domek wielki Dygnitarz, za nim biegło truchtem kilku pieszych służalców. Koń i jeździec mieli coś w sobie wspólnego. Zaręczyć mogę że nasz dygnitarz na każdym innym ko­niu dalekoby gorzej wyglądał, a koń pod innym jeźdźcem straciłby na cenie. Tak jakoś dziwnie z sobą harmonizowali, że tylko razem stanowili zupełną całość. Koń był siwy, grzywa jego i ogon najstaranniej były pofarbowane na pomarańczowo. Starszyna był w szarej czerkiesce, wyglądające włosy z pod białej kosmatej czapki i podstrzyżona broda, były pofarbowane samą pomarańczową farbą. U Starszyny było trochę srebra na czerkiesce, szaszce, i kindżale, //49 u konia, srebro błyszczało na uzdeczce, i podo­goniu. Koń i jeździec liczyli pół wieku, to jest koń mógł mieć lat dziesięć, a Starszyna cztery razy więcej, obaj byli wzrostu miernego.

Kiedy ta całość się rozdwoiła, to jest kiedy jeździec zsiadł z konia, po uroczystych Salam alejkium Alejkium salam, i t. d. kiedy się zbliżył i nasz tłumacz, konia poprowadzono do obo­zowych koni, a dygnitarza: do namiotu. Koń zarżał, Dygnitarz odkaszlnął, obaj obrócili łby, i jeszcze spojrzeli na siebie. Trudno im było rozstać się, widać że z sobą sympatyzowali jak Damon z Pytiasem.[22]

U wejścia Dygnitarz zrzucił trzewiki, a czap­kę zostawił na głowie, co było znakiem praw­dziwego poloru. Wypiszę tutaj com wyczerpnął z jego rozmowy.

Starszyna piastował swój urząd już od lat siedmiu, odziedziczył go po swoim ojcu. Na jego obiór, również jak na obiór jego ojca, zgodzili się starsi w aule, co było dostateczną sankcją. Jaka zaś była forma rządu przed tem, nie umiał mi na to odpowiedzieć, i przyznał się że nigdy się o to nie rozpytywał. Sły­szał tylko, że dawniej Czyrkiej wojował //50 składający się z różnego rodzaju domo­wych zwierząt. Później Czyrkiej zachowywał ścisłą neutralność, i działał tylko odpornie. Chany Mechtulji, i Szamchały Tarków, nie raz go chcieli opanować, ale auł zostawał do koń­ca niepodległym, i zawsze stał otworem dla wszystkich prześladowanych od losu, awanturników. Ci prześladowani, grali jednak ważną rolę w aule, tak że jeżeli coś chcieli po­stanowić na swojem, to i sam Starszyna (któren bardzo na to narzekał), oprzeć się im nie był w stanie. Mułły też mieli swój głos, cho­ciaż nie bardzo znaczący, ale nie raz udawało się im sądzić różne sprawy, i działać zupełnie nie zależnie od Starszyny. Łatwo więc wnieść można, że maleńka, ale anarchiczna Rzeczpospolita, prócz władzy swego Starszyny, przyzna­wała jeszcze władzę Mułłów, i władzę prześldowanych od losu, i że tylko te trzy władze razem wzięte stanowiły zupełny Rząd. Rzecz­pospolita, to jest auł, składa się z sześciuset dy­mów, liczących cztery tysiące głów. Na zro­bione pytanie, co jedzą mieszkańcy obfitujący tylko w orzechowe drzewa, Starszyna był //51 W wielkim ambarasie, i nic mógł zadość uczy­nić mojej ciekawości. Widziałem wprawdzie za aułem młyn zbudowany na kaskadzie rzeki Kojsu[23], ale młyn ten był opuszczonym, i przy nas nic w nim nigdy nie mielono. Uprawnych pól też nie widziałem, i długo się o to spiera­łem ze Starszyną, utrzymującym że Czyrkiej posiada ogromne pola, na których zasiewa jęczmień, proso, i kukuruzę. Te fantastyczne uprawne pola, o których Starszyna wspominał były tak małe, że nie zasługiwały na żadną, uwa­gę, i nie każden nawet mógł je dostrzedz;— z czego wnosić wypadało, że maleńka Rzecz­pospolita musi w wstrzemięźliwości do jadła prze­wyższać samych Spartanów. Starszyna ciągle się spierał i dowodził, że w Czyrkiej są ogro­mne uprawne pola; — zacytowałem mu wten­czas następne opowiadanie, które słyszałem od Jednego Górala.

W jednym aule, ściśniętym wąwozami, po spadzistości góry ciągnęły się ustępy terasów, z wielką pracą przygotowanych do zasiewu. Rolnik jeden, który tam miał trzy pola, zasiał dwa, ale trzeciego, w żaden sposób odszukać nie mógł. Rolnik biedził się długo, i nie //52 wiedział co począć, — już miał wracać do domu, schylił się więc żeby wziąść swą burkę, wtem spostrzegł nagle skarb zatracony — całe trzecie pole było pod burką.

Obiad nasz miał się już ku końcowi, biedzi­liśmy się tylko, że starszyna nic nie pił. Oba­wialiśmy się, zaproponować mu szklankę wina, bo jako prawdziwy Mahometanin, mógłby się za to urazić. Wpadłem więc na myśl poczęstować go sodą. Starszyna z wielką podejrzli­wością przypatrywał się dwóm wydobytym proszkom, ale po długiem wahaniu się, zgodził się sprobować nieznajomego sobie napoju. W dwóch więc szklankach rozprowadziliśmy proszki, i kiedy później zbliżyłem się do niego, żeby go napoić szypiącą i burzącą się sodą, Starszyna zbladł jak chusta, raptem wyskoczył z namiotu, zaczął coś burczeć pod nosem, i ka­zał swym Nukierom jak najprędzej przyprowa­dzić konia. Widocznie podejrzewał, że chcie­liśmy go otruć. Najsilniejsze perswazje, najdo­kładniejsze objaśnienia, nic nie pomogły; znie­cierpliwiony Mahometanin pobiegł sam za swemi Nukierami, żeby prędzej dosieść konia. Już nie wiem, czy to trafem, czy z jego rozkazu, //53 koń był rozsiodłany. Starszyna nie wahał się ani chwili, wskoczył na swego rumaka i oklep poleciał jak strzała; a za nim przestraszeni, i oglądający się asystenci biegli jak opętani, z wyszywanym czaprakiem, siodłem, i zapomnianemi trzewikami. Kiedy się od nas oddalili na kilkadziesiąt sążni, raptem Starszyna zatrzy­mał się, zsiadł z konia, i kazał go osiodłać, widać nie chciał pokazać się tak niezwyczajnie w aule, — później już tylko kłusem dążył do domu.

W pół roku po zajęciu aułu, to jest w połowie Listopada, ogromna forteca zupełnie była skończona; — powiewał na niej sztandar, i błyszczały działa. Dziesięć tysięcy żołnier­skich rąk, nie darmo pracowało; bo również i wewnątrz, wszystkie budynki dla liniowego batalionu, mającego tam zostać na stałej kwa­terze, zupełnie były gotowe. Koszary dla żołnierzy i dla oficerów, kancelarja, szpital wojenny, magazyn, prochownia i inne domy, wszystkie białe, czyste, pokryte czerwoną dachówką wyrosły z ziemi jak grzyby z czerwonemi główkami; ale najprzód ze wszystkich pospieszały się budynek, w którym każdy mógł się wymyć i wyparzyć. Czytałem gdzieś że w //54 nowych osadach, Hiszpanie najpierwej budują kościół, Francuzi teatr, Anglicy giełdę, — a Rossjanie parową łaźnię, wypadałoby dodać.

 

//55

IV

 

W opisanej (w ostatnim rozdziale) woj­nie, siły Górali pod dowództwem Dszemila, dochodziły do czternastu tysięcy; dawniej na Kaukazie, rzadko bardzo zdarzało się mieć do czynienia choćby z poło­wą takich zastępów. Stojęzyczny-Kaukaz ni­gdy się nie mógł z sobą porozumieć, w górach i lasach liczne niepodległe plemiona, ciągle nieprzyjaźne, nie raz przeciw sobie dobywały miecza i nie szczędziły się ani trochę. Na płaszczyznach, większe Prowincje Chaństwa, ma­jące rządy lepiej uorganizowane, ale już bezsilne, i dręczone napadami sąsiadów, udawały się pod opiekę Rossyi. Wtenczas na Kaukazie każdy prawie auł, każdy zaścianek, każde //56 towarzystwo, miało swych wrogów z którymi prowadziło rozbójniczą wojnę. Nie było między nimi nic wspólnego, wiara osłabła, nie mogła ich więc jednoczyć; — a wyrazu Ojczyzna Górale nie znają w swej mowie, tak jak wszystkie azjatyckie narody. Ten wyraz nie exystuje dla Mahometan, bo nigdzie o nim nie wspomina ich Prorok, Alfa i Omega wschodniej mądrości; ale jest wyraz, jest idea, która ich może zjednoczyć, i która wybornie się po­mieszcza w każdej wschodniej głowie, tak łatwo marzącej o cudach. Najogromniejsze zastępy, dają się tam zebrać, jeżeli je owionie cudowność i kieruje fanatyzm. Myśl to nie nowa, wiedzieli o tem Assasiny[I], wiedziały //57 o tem nawet Lady Stanhope[24], właścicielka dzi­wnego konia, wyczekująca tylko w Beglerbeju sprzyjających okoliczności do zaczęcia swych działań. Wie o tem każden Murabut[25] w Algeryi. Wiedział o tem i Szeich Mansur[26], co z Bucharyi, w końcu zeszłego stulecia przywędrował na Kaukaz.

Pobożny ten Szeich, osiadł w Czeczni, i tra­piony był ciągle tą myślą że wiara upada, że nie ma jedności między Góralami a Rossjanie coraz się bardziej zbliżają. Ascetyczne i święto­bliwe życie, zjednało mu powszechny szacunek, imię jego zrobiło się głośnem, przyznano mu dar przepowiadania, i zewsząd cisnęli się Ma­hometanie, żeby zobaczyć niezwyczajnego męża. W aule, w którym on zamieszkał, dowo­dzono najsumienniej, że Mansur często po no­cach jeździ wysoko, i widuje się z Mahometem aż w siódmem Niebie. Znaleźli się tacy, co raz na własne oczy widzieli go, jak z po za chmur spuścił się do Meczetu. Z powodu tej napowietrznej //58 żeglugi, przyszło w aule do małych nieporozumień. Jedni dowodzili, że Mansur odbywał swą podróż na Barraku[J]; inni najzawzięciej utrzmywali, że Szeich Mansur dosiadał Hiazuma[K]. Dwa te stronnictwa, poparły raz swą, sprawę walką na pięści; — mnóstwo guzów i siniaków, ozdobiło skronie wielbicieli cudo­wności, ale rzecz się należycie nie wyjaśniła. Szeich korzystając z pożądanego usposobienia umysłów, zaczął zaraz cichaczem rozpowiadać o swych pogadankach z Mahometem, o jego ubolewaniu nad Kaukazem, i o środkach zaradczych uznanych w Niebie za najstosowniejsze. Później korzystając z fanatyzmu, działał coraz śmielej; — i stanęło na tem, że Szeich ufundował religijne stowarzyszenie, mające na celu, wzmocnić wiarę, i odeprzeć niewiernych od granic Czeczni.

Nic wiadomo co było powodem nagłego pośpiechu, ale Mansur, zebrawszy tylko do //59 trzech tysięcy uzbrojonych zwolenników, po­prowadził ich przeciw wojskom Rossyjskim, które ich niemiłosiernie potłukły. Poległo wtenczas mnóstwo fanatyków, a Szeich Mansur dostał się w niewolę, był wysłanym do Rossyi, i skończył życie w Sołowieckim monastyrze, przeznaczonym mu na miejsce pobytu.

Po takim nie fortunnym prologu, rzeczy po­szły znowu dawną koleją; — ciągłe nieporozu­mienia nie dozwalały Góralom działać wspólnemi siłami, i orły dwugłowe posuwały się w głąb gór Kaukazkich. Wstrzymała je trochę nowa religijna sekta, tak nazwany Miurydyzm[L], o        którym zaraz się obszerniej rozgadamy.

Chadży Izmail Effendi[27], mieszkaniec aułu Kiurdemira (w Szyrwaniu), odbywając roku 1820 pielgrzymkę do Mekki, poznał się we wsi Sulejmany (nie daleko od Bagdadu), z niejakim //60 Chalidem. Właśnie w tymże czasie, uczony ten Mahometanin, w okolicach Bagdadu, wzmocnił i propagował Miurydyzm. Chadży Izmail, biegły w Mahometańskiej teologii, zabawił jakiś czas u Chalida, i został jego gorli­wym zwolennikiem. Wróciwszy do Kiurdeimiru, Chadży zaczął tam rozszerzać nową naukę ale ostrożnie i z wielką bojaźnią, także z początku szło bardzo tępo.

W roku 1823, mieszkał w Chaństwie Kiuryńskiem, w aule Jarag, Mułła Mahomet[28]; — nauka zjednała mu w Dagestanie tytuł Alima, a urząd głównego Kadego pozwolił zebrać dostatek. U tego uczonego, kształcił się przez lat siedem wychodziec z Bucharyi Chas Mahomet[29], który nauczywszy się po arabsku, zaczął nie żartem zagłębiać się po całych dniach w Koranie. Po skończonym kursie teologicznych nauk, Chas Mahomet pożegnał Kadego, mając zamiar wró­cić do Bucharyi i tam zaczerpnąć jeszcze więcej światła, od tamecznych Alimów. Po jego wy­jeździć, w Jarag, różne o nim chodziły pogłoski; jedni utrzymywali, że Chas Mahomet oparł się aż w Turcyi, inni dowodzili że wędruje po Persyi. Miały to być najpewniejsze o nim wiadomości; //61 bo nikt nie chciał wierzyć, żeby Chas Mahomet wrócił do Bucharyi. Upłynął rok, i Buchar znowu powrócił do Jarag; najpodobniejsze do prawdy, że w tym czasie musiał zo­stać agentem Turcyi[M]. Kady[30] przyjął go z wiel­ką radością, zauważał w nim jednak wielką przemianę; — gdyż Chas przepędzał całe dnie w najściślejszych postach i modlitwach, był cią­gle zamyślonym i skąpym w słowa nawet dla samego Kadego, do którego zawsze był bardzo przywiązanym. Jedną razą, kiedy Kady zapy­tał Chas Mahometa, o przyczynę takiej prze­miany, usłyszał od niego usprawiedliwienia się, i zmawianie na religijne usposobienia. Dwaj uczeni długo z sobą rozprawiali, nareszcie sta­nęło na tem, że Chas Mahomet zawdzięczając Kademu, za siedmioletnią pracę, obiecał odkryć tajniki wyższej wiedzy nabytej w Bucharyi. To wszelakoż nie inaczej mogło nastąpić, tylko pod tym warunkiem, że Kady Mułła Mahomet //62 zbierze do siebie uczeńszych duchownych Kiuryńskiego Chaństwa, i że wszyscy pojadą razem do Chadży Izmaila Effendi; gdyż beż jego aprobacyi i zezwolenia, Chas Mahomet utrzy­mywał, że nic wyjawić nie może.

Jak ułożono tak się stało, Kady zabrał uczeńszych duchownych, i razem z nimi i z Chas Ma­hometem, przybył do Kiurdemiru. Nim przy­szło do pożądanego odkrycia, rozpoczęły się teologiczne spory, i wspólne narzekania: że wiara Proroka zachwiana, że prawowierni nie świadomi Szarjatu[N]; że oswoili się z wystę­pkami i — że koniecznie trzeba ich podnieść z upadku.

Po takiem kilko dniowem przygotowaniu, Chadży Izmail i Chas Mahomet, objawili zgro­madzonym zasady Miurydyzmu, mające najpo­myślniej umocnić wiarę, prawdę i cnotę, a //63 razem najkorzystniej podziałać i na losy Kau­kazu.

Dalsze rozprawy zebranych Mułłów, dopro­wadziły do tego: że dawniejszy Miurydyzm, zo­stał zreformowanym, i zastosowanym do miej­scowości; to jest że pierwotne zasady nie prowadzenia z nikim wojny, zostały zniesione, jako niezgodne z Koranem; na ich zaś miej­sce, przyjęto następne hasło — wieczna zgoda między sobą, i wieczna wojna z Giaurami. Chadży Izmaił Effendi mianował Mułłę Ma­hometa starszym Miurszydem, rozkazał mu wrócić do Jarag, i stamtąd działać stosownie do okoliczności.

Zasady fanatycznego Miurydyzmu, są w grun­cie bardzo moralne, przyjęty do tego towa­rzystwa, powinien zupełnie zaprzeć się sie­bie na ziemi i marzyć tylko o Niebie; po­winien przyobiecać szczerą poprawę i żal za przeszłe grzechy; powinien pościć, modlić się, — wyrzec się wszelkich rozkoszy i uciech świa­towych, a nawet i palenia fajki. Forma przyjmowania do Miurydyzmu, dłu­ga i zawikłana; ale raz usposobiony i //64 przyjęty Miuryd, jest obowiązanym ciągle propa­gować, i przysposabiać nowych zwolenników.

Proces ten odbywa się następnym, sposo­bem; jak tylko pobożny Mahometanin, wynu­rzy chęć zostania Miurydem, wtenczas Miurszyd przeczytawszy z nim stosowne modlitwy, bierze go za obie ręce, długo patrzy mu w oczy, i przyjmuje go, lub oddala, a to we­dług popędu własnego serca i natchnienia, Przyjęty, zaczyna swe rekolekcje, które trwa­ją dwieście osiemdziesiąt dni, i rozdzielają się na pięć okresów, noszących nazwiska pięciu Proroków, których Mahomet przyznaje, to jest Adama, Abrahama, Mojżesza, Jezusa Chrys­tusa i pieczęci Proroków, Proroka przeszło­ści i przyszłości — Mahometa.

Okres pierwszy, ciągnie się trzy tak nazwa­ne Czylle[O], to jest sto dwadzieścia dni; czte­ry następne okresy trwają tylko po jednej czylli. W przeciągu całego tego czasu, nau­czyciel ciągle czuwa nad uczniem; wyjaśnia mu Koran zwracając szczególniejszą uwagę na zasady Szariatu i Tarygatu; wprawia go //65 do ustawicznych postów i modłów, które pod koniec coraz się bardziej powiększają i ciągle dąży do tego, żeby zasady Miurydyzmu w ta­kim stopniu zostały własnością jego ducha, w jakim pięć zmysłów są własnością ciała.

Według filozofii Mahometańskiej, siedliskiem władz umysłowych jest serce, a nie głowa; na tej więc zasadzie, Miurszyd niecielesnem okiem, dostrzega pięć faz, przez które przecho­dzi ich organ myślenia. I tak w pierwszym perjodzie, serce ucznia ma wydawać świa­tłość szczero-złotą, a skoro się wzniesie do przyjęcia prawd wyższych okresów, wtenczas po kolei przybiera barwę czerwoną, białą, czar­ną, nareszcie zieloną, to jest prawdziwą barwę Proroka.

Oprócz tego są jeszcze różne kręgi, przez które Miuryd przechodzi, jakoto krąg wielki, mały, krąg zaprzania, się, umocnienia, i na­reszcie znikania.

Ostatni ten krąg tak trzeba pojmować, że przez zbyteczne posty: modły i kontemplacyą, ciało pacjenta niknie i słabieje, a natomiast dusza wznosi się do samowiedzy, jasnowidze­nia i jedności z Ałłahem //66 Kiedy Miuryd wejdzie w pierwszy krąg du­chownego kształcenia się, to oprócz zwyczaj­nych modłów, powinien codzień pięćset razy głośno powtórzyć znajomą formułę: Ła iłahe illa Alłah, Muhammed ressul Ałłah.[31] Temu po­bożnemu ćwiczeniu towarzyszą różne symbo­liczne pokłony i rzucania się głową i rękami. W ostatnim zaś kręgu, już niegłosem, ale ser­cem, powinien Ła ilalie. .... Pięć tysięcy ra­zy wymówić. Nic więc dziwnego, że wszystko to razem wzięte, jest dostateczną receptą na zrobienie ogromnego fanatyka; — fanatyka, co gotów polecieć w ogień i wodę na każde ski­nienie swego mistrza.

Nie raz miałem zręczność poznać bliżej tych panów, i zauważyłem że się dobrze usposobili, i że szczere chęci wytępiania Giaurów ani tro­chę w nich nie ostygły.

Kady Mułła Mahomet powrócił do Jarag, i zaraz się najgorliwiej zajął propagandą. Tłu­my ludu zgromadzały się koło niego, a szacu­nek jaki u swych rodaków posiadał, wzmagał się jeszcze bardziej, skoro się dowiedziano, i pobożny Chadży Izmail, stanął na czele nowej poprawczej sekty.

//67 Jedną razą, kiedy Kady osądził że umysły dosyć są przygotowane, po skończonem nabo­żeństwie, powiedział następne kazanie, które tu załączam, jako zupełnie charakteryzujące dą­żenie nowej tej sekty.

„Bracia (mówił Mułła Mahomet), nie jesteś­cie bałwochwalcami, ależ i Mahometanami nie można was nazwać. Prawdziwa wiara proroka inne ma zupełnie zasady.

„Mahometanin nie może być pod władzą niewiernych, Mahometanin nie może być nie­wolnikiem; nikomu a nawet współwyznawcy, nie powinien płacić haraczu.

„Każden Mahometanin, powinien być zupeł­nie wolnym; bo wszyscy Mahometanie są ludź­mi zupełnie sobie równymi.

„Kto chce być prawdziwym Musliminem, ten powinien iść na Gazawat[P], i powinien ciągle wypełniać wszystkie wymagania Szariatu.

„Kto wypełnia Szariat, ten powinien poświę­cić wszystko, a nawet własno życie dla dobrej sprawy; ten powinien wziąść oręż, rzucić dom i rodzinę; a kto mnie posłucha, i kto sercem //68  przeniknie moją radę, tego Bóg, w przyszłern życiu, sowicie wynagrodzi.

„Kiedy jesteście pod władzą niewiernych, lub czyjąkolwiek bądź, wszystkie wasze Namazy (modlitwy), posty, pielgrzymki do Mekki, ofia­ry dane ubogim, a nawat czytanie Koranu, nie mają najmniejszej wartości a związki ślubne i dzieci wasze są nieprawemi.

„Bracia! pamiętajcie że na ziemi jesteśmy tyl­ko gośćmi, że z czasem wszyscy przeniesiemy się we właściwe nam miejsca, żeby tam znaleźć, wieczną radość, lub zatracenie.

„Prorok nasz powiada: ten jest prawdziwym Musliminem, kto nie szczędzi ani życia, ani, majątku, kto, wypełnia słowo Koranu, i kto rozszerza Szariat.

„Prorok jeszcze powiada: postępującym zgo­dnie z memi przykazaniami, postawion będzie na tamtym świecie, wyżej od wszystkich Świę­tych, którzy mnie poprzedzili.

„Bracia! przysięgnijcie mi, że się wyrzekacie wad waszych, i że nadal będziecie unikać grze­chów co tak was trapią i nawiedzają. Dnie i noce przepędzajcie w meczetach, zanoście go­rące modły do Boga, proście żeby On zlitował //69 się nad wami. Za pomocą wyższego natchnie­nia, objawię wam chwilę podjęcia broni przeciw Giaurom, a teraz płaczcie i módlcie się.

„Ja, największy grzesznik całego świata, proszę was o przebaczenie, jeżeli słowem lub myślą obraziłem was kiedykolwiek; — ja już wy­rzekłem się spraw doczesnych.,,,

Słowa te wywarły pożądany skutek, fana­tyzm owionął wszystkich, meczety stały ciągle otworem, nie tylko dorośli, ale i dzieci, modląc się ze łzami, obiecywały poprawę.

Tymczasem wieść o Miurszydzie przebiegała po całym Dagestanie, i lud zewsząd zaczął się cisnąć do Jarag, żeby usłyszeć i zobaczyć Kadego. Miurydowie Jagarscy, chodzili po sąsie­dnich aułach, obracali się ciągle ku północy, i wywijając drewnianemi pałaszami, krzyczeli - Gazawat! Gazawat!

1824 roku, Aslan, Chan Kazy-Kumucha[32], otrzymał rozkaz, zalecający mu uspokoić fer­mentujące się umysły w posiadłościach Kiuryńskich. Chan wziął się do roboty, i natych­miast zapotrzebował do aułu Kazim-Kent[33], Mułłę Mahometa, wraz z innymi Mułłami.

//70 Przywódcy Miurydyzmu stanęli przed Cha­nem, który się zdziwił niepoślednio, gdy za­miast usprawiedliwiań usłyszał następną, prze­mowę Kadego,

„Słuchaj Chanie! (mówił Kady) Bóg jest sil­niejszym od wszystkich mocarzy świata, nic się tu nie dzieje bez jego wiedzy i woli; około małe­go jego palca obraca się cały świat, i wszystkie sprawy codzienne; cóż więc; dziwnego, że cią­gle coś się staje i coś się dzieje zupełnie nowe­go. Pytam się Ciebie Chanie, bo komu szkodzi, że Miurydzi krzyczą Gazwat, i machają drewnianemi szablami. Ja się cieszę z tego; bo zauważyłem że Muslimini stali się przykład­niejszymi, pojęli świętą prawdę i zaczęli myśleć o Niebie.

„Ja ,sam wzgardziłem już marnościami tego świata, i Tobie Chanie radziłbym wyrzec się korzyści doczesnych, i pomyśleć o tem, wszyscy zacząwszy od niewolników, aż do najpotężniejszych władców staniemy kiedyś przed obliczem Ałłaha. Wierzaj mi Chanie, że nie ma wiecznego zbawienia, bez wypełnienia Szariatu.

„Chwalisz się życiem zgodnem z ustawami //71 Koranu; pod jarzmem Giaurów cóż znaczy wy­pełnienie Szariatu?...,,

Aslan Chan siedział na rozesłanym dywanie, a usłyszawszy ostatnie słowa, przestał kurzyć kalian, zerwał się, przyskoczył do Kadego i dał mu policzek.

Później Chan znowni usiadł, zamyślił się, i zmusił wszystkich Mułłów skakać przez kij za karę; sam zaś kurzył kalian, i przypatrywał się tej gimnastyce.

Później zaczął poziewać, i powiedział swym gościom, że chce spać; i że mogą sobie jechać do domu; zapowiedział im tylko nawiasem, że jeżeli Miurydyzm rozszerzać się nie przestanie, to za pośrednictwem jego władzy  rozpuchną i rozszerzą się ich pięty.

Mułła Mahomet wrócił do Jarag, i z większą jeszcze gorliwością niż wprzódy, krzątał się koło spraw niedoczesnych. Rozkazał wszystkim działającym Miurydom podwoić swoje starania, ale razem i otoczyć się jeszcze większą taje­mniczością.

Sam zaś szczególniej pracował nad Mułłami przybyłymi z gór i z niepodległych zaścianków Dagestanu, usposabiał i wykształcał ich na //72 gorliwych Miurydów; a kiedy się przekonał, że już przeszli przez wszystkie kręgi i fazy wyprawił w góry gotowych fanatyków, przemówiwszy do nich w następny sposób.

„W imię Proroka, rozkazuję wam powrócić do waszych ziem rodzinnych. Idźcie i czuwajcie, a kiedy przyjdzie pora, wtenczas wszyscy razem zaczniemy działać. Zgromadzajcie lud, wykładajcie waszą naukę, opatrzcie się bronią i bądźcie gotowi na każde zawołanie.

Kiedy usłyszycie krzyki Gazawat! Gazawat! Co się będą rozlegać po wszystkich górach, — wtenczas śpieszcie na wroga.

„Hasłem waszym niech będzie, zniszczenie Giaurów i swoboda Braci.

„Kto zabije nieprzyjaciela, lub sam polegnie, raj dla niego otworem; lecz jeżeli pierzchniecie z pola bitwy, jeżeli pieniądze, kłamliwe obietnice zdołają was upokorzyć, — biada wam! Meczety wasze będą obrócone na cerkwie, a wy, co do tego dopuścicie, obawiajcie się sprawiedliwego gniewu Ałłaha, obawiajcie się płomieni Dżechenemu.

Ale nie, wiem że to nigdy nie nastąpi, jesteście waleczni, sama natura obrania nasze //73 ziemie i robi je niedostępnemi. Tam jeden Mahometanin, może stanąć przeciw dziesięciu niewiernych. Walczcie, i ufajcie temu, kogo ja Gazim naznaczę; a kto wytrwa do końca zostanie Świętym i pozna rozkosze raju.,,,

W tymże samym czasie kiedy zaczęli do Jarga przybywać Mułłowie, młodzieniec kształtnej postaci, zajmujących rysów twarzy, z przenikliwemi oczyma, pędził przed sobą osiołka, objuczonego dwoma koszami. Młodzieniec stanął przed domem kadego, i oznajmił że chce widzieć świątobliwą osobę Mułły Mahometa.

̶              No, co powiesz dobrego – zapytał Kady, siadając na dziedzińcu w cieniu rozłożystego drzewa.

̶              Pokłon ci Mułło Mahomecie – odpowiedział przybyły – przywiozłem ci maleńki podarunek, są to winogrona, jakich nie macie w waszej okolicy.

̶              O mój drogi chłopaku, przyznam ci się że nie lubię podarunków, ja sam tylko lubię darowywać; a od kogoż to przywiozłeś.

̶              Od siebie, zacny Kady.

̶              Zapewne jesteś bogatym, musisz posiadać ogromne sady?

̶              //74 O nie, ja jestem tylko przekupniem; handluję owocami, i prócz tego osiołka, nic więcej nie posiadam. Mógłbym być czemś lepszem, uczyłem się długo, i sam Mułłą zosta­łem; mógłbym uczyć tych, co nic nie umieją, ale zauważałem, że to praca niewdzięczna. Głowy naszych Prawowiernych dziwnie jakoś skoszlwiały i skamieniały, nie pojmują Koranu, nie pojmują. Szariatu, cóż bym ja z niemi po­czął? O! nie wyrzekłem się ja nauki, ale osądziłem, że czasem korzystniej pracować dla żołądków, aniżeli dla głów ?

̶              Słuchaj młody wędrowcze, o ile głowa  wznosi się nad żołądkiem, o tyle serce wznosi się nad głową; nauka to drabina, ja zawsze ubolewam, jeżeli kto stoi na niższym szczeblu i nie chce podnieść się wyżej. Widzę wszelakoż, że myślisz i wiele pojmujesz; powiedz mi skąd jesteś?

̶              Urodziłem się w Himrach[34], i teraz ztamtąd przybywam; bo aż tam Alimie, o tobie zasłyszałem.

̶              Jakże się nazywasz ?

̶              Nazywam się Mułła Mahomet, to jest nazywamy się oba jednakowo, ale ja i twoim //75 cieniem nie jestem być godzien. Ja tylko je­stem naczyniem takiegoż kształtu, jak ty. Jeżelibyś zechciał Alimie to naczynie napełnić, jeżelibyś zechciał udzielić swojej mądrości; jestem zdolnym i pracowitym, dla prawdziwej nauki znowubym się wyrzekł świata, i może byłbym  szczęśliwszym.

We dwa lata po tej rozmowie, młody Mułła wykształcił  się na wybornego Miuryda, a pię­kna Aissa, córka Kadego, została jego żoną. Kady był zupełnie oślepionym zdolnościami swego zięcia, przeczuwał w nim nawet ogromne militarne zdolności, i mianował go Gaziem i Imamem[Q].

W roku 1829, pierwszy Imam na Kaukazie, wystąpił po raz pierwszy, na czele kilku tysię­cy różnoplemiennych fanatyków. Pokuszenia jego były na większą skalę, często mu i szczę­ście sprzyjało, działał zaczepnie, trzymał nawet w blokadzie większe fortęce, aż w roku 1832, broniąc swe rodzinne Himry, na szturmie //76 został zakłuty bagnetami. To ten sam Kazi-Mułła[R][35], co w przeciągu czterech lat zwrócił uwa­gę całej Europy na Kaukaz, i napełniał gazety ciągłemi biuletynami o swych najazdach i bi­twach z Rossyjskiemi wojskami.

Podczas wzięcia Himrów, rozbici Miurydzi rozpierzchnęli się na wszystkie strony, sześć­dziesięciu z nich tylko zaparło się w baszcie, postanowiwszy walczyć do końca. O samym Kazi-Mulle chodziły różne wieści; niektórzy utrzymywali, że razem z innymi wyratował się tchórzowską ucieczką.

W kilka dni później, w baszcie, koło strzel­nicy, znaleziono ciało Imama przywalone gru­zami. Zabity miał taką postawę: prawą ręką wskazywał na Niebo, a lewą miał ujętą brodę.

U Mahometan taka postawa podczas zgonu, oznacza świętość zmarłego, i to było dostatecznem, żeby jeszcze bardziej podnieść fanatyzm Górali.

Chas Mahomet, i Chadżi Izmail Effendi, zni­knęli zupełnie ze sceny.

//77 Pierwszy niewiadomo gdzie przepadł. Dru­gi, jako zamieszkały w Prowincyi od dawna zawojowanej, obawiał się podejrzenia rządu, i z całą rodziną przeniósł się zupełnie do Ara­bii.

Sprawami Miurydyzmu, kierował ciągle star­szy Miurszyd, Mułła Mahomet; ten dowiedzia­wszy się o zgonie swego zięcia, zaczął gorliwiej działać, i naznaczył nowego Imama, Hamzat-Bega[36], od czterech już lat sławnego męztwem i wielkiem zaufaniem u wszystkich Miurydów.

Pierwszą myślą Hamzat-Bega było zajęcie Awaryi[37].

Bogate to Chaństwo, zostające pod protekcją Rossji, dało już raz silny odpór Kazi-Mulle; lecz Miurydyzm i tam się rozszerzał, i nowy Imam nie tracił nadziei.

W roku 1834, mając pod swemi rozkazami do 12,000 Górali, Hamzat wyruszył na Awarją, zajął kilka aułów, z których sami mieszkań­cy zaciągali się pod jego chorągwie, i stanął obozem pod Hocatlem[38]. Obronne to miejsce już z natury, opatrzył jeszcze fortyfikacjami naprędce zrobionemi, i zaczął się porozumiewać //78 z młodym Abu-Nuncalem[39], Chanem Awarji, nic wyjeżdżającym ani na krok, ze swej niedostępnej stolicy.

Wyprawiana deputacja Hamzata oznajmiła  młodemu władcy, że Imam dla dobra ogólnej sprawy, chce go przyznać naczelnym wodzem swych wojsk, jeżeli się zgodzi w obce swego ludu wykonać przysięgę na Gazawat. Chan nie przyjął tej protekcji, ale zauważano że i w samym Chunzachu nie wszyscy sprzyjają młode­mu Chanowi, i że jego matka, stara Pachu-Bike, doradzała mu przeniewierzyć się Rossji, i działać za jedno z Imamem.

Po otrzymaniu tak pomyślnych dla siebie wiadomości, Hanzat-Beg, podstąpił pod Chunzach. Tymczasem Pachu-Bike[40], podziałała zu­pełnie na Abu-Nuncała, i wyprawiła młodszego swego syna, szesnastoletniego Oma-Chana, do obozu nieprzyjacielskiego, żeby się porozumieć z Imamem. — Oma-Chan pojechał, i długo nie wracał; zniecierpliwiony Chan Abu-Nuncał  wziął z sobą kilku Nukierów, i również się udał do nieprzyjacielskiego obozu.

Jak tylko oznajmiono o przybyciu Chana; Hamzat-Beg wybiega na spotkanie, wraz z //79 Oma-Chanem, okazuje Władcy Awarji prawie nie­wolniczą uległość i zaprasza do swego namiotu Zaledwie zrobili kilka kroków, gdy za danem hasłem, świsnęły kule gwintówek, i Chańscy Nukierzy byli na miejscu.

Czapan-Beg, krewny Hamzat-Bega, przysko­czył do Oma-Chana, obaj wystrzelili razem z pi­stoletów i upadli; - pierwszy został ciężko ranionym, a drugi zabitym.

Co zaś do samego Abu-Nuncału, ten chociaż już raniony, dobywa szaszkę, kładzie na miej­scu dwóch stojących koło siebie, gdy w tem Miuryd Machmud-Jawa rozrąbał mu twarz. Młody Chan nie traci przytomności, przytrzy­muje odpadające ciało, i rzuca się naprzód, że­by sobie utorować drogę.

Tu opowiadania naocznych świadków męztwa i siły młodego Chana podnoszą go do cudowności. Abu-Nuncał walczy tam i zabija daleko dzielniej niż bohaterowie Troi.

Opuścimy nieprawdopodobną liczbę przez niego zabitych i ranionych, a dodamy tylko że Chan musiał nieźle rąbać, kiedy zdołał odeprzeć napastników, i już wywinął się na czyste pole.

W tej właśnie chwili powszechnego //80 zamieszania i przerażenia, rozległ się następny głos jednego Miuryda: „Strzelajcie! Strzelajcie! Walczycie przeciw Urusom[41], nie boicie się ich dział i bagnetów; a teraz nie wiecie co począć z jednym młokosem. —Strzelajcie!"

Dano ognia z kilkudziesięciu broni i Abu-Nuncał upadł krwią, oblany. — Miuryd, co prze­mówił do swych towarzyszy nazywał się Dszemil.

Tak się zakończył pierwszy akt Awarskiej dramy, a kiedy stolica otworzyła swe bramy, kurtyna znowu się odkryła, i znowu krew się polała.

Najprzód, zleciała pod toporem głowa Cha­nowej Pachu-Bike i najmłodszego czternasto­letniego jej syna Bałacz-Chana, później, na rzeź i mordy skazano kilka rodzin najbardziej przy­chylnych Chanowi. Piękna Hajbat-Bike, żona Abu-Nuncała, siostra Szamchała Abu-Muslima, będąca wtenczas w poważnym stanie, winna by­ła swe ocalenie zamieszaniu sprzyjającemu jej ucieczce.

Hamzat-Beg zajął Chańskie zamczysko, i go­spodarował w całej Awaryi, jak we własnym domu; wkrótce potem wyruszył na ziemie //81 Andałałów, lecz ztamtąd został wypartym. Po tej nieszczęśliwej wyprawie, Imam ciągle w zamiarze opanowania całego Dagestanu, na czele pię­tnastu tysięcy, wystąpił przeciw Rzeczypospo­litej Akuszyńsko-Cudacharskiej; lecz tam nie więcej wygrał, gdyż był zupełnie rozbitym, i musiał się znowu cofnąć do Awarskiej stolicy.

Wróciwszy do Chunzachu[42], Hamzat-Beg zno­wu zgromadzał swe siły, i robił przygotowa­nia do powtórnego napadnięcia na Akuszę[43], ale w tymże samym czasie i nad głową mor­dercy zbierały się nieprzyjazne chmury.

Do liczby przybocznych Miurydów i fana­tyków Hamzat-Bega, należeli dwaj Awarzy, rodzeni bracia, Osman i Chadży Murat[44], mle­czni bracia[45] zabitego Oma-Chana[S].

Jedną razą, dwaj bracia opowiadali swemu ojcu, mieszkającemu w Chunzachu, o bitwach stoczonych z nieprzyjaciółmi wiary, i o różnych cudach waleczności i swoich i cudzych. Sędzi­wy starzec słuchał i milczał, a kiedy mówić //82 przestali, powiedział im, że nie wierzy wale­czności zdrajców.

Zdziwieni bracia, nie pojmujący kogo ojciec zdrajcą nazywa, zaczęli się go dopytywać z wielką pokorą i uszanowaniem.

̶              Chan, w ostatniej chwili swego życia po­wierzył mi swych synów, mówił starzec, wy­chowywałem ich, wasza matka wykarmiła je­dnego z nich swą piersią. Waszego Imezeka za­bił Hamzat Beg, a wy liżecie jego stopy.— O! choć drżącą ręką potrafię sam zemścić się, a wy samochwalcy służcie fałszywemu Imanowi; służcie, aż zostaniecie współmordercami własnego ojca, co nigdy nie poszczędzi życia za przelaną krew swych prawych Władców.

Słowa starca magicznie podziałały, zagłuchły powinności Miuryda, obudziły się obo­wiązki zemsty, i obaj bracia wykrzyknęli:

̶              O! jeżeli tak drogi ojcze, to my jutro zabijemy Hamzat-Bega, i w jego krwi obmyjemy naszą hańbę i nieprawość.

̶              Niech Ałłah wam dopomoże, — wyrzekł ojciec — i uściskał swych synów.

Tegoż samego dnia, dwaj bracia zebrali u siebie mnóstwo przyjaciół, i wspólnie uchwalili //83 śmierć Imama. Wszyscy wykonali przy­sięgę. — Dżuma (piątek), naznaczonym był na popełnienie zabójstwa-, a meczet uznano za najdogodniejsze miejsce, ponieważ Hamzat Beg w dni świąteczne bywał zawsze na nabożeń­stwie.

Jednym ze sprzymierzonych był Machmud-Jawa[46], stryjeczny brat Osmana i Hadży-Murata, ten sam któren rozrąbał twarz Abu-Nuncała[47]. Jawa, żeby nie być przez nikogo wi­dzianym, późno już w nocy przekradł się do Hamzat-Bega, i powiedział mu wszystko, ale Imam tak był zaślepiony i tak zaufał dwóm braciom, że ani trochę nie wierzył.

Błysnęła mu tylko myśl, że to nie jego ulu­bieńcy, ale ktoś inny, knuje złe zamiary. Na Wszelki więc wypadek dał rozkaz, żeby Miurydzi składający jego straż, byli czujniejsi niż za zwyczaj, żeby go ciągle mieli na oku, i byli w pogotowiu na każde jego skinienie.

Nastąpiła Dżuma. Muezin donośnym głosem wzywał na modlitwę Awarzy ze wszystkich stron zaczęli się schodzić do Meczetu; zdziwiła ich tylko, u wszystkich wejść nie zwyczajna czujność i straż Miurydów.

            //84 Z Chańskiego zamku, już szedł i Imam oto­czony ulubionymi Miurydami.

Zaledwie Hamzat-Beg pokazał się na progu, gdy Osman, siedzący pośrodku meczetu, po­wstał i temi słowy zawołał.

̶              Czemuż nie wstajecie, kiedy widzicie że idzie Wielki ?

Hamzat-Beg przeszedł i stanął naprzodzie, z lewej strony.

Mułła, odprawiający nabożeństwo długo ma­rudził; oczy wszystkich przytomnych, zwróco­ne ciągle były na Imama.

Zauważano, że w pół godziny po jego przyj­ściu wprost z podwórza wszedł jakiś Miuryd, przybliżył się do niego, i coś mu szeptał na ucho. Było to uwiadomienie, że tłumy uzbro­jonych Awarów, krążą koło Meczetu.

Hamzat-Beg zbladł, nic nie odpowiedział, wskazał tylko ręką Miurydowi, żeby został w Meczecie. Później potarł sobie czoło, popra­wił biały zawój zacisnął wargi, i znowu się zaczął modlić.

Kiedy się nabożeństwo skończyło, Hamzat-Beg pierwszy ruszył się z miejsca, podszedł do dwóch braci i zapytał.

       //85 Czy to prawda, że macie krwawe za­mysły ?

       Prawda, — odpowiedzieli bracia, — przysiegliśmy i spełniemy naszą przysięgę.

Z ostatniemi słowy kule dwóch pistoletów trafiły w serce Imama.

W tymże samym momencie, rozległy się inne wystrzały, i Osman legł obok trupa Ham-zat-Bega.

Hadży-Murata, wyratowała szybkość, z któ­rą przysiadł po swoim wystrzale. Kule w niego wymierzone, przeleciały, nad jego zawojem.

 Hadży-Murat, nie tracąc czasu, cisnął swój zawój o ziemię, i krzyknął :

̶          Wkrótce nie będzie żadnego Miuryda, — kto ma biały zawój, niech zrzuca; —teraz czas się zemścić za naszych Władców, zdradziecko Zamordowanych.

Pod sklepieniami Meczetu rozległy się wystrzały, Awarzy czatujący u wchodów, nie wypuszczali uciekających Miurydów, Świątynia napełniła się dymem, pociemniało zupełnie, i już w niej tylko błyszczały Awarskie, kindżały.  W tak ogromnem i niespodziewanem zamieszaniu, Miurydzi nie mogli sie opamiętać; //86 nieprzygotowani, rozpierzchnięci po całem miaste­czku, zaczęli się wynosić na czyste pole; — kto nie uśpiał się wymknąć, ten został na ulicy zakłutym.

Mnóstwo jednak Miurydów, zatarasowało się w Chańskim zamku, i zawaliwszy okna różnemi sprzęty, sami prawe niewidzialni, utrzy­mywali ciągle silny ogień niedając nikomu przedrzeć się do wnętrza.

Już kilkunastu Awarów, co się było puściło na szturm okien, zostało zabitych, kiedy Hadży-Murat, przybliżywszy, się z głownią w ręku, za­czął podpalać, a zachęcając i innych, tak do nich wykrzyknął:

Hej bracia, podpalajcie ze wszystkich stron! Podpalajcie! Podpalajcie! Mściciele krwi Chanów, mogą niszczyć ich gniazdo!

Wkrótce, cały gmach objęły płomienie, i dwóch tylko Miurydów wyskoczyło z okna, naj­mniej pilnowanego. Jednym z nich był Machmud Sawa, a drugim Dszemil, pierwszego dopędzili i spalili; — dziwnym jakimś sposobem drugi uciekł szczęśliwie.

Po tych krwawych scenach, kiedy Imam był zabitym, a lepsi Miurydzi wyrąbani, sprawy //87 rozpierzchniętych Górali, znowu były w wiel­kim nieładzie.

Kady Mułła-Mahomet, już nie żył.

W górach rozeszła się pogłoska, że w jakimś tam meczecie, leżał zapieczętowany testament Kadego, na którym zwierzchu, własną jego ręką napisane były następne słowa:

„Po śmierci Hamzat-Bega (któremu oby Bóg przedłużył życie do późnej starości), Prawowierni, rozpieczetują te papiery i przeczytają w obecności najwaleczniejszych Miurydów. Tak mieć chce, Miurszyd Mułła Mahomet."

Zebrali się Miurydzi na wskazane im miej­sce, rozpieczętowali testament, i znaleźli w nim imie nowego Imama Dszemila, już trochę czy­telnikom znajomego.

Znaleźli tam jeszcze mianowania trzech in­nych jego następców, w odrębnie zapieczęto­wanych pakietach, na których widać było numera 2gi, 3ci, 4ty; byli to według porządku następcy, na wypadek śmierci Imamów; nikt nie wiedział ich imion. Deszemil żyje dotychczas, a pieczęć ukrywa zagadkowe brzmienia i całą przyszłość Górali.

//88 Wiadomo tylko, że Mułła Mahomet przelał całą, swoją władzę na rzecz Imamów, i postanowił, że odtąd wódz Miurydów powinien zawsze naznaczać czterech następców, szykując ich pierwszeństwo według osobistych zasług i zdolności.

Dszemil dołączył jeszcze jedno niedostające imie, naznaczył karę śmierci dla ciekawych, którzyby chcieli odkryć misterją Kaukazkich Imamów; i dał się słyszeć, że o następcach, on tylko jeden wie z pewnością, i to przez obja­wienie, — głos z Niebios dał się mu słyszeć, i wyszeptał tajemnicze imiona.

Nowy Imam objął rządy, wojnę prowadzi ciągle ze zmiennem szczęściem; nie można mu jednak nie przyznać wielkich zdolności i wyższości nad jego poprzednikami.

Szczególniej poszczęścił mu się rok 1843ci, opanował on wtenczas kilka mniejszych fortów w Dagestanie, i sam Chunzach, któren bardzo mu był potrzebnym. Wtenczas to właśnie za­brał i działa, których dziś liczy do czterdziestu, zaprowadził u siebie wyborną artylerję, zmie­nił zupełnie strategję, i zaczął wojować na większą skalę.

//89 Opiszę tu expedycje, w których sam ucze­stniczyłem, i w których raz nawet miałem zrę­czność zajrzeć w oczy tego Kaukazkiego Abdel-Kadera[48], choć tylko przez perspektywę pocho­dową. —

 

//90

V.

 

Rok 1843 bardzo był niefortunnym, i sama Temir-Chan-Szura długi czas  była w blokadzie.

Górale wszędzie gospodarowali, między Szura i Derbentem, przecięli zupeł­nie komunikację, wyrąbali pikiety, i spalili pocztowe domy. . .

W wielu prowincjach, zupełnie neutralnych, lub podwładnych Rossyi, puściwszy się na mord i pożogę, zmusili mieszkańców do zaciągania się pod swe chorągwie.

Terroryzm Miurydów, podziałał i na Rzeczpospolitę Akuszyńsko-Cudacharską; rolniczy tam lud, od niepamiętnych czasów nie miesza­jacy //91 się do żadnych wojennych zatargów, zmu­szony był uzbroić się i powiększyć zastępy Dszemila.

Chaństwo Mechtulińskie[49], i samo nawet Szamchalstwo, niecierpiące Miurydyzmu i podwła­dne Rossyi, widząc że upędzają ich trzody i ni­weczą dostatek, również przymuszone były wy­konać przysięgę na wierność Kaukazkiemu Ima­mowi.

W roku 1844, kiedy Dszemil cofnął się w głąb gór, a w Szamchalstwie i w Mechtulii zaczęło przychodzić do dawnego porządku, w Szurze zbierały się Rossyjskie wojska, i ro­biono przygotowanie do ogromnej ekspedycyi.

Najważniejszą było rzeczą pokazać się w Akuszy, i oswobodzić jej mieszkańców od wpły­wów Miurydyzmu.

Bogata ta prowincja, ma mnóstwo uprawnych dolin; jest to jedyne miejsce w Kaukazkich gó­rach, gdzie nawet na polu można zobaczyć ster­ty jęczmienia, żyta i pszenicy. Górale od da­wna na Akusze ostrzyli swe zęby, i nazywali ją spichlerzem gór. Jeżeliby Dszemil zdołał zupełnie, przeciągnąć tę choć niewielką Rzecz­pospolite na swoją stronę; otrzymałby ztąd nie //92 wyrachowane korzyści, i mógłby działać daleko większemi massami.

Często się zdarzało i zdarza, że Imam, nie mając środków zrobienia większych zapasów żywności, (Akirszyńcy przed 43 rokiem, nawet za pieniądze nie sprzedawali mu zboża), i nie raz przed czasem, o połowę musiał zmniej­szyć swe hordy. Często nawet zupełnie je roz­puszczał i pozostawał tylko z kilką stami przy­bocznych Miurydów. Przyprowadzenie więc rzeczy w Akuszy do dawnego trybu, było nie tylko ważnem, ale nawet nieodbicie potrzebnem.

Dnia 2 (14) Czerwca, 1844 r. wystąpiliśmy na Akuszę.

Oto już, Feriunt taurea terga manus, i z Szury wywija się kilkaset kozaków, cztery, bata­liony piechoty, i ośm górnych dział; co wszyst­ko stanowi tylko przednią straż, mającą czu­wać na granicach Machtulińskich. We trzy dni później, miały się z nami złączyć główne siły, i dopiero wtenczas mieliśmy rozpocząć działania, jednak— stało się zupełnie inaczej.

Zrobiwszy dobre dwie mile, nasza przednia straż już była na granicy Mechtulińskiego //93 Chaństwa; tak wszystko było jeszcze niepewnern w Dagestanie, że nie mieliśmy najmniej­szej potrzeby zbliżać się do Aułów, — stanęli­śmy więc na czystem polu.

Na drugi dzień, to jest 3 (15) Czerwca, dowódzca przedniej straży (Jenerał Passek[50]), otrzy­mawszy wiadomość od wysłanych na zwady, że niewielkie nieprzyjacielskie partje biwakują nie daleko od nas, umyślił zrobić rekonesans.

W tym więc celu, w parę godzin po wscho­dzie słońca, wyruszyliśmy z miejsca. Maleńki nasz oddział składało trzystu kozaków, siedm kompanij piechoty i cztery działa; słowem wszystkiego do dwóch tysięcy żołnierzy.

Już uszliśmy dobrą milę, kiedy ze spadzistości jednego wzgórza, dostrzegliśmy w dali pod górą, piętrzący się auł Aka-Szura[51], około którego czerniały tłumy narodu. Widać że oglądani musieli i nas dostrzedz; bo liczne bandy pieszych i konnych, zaczęły do nas zbliżać się i wywijać się na obszerną dolinę, leżącą między nami i aułem. Wtenczas do­strzegliśmy, że i dalsze wzgórza były zupeł­nie pokryte Góralami. Spotkanie tak ogro­mnych sił było zupełnie niespodziewanem.

//94 Z prawej strony przed nami, na wznioślej­szym pagórku, Jenerał i oficer od kwatermistrzowstwa, rozpatrywali miejscowość przez perspektywy. Koło nich stało trzech czy czte­rech innych oficerów z wzrokiem wytężonym na dolinę, auł i dalsze góry. W kilka minut później, Jenerał stanął pośród otaczających go, zaczął coś mówić i ręką wskazywać, później coraz żwawiej rozmachiwał na wszystkie strony obiema rękami. Jenerał liczył wszystkiego lat trzydzieści, i był temperamentu krwistego,— łatwo było domyślić się, że będziemy mieli zajadłą bitwę w dolinie.

Kazałem trzeciemu numerowi od mego dzia­ła (wtenczas byłem już podoficerem i artylerzystą), poprawić zapalony lont, a czwartemu opatrzeć puszkę z przypalniczkami.

Kiedy Jenerał siadł na konia, pierwszym je­go rozkazem było, żeby kozactwo cofnęło się na tył; widać że więcej liczył na piechotę, i chciał zacząć karabinową rozmowę. Oddzia­łowi, zakomenderował na lewo, a to dla tego żeby zająć sam środek doliny.

Ledwie rozwinął się batalion piechoty w szy­ku bojowym, i tuż zanim dwa działa; kiedy //95 nieprzyjacielska kawalerja z dosyć dalekiej me­ty, osypała nas gradem kul z gwintówek.

Jenerał krzyczał donośnym głosem: przyśpieszyć kroku! przyśpieszyć!!

Piechota pobiegła, wtłoczyła się na dolinę, krzyknęła: Hura! i odpowiedziała karabinowemi wystrzały.

Nieprzyjacielska kawalerja wahała się, sta­ła na miejscu, wtenczas piechota rozdzieliła się i odprzodkowane dwa działa zagrzmiały.

Cały front nieprzyjacielskiej kawaleryi osy­pany był kartaczami.

Znowu zagrzmiały te same działa, kawalerzyści odstrzeliwali się, ale widocznie poczęli się mieszać, środek ich kolumny rozrzedził się, a skrzydła były w wielkim nieładzie.

Mnóstwo dymu nie pozwalało dobrze się rozpatrzeć. Wszelakoż można dostrzedz było, że w tymże samym czasie ciemne massy, jak po­tok gór co się wyrwał z koryta rozlewa i gro­zi powodzią, wyszły z przepełnionych brzegów zdając się jakoby chciały pochłonąć wszystko co było w dolinie.

Dym rozrzedził się na chwilę, i dostrzegłem //96 jedno długie wzgórze, jeszcze Góralami zapeł­nione, widać że to były ich siły odwodowe.

Nie tylko od frontu, ale i z prawej strony, utworzyła się nowa bojowa linija, z której tłu­my Góralskiej piechoty zaczęły naciskać. I tam grzmiały postawione dwa działa, i piechota sil­ny dawała odpór. Ciągły huk dział, i wystrza­łów ręcznej broni przerywały niekiedy posę­pne wykrzyki.

Artylerja, prawie bez przerwy, utrzymywa­ła wyborny ogień.

Na linji z prawej strony, Górale mniej naci­skali; potem, zaczęli się po trochu cofać, i łą­czyć z działającymi od frontu.

W tej samej chwili, z naszej strony przesta­wiono działa na główną liniję; a ze strony nie­przyjacielskiej zatknięto w ziemię mnóstwo ró­żnokolorowych chorągwi, koło których zalegli w bujnej trawie Górale.

Od naszej bojowej linii na której stały dzia­ła, do głównej linii Góralskiej wytkniętej cho­rągwiami, było nie więcej jak kroków dwadzie­ścia. Wysoka bujna trawa, zajmowała całą tę przestrzeń. Prawdziwe aksamitne zielone łoże, dla poległych i mających jeszcze poledz.

//97 Już Górale rzucili się z obnażonemi szaszkami, jeden z nich przyskoczył do tuż stojącego koło mnie dowódzcy plutonu, wystrzelił z pi­stoletu dotknąwszy się go prawie wylotem, i zabił na miejscu.

Konny trębacz, uwijający się ciągle za jene­rałem, dał sygnał, żeby szeregi piechoty zale­gły i nie ustępowały z miejsca. Raptem zrobi­ła się cisza; zdawało się, że chwila ta stanowi wszystko, że strona, któraby się wtedy choć na jeden krok cofnęła, przegrałaby sprawę.

Po tej krótkiej ciszy, kozacy zostający cią­gle w odwodzie wysforowali się z lewego skrzy­dła do szarży z opuszczonemi pikami. Prowa­dził ich siwy jak gołąb' staruszek, i rzecz dzi­wna wszyscy na całe gardło jakąś nabożną pieśń zaśpiewali.

Wtenczas po raz pierwszy dały się słyszeć bębny. Piechota: Hura! krzyknęła, i rzuciła się naprzód bez żadnego rozkazu.

Jak dwie chmury naładowane piorunami, starły się napastnicze massy, błyskały bagnety, szaszki, piki, kindżały; wreszcie, Górale za­chwiali się, podali tył, pozostawiali chorągwie, //98 i zaczęli zmykać w wielkim nieładzie, zosta­wiając wszędzie mnóstwo trupów.

Roznosiły się krzyki: wygrana! wygrana! każdy kłuł, rąbał, co wlazło. ...

Pamiętam, że z chaosu tej wrzawy, dosłysza­łem następny krzyk, jakby odrębny akord, bo wołanie — „Marcinie zakłuj go, zakłuj go, ten Miuryd strzelał do mnie dwa razy”— było w in­nej mowie.

Rąbano i pędzono zmykających prawie do samego aułu.

Artylerya nie mogąca działać od frontu, żwawo była przewiezioną z doliny na wzgórze, leżące z prawej strony. Stamtąd osypywaliśmy kartaczami, sam środek zmykających; a później kiedy się oddalili, puszczaliśmy ciągle granaty, pękające już między Góralami, już w samym aule.

Piechota tak zajadle walczyła, że nie zważa­ła na trąbiony apel; a jedna kompańja, już nawet zaczęła auł szturmować, i długo wszyscy na nią czekali.

Nareszcie, waleczni zebrali się na uprzednio zajmowaną pozycję.

//99 Mogło być wtenczas około piątej po połu­dniu, słońce które podczas bitwy ciągle było za chmurami, rozjaśniło się i oświeciło pamiętną dolinę.

Wtenczas dopiero, zauważyłem na środku placu bitwy, dwa ogromne, bujne orzechowe drzewa, na których liście dziwnym jakimś sposobem zupełnie ocalały; kiedy nawet trzydzie­ści z górą zabranych chorągwi, były wszystkie co do jednej rzęsisto podziurawione kartaczami i karabinowemi kulami.

Teraz na dolinie, po wojennej wrzawie, była ogromna cisza, leżało tam do ośmset nieprzyjacielskich pławiących się we krwi trupów, i  tylko dwa czy trzy spłoszone, ranione może lecz osiodłane konie, rżały i biegały w różne strony.

Już po skończeniu zupełnem bitwy, złączy­ła się z nami, druga połowa naszego oddziału. Zostający w obozie długo wahali się, i nic wie­dzieli co począć, — nareszcie choć późno, ale przyszli na pomoc. Przybycie ich, bardzo je­dnak było użytecznem, gdyż oprócz pięćdziesię­ciu zabitych, mieliśmy do stu pięćdziesięciu //100 ranionych, których trzeba było wieść konno, lub nieść na płaszczach.

Kiedy złączony oddział, wyruszył na powrót do obozu, trzeba było posłuchać, ile tam tyło hałasu. Trudno zawiązać gęby, kiedy każden ma co powiedzieć, ale i nieznośne dla uszu, kiedy siedem kompanji, uczestniczących akto­rów, opowiada krwawy dramat.

 

//101

VI

 

 

Na drugi dzień po pamiętnej bitwie, od­działowi naszemu rozkazano przybyć na powrót do Szury, i dopiero 14/26 Czerwca, wystąpiliśmy na Akuszę, ale już razem z głównemi siłami. Szliśmy znowu tą samą drogą. Auł Aka-Szura był zupełnie pusty, przybyło tam tylko mnóstwo świeżych mogił, a mieszkańcy z powodu przyjęcia Miurydyzmu, i niefortunnego uczestnictwa w bitwie, wynieśli się w góry, z całym swoim dostatkiem.

Wraz za Aka-Szura zaczyna się pasmo gór, przez które trzeba było przejść. Za niemi na­stąpiły ich odnogi, krzyżujące się we wszystkie strony.

//102 Mimo to, że wszystkie nasze ciężary były na grzbietach jucznych koni, ale i to nie wiele po­magało, nastąpiły deszcze, popsuły się drogi, i wlekliśmy się jak żółwie.

Cały oddział zatrzymywały ciągle działa, bo w tych ciągłych wertepach, pod górę, i z góry, nie tylko konie nie mogły wydołać, ale męczyła się i pomagająca nam piechota, która trzymając się za liny, bez ustanku windowała działa na góry, lub opuszczała je na dół.

Po drodze widzieliśmy auły zupełnie puste, a czasem z góry za niedostępnym wąwozem, zdarzało się widzieć auł zupełnie w ustroniu, bez żadnej drogi; dostrzegaliśmy jednak, jak spłoszeni mieszkańcy, wybierali się zupełnie, w bardziej jeszcze niedostępne strony. Komi­czny ten ich nieład, był zupełnie oryginalnym.

W jednem miejscu, gdzie nas przedzielał tylko głęboki parów, widzieliśmy ich z bardzo bliska.

W arbach naładowanych pościelą, i różnemi sprzętami jechały kobiety i dzieci. Z przodu, i z tyłu, pędzono krowy, bajwoły, konie, owce, osły, między któremi mężczyźni uwijali się na koniach, a małe chłopaki na osłach, często po dwóch na jednym kłapouchu. Ogromną tę /103 karawanę, zatrzymującą się na każdym kroku, i nie mogącą wybrać się z aułu, zamykały białe, kudłate, ogromne psy, idące z tyłu. Za każdem posunięciem się tego różno-barwnego taboru, podnosiły się wrzaski i bieganina, bo trzymane w ręku kury i koty, ciągle z arb wymykały się na powrót do sakli, ciągle więc je trzeba było odszukiwać i łapać. Mogliśmy na własne oczy (chociaż przez perspektywę), przekonać się o prawdziwości aforyzmu Biufona że: „psy bardziej przywiązane są do ludzi, a koty do miejsca.” (!)

Pierwszy auł Akuszyński, do którego zdąży­liśmy, i koło którego mieliśmy nocleg nazywał się Łowasz[52]. Auł był zupełnie pusty, musiał być jednak bardzo ludnym, bo ogromne łany żyta, pszenicy, jęczmienia, przylegały do niego ze wszystkich stron;—w dolinach łany te już żółciały, tuż obok na spadzistościach gór, je­szcze były zupełnie zielone. Nigdzie w okolicy, nie widać ani drzew, ani krzaków. Charaktery­styka zajętego aułu, a nawet całej wschodniej części Akuszy, daje się wyrazić w następnych kilku słowach: ze wszystkich stron, rozkłada­jące się góry w amfiteatr, od spodu do samego //104 wierzchu, jak by wyłożone darniem najbujniej­szej zieloności. Między niemi, żółcieją uprawne doliny. Mnóstwo jasnych, przezroczystych stru­mieni, srebrnemi, szerokiemi wstęgami, w róż­nych kierunkach, wije się w gzygzaki. Nigdzie na około nie widać drzew; i nawet nad strumieniami, niema rośliny, coby się mogła sobie przypatrzeć.

W Łowasz mieliśmy widok cudowny. Mechtulińskie auły oszczędzono, bo już słychać było, że mieszkańcy wracają, i że chcą raz na zawsze zerwać z Miurydami. O Akuszyńcach niceśmy jeszcze nie wiedzieli, i Ławasz ze wszy­stkich stron podpalony, miał właśnie usposo­bienia sąsiednich aułów wyjaśnić.

Pożar w górach, i to jeszcze podczas ćiemnej nocy, ma wiele w sobie fantastycznego. Pobliższe góry były jaskrawo oświecone, strumienie szczególniej w spadzistszych miejscach, jaśniały kaskadami brylantów, a doliny jak gdyby plu­skały się złotemi falami łanów. Dalsze góry, na które łuna, rzucała już tylko pół-światła, pół-cienia, osnuły się jakimś niepewnym kolo­rytem i upiększyły się gruppami sążnistych ludzkich postaci, które ciągnący tam dym //105  utworzył. Tam, jakby duchy poważnych rycerzy, zeszły się na bankiet z Odynem — rozprawiają, i popijają krew, z czaszek zabitych wrogów. Dalej, gruppy szermierzy zaczynają znowu wal­czyć, podnoszą olbrzymie oręże, i zadają sobie razy, bronią się, napadają, pasują się zawzięcie, prawdziwa Walhalla Kaukaz.

We dwa dni po tym pożarze gotowaliśmy się do bitwy. Pnąc się pod wysoką górę, gdzie dro­ga była coraz krętsza i ciaśniejsza, dostrzegli­śmy z daleka, na samym jej wierzchołku, śród bujnej zieloności, sterczące dwie ogromne ska­ły, między któremi właśnie przechodziła droga. Miejsca tego nazwanego djablemi wrotami, w ża­den sposób nie można było ominąć. Szliśmy ciągle dalej, i na dość znacznej wysokości, już wyraźnie było widać, że przejście to zawalono barykadami, z po za których wyglądały łachmate czapki, i gwintówki. Każden już my­ślał o szturmie, ale stało się zupełnie inaczej; bo Górale coś sobie nie dowierzali, i przed cza­sem pierzchnęli z pozycji niedostępnej, którą zajęliśmy bez wystrzału.

Kiedy kompańje Saperów rozbijały baryka­dy, i oczyszczały drogę dla oddziału, odszedłem //106 od mego działa, wdrapałem się na sam wierz­chołek, i oparłszy się o djablą skałę, zatopiłem wzrok w cudowny widok, odkrywający się prze­demną.

U podnóża góry, trochę na prawo, rozściełał się auł z wieżyczką, bez najmniejszego ruchu,— głucho, pusto, w nim było zupełnie.

Na prawo za aułem, ciągnęła się rozłożysta dolina, upiększona lśniącym potokiem, z jednej i drugiej strony otoczona wielkiemi wzgórza­mi, co tworzyło jakby obszerny wąwóz, zaczy­nający się na wzgórzu, później stopniowo coraz spadzistszy. Dolina wąwóz widniała na pół mili, koniec jej przylegał do innego, aułu, piętrzącego się na wzgórzu, i wprost zakrywającego dalszą panoramę. Z prawej strony, część jej tylko wi­dać było i dalej w głąb; tam jakby inna doli­na, upiększona gruppami drzew, i pagórków epigramatycznie rozrzuconych, ciągnęła się nad­zwyczajnie daleko, i ginęła w tumanie doro­dniejszych gór. Dolina wąwóz miała też mnó­stwo drzew, między któremi, całe szeregi topoli, ukazywały swoje wierzchołki. Ruch był ogro­mny, tłumy ludzi, trzody bydła, zaprzężone //107 by, wszystko to jakby w jakiemś oczekiwaniu, rostasowywało się na wszystkie strony.

Kiedy barykady były rozbite, i droga oczy­szczona, spuściliśmy się z góry, i przechodzili­śmy przez wspomniany pusty auł, nazywający się Barkulu[53], w którym na ulicach leżało do czterdziestu jeszcze niepochowanych góral­skich trupów.

Dalej, w dolinie wąwozie, spotkała nas Akuszyńska kawalerja, z rozpuszczonym niebie­skim sztandarem, dopytująca się o Sardara. Jadący na przodzie, na czerwonym sznurze pro­wadził ogromnego białego barana, z wyzłoconemi rogami, ozdobionemi różnobarwnemi wstążkami; był to podarek dla Dowódzcy Od­działu, co według zwyczajów Akuszyńskich, miało wyrażać, że zawieszają broń, i oddają się zupełnie pod protekcję.

Akuszyny zatrzymali się, i rozpowiadali na­szemu tłumaczowi o swem nieszcześliwem poło­żeniu, dowodząc że gdyby Rossyjskie wojska weszły wcześniej do ich Rzeczypospolitej, to byliby w stanie dać odpór Dszemilowi, grożą­cemu im śmiercią, jeżeliby się z nim nie chcieli połączyć. Nie zapomnieli też dodać, że się //108 mocno ucieszyli, zobaczywszy ogromne siły swo­ich protektorów, i że łatwo mogliśmy się w Barkulu przekonać, jak natychmiast zwrócili swój oręż przeciw Miurydom, w tej chwili prześla­dowanym przez wszystkich krajowców, i zostawiającyjm po drodze mnóstwo trupów.

Nim hołdownicy złożą Sandarowi barana, przypatrzmy się bliżej tym rozpierzchniętym mieszkańcom, zostającym jeszcze w wielkim nieładzie i niespokojności.

Uderzają najprzód swoją pięknością kobie­ty, cudne istoty, zgrabne wysokie blondynki, z niebieskiemi. oczyma, które zapewne jeszcze piękniejby wyglądały, gdyby nie były smu­tne i zapłakane. Spojrzawszy na nie, przypo­mniałem sobie Olizarowskiego[54]:

 

........................, dziewice nadobne

Łzami się myją; zachrypły ich głosy,

Zbolały piersi od ciągłego łkania;

Wybladły lica, w nieład poszły kosy;

W czuciach i myślach pełno zamieszania—

Burze we wdziękach — przerwa w ich zamężciach.

Przerwa w nadziejach, wielka przerwa w szczęściach i t. d.

 

//109 Tualeta Akuszynek w wielkim była nieła­dzie, zdaje mi się jednak, że zupełnie tak sa­mo się ubierają jak Szamchałki.

W stroju mężczyzn dostrzedz można było większą, różnicę, nie noszą zupełnie czerkiesek, czuchy ich nie są tak długie, a baranie, naj­częściej białe czapki nie starannie zaokrąglo­ne, i nie bardzo łachmate. Akuszynów i Cudacharów odróżnia jeszcze od innych plemion, ładownica, lub raczej pasek, noszony na pra­wem ramieniu, na którem wiszą naboje (w fu­terale, wyszywanym różno-kolorowym jedwa­biem), i nie wielki rożek z prochem. Oprawa tego rożka, i ozdoby nabite w pasek, u jednych srebrne, u innych mosiężne, a u wszystkich jednakowej formy i roboty, stanowią właśnie to, po czem można zaraz poznać obywatela Akuszy i Cudachary.

Z fizjonomij tych obywateli bardzo łago­dnych, można od razu wyczytać, że wojna ni­gdy nie była ich rzemiosłem. Są to ludzie nadzwyczajnie przywiązani do miejsca, siedzą ciągle w swych aułach, mają wstręt do wędrowania po cudzych zaściankach, i trudnią się tylko rolnictwem i chowem bydła. Nie widzia­łem //110 u nich tych śmiałych rysów, tych zmarszczków na czole, i tych najeżonych brwi, któremi się odznaczają, inne Kaukazkie plemiona. Akuszyny w twarzy i głosie mają coś zniewieściałego. Nie widziałem między niemi ża­dnego bruneta, wszyscy co do jednego byli blondyni lub rudzi; dosyć niezgrabni, i mało zajmującej powierzchowności. Niektórzy byli tak szpetni, że z trudnością przychodzi wie­rzyć iżby to byli mężowie i bracia pięknych Akuszynek.

Ofiarowany baran został przyjętym, niebie­ska chorągiew złączyła się z kozakami i mi­licją, i cały ten kawalerji oddział wysłano naprzód ścigać zmykających Miurydów.

Po nie wielkim odpoczynku i my wyruszy­liśmy dalej.

Im bardziej w głąb’, tem miejsce coraz cu­downiejsze. Droga, po której szliśmy, wiła się ciągle w małe gzygzaki, nad potokiem co krok fantastyczniejszym, w którym i nad którym, sterczały ogromne płyty różnych gładkich pro­stokątnych kamieni, tworzących jakby taburety, a w innych miejscach jakby długie sofy, //111 wabiące przechodniów odpocząć w cieniu drzew rozłożystych.

Dolina wąwóz tak była piękna, że trudno coś podobnego wymarzyć. Potok szumiał, i pędził kaskadami coraz dalej, śród wielu drzew, między któremi przemagały topole zieleniejące już prostemi lińjami w rząd jedne obok drugich, juz rozsypanemi niewielkiemi grupami. Kamienie dziwiły wszystkich swemi prostemi kątami, i swem jakby sztucznem wykończeniem. Łatwoby się zgodzić można, że je przygotował jakiś architekt-czarodziej, zamyślający budować na wielką skalę. Dolina wąwóz zdumiewa, wszystko w niej tak nie­zwyczajne, że wzrok już szuka nowego Amfiona, a do natężonego słuchu zdają się dojlatywać jego melodje. Jeśliby jeszcze chwilkę poczekać, kto wie, możeby i tutaj, jak niegdyś w Tebach, poukładały się piękne kamienie w wielkie budynki, i wysokie mury.

Nareszcie doszliśmy do widniejącego od da­wna aułu Machy[55], i tutaj zdybuje nas z piędziesięciu konnych Akuszynów, pod żółtą cho­rągwią.

//112 Jeden staruszek, bogaty mieszkaniec tej wsi, na koniu, w szarej kurtce, w czerwonych szarawarach, ze strzelbą przez plecy, uwijał się koło nas, i ciągle zapraszał do siebie.

Kiedyśmy się zrównali z jego mieszkaniem, zaszedłem do niego wraz z innymi.

Przed kamiennym domem, na rozesłanych dywanach, stały ogromne garnki z mlekiem i śmietaną, obok których, naliczyć można było do trzydziestu miedzianych półmisków, z plastrami miodu, i z rozmaitemi owocami;- czem był bogatym, tem nas chciał ugościć. Wymówiliśmy się przed uprzejmym gospodarzem, że czas nagli, i że bez odpoczynku mamy iść dalej.

Zdążyłem tam przypatrzeć się Akuszyńskiej pasiece. Z prawej strony obszernego dziedzińca, na kamiennych podstawach, stało nieopodal  od siebie, do czterdziestu wysokich plecionych koszy, w których burczały pszczoły; cała ta pasieka ogrodzona była częstokołem, a wschód od niej stanowiła nie wilka furtka, ozdobiona rzniętemi deseniami, z pół-księżycem na wierzchu.

//113 Z aułu Machy szliśmy dalej nowym wąwozem, wijącym się ciągle w większe gzygzaki, i różne zakręty, ale już niegdzie nie wyskakującym na dłuższą metę.

Wąwóz był cudowny, ale ani sposób go porównać z uprzednim. I tutaj znowu nas spotyka Milicja, był to cudacharski Kady, ze swą drużyną, i z różno-kolorowym sztandarem. Kady oznajmił nam, że Górale uciekają w wielkim nieładzie, i że kawalerja odbiła od nich trzy działa, mające wkrótce przybyć do naszego oddziału.

Już przed wieczorem stanęliśmy w Cudacharze[56], mającej więcej podobieństwa do miasteczka, niż do aułu. Pośród mnóstwa dwu i trzy piętrowych kamiennych domów i całym szeregu niewielkich sklepów, wznosiło się tam pięć meczetów; przy jednym z nich był fantastyczny minaret, na którym błyszczał krzyż, a na jednym z większych domów, stało się także widzieć trzy krzyże – widoczne znaki, że w Cudacharze panował Chrystjanizm, ale musiało to być przed kilku wiekami, bo dziś mieszkańcy całej Rzeczpospolitej są wybornemi wyznawcami Proroka, i muszą niemi być od //114 bardzo dawna, bo nawet nie pamiętają, że kiedyś byli Chrześcianami.

Na południowym krańcu Akuszyńskich po­siadłości, jest ogromny auł, nazwany Kubecza[57], którego mieszkańcy są bardzo lubieni na Kau­kazie, za wyborną broń, którą wyrabiają w wiel­kiej ilości, i sprzedają Góralom. Między niemi i teraz są ludzie różnej wiary: Chrześcianie, Mahometanie, i Żydzi. O tych pierwszych, Hernhuci z Sarepty[58], posyłali, aby się dowiedzieć, czy nie będą to ich współwyznawcy. Wysłana delegacja znalazła tam Chrześcian, i prawic już ruiny trzech ogromnych kościołów, na ich drzwiach, i ścianach, były napisy, których nikt nie rozumiał, a między któremi dostrzegano rok 1215. Przybyli delegaci, w żaden sposób nie mogli się z mieszkańcami Kubeczy porozu­mieć, gdyż ci mówią zupełnie odrębnym języ­kiem, nic podobnym ani do żadnego europejskiego, ani do żadnego góralskiego. Ocalonych tych napisów i sami mieszkańcy nie rozumieją; wszystkie ich litery arabskie, ale słowa nie po­dobne, ani do arabskiego, ani do ich teraźniej­szego języka. Klaproth[59], i Eichwald[60], chociaż nie byli na miejscu, robią jednak domysły, że //115 mieszkańcy Kubeczy, muszą, być Grecy przesiedle­ni z Abchazji. I zapewne, że to najpodobniejsze do prawdy. Grecka osada przybyszów, mu­siała trafić na dawniej osiadłych krajowców, i od nich zapewne przyjęła zwyczaje i język.

Chrześcianizm zaś w Cudacharze, już zape­wne z Kubeczy wyprowadzał swój początek, gdyż stosunki Akuszyńsko-Cudacharskiej Rze­czypospolitej z tym oryginalnym aułem, się­gały niepamiętnych czasów. Nigdy Akuszynin nie kupował innej broni, jak tylko Kubcczyńską, a od stu lat chociaż Kubecza ma zawsze swego odrębnego Kadego, jest jednak jakby wcieloną do Akuszyńsko-Cudacharskiego To­warzystwa, i działa z niem zawsze wspólnie. Żałowałem bardzo, że mi się nie udało być w Kubeczy.

W Cudaeharze już zastaliśmy trzy odbite działa, i kilkudziesięciu Górali wziętych w nie­wolę, między którymi jednak nie było żadnego Miuryda. Zajadli sektarze wolą zawsze poledz na polu bitwy, niż dostać się do rąk nieprzy­jaciół.

Dalej za Cudacharą, przechodziliśmy przez //116 piękny most (dziwna rzecz w górach), na Kara-Kajsu[61].

Po drodze w różnych miejscach, a najwięcej pod górą, gdzie były odbite działa, widzieliśmy świeże mogiły, nad któremi wznosiły się dre­wniane tylko co ociosane słupki. Każden z tych słupków, na pół łokcia niżej od swego wierz­chołka, przebity był na wskroś drewnianą, włó­cznią, okręconą białemi chustami, to było zna­kiem, że tam pochowany, nie umarł na łożu i śmierci, ale był zabitym na wojnie[T]. Nagrobki te, jak się później dowiedziałem, wystawione były przez mieszkańców pobliskiego aułu, któ­rym Miurydzi uskarżali się, że nie mogli zabrać z sobą, poległych swych braci, prosili dla nich o tę ostatnią posługę.

Przez ten auł leżący właśnie pod górą, prze­chodziliśmy, bo był nam po drodze, ale wszy­scy mieszkańcy z niego się wynieśli, obawiając się zapewne prześladowań za swe stosunki z ży­wymi Miurydami, i za troskliwe pochowanie ich zabitych.

//117 Około tego opuszczonego aułu, mieliśmy nocleg.

Nazajutrz, idąc ciągle spiesznym marszem, i ścigając zmykających Górali, przechodziliśmy przez ogromny auł Sałty[62], niby umocowany ze starożytnemi kamiennemi basztami, brama­mi, i ze strzelnicami, które jak gdyby tam za­siane z każdej prawie sakli wyglądały. Jednak Sałty, mimo swą wojenną postawę, było jak widać zupełnie neutralnem; pełno w niem było mieszkańców, wychodzących całemi gromadami na ulicę, i przedających nam kury, jabłka, włoskie orzechy i t. p.

Za Sałtami, leżącemi zupełnie na rownem miejscu, pejzaże zmieniają charakter, i całkiem tracą swą malowniczość. — Za Sałtami jak uciął, nic się nie zieleni, miejsca piasczyste i ponure.

Po drodze, kiedy znowu spuściliśmy się na brzegi Kara-Kojsu, ujrzeliśmy uderzający dzi­ką, ale wzniosłą pięknością most, nazywany Sałtyńskim, i takąż okolicę.

Most ten ze dwa sążnie długi, pół sążnia sze­roki, rzucony jest na dość znacznej wysokości. Z lewej jego strony, tuż nad nim, wznoszą się zupełnie pionowo, dwie wysokie, skaliste, //118 ciemne góry, tak bardzo zbliżone do siebie, jakby się tylko co rozdarły, i rozdzieliły na dwie po­łowy. Zdaje się że widzisz jak ich wierzchołki prują się jeszcze i teraz, zdaje się widzisz ich kamienne strzępki; a gdy się dłużej wzrok za­trzyma na tej ciemnej otchłani, przypominają­cej pierwszy dzień stworzenia, zawraca się gło­wa, i ćmi się w oczach, nie mogących się oswoić z tym chaosem, co jakby dotąd jeszcze nie przybrał stałej formy.

U dołu tego dziwnego wąwozu, piętrzy się i przeciska przez olbrzymie kamienie, z potę­żnym szumem i hukiem Kojsu; tak że z lewej strony tworzy ciasną, wązką, istotnie diablą kaskadę a z prawej — płynie już szeroką, po­toczystą rzeką.

I kaskady, i kamienne strzępki, wtenczas tyl­ko dają się widzieć, kiedy staniemy jak raz na środku mostu. Żeby zaś mieć choć małe pojęcie o tym moście, cofnijmy się jeszcze o kilka kroków nazad.

Idąc ciągle u zrębu podnóża rozdartej góry; po ścieżce wykutej w kamieniu, dogodnej tylko dla pieszych, pierwsza rzecz co nas zadziwia, którejśmy się zgoła nie spodziewali, jest //119 //120 //121[63] Ludzi nie widać było, a tylko, dwa białe, ogromne psy ujadały u wrot. Cała ta kwitnąca osada, cudnie wyglądała w tym ponurym i bezbarwnym krajobrazie.

Tegoż samego dnia, późno już w nocy do­szliśmy do drugiego mostu nazwanego Karadach, i zbudowanego na Kojsu Awarskiem[64]. Przednia nasza straż, która rozstasowała nad brzegiem rzeki, mieniła się ciągle az do samego rana, wystrzałami z czujnymi Góralami, zebranymi tam w bardzo znacznej sile i broniącymi przeprawcy.

Byliśmy znowu na granicy; tu właśnie koń­czyły się ziemie towarzystwa Andałał i zaczy­nała się Awarja, tak straszna przed laty, ta sa­ma Awarja, co jeszcze w przeszłym wieku, trzymała za kark wszystkie sąsiednie Towa­rzystwa i Klany, robiła dalekie napady i brała haracz z Chaństwa Derbenckiego, Kubijskiego, Bakijskiego, Szyrwańskiego, Szekijskiego, a na­wet z Gruzyi i z Achałcychskiego Paszałyku ta Awarja nie exystuje już dziś. Została tylko pusta ziemia, zostały jej nazwiska, ale mieszkań­ców wszystkich przesiedlił gwałtem Dszemil w roku 1843, w głąb’ gór, jedynie dla tego, że //122 nie chcieli mu być podwładnymi, i rozszerzać między sobą Miurydyzmu.

Tak więc, przed nami za rzeką widniały pia­szczyste wzgórza pustej Awarji, a nowi wład­cy bronili przeprawy.

Lecz zajęcie Awarji nie było planem naszej ekspedycyi,. chodziło tu tylko o uśmierzenie Akuszy; osiągnąwszy więc najpożądańsze sku­tki, odpoczęliśmy pod Karadachiem[65] dni kilka po forsownych marszach, wracaliśmy do Szury zupełnie zwycięzko, zupełnie nową; pobliższą drogą.

 

//123

VII

 

W najciemniejszą, noc rozłożywszy ogniska, zaczęliśmy z pod Karadachu cichaczem się wynosić.

Z wielką niechęcią ruszyłem z miejsca, gdyż w ciemną noc maszerować po wąwozach, nie sprawia wielkiej przyje­mności, a koło ogniska było światło, było cie­pło, było kilku, kolegów, opowiadających różne zdarzenia z dawniejszych czasów obozowych!

Ledwieśmy się zaczęli rejterować, czujni Gó­rale wnet dali rzęsistego ognia, i prześlado­wali nas dobre pół mili; lecz że rejterada na­sza szła w wielkim porządku, i eszelonami, //124 nie bardzo się więc zbliżali, i dali nam pokój; w prawdzie mieliśmy kilku ranionych.

Po szkaradnej drodze, noc i dzień cały, kropieni ciągle rzęsistym deszczem, doszliśmy w końcu do Dergebila[66], leżącego jakby w wian­ku gór, już zieleniejących, już nagich i piasczystych. Tu właśnie łączy się Kara (czarna) Kojsu[67]  z inną Kojsu[U][68], z lewej strony widać kamienny most (przez który przechodzimy) dość mocno zbudowany, ale z taką niską bra­mą że jeździec musi pokornie zleźć z konia i w ręku go prowadzić.

Wchodzimy w obszerne sady, w których naj­obficiej przemagają orzechowe drzewa, za nie­mi piętrzy się: szaro-kamienny auł na zrębie górny rozsypany, z którego mieszkańcy wynie­śli się gdzieś dalej.

Niedochodząc do sadów, z prawej strony, zaraz za rzeką sterczą ruiny niegdyś Rossyjkiego fortu, tu właśnie stojące dwie kompanije piechoty, w 1843 roku, mężnie się broniąc przez zdradliwego i przemagającego, //125 nieprzyjaciela w pień wycięte zostały. Walały się tam jeszcze i teraz, czaszki i kości przez Mahometan niepogrzebanych męczenników, i z tego powodu przebyliśmy tam dni kilka.

Nazajutrz z rana, polowe duchowieństwo od­prawiło nabożeństo, cały oddział stanął w para­dzie pod bronią; później grzebano koście w jedną wspólną mogiłę, i piechota na cześć zmarłych, trzy razy z ręcznej broni, dała pogrzebową salwę. Podczas kiedy broń nabijano, podkradło się kilkunastu Górali, i palnęli z gwintówek do bliżej stojących, szczęściem, nie mie­liśmy ranionych, ale i sprawców pogrzebo­wego zamieszania nie mogliśmy wytropić w gę­stych ogrodach.

Występujemy z Dergebila; przeszedłszy ob­szerne jego sady napotykamy cudną kaska­dę, najpiękniejszy prolog tego poetycznego wą­wozu, przez który z powodu ciasnej drogi, idzie­my kilka godzin, chociaż wąwóz ma tylko je­dną milę długości.

Między prostopadle wiszącemi skałami, co chwila grożącemi spadnięciem, huczy szumiący potok, i przebiegając po ogromnych zwalonych skałach, ciągle najfantastyczniejsze tworzy //126 kaskady. Potok w węższych miejscach, płynie je­dnym korytem, w szerszych niekiedy rozgałę­zia się na dwa, trzy, a czasem i więcej ramion. Czasem z prawej, czasem z lewej jego strony widnieją ścieżki, na które ciągle przez strumień przechodzić trzeba.

Takie gzygzaki stanowiły właśnie drogę, po której posuwaliśmy się ciągle w głąb tego cie­mnego, jakby zaczarowanego wąwozu, do któ­rego nigdy nie dochodzą słoneczne promienie.

Czasem ani z prawej, ani z lewej strony ścieżki nie dostrzedz. Tam wąwóz, ścieśnił się jeszcze bardziej, tu przed nami kaskada. Pie­chota przechodzi przez nią: a co potonęli? za­wołał ktoś — gdy ich za bryzgami, dostrzedz nie można było. Nie, odpowiada żołnierz, ma­szerują, tam na lewym brzegu, nie robią nawet kurzawy, bo są po kolana w wodzie.

Dalej więc przez kaskadę. „Więcej na pra­wo” — zakomenderowałem przeprawiając moje działo, i sam się od stóp do głowy skąpałem,  chociaż jechałem na; ogromnym koniu. Ścieżki coraz częściej gubią się przed nami, brniemy i brniemy bez końca.

//127 Ciemno, mglisto, gdzieniegdzie napotykamy nawet ogromne szmaty wałęsających się obło­ków, co nie mając nic lepszego do roboty, obwijają nasze kosmate czapki, lub tulą się pod płaszcze. Obłoki te, ukazują się czasem i zdaleka w postaci ludzi, zwierząt i ptaków, wyna­gradzają nas swemi różnorodnemi formami, za nieobecność żyjących istot, których tam zupeł­nie braknie; nie widziałem nawet orła, coby się wzbił ze skały chociaż podobne wąwozy zawsze są im ulubione.

Ale otoż i most! — a to już prawdziwa roskosz tam, gdzie się ciągle po wodzie maszeru­je i gdzie prawie nie ma drogi; ależ i most za­bawny i zupełnie przystaje do tych kaskado­wych wertepów. Na jedną z odnóg potoku, z dwóch przeciwległych sobie stron, wyskoczy­ły dwie jakby tęskniące za sobą skały, i utwo­rzyły wyborną arkadę. Spłaszczone wierszchołki tych dwóch skał, nie przystają do siebie szczelnie, ale ich otwór wybornie ubity kamieńmi różnej wielkości, które zapewne ponanosił potok w czasie wezbrania; — tak że most i mo­cnymi wyśmienity, chociaż ręka ludzka, żadnych nad nim nie łożyła starań.

//128 Idziemy ciągle dalej, — ciemno, szumno, ponuro, cały oddział rozciągnął się znacznie.

W prawo, nie dochodząc do końca wąwozu, ukazuje się inna jego odnoga. Tam jeszcze cie­mniej, jeszcze okropniej. Z lewej strony, pod nowym łańcuchem nawisłych czarnych skał, leżą dwie monstralne, czarne, spleśniałe, bryły, z pod których, ogromnemi zdrojami wytryska kryształowa najczystsza woda, dziwnej własno­ści, bo im się jej więcej pije, tem smaczniejszą się wydaje, i większe wzbudza pragnienie. Woda ta ma smak zwyczajny, zauważyć w niej tylko można jakąś dziwną lekkość. I ja, i kto tylko do niej się dorwał, wypijał po kilka szkla­nek od razu.

Nie — te mchem i pleśnią okwitłe bryły, to coś podejrzanego. Może Oready i Najady[69], obra­ły w nich sobie siedlisko. Może to trony gór­nych Diwów[70]. Może to odmładzające źródło, o którem mówi podanie, że gdzieś się w górach Kaukazkich znajduje; w każdym razie, w czystej tej wodzie, ma być jakaś nieczysta siła. Przynajmniej na te moje wnioski, zgodzili się wszyscy, których wezwałem, i którzy z cieka­wości do tego drugiego zboczyli wąwozu.

//129 Po kilkudziesięciu krokach, zrobionych w głó­wnym wąwozie, wydobyliśmy się nareszcie, z tej ciemnej, otchłani.

Z lewej strony, pod skałami, i na i ich cie­mnych zrębach, piętrzył się auł Ąjmaki[71]; z za węgłów pokazywali się i mieszkańcy, ale nie zbliżali się do nas, i bardzo jakoś z podełba na nas spozierali. Z prawej strony, ukazała się sze­roka spadzistość rozłożystego wzgórza, na któ­rą jeszcze trzeba było wejść, gdyż tam dymiły się ognie, i bielały namioty naszej przedniej straży, na parę godzin przed nami przybyłej.

Cudny widok z obozu! Przed nami wpra­wdzie, ukazywały się tylko nagie góry, miej­scami zasłonięte ustępami zielonych terasów, coraz wyżej się pnących po rozłożystej górze. Ale za to, obróciwszy się ku miejscu, z któ­regośmy wyszli, dzika, ogromna, czarująca pa­norama, najwyborniej się nam przedstawiała w całym blasku swych światło-cieni.

Promienie zachodzącego słońca, rzęsisto spadały na najdziwaczniejsze gruppy, szaro-skalistych, zielonych, i brunatnych gór co się je­dne z po za drugich wydobywały. Nad niemi czyste, szafirowe niebo. Na niem znowu //130 miejscami nawał gęstych, snujących się obłoków. Pośród nich, na długą metę, widać było Ajmakiński fantastyczny wąwóz, do którego i teraz słońce nie zaglądało. — A z tyłu, prawie zupełnie na uboczu, nad dziwną tą gromadą, jeszcze wyżej się wznosiła, nic nie zamglona, zupełnie okrągła, i całkiem czarna góra, -całej tej okolicy, prawdziwa Ciemna Królowa! Takie kształ­ty, takie cienie, takie światła, doprawdy trudno z sobą pogodzić; wpatrując się w te fantasmagorje, mimo woli, jakoś Oready, Najady, Diwy, i odmładzające źródła ciągle na myśl przy­chodzą.

Z enigmatycznej tej krainy, wyruszyliśmy ze świtem, spuszczaliśmy się ciągłe z gór, pó­źniej szliśmy przez coraz równiejsze miejsca, i prawie na godzinę przed zachodem słońca, stanęliśmy obozem na równinie w Dżengutaju[72], który ma tylko ze dwieście sakli, ale za to py­szne nazwanie posiada, bo go mianują Stolicą Chaństwa Mcchtulińskiego.

Teraz Chaństwem rządzi Sztab Oficer wojsk Rossyjskich, gdyż ostatni Władca Achmed-Chan przeniósł się do wieczności. Została po nim młoda Chanowa, i ta się ciągle leczy //131 w swem Dżengutaju.— Najprzód udawała się do Azjatyckich Hakimów[73], a teraz lekarstwa i lekarzy ciągle z Szury sprowadza, ależ bo i choroba niebezpieczna, —Chanowa utrzymuje, że ją ktoś zaczarował.

Chciałem bardzo zobaczyć tę kobietę, i kie­dyśmy przez Dżengutaj przechodzili, szczęśliwy traf pozwolił mi jej się przypatrzeć.

Chanowa, w ponsowej aksamitnej kacawejce, z zupełnie odkrytą głową, z porządnie zadrypanemi honorowemi damami, mając z tyłu je­szcze porządniej obszarpane służące; wracała właśnie z przechadzki.

Żeby się jej jeszcze lepiej przypatrzeć, zwró­ciłem z drogi, doszedłem aż do dziedzińca jej zaniku, po którym jeszcze długi się czas Cha­nowa przechadzała, i zaraz byłem sam świadkiem, jak jedna z nieodstępnych dam, dwie łyż­ki lekarstwa w gardło jej zlała. Nie wiele bra­kowało żebym się głośno rozśmiał, bo mnie­mana chora świeża, żwawa (dosyć przystojna), i tak zdrowo wygląda, że kto się jej tylko przy­patrzy, od razu dostrzedz może, że niepodo­bna ją podejrzywać o najmniejsze cierpienie.

//132 Obóz nasz rozłożył się tuż za szanowną Sto­licą, której wiejski lud, do koła był w polu pra­cą zajęty, i ten z kosą, ów z grabiami, koło nas się przesuwał. Tam na ścierni, pasie się bydło, — tu przepędzają owce, za niemi idzie cała gromadą ładnych małych chłopaków, już to przypatrująch się naszym namiotom, już swawolących między sobą. — Tam znowu arby, naładowane snopami kukuruzy, prosa i jęczmiemnia[V], do domów wracają.

Słowem, W polu mnóstwo idyllicznego ru­chu, a w samym Dżengutaju, w krętych uli­czkach, prawie pusto zupełnie. Gdzieniegdzie tylko zobaczyć można było, na przyzbie sie­dzącego starca w archałuchu, lub przechodzą­cą przez uliczkę babę, w długiej zielonej lub ciemo-niebieskiej koszuli i w takichże tuma­nach (szarawarach), ogromnie szerokich.

Miejscowość koło Dżengutaju dość powa­bna. — W oddaleniu do koła góry, a sam auł, patrząc nań z pola, prawdziwa oaza. Ze wszech //133 stron, otaczają ją zieleniejące sady, ze swemi orzechowemi drzewami. — Za niemi, ukazują się gromadnie skupione czyściutkie kamienne sa­kle, pośród których, wznosi się tak nazwany Chański Zamek, różniący się od innych sakli, tylko swoim ogromnym rozmiarem oknami od frontu, i szybami w oknach których żadna z małych sakli nie posiada.

Z Dżengutaju, już tylko trzy mile do Szury, a że i droga dość równa, i cały oddział znu­dził się pochodem, bo to już było pod ko­niec lata, więc dążyliśmy tak szparko, że przed południem postrzegliśmy najprzód znajome Szuryjskie jeziora[74], później ukazała się forteca z baterjami, a w końcu przedmieście, ze zna­jomym białym kościołkiem, z godłem wiary, umajonem wysokiemi topolami. O, jak błogo dla oczu, strudzonych gór i skał nawałem, powitać znowu tę zieleniejącą Świętą Zagrodę!

 

//134

VIII

 

Domyślam się kochany czytelniku, że raczyłeś zasnąć, —a przynajmniej musisz  wybornie poziewać nad obozową, kurzawą i wojennemi wyprawami kaukazkiego artylerzysty. Chciałem cię najsolenniej przeprosić, ale po chwili namysłu nie widzę potrzeby. Jakto ? — mógłżeby cię tak zniechęcić ten kraj, w którym Słowiańskie Orły ciągle so­bie naprzód torują drogę; ten kraj, w którym walczą tysiące twoich rodaków! Nie, to być nie może; a więc cię nie przepraszam. Ale nadobna czytelniczka, dla której pokój droższy nad wszystko, dla której huk dział zawsze nie­znośny, niech mi daruje że ją jeszcze nudzić //135 będę dalszym ciągiem mych szorstkich opo­wiadań.

Nastała wiosna 1845 roku, gdzieindziej opa­trują lemiesz i inne narzędzia rolnicze, my zaś opatrzywszy broń, wyruszyliśmy na taką woj­nę jakiej dotychczas nie bywało na Kaukazie.

Jeszcze na kilka miesięcy przed wystąpie­niem, widać było że się zanosi na coś większego, bo się wielkie robiły przygotowania, i większe massy żołnierstwa ściągano na punkta zbiorowe. Na wiosnę zaś, już wszyscy rozprawiali o rezydencyi Dszemila, nazywającej się Dargo[75]. Jakoż przy końcu Maja, wystąpiliśmy j na owe sławne Dargo.

Pierwszy nasz obozowy nocleg był w Czyrkiej, lub właściwiej pod fortecą Śgo Eugeniu­sza[76], gdyż takie nazwisko otrzymała, wybudowana przez nas forteca w roku 1841.

Z ogromnego aułu Czyrkiej, i z obszernych jego sadów, nie zostało nawet najmniejszego śladu; auł był zbombardowany i zniszczony do szczętu, a sady z półwiekowemi orzechowemi drzewami, uległy sile toporów. Dziwnie to odmieniło, całą tę miejscowość. Pomimo że //136 podczas budowania fortecy, stałem w Czyrkiej kilka miesięcy, nie prędko jednakże mogłem rozpoznać, na jakiem miejscu, przed czterema laty, zieleniały sady, i piętrzył się auł rozło­żony w amfiteatr.

Powodem tego zniszczenia było to, że 1843 roku, podczas ogólnego powstania w Dagesta­nie, mieszkańcy Czyrkiej, nie dotrzymali swej przysięgi, nie raz napadali na fortecę, mając na celu jej zdobycie, i przecinali jej wszelką komunikację. Załoga fortecy utrzymała się, a w rok później, z rozkazu rządu auł został przez nią zniszczonym.

Nie żal mi było mieszkańców, bo to byli pra­wdziwi rozbójnicy, a zresztą z przeniesieniem się w głąb’ gór, nic się im złego nie stało; żal mi było tylko tego lasu włoskich orzechów, w których cieniu, nie raz Szekspira lub Goe­thego czytałem.

Po wyjściu z fortecy Śgo Eugeniusza, i po przeprawieniu się tamże, przez nowy most na szumnym Sułaku, nie raz po drodze, zdawało się nam zoczyć nieprzyjacielskie piesze widety, jasno dowodzące, że oddziały Góralskie gdzieś niedaleko się znajdują; widety te wszelakoż za //137 naszem zbliżeniem się, jakby jakąś czarodziej­ską, siłą, zawsze raptem znikały w parowach, urwiskach i wąwozach.

Miejsca, przez które przechodziliśmy, bezle­śne wprawdzie zupełnie, ale tak były pokra­jane górami i wąwozami, że przed nami mogły łatwo ukrywać całe hordy łachmatych czapek.

Tak szliśmy ciągle dalej, zostawując miejsca­mi po batalionie piechoty i po dwa działa, dla utrzymania kommunikacyi z fortecą Śgo Eu­geniusza, mającą nam dostarczać żywność, i wszystkie rekwizyta wojskowe; gdyż dla tak wielkiej massy, ani w proch, ani nawet w sucha­ry, nie podobna było zaopatrzyć się na czas długi.

Już upłynął tydzień cały, a jeszcze nie było ani jednego wystrzału. Ani na drodze, ani na stronie, nie wdzieliśmy nigdzie najmniejszego aułu, widzieliśmy tylko że już przeszliśmy Sałatawiją[77], że wchodzimy w Ziemię Gumbetów[78] że później mieliśmy opanować Andją[79],— którą żołnierze, zazwyczaj przekręcający wszystkie imiona własne, nazywali Indją.

Tak więc przed nami była Andja, vulgo Indja, długo neutralna, a podczas naszego //138 marszu, już wierna sprzymierzona Dszemila. Za nami były potrzebne miejscami wagenburgi, na wszelki przypadek, okopujące się robiące so­bie barykady z kamieni. A oddział nasz był pośród widetów, wprawdzie tylko migających, ale wybornie czuwających nad każdem naszem poruszeniem.

Z tego położenia rzeczy wnosić wypadało, że Górale nie spieszą się z dobyciem oręża, a tyl­ko nęcą w głąb’ gór, i tam dopiero gotują jakąś miłą niespodziankę.

Tak sobie rozumując, w jedno południe roztasowywaliśmy się na Miczykale[80], to jest na jednej z gór Gumbetyi, żeby trochę wypocząć; gdy w tem nagle z za wąwozu, na górze Anczimeer[81], palą do nas Górale z działa, a wkrót­ce, kawalerja ich zaczyna po niej defilować.

Głównodowodzący oddziałem, Książe Na­miestnik Woroncow[82], mając na widoku, że góra Anczimeer umocniona barykadami, stawała się najnieprzystępniejszem miejscem, i że była jak­by kluczem całej pozycji, do wchodu na ziemie Gumbetów, zrobił następne rozporządzenie. Nie tracąc czasu, kazał natychmiast wystąpić pięciu batalionom piechoty, z dziesięcią //139 działami, i z różną konną milicją, dla wzięcia sztur­mem tęgo umocnionego stanowiska.

Wyruszyliśmy tak jakeśmy stali, zostawili­śmy nawet nasze najpotrzebniejsze bagaże, są­dząc że na noc powrócim do obozu głównego oddziału. Stało się jednak zupełnie inaczej. Wysłana milicja zeszła z głównej drogi, i żwa­wo manowcami wdrapała się wprost na górę. Górale, z początku utrzymywali ogień z działa, i z ręcznej broni, rzucili się nawet na szaszki, ale później z pośpiechem pierzchnęli w nieła­dzie. Zostawili nam nawet próżny kieson od nabojów, wiszor i inne pomniejsze artyleryjskie attrybuta.

Kiedy cała nasza przednia straż już była na Anczymeer, co nastąpiło przed samym zacho­dem słońca; Jenerał dowodzący naszą przed­nią strażą, na prawo widział wprawdzie pierz­chających nieprzyjaciół, ale w tym kierunku dostrzegł także i całe szeregi ogromnych bary­kad; — nie dał się więc usidlić, i kazał, nam iść na lewo. Wdrapywaliśmy się więc coraz wyżej, do samej późnej nocy, zanimeśmy stanęli na najwyższej z całego łańcucha górze, położonej nad drogą, do Andji, i panującej nad całą //140 miejscowością. Była to prawdziwa wygrana dla strategicznych planów, ale razem i praw­dziwa przegrana dla noclegu, jak się to zaraz pokaże.

Już dochodząc do tej pamiętnej góry, czu­liśmy chłód niezwyczajny, który przy silnym wietrze, wzmagał się coraz bardziej. W godzinę później, zacieraliśmy ręce, i dziwiliśmy się że taki silny przymrozek 5 (17) Czerwca zawitał.

O północy, kiedyśmy doszli na pozycję to już nie o przymrozek nam szło; ale o mróz, i to wyśmienity, a nadto o śnieg w którym staliśmy po kolana, sami nie wiedząc co począć; — bo nie mieliśmy z sobą ani namiotów, ani płaszczów, a że nigdzie drzew i krzaków nie widać było, więc i o ogniskach nie można było pomyśleć.

Piękna to była ta noc z 5 (17) na 6 (18) Czerwca: chłodno, wietrzno — zamieć świszczę prawdziwie grudniowa, — a tu jeszcze do uszu dolatują przeciągłe jęki, i przenikliwe krzyki rozmaitej milicji, która z powodu lekkiego obu­wia, poodmrażała sobie nogi.

Lament ten zrobił się jeszcze głośniejszym, kiedy w tejże milicji, zmarzło w nocy do //141 czterdziestu wierzchowców, rassy karabachskiej, bar­dzo pięknej, ale nie wytrwałej na zimno.

Tumult i zamieszanie wzmagały się bez ustanku, jeden sobie nogi śniegiem odcierał dru­gi konia ratował, inny tupał nogami, lub od­grzebywał miejsce żeby wypocząć; ale opuśćmy na chwilę kurtynę na te ośnieżone, posągowe, chociaż wprawdzie ruszające się gruppy. Zło­śliwy Boreasz[83], musiał się porządnie ucieszyć, temi zaimprowizowanemi swego Państwa od­wiedzinami.

 

//142

IX.

 

 

Nazazajutrz z rana, na tejże samej śnieżnej górze na innym końcu obozu.

— Hej, słuchajno przyjacielu, - powiedziałem do kozaka, chuchającego sobie w dłonie, — przedaj mi twoją pikę, będę ci za to bardzo obowiązanym.

Kozak wytrzeszczył oczy i powiedział — do­bre to i żarty, ale w innej porze.

̶          Właśnie winnej porze, na nicby mi się twoja pika nie przydała.

̶          A na cóż się teraz może przydać?

Wprzódy przedaj, a później się dowiesz jeśliś ciekawy; ja wezmę drzewko, a żelazo mo­żesz sobie zostawić.

̶          //143 Wprawdzie, — mówił kozak namyślając się — mógłbym ja to i przedać; bo jak wiado­mo, nie jestem we froncie, a tylko mam dozór przy koniach oficera od sztabu; jak powiadają za Indją lasu co niemiara, to możnaby tam no­we drzewko wystrugać.

̶          Otóż i wybornie, — na masz rubla, i zdejm sobie żelazo.

Kozak oddał pikę, a ja na ramieniu, ponio­słem zdobycz do mego legowiska.

̶          Teraz macie drzewo Panowie Koledzy, — powiedziałem do dwóch ziomków, — przynie­ścież kociołek, i dostawajcie z waszych torb herbatę, którąście się wczoraj chwalili.

Porąbana pika paliła się i dymiła, kocioł zaszypiał, i wpół godziny później, częstowali­śmy się herbatą, nie bardzo klarowną, ale tak smaczną że nam się wszystkim wydała pra­wdziwą ambrozją. Z tego powodu, jednomy­ślnie zgodziliśmy się na to, że jesteśmy nie­śmiertelnymi na cały czas ekspedycji, i posta­nowiliśmy zimną górę nazywać nowym Olim­pem.

Góra ta w jakiemś Góralskiem narzeczu, no­siła wprawdzie nazwisko Zonak-Bak[84], ale o niej //144 jak również i o wielu wspomnionych tu miej­scach, nie ma żadnej wzmianki, ani u Malte-Brun’a[85], ani w żadnym geograficznym dykcjonarzu.

Żeby więc na przyszłość nie było uczonych sporów i niedorozumień, umyśliłem formalnie ochrzcić przyjazne to dla nas miejsce; — i to w sposób najsolenniejszy, o ile tylko możność dozwalała.

Na ten więc koniec, w próżną, butelkę po­łożona była napisana przezemnie ołówkiem karteczka (atramentu nie było), której kopiję zaraz załączę. Kiedy butelka wybornie była zakorkowana i zasmolona, wspólnemi siłami wszystkich unieśmiertelnionych na czas ekspe­dycji, została zagrzebaną w tom miejscu, gdzie było najwięcej śniegu.

Napis na karteczce:

1845 roku, Czerwca 7 (19) dnia, Polacy, znajdujący się przypadkiem na tej górze, żało­wali bardzo, że nie mieli z sobą narzędzi, do wy­mierzenia jej wysokości nad powierzchnią mo­rza, i zdeterminowania północnej szerokości i wschodniej długości. Lecz mając na względzie, że ta znamienita góra, w księgach geograficznych //145 żadnego dotychczas nazwiska nie po­siada, i czując się w długu za nabytą na tem miejscu zawarowaną ciała nieśmiertelność, — z dobrej woli, i bez żadnego przymusu, nazy­wamy tę górę nowym Olimpem, co czynimy wiadomem, każdemu i wszystkim.

Tu były podpisy: M. B.-A. J. J. Z. K. i t. d. słowem podpisy tych wszystkich, co umoczyli usta w ambrozji.

Zbliżało się południe. Nigdy Julia z całą swą południową namiętnością, tak niecierpliwie nie wyglądała Romea, jak wyglądała drzew sucharów i namiotów, różnojęzyczna — i różno-plemienna — nowego Olimpu załoga.

Nareszcie w południe, załoga oznajmiła do­strzeżenie naszych jucznych pociągów z ba­gażami, które szły dosyć posuwisto, i już się zaczęły na nowy Olimp rzeczywiście wdra­pywać, — o czem i sam przekonałem się na własne oczy.

Trzeba było usłyszeć ten poliglotyzm Słowiano Azjatyckiej Rzeszy: Ruskie idut, idut; gruzyjskie, szeni czyryme mowida; polskie, Dali­bóg że idą; tatarskie geliller; i różne wykrzyknienia, ossetyjskie, ormiańskie, guryjskie, //146 mingrelskie, abchazkie, i już sam niewiem jakie długo radośnie napełniały Olimp, i rozlegały się pod same niebiosa.

Koniec tego 6 (18) Czerwca, był sobie nie zły, bo i nie tak chłodny, i nie tak głodny, ależ na wojnie, jak na wojnie; ciągle wesołość prze­plata się smutkiem.

Z pierwszego transportu, drzewa nie wiele się nam dostało, a nazajutrz wysłany nowy transport, nie mógł trafić na drogę do nas wio­dącą, bo byliśmy za obłokami i za chmurami, w całem literalnem znaczeniu tych wyrazów.

Tak więc, zostaliśmy pozbawieni wszelkiej komunikacyi z głównym oddziałem, tylko o mi­lę od nas będącym na niższym padole, i ocze­kującym podwozu żywności z fortecy Śgo Eu­geniusza.

Wszystkie starania Głównego oddziału o wy­tropienie nowego Olimpu i zaopatrzenie go w opał i żywność, podobne były do ekspedycyj Anglików ku biegunowi północnemu w ce­lu odszukania Franklina[86].

To niefortunne nieruszanie się z zajmowa­nej przez nas wprawdzie nieodbicie potrze­bnej pozycyi, trwało całych pięć dni, w prze­ciągu //147 których nie tylko śmiertelnym, ale i nie­śmiertelnym haniebnie było zimno.

12 (24) Czerwca, pokazało się słońce, roz­wiały się mgły, tumany i chmury, spuściliśmy się z nowego Olimpu i złączyliśmy się z posu­wającym się ku Andyi głównym oddziałem.

Głównodowodzący objechał nasze szeregi, pozdrowił je i dziękował za wytrwałość i wal­kę z nieprzyjacielem stokroć niebezpieczniej­szym od niedotrzymujących placu Górali, z nieprzyjacielem, przypominającym kampąniję 1812 roku. Tak się do nas wyraził ten szlachetny Wódz, co różne widział przygody, i sam w boju posiwiał.

Od czasu naszego zejścia, pogoda zaczęła nam trwale sprzyjać; w cudnie zieleniejących dolinach było gorąco, — śniegi topniały na niż­szych górach, — a rozłożysty, bielejący śniegiem  Olimp był ciągle jasnym, i ślicznie się zarysowywał na niebios błękicie.

Dnia 13 (25) Czerwca, już przechodziliśmy i przez wąwóz, nazwany Andyjskiemi wrotami[87], i dziwiliśmy się wszyscy, że tak mocnej i do­godnej pozycji Górale bronić nie chcieli.

//148 Kiedyśmy doszli do końca tego wąwozu, spostrzegliśmy w dolinie dwa Andyjskie ogro­mne auły, całkiem w płomieniach i zupełnie przez mieszkańców opuszczone. Nie tylko te dwa auły, nazwane Andi[88] i Gogatl[89], ale i wiele innych, uległo temuż losowi; gdyż całej Andji mieszkańcy, przestraszeni terroryzmem Dszemila, zmuszeni byli z jego rozkazu wynosić się w głąb’ gór z całym swoim dostatkiem, i palić wszystko czego z sobą zabrać nie mogli.

Z góry, z Andyjskich wrót, widzieliśmy jak nasza przednia straż zajęła dwa palące się auły, pod wystrzałami z dział Górali, zebranych W licznej massie za aułami na wysokościach Azał[90].

Tegoż samego dnia, po zajęciu aułów, przez cały nasz oddział, taż sama przednia straż opanowała wspomnione wysokości, z krzykiem hura! — rzuciła się na bagnety, i po walce trwającej nie więcej nad pół godziny, zupeł­nie przepędziła Dszemila, niedoliczającego się wielu swych Miurydów. — My zaś mieliśmy wszystkiego, kilkunastu zabitych i ranionych.

Ku wieczorowi, namioty całego Oddziału //149 najspokojniej bielały na całej dolinie, między dwoma aułami Andy i Gogatl.

Z zajętej przez nas doliny, Andja, o ile tyl­ko sięgnąć można było okiem, nic w sobie po­wabnego nie miała. Miejsce również bezleśne, jak wszystkie te przez któreśmy dotąd przecho­dzili. Do koła wznosiły się biało-żółtawe piasczyste wzgórza i góry, i tylko z jednej strony wysokości Azał, od dołu do grzbietu, zieleniały aksamitem trawy.

Stojąc w obozie, robiłem sobie nieraz to pytanie: czemby się karmiły żołądki stowarzy­szenia. Pytanie to rozstrzygnęło się, kiedyśmy raz robili rekonesans na wysokościach Azał; tam znaleźliśmy ogromną równinę, na której właśnie zieleniały, jeszcze nie dojrzewające ła­ny jęczmienia, prosa i kukuruzy; na tychże wysokościach widzieliśmy piękne, ogromne jezioro, obfitujące w najwyborniejsze ryby. W tych to miejscach, w różnych zakątkach, były gdzieniegdzie siedziby, których mieszkańcy nie poszli z Dszemilem. Widziałem później, jak kozacy wieźli przed sobą dzieci ich na koniach do obozu, mające służyć za Amanatów (zakładników), dopóki Andjanie do swych //150 aułów nie wrócą. Nie mogłem się dosyć napa­trzeć, na tych pięknych chłopaków jadących bez trwogi, i przybranych jakby na jaką fetę, w czerwone jedwabne koszulki z galonami; żałowałem tylko że trudno się było z pewnością dowiedzieć, co się z nimi później stało.

Między Andy i Gogatl, staliśmy całe trzy j tygodnie, a to z tego powodu, że dostawienie żywności z fortecy Śgo Eugeniusza, stawało się coraz trudniejszem.

Cała droga po linii wagenburgów, ciągle była plondrowaną przez Górali, napadających w dogodniejszych dla siebie miejscach na nasze transporty, konwojowane zawsze przez bataljon piechoty, i dwa działa. Prześladowanie to koń­czyło się zazwyczaj u wrót Andyjskich, rzuca­niem z gór kamieni, i najzaciętszą napaścią, na którą zawsze pośpieszało, kilka kompanii piechoty z naszego obozu.

Długie nasze goszczenie w Andji, zrobiło się  nieznośnie monotonnem; z początku, mieliśmy  przynajmniej rozrywkę w ciągłych alarmach. Górale, udawali nie raz w nocy, że serjo chcą  napaść na nasz obóz, a to było jedynie dla tego, żeby nam spać nie dawać.

//151 Zdarzenie, które zaraz opowiem, powstrzymało ich później od podobnej swawoli.

W ciemną, jedną noc, Górale nie chcieli się ograniczyć strzelaniem zdaleka, i dziurawie­niem naszych namiotów, ale umyślili przekraść się do środka obozu. Żeby to uskutecznić, spę­tali konia, i pędząc go przed sobą, sami cicha­czem się do nas zbliżali. Już nie wiem, jaki mógł być rachunek w podobnej strategji, ale trafili na nocny nasz łańcuch, i na całą za­sadzkę. Piechota dała ognia; koń i sam przewódca co szedł pierwszy za nim, zostali na miej­scu, reszta zgrai zemknęła śpiesznie.

Nazajutrz po tem, rozbudził mnie prawdzi­wy jarmark który się uformował niedaleko od mego namiotu; — przedawano tam odzienie, i wyborną w srebro oprawną broń zabitego.

Nie tylu jednak ciekawych zebrała ta przedaż, ilu przed pierwszą linją namiotów, nęciła odcięta głowa nocnego bohatera. Uczestniczą­cy w zasadzce żołnierze, umyślili zrobić z niej pośmiewisko, i śliczna, wybornie ogolona głów­ka, której rysy twarzy prawdziwie arystokra­tyczne, ociemniała pomarańczowa bródka, zo­stała wbitą na wysoką żerdź i wetkniętą w zie­mię.

//152 Dowiedzieliśmy się później, że zabity był starszyna jakiegoś Andyjskiego aułu. Cały ten dzień z daleka pokazywali się Górale, którzy lamentując, i krzycząc na całe gardło, upraszali swych jednowierców w obozie, żeby pochowali zabitego, obiecując za to nie napadać więcej w nocy. Ku wieczorowi, główka i tułuw, zo­stały razem pogrzebane, i rzeczywiście, od tego czasu, spaliśmy w nocy zawsze najspokojniej.

Ale oto nastąpił dzień 6 (18) Lipca, i wraz ze wschodem słońca, cały nasz oddział wyru­szył na Dargo.

Z początku, całą milę, to pod górę, to z gó­ry, szliśmy ciągle po szerokiej, bezleśnej i wy­bornie utorowanej drodze.

Nareszcie, z jednej góry ujrzeliśmy las, za którym widać było ogromny dym palącego się Dargo; — usłyszeliśmy wystrzały z dział, i z rę­cznej broni rozlegające się po lesie.

Ja byłem wtenczas w arier-gardzie, zupełnie swobodnej od wszelkich napadnień. Wystrzały z jednej, i z drugiej strony, trwały prawie sześć godzin; a wieczorem już i moje działo toczyło się po lesie.

O drzewa! drzewa! — jakąż rozkosz sprawiają //153 one, kiedy się ich długo nie widziało. Wyciągałem ramiona, chwytałem gałęzie tych rozłożystych lip, czynarów i dębów, a księżyc świecący jasno upiększał gęsto srebrzące się, szeleszczące ich liście. Kroczyliśmy powoli,— często siadałem na zwalonych stoletnich kło­dach; — cudny las, podczas tej jasnej, ciepłej nocy, wprawiał mnie ciągle w zachwycenie.

Już uszliśmy w lesie z ćwierć mili, i pierwsze ślady boju, któreśmy dostrzegli były zabite konie leżące po drodze; bo polegli wojownicy, jak z jednej, tak z drugiej strony, zostali już sprzątnięci.

Najwięcej krwi wylało się na zawałach, któ­rych z górą dwadzieścia liczono na pół-milowej przestrzeni. Nie w jednem miejscu, zawalona droga pniakami i kłodami, zupełnie krwią była zalana. Największe zaś zawały były w takich miejscach, gdzie przechód, już sam przez się był nadzwyczaj ciasnym, i leżał nad urwiska­mi. Tam piechota nie miała nawet miejsca, rozsypywać się w bokowe łańcuchy, ale od razu musiała szturmować zawały, i wtenczas ze wszech stron, sypał się ogień gwintówek. Górale byli za zawałami, za drzewami, i na­wet //154 na drzewach, między liśćmi, —wszędzie ich było pełno.

Takichto dwadzieścia i dwa zawałów, zdo­były mężne bataliony, idące na przodzie, któ­re po szeanasto-godzinnym marszu, tegoż wie­czora w Dargo stanęły.

Ja zaś, będąc na samym końcu rozciągniętej kolumny, dopiero nazajutrz, o dziesiątej zrana do Dargo zawitałem.

 

//155

X

 

Otóż i Dargo! Piękna mi Stolica ! Wyszedłszy z lasu, spuściliśmy się po nad rzeczkę Aksaj[91], gdzie ciągnie się, prawie na ćwierć mili długa, zielona, nie ocieniona drzewami dolina, otoczona zarosłemi wzgórzami, a miejscami i wyniosłemi drzewy. Na tej dolinie sterczało tu i owdzie rozrzuconych drewnianych kilkadziesiąt chat, i dymiły się szczątki domu Dszemila i jego ar­tyleryjskiego parku. Bliżej ku rzece, płynącej w głębokim, rozłożystym jarze, było jeszcze do trzydziestu ziemianek. To mieszkania żołnie­rzy, już to dezerterów, już wziętych w niewolę; do nich przylegał ogród w którym rosły kartofle //156 i kapusta, warzywa nieznane, i nieuprawiane przez Górali. Otóż i wszystko, co stanowi Dargo!

W tej nieznaczącej dolinie, pod dębem, koło swego mieszkania, na rozesłanym kobiercu, zasiadał Dyktator, roztrząsał sprawy różnoplemiennych swych klanów, stanowił prawa, ma­jące zastąpić panujący tam tylko obyczaj i zwy­czaj. Tam, jak konsul dawnego Rzymu, na wojnie i w pokoju, mając zawsze przy sobie liktorów z wyostrzonemi topory, ścinał głowy jednych przestępców, a innych topił lub kamienował.

Gwałt, kradzież, użycie mocnych napojów, zdradę, związki z nieprzyjaciółmi, i niezacho­wanie ustaw Koranu, zawsze Dszemil śmiercią karał[W]; a za mniejsze przestępstwa, więzienie, karę pieniężną, lub bicie w pięty naznaczał. Kobiety za nieskromne odkrycie twarzy, lub nogi do połowy łytki, zawsze podlegały tej ostatniej karze.

Często za niemoralność dzieci, karał razem //157 i rodziców. Rozpowiadają, że siedząc raz na wspomnionym kobiercu, kazał młodę jednę dziewczynę, za nierządne życie zadeptać noga­mi, matkę zaś jej zmuszał przypatrywać się tej exekucji; a kiedy córka wyzionęła ducha, wy­dał natychmiast wyrok i na matkę, którą w rze­ce utopiono,

W Dargo były dwa więzienia: jedno dla męż­czyzn, drugie dla kobiet, i oba zawsze były na­pełnione, a to z powodu prawa wydanego, dla rozwiedzionych, dla wdów i wdowców zostają­cych jeszcze w kwiecie wieku, a nie chcących wstąpić w powtórne małżeństwo. Takie indy­widua, oprócz zamknięcia, podlegały jeszcze i karze pieniężnej.

W podobnem więzieniu siedziała długi czas i świekra Dszemila, lecz później on sam się prze­konał, że tylko jej szpetność (głośna w górach), była przyczyną, iż jej nikt nie chciał pojąć za żonę; dał jej więc pokój i wypuścił na wolność.

Lecz nie zawsze ścina głowy, więzi i mor­duje ten srogi Dyktator, często napada go skru­cha, zamyka się w swym pokoju, przez kilka dni nie przyjmuje żadnego pokarmu, nie śpi, modli się, wpada w magnetyczne usposobienie, //158 i objawia, że rozmawiał z Mahometem, i Ar­chaniołem Gabryelem. Wtedy wychodzi pod drzewo przed tłum zebranych ludzi, prawi im morały, mówi że wstydzi się za ich postępo­wanie, i według okoliczności, naznacza jałmu­żnę, posty, modły, lub walkę z niewiernymi.

Jedną razą w podobnem będąc usposobie­niu oznajmił, że Mahomet kazał mu obić ma­tkę za to, że się mieszała do spraw krajowych. Przywiązany syn, połowę jej winy sam przyjął na siebie, i kazał się bić w pięty, lecz drugą połowę, wyliczono jak najsumienniej w pięty matki.

Takiemi to szarlataństwy nie głupi ten czło­wiek zwodzi swe klany, i nabiera zwolenników fanatyków, co za jego osobę, i za Miurydyzm, zawsze są walczyć gotowi; lecz rzućmy ogólny rys na reformy i organizacje, które w podle­głych sobie ziemiach wprowadził.

Wielki Dyktator, piszący się teraz Imamem, Władcą Górali, Księciem Dagestanu, i t. d. roz­dzielił wszystkie swoje drużyny, klany i sto­warzyszenia na piętnaście Naibstw.

W każdem z nich, naznaczony przez niego //159 Naib[92] (Namiestnik), jest Naczelnikiem siły zbroj­nej, a razem Rządcą i główną osobą.

Oprócz Naiba, każdy klan ma jeszcze swego duchownego dygnitarza Kadego, do którego należy duchowna i sądowa władza.

Murtaza stanowi trzecią osobę Triumwiratu Naibstwa, ten czuwa nad Naibem i Kadym i donosi Dszemilowi o wszystkich nadużyciach; prawdziwy to Prokuror, sprawiający obowiązki Naiba w razie jego nieobecności.

Wyższej Instancyi żadnej nie ma. Naibów, Kadych, i Murtazów, zawsze mianuje sam Dszemil, w którym się jednoczy najwyższa wojsko­wa, duchowna i cywilna władza.

Mechanizm więc rządu wcale nie zawikłany, a równość stanów wybornie utrzymana, bo i Triumwiraty Naibstw, jeżeli przewinią, można zmienić i bić w pięty, ile się podoba. Niektórzy, formę tego Rządu, gruntując się na tem, że Dszemil jest głową duchowieństwa, błędnie na­zywają Teokracją,— jabym to stosowniej na­zwał Piętokracją, lub Piętowładztwem.

Siła zbrojna Górali, urządzona jest w nastę­pny sposób: w każdem Naibstwie jest trzynastu Miurydów, a każden z nich zawiaduje dziesięcią //160 dymami, z których, w razie potrzeby, staje pod chorągwie Naibstwa, dziesięciu zdolnych do boju. Jedwabne chorągwie Naibstw, różnią sięmiędzy sobą tylko kolorami, na których wyszyte ogromnemi literami, różne wyrzeczenia Koranu.

Tak więc, według tego urządzenia, siła każdego Naibstwa liczyła 3,000 głów, a siła piętnastu takich Naibstw stanowiłaby 45,000, lecz nigdy się nie zdarza, żeby Górale w takich massach zbierali. Różne są ku temu przeszkody, najważniejszą zaś to, że każdy Góral zostaje pod bronią na własnym koszcie, i sam się nawet musi troszczyć o swoją żywność, bo Deszemil nie wiele o tem chce wiedzieć. Góralska ta ruchawka, dzieli się na piesze i konne sotnie, dwusotnie, trzysotnie, czterysotnie i pięciosotnie; każda z nich ma swojego Dowódcę, którego zaraz można poznać po blasze, co ją nosi na piersiach. I tak dowódca sotni ma na piersiach okrągłę srebrną blachę, wielkości dużego medala. Dowódca dwustoni ozdobiony jest równoległobokiem. Dowódca trzechsotni ma trójkąt, i t. d. Wszystkie te blachy mają jednakowe następne arabskie napisy: z jednej strony //161 „Liwreszade” (za męztwo), a z drugie, strony, „Ła błahe illa Ałłah Muhammed ressul Ałłah” (Nie ma Boga prócz Boga, a Mahomet Jego Posłannik). Sam napis na blach dowodzi, że Dowódcy otrzymują je za odznaczenie się w bitwach; za tchórzostwo zaś naszywa się na plecach czerkieski czarna skurzana łatka, i biada temu kto ją dostanie. Góral noszący taką łatkę jest pogardzanym przez wszystkich, nik z nim nie rozmawia, dzieci wyszydzają, a nawet żona nie sypia, i nie jada z nim razem. Łatkę tę można zdjąć wszakże, ale nie inaczej, jak tylko za dowód nadzwyczajnego męstwa.

Dszemil zamyśał o urządzeniu kancelarii do prac cywilnych i wojskowych, miał także zamiar urządzić wyższą szkołę dla Mułłuw, ale zdaje się, że to dotychczas nie przyszło do skutku.

W podwładnych jego Klanach, nie ma żadnych kodeksów, żadnych praw pisanych; rządzą się wprawdzie Szariatem, śle Dszemil ustnie wydaje postanowienia drugiego stopnia, i one to są prawdziwemi prawami Kaukazkich Górali. Panujący dawniej zwyczaj i obyczaj, zastąpiły ustne prawa, wymierzające karę za //162 każde przestępstwo. Zemsta krwi egzystuje i te­raz, ale już nie pokrzywdzony, nie syn, nie brat, ale sam Rząd karze śmiercią winowajcę. Za­bójca odpowiada życiem, lub majątkiem, stoso­wnie do żądania tego, kto za krew mścić się powinien. Skaleczony ma prawo odwetować tymże samym, ale już nie inaczej, jak w assystencyi Rządowej władzy.

Podatki (tak nazywany Zakat), urządzone są w następny sposobi w każdem Naibstwie z pięciu dymów, Naib bierze dwie saby zboża ważące półtora puda, a bydła rogatego ze stu sztuk, dwie wybiera. Połowę tej daniny zosta­wia sobie, a drugą połowę odsyła Dszemilowi. Kady, z każdego dymu bierze jednę sa zboża, to jest siedem i pół funtów. Martazie także jakąś część naznaczono. Oprócz tego, bogaci dają także Dszemilowi zakat z pieniędzy, pra­wo nie naznacza ilości, ale uchylający się bie­rze ciężki grzech na siebie; bo Imam Kaukazki, który jest Panem sumienia, i urządzicielem przyszłego wiecznego żywota swych podwła­dnych, często im wspomina, że każden uchyla­jący się od wnoszenia podatków, nie trafi do Raju, i nie będzie oglądać, ani żółtych, ani zie­lonych, ani niebieskich Hurysek.

//163 Do Dszemila należy także piąta część wojen­nych zdobyczy (Komus), i inny jeszcze dochód, nazwany Bajtunmał, pochodzący z konfiskaty majątków indywiduów skazanych na śmierć, lub zbiegłych do Rossyi. Z tych to dochodów, Imam daje zapomogę Mogadzilom[X]  i wspiera prawdziwie potrzebujących.

Dszemil nie lubi żadnych przepychów, sam dosyć skromne i wstrzemięźliwe prowadzi ży­cie, a nawet prześladuje bogatych marnotraw­ców i rozrzutników.

Dszemil ma dwie żony, jedna z nich Góralka a druga Ormianka, -ta ostatnia została Renegatką, i ma być bardzo piękną; jest to branka z jakichś napadów, jeszcze w latach jego mło­dości.

Syna swego Kazi-Mahometa, Dszemil ożenił z córką Sułtana Ziem Elissu[Y], i ostatniemi czasy, już go zaprawia w wojaczce, zawierza­jąc mu całe oddziały, z czego wnieść można, //164 że ma nawet pretensje dynastyczne; — lecz wróć­my do obozu.

Tegoż samego dnia, to jest 7 (19) Lipca, w pa­rę godzin po przybyciu do Dargo, uczestniczy­łem w rekonesansie, mającym na celu spalenie pobliższych futorów, i przepędzenie Dszemila z zajętej przez niego tuż za Aksajem pozycyi.

Zaraz po południu, kawalerja, pięć bataljonów piechoty i sześć górnych dział z Dargo wystąpiły. Zaledwie wyciągnął się nasz oddział w kierunku ku rzece, Górale koło swych dwóch namiotów rozbitych na wzgórzu skupili się w większe bandy, i zaczęli do nas artyleryjski ogień.

Spuściliśmy się ku rzece, i przeszliśmy ją wbród; jak tylko zaczęliśmy wchodzić na wzgórze, pokryte krzakami i drzewami, Góral­ska piechota, flegmatycznie rejterując się utrzy­mywała ciągle wyborny ogień.

Śród ciągłych strzelań, i odstrzeliwań się, ciągleśmy palili porozrzucane po drodze nie wiel­kie futory, składające się najczęściej z drewnia­nej chaty, i szopy, koło których zieleniało dość podrosłe proso, i sterczały całe zagony wyso­kiej kukuruzy.

//165 Idąc ciągle eszelonami, i torując sobie drogę kartaczami, już zrobiliśmy z ćwierć mili, kiedyśmy doszli do meczetu, stojącego nad drogą, za którym śród gdzieniegdzie rozrzuconych drzew, ciągnął się cały łan kukuruzy, a za nim tu i owdzie, widać było dachy niewielkich szop chat i obór.

Piękny i obszerny meczet, z ciemnego ciosa­nego kamienia, upiększony od frontu różnemi rzniętemi deseniami i arabeskami, ze swej po­wierzchowności mógł już liczyć lat ze sto, i był zupełnie w stylu arabskim. Tuż koło niego, był niczem nieogrodzony cmentarz, składający się z kilkunastu wysokich, od czasu poczerniałych słupków, przebitych włóczniami obwitemi białemi chustami. Żadnych innych nagrobków tam nie było; wypadło więc wnosić, że tylko zabici na wojnie, mogli być pochowani koło te­go meczetu.

Już nie wiem, czy to przypadkiem, czy może umyślnie, ktoś z żołnierzy podpalił tę Mahometańską świątynię, ogień wkradł się we wnątrz, zajęła się kopuła, i kamienne płyty z hukiem i trzaskiem, zaczęły się rozwalać, śród ogromnego dymu.

//166 Pięknąśmy muzykę wtenczas usłyszeli! Gó­rale jakby w jeden głos, dziwacznie, przera­źliwie krzyknęli, i piesi i konni, ze wszech stron rzucili się na nas z obnażonemi szaszkami, kindżałami i różnokolorowymi chorągwia­mi, — które już nie majaczyły przed nami, ale się rozwiewały nad głowami przemieszanych walczących Miurydów i Ruskich żołnierzy.

Długo — długo się ciągnął bój zajadły, nim kartacze artyleryi i rzęsiste wystrzały ręcznej broni, śród dławiącego dymu i kurzawy, zdo­łały dalej naprzód utorować sobie drogę.

W tej to potrzebie, kiedy się dym zaczął na strony rozwiewać, pokazano rai Dszemila, któremu się długo i przez perspektywę i nieuzbrojonem okiem przypatrywałem.

Imam w białym zawoju, z rudą brodą, w zwyczajnej czerkiesce obwieszonej bronią, na siwym koniu, stał dość blizko, prawie nie­ruchomie. I ja, i wszyscy koło mnie od ra­zu mogliśmy go poznać po tych nawiasowych gestach Dowódzcy, i po tem uszanowaniu, z jakiem się do niego zbliżali - -zapewne dla otrzymania zozkazów - w białych zawojach Miurydzi...

//167 Za tę ognistą utarczkę, której tu ledwie kon­tur, do szkiców nakreślony, Czytelnika uni­żony sługa, po sześcio-letniej służbie, awansował na oficera artyleryi polowej.

Zrobiliśmy jeszcze z pół mili, paląc po dro­dze wszystko, co się nadarzało; a później, kie­dyśmy szli nazad do Dargo, Górale tak zajadle na końcowy batalion nacierali, że często trzeba było kartaczami go wyręczać, i aż w parą go­dzin po zachodzie słońca, ale zawsze tegoż samego dnia, i zwycięzko do obozu wrócili.

Dobrze to czasem z biedy i wojować, kiedy człowiek nie głodny, i kiedy się wyśpi należy­cie; i jednem i drugiem byliśmy dotąd zadowo­leni, ale minął wiek złoty, bo fortuna, nie tyl­ko w pokoju, ale i na wojnie ciągle się kołem toczy.

Dnia 10 (22) i 11 (23) Lipca, ostatni tran­sport żywności, wyprawiony z fortecy Śgo Eu­geniusza, po wiadomej drodze wagenburgów, doszedł aż do tego lasu, w którym przednia, straż zdobyła dwadzieścia z górą zawałów.

Na spotkanie tego transportu, wysłano z Dargo kilka batalionów z kilką działami, i wszyst­ko to nie wiele pomogło.

//168 Górale stoczyli krwawy bój na temże sa­mem miejscu, większa połowa koni, na których wieziono żywność i ładunki bojowe, została na zawałach, a wysłane bataliony, zamiast sucha­rów, przyniosły ranionych; nie zostawiając ich na pastwę Górali

Po tej katastrofie, 13 (25) Lipca, spaliliśmy, skoro świtać zaczęło, namioty całego naszego obozu, żeby przez to oswobodzić juczne konie, dla pomieszczenia na nich ranionych, i wyru­szyliśmy z Dargo, nie rejestrując się nazad, ale dążąc naprzód przez Iczkerją[93] do fortecy nazwa­nej Gerzel-Auł[94].

Pierwszego dnia naszego marszu, kiedyśmy już miejscami natrafiali na większe lasy, i gdzie­niegdzie drogi się rozchodziły w różne strony, byliśmy w położeniu daleko gorszem, niż że­glarze na morzu. Żeglarze mają geograficzne mappy, maja igłę magnesowa, my zaś tak so­bie omackiem wędrowaliśmy po tej Iczkerji, która nie tylko że nie znajduje się na żadnej mappie, ale której prócz nieociosanych krajow­ców, nikt dotąd nie widział.

Przednia i tylna straż, ciągle się odstrzeli­wały, wszędzie pełno było Górali, ciągle do //169 nas dających ognia z dział i ręcznej broni, my zaś robiliśmy swoje i szliśmy naprzód.

Ta prawdziwa terra incognito, dostarczała nam jednak korzyści, nic tylko we względzie strategicznym, ale nawet i naukowym; bo nie dość, że topografowie ciągle zdejmowali plany, ale nawet i odległość jak najstaranniej była wymierzana. Pierwszy nasz nocleg był koło aułu Conteri[95].

Dnia 14 (26) Lipca. Las był jeszcze gęstszy znużenie jeszcze większe, w dzień głodno, a w no­cy spać nie dają. Górale stosownie do miej­scowości, już to z dział, już z ręcznej broni strzelają. W nocy biwakowaliśmy koło aułu Issa-Jurt[96].

Dnia 15 (27) Lipca. To już nie las, ale ogro­mna puszcza. Po drodze mnóstwo zawałów. Przednia straż ciągle w zatargach; straż tylna, ani chwili nie ma spokojnej; środek oddziału, składający się z jucznych ciężarów, i zranio­nych, wiezionych na koniach, również napasto­wany.

Po drodze leżało mnóstwo zabitych żołnie­rzy i Miurydów, jeden z tych ostatnich, zadzi­wiał wszystkich przechodzących. Był to //170 olbrzymi Góral, zupełnie nagi, a całe jego ciało bronzowego koloru, wysmarowane było jakąś tłustością.

Żołnierze rozpowiadali, że ten gladjator wy­skoczył z lasu zupełnie nagi, uzbrojony tylko dwoma kindżałami, i sam jeden, zrobił wielkie zamieszanie między pociągami.

Gladjator zabijał konie i prowadzących je żołnierzy, zdejmował juki, które rzucał w ur­wisko, miano go w reku dwa razy, ale się wy­śliznął, poległ od czterech kul, które podziu­rawiły mu piersi.

Długo się przypatrywałem temu olbrzymo­wi, przypominającemu zupełnie Brobdignagów z podróży Gulliwera. Już późno w nocy zdą­żyliśmy do pustego aułu Alleroj.

Dnia 16 (28) Lipca. Takiż las, takież zawały, i takiż bój na całej linii oddziału.

W tym dniu byłem na samym przejdzie, to jest za pierwszym batalionem przedniej straży.

Po zdobyciu zawałów; po przejściu większe­go lasu, w południe, wydobywaliśmy się na niewielką polanę, zasadzoną żółciejącą kukuruzą. Z prawej strony, za tą polaną, był głę­boki jar, nad którym i za którym, wznosiły się //171 czynary, lipy i dęby, z ślicznemi rozłożystemi konary, i gęstemi liśćmi.

Pierwszy batalion już zupełnie wyszedł z la­su, z małego pagórka wtłoczył się na polanę, i został osypany gradem kul.

Pierwszy batalion, sądząc że ma zawały do wzięcia, pobiegł naprzód, żeby się rzucić na bagnety; lecz zawałów nie było, i żołnierze przebiegłszy polanę, po drodze weszli na tuż leżące, lesiste wzgórze żeby zająć pozycję.

Moje działo, dążące wślad za batalionem, już miało wejść na polanę, gdy w tym momen­cie również było osypane gradem kul. Oba konie górnego działa, idące jeden za drugim[Z], były zabite na miejscu, również jak i kanonierowie, co je prowadzili; dostrzegliśmy tylko dym, między liśćmi drzew, nad jarem, i za jarem.

//172 W tej alternacie jedno tylko zostawało do zrobienia, odprzodkowaliśmy działa, postawiliśmy je na pagórku, z którego tylko cośmy się chcieli spuścić i osypywaliśmy kartaczami drze­wa, na których zasiadły niewidome ptaszki — Górale.

Upłynęło nie więcej, jak kwadrans czasu, a w naszym plutonie było ogromne zniszczenie, oficera mieliśmy ranionego, artylerzyści kolo dwóch dział, leżeli zabici lub ciężko ranieni.

Koło pierwszego działa, ja tylko jeden zo­stałem, a koło drugiego stał jeszcze bombardjer, i jeden młodszy kanonier. Mnóstwo ofice­rów wysłanych, żeby się dowiedzieć o przyczy­nie zatrzymania się całego oddziału, poległo tuż na miejscu, za zbliżeniem się do owych dział.

Nabojów już nie było w kiesonach, wszystkie były wystrzelane.

Kilku kanonierów od jucznych kiesonów, w różnych pozycjach leżało zabitych lub cięż­ko ranionych, równie jak i konie, które i po śmierci niektórzy zabici tuż za nami w ręku trzymali. Wszystko było w wielkim nieładzie //173 Dawały się słyszeć krzyki, żeby następne dwa działa wydobyły się z lasu, i nasze miej­sce zajęły; krzyczano również, żeby Saperzy szli naprzód.

Z rąk zabitego leżącego kanoniera, wziąłem zapalony lontownik, wetknąłem go w ziemię, i mocno zmęczony, położyłem się koło działa. Nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem się lepiej wpatrywać w te drzewa, z których co chwila mogłem być kulą ugodzony. Rzecz była widoczna, że ztamtąd strzelają, bo ciągle się pokazywał niewielki dym z panewek, któren się rozściełał między gęstemi zielonemi liśćmi, ale postaci ludzkich w żaden sposób nie można było dostrzedz. Dziwne te Iczkieryńskie drze­wa, chyba w poezjach wschodu, można znaleźć coś do nich podobnego..... Gdy tak rozmy­ślałem, usłyszałem za sobą następne słowa:

̶          Uszy do góry, i lont na pogotowiu, — nie od rzeczy powiedziawszy — no jakże się mie­wamy ?

̶          Jak się masz Walenty, — powiedziałem,— a cóż, czyś zdrów, cały?

Ale cały, pozawczoraj otrzymałem //174 plejzyr w lewe ramio, ale to nic, wczoraj, i dzisiaj jest gorzej.

̶          ­Cóż, znowu zostałeś ranionym ?

̶          Ale nie, tylko nareszcie przekonałem się, że nigdy w życiu nie byłem w takiej tarapacie, — nie od rzeczy powiedziawszy — nicby to nie znaczyło, ale to źle, że mam przeczucie.­­

̶          Jakież to przeczucie ?

̶          Nie szczególne, bo takie że nie wyjdę z Iczkierji.

̶          ­Co tam prorokujesz, Bogu to tylko wia­domo, ale lepiej zejdź z tego miejsca.

̶          Zaraz pójdę dalej, bo to każą iść na­przód, mam tylko kilka słów do powiedzenia.

̶          Walenty zamyślił się, położył się koło mnie, i milczał prawie całą minutę, później tak się znowu odezwał.

̶          Mówiłem panu kiedyś, że mam dwa ty­siące złotych, złożonych w Tyflisie u księdza, a rewers na nie chowa się u płatnika, mówi­łem już o tem  i Gołębioskiemu[97] z naszej kompanji. Otóż chciałbym, żeby ta sumka jemu się dostała po mojej śmierci.

̶          Dajżeż mi pokój z twoim testamentem.

̶          //175 Chciałbym, żeby się dostała Gołębioskiemu, z jednym tylko warunkiem, wcale dla nie­go nie uciążliwym. Nie od rzeczy powiedzia­wszy, chciałbym żeby się ożenił z moją chrze­stną córką Józią, bo to od dawna do siebie wzdychają. Przypominasz pan sobie, tę wyso­ką blondynkę z niebieskiemi oczyma, pan ją znasz trochę, a przynajmniej widziałeś, kiedy jedną razą przynosiła obiad swemu ojcu, zo­stającemu w tym dniu. na służbie w koszałkach. Pamiętam nawet, powiedziałeś pan o niej, że nie tylko z twarzy, ale nawet z ruchu, poznać można, że musi być z nad Wisły, lub z nad Wilji. Otóż to ta sama Józia. Piękna to będzie para tych prawdziwych gołąbków. Chciałbym, żeby za te dwa tysiące kupili domek, i żeby sobie żyli jak Pan Bóg przykazał. Chciałbym jeszcze, kiedy pan wrócisz do Kraju.....

Walentemu kręciły się łzy w oczach, odwrócił się odemnie, i nic więcej nie mówił.

̶          Co ci jest kochany Walenty! — zawoła­łem.

Walenty milczał.

Sądząc że mu się źle zrobiło, przysuwam się, patrzę; dostrzegam kulę która tylko co ugo­dziła //176 go w prawe skronie!! Nie dosłyszałem nawet tego wystrzału, bo i z jednej i z drugiej strony ciągle strzelano. Podniosłem go, krew się polała, — zawołałem na żołnierzy, żeby z ni­mi odnieść go na stronę i opatrzeć ranę, — ale Walenty już nie żył!! — Bez jęku, bez drgnie­nia nawet, w Iczkierji jak przeczuwał, zakoń­czył swe życie, ten dziwnie poczciwy wojak!

Przyszły inne cztery działa, poczęły rzęsisty ogień; drugi z porządku batalion wtłoczył się na polanę, zamiast koni piechota pociągnęła działa mego plutonu, i złączyliśmy się na wzgó­rzu z pierwszym batalionem.

W pół-godziny później, musiano ptaszków wystrzelać, — bo i cały oddział ruszył naprzód.

Zrobiliśmy jeszcze prawie ćwierć mili, i przed zachodem słońca stanęliśmy w ogromnym aule Szauchał-Berdy[98], —rozrzuconym na spadzistości wzgórza, otoczonego zewsząd lasami.

Tuż za aułem, płynął w głębokich urwiskach znajomy nam Aksaj, a za nim widniał nowy Góralski oddział, już oczekujący na nasze przy­bycie. Zapewne jakiś Naib; nie uczestniczący jeszcze z swym klanem w ruchawce, wywiózł na nasze spotkanie, swe chorągwie i działa.

//177 17 (29) Lipca. Po szczęśliwej nocy w której mogliśmy trochę zasnąć, — weszło słońce, prze­tarliśmy oczy, i usłyszeliśmy na dzieńdobry, pękające koło nas granaty (smaczne owoce), puszczone na nas z trzech dział z za Aksaja.

Granaty ciągle pękały koło nas, my zaś nie odpowiadaliśmy, bo prochu nie stało. Oddział nasz nie rusza się z miejsca; rozpatrzmy więc lepiej miejscowość.

Bagatela! — Przed nami w lesie, na drodze, takie zawały, że przy zupełnem znużeniu nasze­go oddziału, już i myśleć nie można o ich zdo­byciu. Z jednego wzgórza, nie tylko przez lu­netę, ale i nieuzbrojonym okiem, łatwo je by­ło zauważyć

Książe-Namiestnik i w tej krytycznej kata­strofie umiał się wybornie rozporządzić. Przy­szedłszy do Szauchał-Berdy, w nocy wysłał cichaczem rozkazy do fortecy Groźnej, zaleca­jące żeby cztery bataliony piechoty i sześć dział, jak najżwawiej wystąpiły do Szauchał-Berdy.

Sześciu Azjatów, zostających przy Sztabie, i znających dobrze język miejscowy, podjęło się załatwienia tego ważnego ale niebezpiecznego polecenia.

//178 Rozkazy były wydane na trzech małych kar­teczkach, ale żeby Azjaci nie zdradzili, rozdzie­lono ich na trzy pary, każdej parze wręczono karteczką, i dodano jednego żołnierza, przebra­nego po Góralsku. Tak więc po trzech, trzema różnemi manowcami, śród otaczających nas ze­wsząd nieprzyjaciół, wysłani mieli się przebić do pożądanej fortecy.

Rozumie się, że ten fortel był wtenczas w sekrecie, a w obozie rozpuszczono pogłoskę, że Książe oczekuje na oddział, któren według marszrutu, powinien przybyć do nas nazajutrz.

Dnia 18 (30) Lipca. Cały oddział w oczeki­waniu. Granaty ciągle między nami pękają, szczęśliwym trafem, prawie nie szkodzą lu­dziom, zabijają tylko mnóstwo koni. W połu­dnie głód przemógł zupełnie, i w obozie, na ogniskach zaszypiały kociołki —z żylastą, sinowatą koniną.

Dnia 19 (31) Lipca. O siódmej z rana, w oddziale, idącym z Groźnej, już dawały się słyszeć wystrzały, z dział, o ósmej wystrzały były bardzo dobitne, o dziewiątej, usłyszeliśmy wy­strzały z ręcznej broni; o dziesiątej, zobaczyliśmy Górali zmykających z lasu, z  zawałow, //179 i przeprawiających się za rzekę; a trochę pó­źniej, już widać było dążący ku nam oddział.

W naszym obozie prawdziwy alarm radości,

              wtenczas już nie żałując ostatnich nabojów, silną kanonadą odpowiadaliśmy na wystrzały z za rzeki. Obóz nasz ruszył się z miejsca, i przednia straż, w przeciągu całych trzech go­dzin, oczyszczała przygotowane dla nas zawały. Droga tak była zawalona, że z początku nawet, piechota w żaden sposób przejść nie mogła.

Łatwo sobie wyobrazić, coby z nami było, gdyby przyszło te zawały pod ogniem nieprzyjacielskim szturmować.

Wieczorem byliśmy już w rzadszym lewie, i rozłożyliśmy się obozem koło uroczyska Miskitu[99].

Dnia 20 Lipca (1 Sierpnia). Las coraz rzad­szy, Górale prześladując nas coraz mniej ener­gii okazują.

W południe odpoczywaliśmy już na równiej­szem miejscu, gęsto pokrytem krzakami.

Później krzaki były coraz rzadsze i Górale już się nie pokazywali; weszliśmy na Kumykską płaszczyznę[100], zupełnie pustą i równą, i przed nami stanęła forteca Gerzel-Auł.

//180 O godzinie piątej zbliżaliśmy się do fortecy, salutującej i dymiącej ze wszystkich swych dział. Książe-Namiestnik na przodzie, z całym swym sztabem, tuż za nim półkowa muzyka, grająca rzęsistego marsza, za którą maszero­wały piesze bataliony i plutony artyleryi, a na samym końcu kawalerja. Wszyscy się podrównali, radość ożywiła wynędzniałe fizjognomije, i ani sposób było poznać, że to ci sami co przed godziną tak wyglądali, jakby wracali z pól Elizejskich.

 

 

 

 

 

KONIEC


 

Indeks nazw osobowych i geograficznych

Numeracja odwołuje się do oryginalnej paginacji stron

 


Abchazja, 115.

Abdel-Kader (Abd al-Kadir): 89.

Abu-Nuncal (Abu Sułtan Chan I): 78-83.

Achned-Chan: 130.

Ajmaki, auł: 129 .

Aka-Szura, auł: 93, 101.

Aksaj, rzeka: 155, 164, 176-177.

Akusza, wieś: 81, 91-92, 101, 109, 122.

Akuszyńsko-Cudacharskie Chaństwo: 81, 90, 115.

Alleroj, auł: 170.

Andi, auł: 148-150.

Andja, region: 137-139, 147-150.

Aslan ibn Shamardan: 69-71.

Awaria: 77-80, 121-122.

Bakijskie Chaństwo: 122.

Barkul, auł: 107.

Buinak, auł: 6.

Buchara: 60-61.

Chadży Izmail Effendi: 59-60, 62-63, 76.

Chadży Murat: 81-86.

Chas Muhammad al-Shirwani: 60-62, 76.

Conteri, auł: 169.

Cudachar (Cudahar), wieś: 109, 113, 115.

Czecznia (Czeczenia): 57-58.

Czyrkiej, auł: 27, 34, 40- 41, 44, 49-51, 135, 136.

Dagestan: 69, 71, 81, 93.

Dargo: 135, 152, 154-157, 164, 167-168.

Derbencka prowincja: 6.

Derbent: 5, 90.

Dergebil (Gergebil): 123, 125.

Dszemil (Imam Szamil): 12, 45, 55, 80, 86-87, 91, 107-108, 121, 135, 138, 148-149, 155-166.

Dżendutaj, wieś: 130-132.

Egipt: 7.

Eichwald Karl: 114.

Frankilin John: 146.

Gerzel-Auł: 168, 179.

Gilli, auł: 6, 8.

Gimry (Himry), auł: 74.

Gogatl, wieś: 148-150.

Gruzyia ( Gruzja: 22, 121.

Gubetowski Rejon: 137-138.

Hamzat-bek: 77-87.

Hokh (Hocatl), auł: 77.

Hunzah (Chunzachu), auł: 81.

Iczkeria: 168, 174, 176.

Indostan: 7.

Isai-Jurt, auł: 169.

Jarag, auł: 60-61, 63, 66, 69, 71, 73.

Kajakent, auł: 6.

Karabudaken, auł: 6, 8.

Karadach (Karadakh), wieś: 122, 123.

Kaukaz – słowo pominięte

Kazikumski Chanat: 69.

Kazikumskoje Kojsu, rzeka: 123.

Kazi-Mahomet: 163.

Kazim-Kent, auł: 69.

Kiurdemir, auł: 59, 62.

Kiuryńskie Chaństwo: 60, 62.

Klaproth Julius Heinrich: 114.

Kara-Kajsu, rzeka: 116-117, 123 .

Kojsu, rzeka: 51.

Kubań: 31.

Kubecza, (Kubaczi) auł: 114-115.

Kubijskie Chaństwo: 122.

Łowasz, auł: 103-104.

Macha, auł: 111, 113.

Machmud-Jawa: 83.

Mahomet (Muhammad ibn Abd Allah ibn Abd al-Muttalib): 57-58, 158.

Malte-Brun Conrad: 144.

Mechtulińskie Chaństwo: 91-92, 104, 130.

Miczykale: 138.

Miskitu (Meskety), wieś: 178.

Muslim-Auł: 15.

Olizarowski August: 108,.

Oma-Chana: 78, 79

Pachu-Bike: 78, 80.

Pasek Diomid: 93-95.

Persyja (Presja): 22, 60.

Rossyja (Rosja): 55, 59, 77, 78, 91, 163.

Sałatawija: 137.

Sałta, auł: 117.

Senguszko Roman Adam Stanisław: 30.

Stanhope Hester: 57.

Sulejmany, wieś: 60.

Sułak, rzeka: 27, 33, 38, 40-41, 136.

Szamacha: 7.

Szeich Mansur: 57-59.

Szowchał-Berdy, auł: 176-177.

Szyrwan: 59.

Temir-Chan-Szura (Szura) bujnaksk: 6, 15-16, 19, 21, 24, 26, 90, 92, 101, 122, 131-132.

Turcja: 60-61.

Tyfilis (Tbilisi): 6, 174.

Welykent, auł: 6.

Woroncow Michaił : 138.

Zonak-Bak: 143.

 

Projekt „Biblioteka Kaukaska” został zrealizowany przez Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie przy współpracy Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Jest to przedsięwzięcie mające na celu ułatwienie dostępu do najcenniejszych źródeł historycznych związanych z obecnością Polaków na Kaukazie w XIX wieku oraz popularyzację wiedzy na temat dorobku naukowego i kulturalnego polskich zesłańców i podróżników.

Twórczość ta przybierała różne formy. Wśród dzieł tamtego okresu odnaleźć odnajdziemy, pionierskie prace naukowe, jak również literaturę pamiętnikarską będąca doskonałym źródłem poznania ówczesnego Kaukazu a także losu licznych polskich zesłańców odbywających służbę wojskowa w carskiej armii. W stołecznym Tyflisie podtrzymywano polonijne życie kulturalne, którego efektem była działalność nieformalnej polskiej grupy Poetów Kaukaskich. Jej przedstawiciele pozostawili liczną i wartościową spuściznę poetycką oraz prozatorską, bogato czerpiącą z egzotycznego otoczenia. W ramach realizacji projektu wybrano do opracowania utwory o decydującym znaczeniu dla podjętej tematyki tj.:

§     Szkice Kaukazu Michała Butowda Andrzejkowicza ,

§     Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854, Karola Kalinowskiego,

§     Szkice z Gruzji Artura Leista,

§     Kilka badań geologicznych i dziejowych Kaukazu Juliusza hr. Strutyńskiego,

§     Poezje i Szkice Kaukazu Władysława Strzelnickiego oraz

§     Poezje Tadeusza Łady Zabłockiego.

Utwory poddano digitalizacji a następnie konwersji na tekst. Dla wygody czytelników wszystkie dzieła są dostępne na stronie projektu

www.kaukaz.edu.pl

w różnych formatach umożliwiających lekturę w przeglądarce, na komputerze, czytniku ebooków czy tablecie. Wstępy sporządzili uznani badacze z zakresu historii, etnografii i literatury przybliżając epokę, kontekst powstania utworu i jego autora.

Mamy nadzieję, że zaprezentowane utwory zainteresują szerokie grono odbiorców i przypomną nieco zapomnianą kartę z dziejów polskiej historii. Wierzymy, że to przedsięwzięcie ułatwi historykom, literaturoznawcom czy kulturoznawcom prowadzenie badań naukowych poprzez łatwy dostęp do unikalnej spuścizny naukowej i kulturalnej będącej doskonałym źródłem poznania dziewiętnastowiecznego Kaukazu i Polaków którzy tam przebywali.

Przypisy



ozdział VIII                         4

 



[A] Toj, wieczór, bal na którym tańcują, i chórami impro­wizują śpiewy. (Literami oznaczono przypisy autora).

[B] Alluzija do łatek, które Dszemil każe Goralom naszywać za tchórzostwo.

[C] Kunak, gość, ten co jadł i pil razem z Góralem. Kunak jest zawsze pod protekcją swego gospodarza chociażby był Chrześcianinem.

[D] Sztab— Kwatera Abszerońskiego Pułku, i Górnej Bateryi.

[E] W chwili, gdy to piszę w Dżełał-Ochły, w prawdziwem azjatyckiem pustkowiu, odbieram z Szury -wiadomość, że opisany  kościół, istniejący podczas mego tam pobytu, został zniesionym, bo niedóść był wielkim. Na temże samem miejscu, z dobrowolnych składek, wymurowano inny, daleko większy i ozdobniejszy. Nowy kościół już jest zewnątrz i wewnątrz zupełnie skończony i już w nim odprawia się nabożeństwo.

[F] Góralskie gwintówki sięgają nadzwyczajnie daleko, to zależy od sposobu ich nabijania: kula obwija się małym kawał­kiem płótna, macza się w jaką kolwiek tłustość(którą Góral zawsze ma przy sobie), i zabija się w lufę za pomocą młotka.

[G] Żółta dla otrzymania nowych rozkazów, również jak i spieszący z doniesieniami, nie tracą czasu na rozpytywanie się gdzie się Sztab znajduje.

 

[H] Mieszkańcy jakiś czas wahali się z powrotem do swego aułu, jedynie dla tego żeby wytargować zwrócenie czter­dziestu tysięcy, swych góralskich, tłusto-ogonowych baranów i owiec. Na nieszczęście układy ich do niczego nie posłużyły, i cała odbita trzoda rozdzieloną została między różne auły dawniej przez Czyrkiej okradane i grabione.

[I] Assassini, Assissini, les Assassins; wiadome nazwisko strasznej Mahometańskiej sekty, które pozostało w wielu Europejskich językach,  dla oznaczenia chytrego zabójcy i zdradliwego rozbójnika. To nazwisko, nadane im było przez rycerzy krzyżowych, od arabskiego słowa Chaszysziin, to jest używających konopi (Chaszysz), sprawiających też same skutki, co i opium. Ich naczelnik (le Vienu de la Montagne) posiadał nieograniczoną władzę, na jego skinienie, Assasiny nie tylko zdradliwie truli i mordowali nieprzyjaciół, ale nawet topili samobójczo kindżały we własnych sercach, jeżeli tego od nich wymagał. Sekta ta założona przez Hassana-ibin-Sabaga przy końcu XI wieku, trwała sto siedemdziesiąt kilka  lat, brała haracze z panujących na wschodzie Władców, i miała swem posiadaniu, fortece, zamki i miasta.

[J] Znamienity ten rumak, miał postać konia, twarz  kobiety, i skrzydła ogromnego ptaka; to ten sam Barrak, na którym według tradycji, Mahomet nie raz podróżował do Nieba.

[K] Według tejże tradycji, tak nazywają konia Archanioła Gabryela.

[L] Miurydyzm, sekta wojenno-ascetyczma, zasadza się na Tarygacie, to jest na tej części Koranu, w której wykłada się nauka panowania nad namiętnościami. Miurydyzm był da­wniej w Persyi wyznawanym. W roku 1598 (906, Mahometańskiej ery) doszedł tam do takiej potęgi, że Miurszyd (Mistrz sekty), Izmail Safi owładnął tronem Szachów, i ugruntował w Persyi swoją Dynastyę.

[M] Górale należą do Sekty Sunui, a Mahometanie Zakau­kazkich Prowiucyi najczęściej są Szahitami; z tego powodu, na pierwszych wywiera wpływ Tureja, a na drugich Persja. Górale nieraz utrzymują, że Turcy już zdobyli Krym, i że wkrótce przyjdą im na pomoc.

[N] Część Koranu, w której wyjaśnione obowiązki zdarzyć się mogące w różnych okolicznościach życia prywatnego. Szariatem nazywają też juryzdykcje sądowe najczęściej złożone tylko z osób stanu duchownego; są to jedyne sądy, do których z dobrej woli udoją się Kaukazcy Mahometanie — Takie Szariaty znajdują się na Kaukazie prawie po wszystkich Mahometańskich miasteczkach.

[O] Czylla, czterdzieści dni.

[P] Gazawat, wojna święta.

[Q] Gazi oznacza prowadzącego ś. wojnę, a Imam to głowa duchowieństwa.

[R] Kazi, to przekręcone Gazi; właściwie wypadało go na­zywać Gazi-Mułła.

[S] Mleczny brat (Imczek), zostaje w wielkiem poszanowa­niu u plemion Kaukazkich; to znaczy u nich tyleż co i naj­bliższe pokrewieństwo.

[T] W pierwszym razie, zmarły, miałby tylko zwyczajny kamień grobowy.

[U] Kojsu, po tatursku znaczy dosłownie barania woda tych Kojsu jest kilka w górach.

[V] Otóż i wszystko, czem się żywią prawdziwi Kaukazcy Górale. Żyto i pszenicę sieją, miejscami, tylko w bogatszych i ucywilizowańszych prowincjach.

[W] Oprócz tego, Miurydzi bywają jeszcze karani śmiercią za palenie tytoniu i zażywanie tabaki.

[X] Mogudzil, tak nazywają Mahometańskich emigrantów z krain podległych Rossyi.

[Y] Sułtan Ziem Elissu, rządził wprzódy swym kraikiem, i był Jenerałem Rossyjskiej służby; w roku 1844 przyjął Miurydyzm, przeszedł do Dszemila i został Naibem.

[Z] Uprząż górnych dziesięcio-funtowych dział, inną jest zupełnie niż polowych. Górne działo ciągną dwa konie, osio­dłane jucznemi siodłami, idące jeden za drugim, trzeci koń od działa, również osiodłany, prowadzony jest za jucznemi kiesonami. Jeżeli droga tak jest wazką, że działo nie może przejść, wtenczas je rozbierają i kładą na juki. Na pierwsze­go konia kładzie się samo działo, na drugiego lawet, a na trze­ciego dwa koła.



[1] Derbent – miasto w Dagestanie. Swoją nazwę oznaczającą z języka perskiego „zamknięte wrota”, zawdzięcza strategicznemu położeniu między łańcuchem górskim Kaukazu a wybrzeżem Morza Kaspijskiego.

[2] Welykent (ros. Великент) – wieś w Dagestanie, 28 km na północny zachód od Derbentu.

[3] Kajakent (ros. Каякент) – wieś w Dagestanie, 80 km na południe od Machaczkały.

[4] Buinak – miejsce niezidentyfikowane.

[5] Karabudaken ( ros. Карабудахкент) – wieś w Dagestanie, 30 km na południe od Machaczkały.

[6] Gili (ros. Гелли) – wieś w rejonie Karabudahkent w Dagestanie.

[7] Temir-Chan-Szura (ros. Темир-Хан Шура) – nazwa obowiązująca do 1917 r.  - współcześnie Buinaksk (ros. Буйнакск) – miasto w Dagestanie, 41 km od Machaczkały.

[8] Tyflis – rosyjska nazwa Tbilisi, stolicy Gruzji obowiązująca w latach 1845-1936. 

[9] Tjurk – język turkijski.

[10] Bajaderki – tancerki z Szemachy. Termin Bajaderki jest zapożyczeniem z języka francuskiego które po raz pierwszy użył Grigorij Gagarin, rosyjski malarz, który uwiecznił tancerki na serii obrazów.

[11] Imam Szamil (ur. ok. 1796 – zm. 1871), przywódca islamskiego państwa obejmującego tereny dzisiejszej Czeczenii i Dagestanu. Trzeci imam Imamatu Kaukaskiego w latach 1834-1859.

[12] Prawdopodbnie chodziło o Muslim-auł, nazwa obowiązująca do XX w. – współcześnie Atlanaul (ros.  Атланаул ), wieś 2 km od Binakska.

[13] Nukierzy – określenie w odniesieniu do ludów Azji Środkowej i Kaukazu oznaczające sługę.

[14] Szyldwach – wartownik, strażnik, żołnierz na warcie.

[15] Sułak (ros. Сулак) – rzeka w Dagestanie o długości 144 km. Tworzy się ze zbiegu rzek Awarskiego Koisu oraz Andyjskiego Koisu. Uchodzi do Morza Kaspijskiego.

[16] Czyrkej (ros. Чирке́й) – wieś w Dagestanie nad rzeką Sułak, 25 km od Buinakska (ros. Буйнакск).

[17] Postać niezidentyfikowana.

[18] Prawdopodobnie książę Roman Adam Stanisław Senguszko (ur. 1800 - zm. 1881), patriota, działacz społeczny. Za udział w powstaniu listopadowym został zesłany na Sybir a następnie na Kuakaz. Został oficerem armii rosyjskiej i po 14 latach powrócił do kraju.

[19] Kubań – rzeka w południowej Rosji o długości 906 km. Źródła rzeki znajdują się na stokach Elbrusu a uchodzi do Morza Azowskiego. Czasem terminem Kubań określa się tereny położone w jej bezpośrednim sąsiedztwie.

[20] Sardar –  wyraz pochodzenia perskiego, oznaczający władcę.

[21] Tamburmajor – dowódca orkiestry wojskowej.

[22] Damon z Pytiasem – postacie z mitologii greckiej symbolizujące zaufanie i przyjaźń.

[23] Kojsu –  nazwa kilku rzek w Dagestanie. Autorowi prawdopodobnie chodziło o Andyjskie Kojsu (ros. Андийское Койсу) – rzekę na pograniczu Gruzji i Rosji. Lewy dopływ Sułaku.

[24] Lady Hester Stanhope (ur. 1776 – zm. 1839), brytyjska podróżniczka. Jej wyprawa archeologiczna do Aszkelonu w Ziemi Świętej jest uważana za pierwsze nowoczesne wykopaliska archeologiczne na tym terenie.

[25] Marabut – w Islamie przywódca Dychowy uznawany za świętego, często o przypisywanych nadprzyrodzonych mocach.

[26] Mansur (ros. Шейх Мансур) (ur. 1732 – zm. 1794), szejk a następnie imam, przywódca Górali Kaukaskich w wojnie z Rosją w latach 1785-1794.

[27] Hadżi Ismail Effendi (ros. Исмаил Ширвани) (ur. 1782 – zm.  ),  islamski uczony, odebrał staranne wykształcenie w Bagdadzie i Stambule. Odbył pielgrzymki do Mekki, Medyny i Jerozolimy. Po powrocie do rodzinnego Kiurdamiru w chaństwie szyrywańskim, rozpoczął nauczanie sufizmu. Założyciel kaukaskiego bractwa Nakszbandija.

[28] Muhammad al-Jaragi (ros. Мухаммад Ярагский) (ur. 1771— zm. 1838), islamski duchowny, uczeń Chas Muhammad al-Shirwani (ros. Хас Мухаммад Ширвани). Często uważany za twórcę miurydyzmu. Jego uczniami byli późniejsi imamowie kaukascy: Gazi Muhammad (ros. Гази-Мухаммад), Imam Szamil i Hamzat-bek (ros. Гамзат-бек).

[29] Chas Muhammad al-Shirwani (ros. Хас Мухаммад Ширвани) (ur. 1786 – zm. 1844), islamski duchowny duchowny pochodzący z Szyrywania.  Uczeń Hadżi Ismaila Effendi (ros. Исмаил Ширвани), którego nauki rozpowszechnił w Dagestanie.

[30] Kadi – sędzia muzułmański wydający wyroki na podstawie prawa muzułmańskiego tj. Szariatu.

[31]la ilaha illallah muhammad rasul allah” - tzn. "Nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem" – Shahada, muzułmańskie wyznanie wiary.

[32] Prawdopodobnie Aslan ibn Shamardan (ros. Аслан ибн Шахмардан), chan Kazikumskiego chanatu w latach 1820-1836.

[33] Kazim-Kent – prawdopodobnie Kasumkent (ros. Касумкент) – wieś w południowym Dagestanie.

[34] Gimry (ros. Гимры) – wieś w Dagestanie. W Gimrach urodziło się dwóch przywódców Immamatu Kaukaskiego, Gazi Muhammad oraz Imam Szamil.

[35] Gazi Muhammad (ros. Гази-Мухаммад) (ur. 1795- zm. 1832), znany również jako Kazi Mułła, islamski duchowny, pierwszy imam Imamatu Kaukaskiego w latach 1829-1832 obejmującego tereny dzisiejszego Dagestanu i Czeczeni.

[36] Hamzat-bek (ros. Гамзат-бек)(ur. 1789 – zm. 1834), drugi imam Imamatu Kaukaskiego w latach 1832-1834 obejmującego tereny dzisiejszego Dagestanu i Czeczeni.

[37]Awaria – nazwa regionu w Dagestanie na pograniczu Czeczenii, Dagestanu i Gruzji. Nazwę zawdzięczał Awarom narodowi pochodzenia kaukaskiego, drugiego pod względem liczebności na Kaukazie Północnym. Silny ośrodek oporu przeciwko władzy rosyjskiej na Kaukazie.

[38] Prawdopodobnie Hokh, wieś w Dagestanie oddalona o 9 km od wsi Gunib (ros. Гуниб).

[39] Prawdopodobnie Abu Sułtan Chan I (pan. 1828-1834) nieletni władca, w imieniu którego sprawowała władze jego matka, regentka  Pachu-Bike (ros. Баху-бике I).

[40] Pachu-Bike (ros. Баху-бике I) regentka i Chan Awarski w roku 1834. Córka Umma Chana IV (pan. 1774-1801) wdowa po chanie awarskim Achmet-chanie. Zamordowana wraz z synami na rozkaz Hamzat-beka.

[41] Kaukaskie określenie Rosjanina.

[42] Chunzach (ros. Хунзах) – wieś w zachodnim Dagestanie.

[43] Akusza (ros. Акуша́) – wieś w Górskim Dagestanie.

[44] Chadżi-Murat (ros. Хаджи-Мурат) (ur. ok 1790 – zm 1852), przybrany brat awarskich chanów, jeden z liderów walki zbrojnej przeciwko Rosji. Naib Imama Szamila.

[45] Mleczni braćmi są dwaj niespokrewnieni chłopcy, których karmi piersią matka jednego z nich.

[46] Mahmud-Jawa – nic więcej na temat tej postaci nie udało się ustalić.

[47] Abu-Nuncał nic więcej na temat tej postaci nie udało się ustalić.

[48] Abd al-Kadir (ur. 1808 – zm. 1883), arabski emir, organizator i przywódca plemion algierskich z kolonizacją francuską.

[49] Chanat Mechtuliński państwo istniejące na terytorium dzisiejszego Dagestanu ze stolicą w Dżengutaju ( ros. Дженгутай). W XIX w. chanat został przyłączony do Rosji i ostatecznie zlikwidowany w 1867 r.

[50] Diomid Pasek (ros.  Диоми́д Пассек) (ur. 1808 - zm. 1845), rosyjski generał uczestnik Wojny Kaukaskiej.

[51] Miejsce niezidentyfikowane.

[52] Współczesne Lewaszi (ros. Леваши) wieś w Dagestanie położona 67 km od Buinakska.

[53] Miejsce niezidentyfikowane.

[54] August Olizarowski (ur.1811- zm. 1879), polski poeta, absolwent liceum krzemienieckiego, uczestnik powstania listopadowego wyemigrował do Europy Zachodniej. Autor dramatów, powieści poetyckich i wierszy.

[55] Miejsce niezidentyfikowane.

[56] Cudahar (ros. Цудахар) – wieś w Dagestanie położona 17 km od Lewaszi.

[57] Kubaczi (ros. Кубачи) – niewielkie miasto w Dagestanie.

[58] Hernhuci, czyli inaczej „bracia morawscy”. Ewangelicka grupa religijna nawiązująca do tradycji i doktryny Husytów. Caryca Katarzyna II dała im  zgodę na osiedlenie się w Rosji. Po wyemigrowaniu na wschód osiedlali się m.in.: Estonii i Łotwie. W 1765 r. założyli wspólnotę Sarepta nad Wołgą między Astrachaniem a Wołgogradem.

[59] Julius Heinrich Klaproth (ur. 1785 – zm. 1835) - niemiecki orientalista i podróżnik. Wspomnienia z wyprawy na Kaukaz przedstawił w książce: „Reise in den Kaukasus und Georgien in den Jahren 1807 und 1808” wydanej w 1812 r.

[60] Karl Eichwald (ur. 1795 – zm. 1876), rosyjski uczony, autor m.in. dwutomowej pracy: „Reise auf dem Caspischen Meere und in den Kaukazie, Stuttgar 1834.

[61] Kara-Kajsu (ros. Каракойсу) – rzeka w  Dagestanie o długości 97 km. Prawy dopływ Awarskiego Kojsu.

[62] Sałta (ros. Салта) – wieś w Dagestanie położona 9 km od wsi Gunib (ros. Гуниб).

[63] Brak stron

[64] Awarskie Kojsu (ros. Аварское Койсу) – rzeka w Dagestanie o długości 178 km. Prawy dopływ Sułaku.

[65] Prawdopodobnie Karadakh (ros. Карадах) –  wieś w Dagestanie położona 9 km od wsi Gunib (ros. Гуниб).

[66] Gergebil (ros. Гергебиль) – wieś w Dagestanie położona 106 km na południowy zachód od Machaczkały u zbiegu rzek Kazikumskoje Kojsu (ros. Казикумухское Койсу) oraz Karakojsu (ros. Каракойсу).

[67] Karakojsu (ros. Каракойсу)- patrz przypis 61.

[68] Kazikumskoje Kojsu (ros. Казикумухское Койсу) – rzeka w Dagestanie o długości 81 km. Prawy dopływ Karakojsu.

[69] Oready, w mitologii greckiej nimfy gór i jaskiń. Najady w mitologii greckiej nimfy wód lądowych.

[70] Diw- zły duch, demon.

[71] Ąjmaki (ros. Аймаки)- wieś w Dagestanie położona 7 km od Gergebil (ros. Гергебиль).

[72] Współcześnie Niżny Dżengutaj ( ros. Нижний Дженгутай) – wieś w Dagestanie położona 20 km od Buinakska (ros. Буйнакск).

[73] Hakim słowo pochodzenia arabskiego oznaczające mędrca lub lekarza.

[74] Miejsce niezidentyfikowane.

[75] Dargo (ros. Дарго) – wieś w Czeczeni nieopodal Wedeni (ros.Ведено). Siedziba Imama Szamila, zdobyta przez Rosjan w 1845 r.

[76] Twierdz Śgo Eugeniu­sza ( ros. Евгеньевская крепость) – twierdza założona w 1841 r. Obecnie znajduje się we wsi Czirkej (ros.  Чирке́й).

[77] Sałatawija – Region historyczny w Dagestanie przy granicy z Czeczenią. Współcześnie tereny Kazbekskiego Rejonu (ros. Казбековский район).

[78] Prawdopodobnie chodzi o tereny współczesnego Gubetowskiego Rejonu (ros. Гумбетовский район) graniczącego z Botlikskim Rejonem ( ros. Ботлихский район) w którym znajduje się wieś Andi (ros. Анди ).

[79] Andia – region w zachodnim Dagestanie przy granicy z Czeczenią, zamieszkały przez Andyjczyków. Jego centrum stanowiła wieś Andi (ros. Анди ).

[80] Miejsce niezidentyfikowane.

[81] Anczimeer (ros. Анчимер) – miejsce pojawia się również w relacjach rosyjskich jednak nie udało się zweryfikować jego dokładnego położenia.

[82] Michaił Woroncow (ur. 1782 – zm. 1856), rosyjski polityk i oficer. Uczestnik wojen napoleońskich, generał gubernator Nowej Rosji, którą przemienił we wzorcową gubernie. Od 1844 r. Głównodowodzący wojsk na Kaukazie i Namiestnik we wszystkich okręgach z nieograniczonym pełnomocnictwem. Prowadząc umiejętną politykę, potrafił zjednać sobie zarówno arystokrację jak i różnorodne etnicznie społeczeństwo Kaukazu Południowego.

[83] Boreasz w mitologii greckiej uosobienie wiatru północnego.

[84] Miejsce niezidentyfikowane.

[85] Conrad Malte-Brun (ur. 1755 – zm. 1826), duński geograf i publicysta.

[86] John Frankilin (ur. 1786 – zm. 1847), brytyjski żeglarz i badacz Arktyki. W 1845 wyruszył na wyprawę której celem było przepłynięcie z Morza Baffina do Morza Beringa. Po trzech latach bez informacji od uczestników, zorganizowano czterdzieści wypraw poszukiwawczych zwanych „franklinowskimi”.

[87] Andyjskie wrota – przełęcz na wysokości 2507 m. n.p.m., Na Andyjskim Grzbiecie nieopodal wsi Gagatli (ros. Гагатли) w Dagestanie.

[88] Andi (ros. Анди ) – wieś w Dagestanie na południowym stoku Andyjskiego Grzbietu.

[89] Gogatl  (ros. Гагатли) – wieś w Dagestanie na południowym stoku Andyjskiego Grzbietu 3 km od wsi Andi (ros. Анди )

[90] Góra Azal (ros. Гора Азаль) -  szczyt w Dagestanie o wysokości 2657,9 m. n.p.m.

[91] Aksaj (ros. Аксай) – rzeka w Czeczenii i Dagestanie o długości 144 km. Lewy dopływ rzeki Aktasz (ros. Акташ).

[92] Naib – namiestnik o władzy wojskowej i administracyjnej. Terytorium Imamatu Kaukaskiego zostało podzielone na jednostki terytorialne zwane naibstwami.

[93] Iczkeria (ros. Ичкерия) - nazwa regionu w południowo wschodniej Czeczenii. Nazwa pochodzenia kumykskiego oznaczała „miejsce wewnętrzne”. Niekiedy terminu Iczkeria używa się również w odniesieniu do całej Czeczenii.

[94] Gerzel-Auł (ros. Герзель-Аул) – wieś w Czeczenii położona na brzegu rzeki Aksaj (ros. Аксай), nieopodal Chasawjurtu (ros. Хасавюрт)

[95] Conteri – miejsce niezidentyfikowane.

[96] Isai-Jurt (ros. Исай-Юрт) – wieś w Czeczeni położona na lewym brzegu rzeki Aksaj (ros. Аксай).

[97] Gołębioski – postać niezidentyfikowana.

[98] Szowchał-Berdy (ros. Шовхал-Берды) – wieś w Czeczenii  położona na lewym brzegu rzeki Aksaj (ros. Аксай).

[99] Meskety (ros. Мескеты) – wieś w Czeczenii położona na lewym brzegu rzeki Aksaj (ros. Аксай).

[100] Kumykską płaszczyzna (ros. Кумыкская плоскость) – region geograficzny w północno wschodniej części Kaukazu, ograniczony rzekami Terek i Sulak oraz wybrzeżem Morza Kaspijskiego.