Szkice

Kaukazu

 

 

Michała

Butowda-Andrzeykowicza

 

Tom I

 

 

WARSZAWA

W DRUKARNI JANA PSURSKIEGO

Przy ulicy Alexandrja, N. 2768, lit. B.

1859


 

 

 

 

Michał Butowd Andrzejkowicz

„Szkice Kaukazu”

 

Publikacja sfinansowana w ramach projektu

„Biblioteka Kaukaska”

pod kierownictwem

ks. dr. hab. Józefa Wołczańskiego, prof. UPJPII

                                                                                   

finansowanego przez

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

w ramach

Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki

http://www.nauka.gov.pl/fileadmin/user_upload/ministerstwo/Inicjatywy/Programy_ministra/NPRH/01_NPRH_LOGO_podstawowe.jpg

 

Przepisanie

mgr Weronika Gącerz

Opracowanie

mgr Weronika Gącerz i mgr Grzegorz Gilewski

Wstępem opatrzył

prof. dr hab. Andrzej Chodubski

 

 

 

 

 

 

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie

Kraków 2013


 

Spis treści

Wstęp - Zainteresowania kaukazologiczne Michała Butowta Andrzejkowicza          

Rozdział I                                                                                                                           

Rozdział II                                                                                                                          

Rozdział III                                                                                                                         

Rozdział IV                                                                                                                         

Rozdział V                                                                                                                          

Rozdział VI                                                                                                                         

Rozdział VII A                                                                                                                    

Rozdział VII B                                                                                                                    

Rozdział VIII                                                                                                                      

Indeks nazw osobowych i geograficznych                                                         

Przypisy                                                                                                                             

Wstęp

Zainteresowania kaukazologiczne Michała Butowta Andrzejkowicza

 

            Idea walki narodowowyzwoleńczej urzeczywistniana w XIX w. przez różne tajne organizacje powodowała, że tysiące młodych Polaków doświadczało przymusowego pobytu bądź zesłań politycznych w przestrzeni kolonizacji prowadzonej przez imperium rosyjskie, a w tym zwłaszcza na Syberii i Kaukazie[I]. Wśród zesłańców  niemało było ludzi o wyraźnych zdolnościach twórczych – literackich, artystycznych, naukowych. Niektórzy dzięki aktywności twórczej stali się pionierami rozpoznawania regionów, w których żyli i pracowali. Zaznaczyli swą obecność jako geografowie, kartografowie, geolodzy, przyrodnicy, lekarze, inżynierowie, budowniczowie różnych urządzeń technicznych (m.in. architekci, budowniczowie dróg i mostów, kolei, specjaliści eksploatacji bogactw ziemi), nauczyciele, księża, literaci („ludzie pióra”) [II]. Jednym z nic był Michał Butowt Andrzejkowicz  (ok. 1780-1860)[III].

            Różnie jest zapisywane jego nazwisko. Spotyka się je jako: Andrzeykowicz Michał Butowd, Butowtt Andrzejkowicz Michał, Andrzejkowicz Butowt Michał, Michał Andrzejkowicz.

            Na Kaukazie przebywał jako zesłaniec polityczny przez 18 lat [IV]. Trafił na nie za przynależność do ruchu spiskowego kierowanego przez Szymona Konarskiego (1808-1839), szerzącego się na Ukrainie, Białorusi, Litwie. Był studentem Uniwersytetu Wileńskiego. Pochodził z rodziny szlacheckiej, osiadłej w północno-zachodniej części Litwy, określanej mianem historycznym Żmudzią. Urodził się i wychowywał w Połtawie. Przedstawiciele rodziny uczestniczyli aktywnie w życiu politycznym, m.in. Michał Butowt-Andrzejkowicz h. Gryf był gubernatorem grodzieńskim i wołyńskim[V].

 Za działalność polityczną został ukarany obowiązkiem odbycia służby wojskowej w garnizonach kaukaskich. Skierowano go do artylerii  stacjonującej w Tflisie (obecnie Tbilisi). Przebywał tam przez dwa lata. Następnie wraz ze swoim garnizonem, od 8 (20) marca 1840 r. przenosił się do różnych miejscowości w przestrzeni azerbejdżańskiej i dagestańskiej. Stacjonował w Szamchorze, Jelizawietpolu (obecnie Gandża), Sałachy, Szemasze, Baku, Kubie, Derbencie, Temir-Chan-Szurze (obecnie Bujnaksk). Przez kilka lat  w czasie wypraw wojennych poznawał wysokogórską przestrzeń Dagestanu. W 1845 r. zdobył najwyższy w regionie  szczyt Ancymmer. Wtedy też w osadzie Dargo otrzymał awans na oficera.

Uciążliwości wojenne, w tym wyprawy w wysokie pasma górskie odbijały się na jego kondycji zdrowotnej. Dzięki staraniom rodziny został zwolniony z garnizonów kaukaskich. W 1853 r. przeniesiono go do korpusu grenadierów w Nowogrodzie. W 1855 r. uzyskał na własną prośbę dymisję z armii. Udał się do posiadłości krewnych w Wrudzie w pobliżu Jamburga (obecnie Kingisiepp) pod Petersburgiem. Skąd wyjechał do Petersburga, gdzie w 1860 r. zmarł.

            W Tfilisie spotkał kilka osób ujawniających zainteresowania literackie. Nawiązał z nimi bliższe kontakty towarzyskie. Później zaczęto ich określać mianem „kaukaskiej grupy poetów[VI]. Niektórzy nawiązali kontakty z wydawcami, jak np. Tadeusz Łada-Zabłocki (1813-1847), przebywający na zesłaniu kaukaskim od 1837 r.. Dał się tam poznać jako utalentowany poeta, na którego zwrócili uwagę przedstawiciele inteligencji kaukaskiej[VII]. Nawiązał kontakty z Józefem Ignacym Kraszewskim, wydającym w latach 1841-1851 w Wilnie „Athenaeum. Pismo zbiorowe poświęcone historii, filozofii, literaturze, sztukom itd.” Spowodował on  opublikowanie na łamach pisma studium Michała Butowt-Andrzejkowicza, pt. Szkice Kaukazu (Derbent) (1843, nr 2, s. 204-229). Opracowanie spotkało się z uznaniem wydawcy, co wyraziło się w przetłumaczeniu jego fragmentu na język rosyjski oraz wyrażeniu uznania na łamach „Biblioteki Warszawskiej[VIII].

            Zainteresowania poznawcze i pisarskie Michała Butowt-Andrzejkowicza spotkały się tez z krytyka w najbliższym jego otoczeniu. Leon Janiszewski (1810-1861), przybył tam również w grupie tzw. „Konarszczyków” posługując się w swej twórczości drwiną i ironią w liście do wydawcy „Pamiętnika Naukowo-Literackiego” w Wilnie Romualda Podberskiego w 1850 r. napisał m.in. „Chcesz żebym ci doniósł o pracach naszej młodzieży na Kaukazie, i spodziewasz się ich udziału w swoich publikacjach. Trochę za wcześnie ogłosiłeś rys naszego umysłowego i pisarskiego stanowiska przesłany ci niegdyś przez nieboszczyka Tadeusza (List Tadeusza Zabłockiego w t. IV „Rocznika Literackiego” na rok 1849). Wiem, że on tam jednym pióra pociągnięciem nastwarzał historyków, statystyków, etnografów, geologów, orientalistów itd., itd. Co do mnie, wyznaje z pokorą, że dotąd o wielu z tych uczonych mężów i dziełach ich wiem nader mało. Co zaś wiem, to powiem (…) Michał Andrzejkowicz jest to pracowity kompilator zbierający materiały ściągające się do  Kaukazu pod wszelkimi względami. Robiąc wyciągi z dzieł o Kaukazie w obcych językach pisanych, łowi bez rozbioru wszelkie wiadomości o kraju. Gawędy krajowców dostarczają mu także obfitego materiału. Jednym słowem, on ciągle szpera i zbiera. Co z tego stworzy – jednemu Ałłahu wiadomo? – Jak mi się zdaje, będzie to Silva rerum petua cudzej erudycji i swoich spostrzeżeń – historycznych faktów i wielkiej naukowej pretensji, - a przecież u nas, jak wszystko o Kaukazie tak i to za dobrą przyjma monetę, jako pierwsza o tych krajach obszerniejsza w naszym języku wiadomość, mogącą budzić wielki interes ciekawości nie bez użytku dla tych coby umieli z zebranych w niej materiałów korzystać. – Autor pracuje otoczony tajemniczością. Lubi on korzystać z cudzych materiałów, ale swoich nigdy nikomu nie wskazuje i nie udziela. Sądząc po czasie, jaki ma w rozporządzeniu ten szczęśliwy człowiek, i po jego zapale do zbierania materiałów powinien już mieć spisane całe tomy. Ale niestety trudno będzie z nich korzystać. Słyszałem, że mantelzak, w którym wozi swoje szpargały oszacował nie żartem przynajmniej na 40 000 rubli assygnacyjnych – to jest, tyle spodziewa się dostać od księgarza któremu honor drukowania swojego dzieła powierzy.- Aby zaś nie pospolitować się przedwczesnymi artykulikami, postanowił nie udzielać wyjątków żadnemu pismu, aby potem zjawieniem się całego ogromu dzieła, jak maczugą Herkulesa, czytelników odurzyć – Napiszę do niego w twoim imieniu; lecz przy tym radzę ci samemu tentować szczęścia u tego Nababa kaukaskiej starzyzny[IX].

            Opinia wyrażona przez Leona Janiszewskiego dotyczyła 9 osób ujawniających zainteresowania życiem intelektualnym, a w tym twórczością pisarską. Wymienił: obok Michała Butowt Andrzejkowicza 1) Władysława Strzelnickiego, 2) Tadeusza Ładę – Zabłockiego, 3) Konstantego Zacha, 4) Hugo Korsaka, 5) Jana Wierzbickiego, 6) Ksawerego Pietraszkiewicza, 7) Stanisława Winnickiego, 8) Wincentego Dawida. Była to bardzo krytyczna opinia, np. o Tadeuszu Ładzie-Zabłockim: „Nie szukaj zdrowej, potężnej myśli ani w jego pismach, ani w jego życiu, ani w jego śmierci. Wszędzie u niego myśl jest niewolnicą powierzchownej ogłady (…) Był to jedyny pośrednik wydawców i księgarzy. Stawał się natrętem, grubianinem, ale robił swoje (…) Ale Łada spełniał, że tak powiem, swoje posłannictwo. Była to jego mania; i miał czas i ochotę po temu[X].

            Nie jest przekonywująca a jest krzywdząca opinia, że Michał Butowt-Andrzejkowicz był  kompilatorem zbierającym wszelkie materiały o Kaukazie, czy twierdzenie, że powstające opracowanie będzie wytworem „cudzej erudycji” i „wielkiej naukowej pretensji” jest uszczypliwym przypuszczeniem, nie mającym potwierdzenia w jego twórczości.

W rzeczywistości wiedza o Kaukazie w tym czasie była bardzo skromna. Np. w 1848 r. Henryk Dzierżek pisał: „Sądzę, iż  u nas nierównie więcej wiedzą o Rzeczypospolitej kolumbijskiej aniżeli o Kaukazie (…) tak dalece są fałszywe i sprzeczne mniemania, tak zakorzenione przesądy[XI]. W 1850 r. Ignacy Dobrski pisał: „ Kiedy po powrocie z dalekiej po Kaukazie wędrówki, obcując w rozmaitych towarzystwach przekonałem się, że bardzo jeszcze wiele osób z liczby czytających ogółu, niedokładnie, a co większa, niekiedy najsprzeczniejsze z istotą rzeczy ma pojęcie o zwyczajach i  obyczajach o szczegółowej, nader zajmującej miejscowości tego kraju, - wówczas to powziąłem myśl przejrzenia ocalałych z wędrówek szczątków piśmiennych (i oprócz kilku po powrocie skreślonych wierszyków) ogłoszenia drukiem ci tego, co może rzucić pod jakimkolwiek względem słabe przynajmniej światło na przedmiot, dla wielu osób zupełnie jeszcze obcy, a poniekąd dotyczący[XII].

Polacy pisząc w XIX w. o Kaukazie często uważali się za pionierów jego poznania. Zdawali też sobie sprawę z niepełności i niedoskonałości swoich opisów; Ignacy pisał np. „Jeśli zaś te pierwsze próby pobłażliwe u Czytelników znajdą przyjęcie, wkrótce może za pierwszym i następne wyjdą zeszyty, - a później – przy wolniejszym czasie, z pozostałych materiałów tego przedmiotu dotyczącym, może obszerniejsza i treściwiej całość się złoży[XIII].

Nieprawdziwa jest opinia, że Michał Butowt-Andrzejkowicz nie powierzał do druku fragmentów swego opracowania. W 1843 r. ukazał się jego opis Derbentu, zamieszczony na łamach „Athenaeum”, który spotkał się z życzliwym przyjęciem wydawcy i czytelników.

Pisarz podejmował działania na rzecz publikowania swej twórczości. Zachowały się  4 listy pisane przez niego do wydawcy - Józefa Ignacego Kraszewskiego dotyczące tych kwestii. Wskazywał w korespondencji na drogi pozyskiwania informacji o regionie, na nakład pracy własnej oraz koszty z tym związane (ok. 1000 rubli). Przesłał wydawcy rękopis opracowania. Po dwóch latach prosił wydawcę o zwrot rękopisu. W 1859 r. opublikował go na koszt własny. Ukazał się on w 2 tomach w drukarni Jana Psurskiego w Warszawie, pt. Szkice Kaukazu (t. 1, ss. 201; t. 2, ss. 180).

            Jest to interesujące studium poznawcze. Autor dostarcza w nim opis obserwacji własnych, dotyczących warunków geograficzno-przyrodniczych, różnorodności życia społecznego, w tym etnicznego, religijnego, specyfiki postaw, zachowań, wartości ludzi zamieszkujących w przestrzeni kaukaskiej. Podejmował się objaśnienia zjawisk specyficznych, odwołując się przy tym do literatury przedmiotu. Zwracał np. uwagę, że pojęcie Kaukaz jest różnie objaśniane. Wywodzi się je z tradycji irańskiej: kof-kâf – co oznacza łańcuch gór opasujący cały świat, z sanskryckiego przekazu grawakazâ oznacza ono lśniące się skały[XIV].

            Spotkanie z Kaukazem rozpoczął od stanicy  (punktu wojskowego)Sewastopol. Obserwując odbywające się tam jarmarki zapisał: „Na co spojrzeć, wszystko azjatyckie. Skończyła się Europa, zaczęła Azja, - najkompletniejsza, najznamienitsza Azja, ze swą  pstrokatojaskrawą, najrozmaitszą ludnością, ze swym azjatyckim zapachem i wiskiem (…) Prawdziwy bazar azjatycki, wszystko pomieszane, hałaśliwe, piszczące i ryczące. Tam śniadzi Kabardyńcy pędzą tabuny swych koni, - tu zniewieściali Ossetyni i Lezgini z dzikimi twarzami, posuwają się powoli z owcami tłusto-ogniowymi – tam ciągnie łańcuch różnymi towarami objuczonych wielbłądów, koło nich idą Persy w spiczastych czapkach, i jadą przebiegli Ormianie, zapewne właściciele ciągnącej karawany (…)[XV]. Odwołując się do różnych legend, zauważał, że „Kaukaz od niepamiętnych czasów, był zawsze krajem cudowności i misteriów. Dawni Grecy łączyli go z Olimpem. Do kaukaskich skał przykuty Prometeusz cierpiał i wytrzymywał najokrutniejsze męczarnie – w kaukaskich ciemnych wąwozach Argonauci, wydobywali złote runa, - a wielka czarodziejka Cyrcea ileż to psot tam nawyrządzała. Kaukaskie podania głoszą o Amazonkach i o śpiewających jeziorach. Najznamienitszy w łańcuchu gór Elbrus, i dziś jeszcze przez krajoznawców królem duchów (Dżyn Padiszach) bywa zazwyczaj nazywany, a inne wierzchołki ciągnących się pasm, są ciągle przedmiotem różnych guseł i przesądów[XVI].

            Charakterystyczny rys warunków geograficzno-przyrodniczych przedstawił w zapisie „Kaukaz to cztery pory roku w jednym danym momencie. Łatwo tam można widzieć doliny złocące się bujnymi kłosy, na których rozpoczęły się żniwa, a tuż za nimi na wyższych szczytach, zziębnąć od śniegu i zamieci, - kiedy w tymże samym momencie, na spadzistych gór, rolnik doczekał się swej wiosny i zasiewa niewielkie łany jęczmieniem i kukurydzą[XVII].

            W charakterystyce ludności podkreślił, m.in. „Dawni geografowie arabscy liczyli tam trzysta z górą języków, i dla tego Kaukaz nazywali Dshebal–eliami (górą języków). Ta lingwistyczna rozmaitość nic nie musiała osłabnąć, kiedy i dziś jeszcze często się zderza, że dwa auły prawie tuż obok siebie leżące, a oddzielone potokiem tylko lub niewielkim wąwozem, wcale się nie rozumieją; bo różne języki ich nie mają  najmniejszego powinowactwa. Różnorodna mieszanka zwyczajów i obyczajów niemniej może zainteresować, a rozmaitość form rządu (…) przechodzi wszelkie wyobrażenie[XVIII].

            Podróż na zesłanie do Tflisu odbywał Michał Butowt-Andrzejkowicz tzw. wojenno-gruzińską drogą, tj. prowadzącą przez łańcuch najwyższych gór. Zbliżając się do jednej z jej przystani – Kobi, zapisał o krajobrazie „Podnosimy się coraz wyżej i wyżej, pejzaże są już zupełnie innego kolorytu, brak w nich roślinności  a góry piaszczyste lub skaliste mchem okryte. Cały krajobraz powleczony jakąś chłodnią martwotą (…) z Kobi do Koszauru, przejechaliśmy połowę drogi do zachodu słońca. Mieliśmy być wtenczas na największej wysokości  przejeżdżanych gór (…) Wegetacji już tam żadnej nie było, oprócz mchów ciemnych, żółtych i zielonych, widniejących na skałach i rozściełających się po ziemi[XIX].

            Charakteryzując Gruzinów wskazał, że „mają bardzo przyjemną powierzchowność, lecz na okrzyczaną piękność Gruzinek zgodzić się nie mogę. Gruzinki są prawie wszystkie brunetki, z pięknymi oczami, ale mają jednakowy wyraz twarzy, i nadzwyczaj duże nosy. Ta monotonność lica szczególnie przy jednakowym wzroście, wprowadza czasem w ambaras mało  oznajmionego z gruzińskimi typami. Można się witać z osobą zupełnie nie znajoma, i nie poznać starej znajomej, co podczas mego pobytu w Gruzji nieraz mi się zdarzyło. Ubiór Gruzinów podobny jest do staropolskiego (…) Ubiór Gruzinek nie podlega kaprysom mody. Gruzinki ubierają się jak ich prababki (…) Gruzinki należące do średniej i niższej klasy, zakuwają się od głowy aż do stóp, wedle wschodniego zwyczaju, w białe perkałowe czadry[XX].

            Zauważa, że w Tflisie zamieszkują przedstawiciele różnych grup narodowościowych i etnicznych. Wskazuje na obecność Rosjan zarówno wojskowych, jak cywilnych z racji znajdowania się w mieście siedziby (kwatery) sztabu, oddzielnego kaukaskiego korpusu, oraz zarządu kaukaskich i zakaukaskich przestrzeni. Wskazuje, że poza Gruzinami zamieszkują tam liczni Ormianie – dominujący w sferze handlu. Są tez Grecy, Turcy, Żydzi, Persowie, Tatarzy, Imeretyni, Mingrelczycy oraz przedstawiciele różnych narodów europejskich i plemion górali kaukaskich. Obecność różnych narodowości i grup etnicznych ujawnia się głównie na bazarach; przykładem tego jest Plac Erewański w Tflisie.

            Poznając różne osobliwości miasta zwrócił uwagę na cmentarz katolicki usytuowany na wysokim zboczu góry Mta-Cminda (Świętej Góry). Uwagę jego przykuły nagrobki z wyrytymi nazwiskami Polaków oraz niekiedy epitafiami. Na jednym z nich odczytał zapis:

Niechaj ten kamień twa pamięć zatrzyma,

Na obcej ziemi pośród obcych ludzi,

Może w uczuciach rodaków pielgrzyma,

Z tęsknem wspomnieniem modlitwę obudzi –

Modlitwę szczerą – jak żal niezgłębiony

Niepocieszonej, po stracie twej żony [XXI].

 

            W charakterystyce rzeczywistości kulturowej dużą uwagę przywiązywał do refleksyjnego oglądu zjawisk, np. zauważa:” wjechawszy w środek Gruzji, widnieją często we wsiach, lub koło wsi starożytne baszty niewielkie zamki, które lud przypisuje zawsze swej Królowej Tamarze, a które w rzeczywistości samej, przypominają dawne czasy feudalnej Gruzji, i broniących się tam książąt ze swymi wasalami, od mahometańskich napaści i prześladowań[XXII].

            Po opuszczeniu w marcu 1840 r. Tyflisu zadaniem jego ekspedycji (garnizonu) było dławienie oporu górali kaukaskich (zwłaszcza w przestrzeni dagestańskiej) przeciw stanowieniu nowemu porządkowi imperium rosyjskiego. Michał Butowt-Andrzejkowicz wskazywał, że wśród nich były „gniazda rozbójników”, których powołaniem było dokonywanie rabunków. Wsie, przez które się przemieszczał były bardzo ubogie, nierzadko ludzie zamieszkiwali w pomieszczeniach w ziemi wyrytych. Zauważał przy tym, że ludzie ci nie potrafili korzystać z płodnej i we wszystko obfitej ziemi.

            Zwracając uwagę na komunikacje językową wskazał; „język ich jest tatarski, narzecza Tiurk, z małymi odmianami w całym zakaukaskim kraju używany (To tylko stosuje się do zakaukaskich prowincji leżących na płaszczyznach, bo w górach ogromna gmatwanina języków. Często tam na kilometrowej przestrzeni, naliczyć można kilkanaście zupełnie odrębnych języków (…) To wszelako jestem pewien, że tatarski język Tiurk, w wielkim tam jest używaniu. Umiejąc ten język można podróżować aż do Indii, i wszędzie się nim można rozmówić; tam zupełnie jak francuskim w Europie. Język zaś arabski odpowiada łacińskiemu w Europie[XXIII].

            Na okres jego pobytu w Jelizawietpolu  przypadły obchody islamskiego nowego roku. Ważnym ich ogniwem był obrząd „Oj, Hassan, oj Husejn” nazywany otocznie „Schachsej-Waschej”. Michał Butowt-Andrzejkowicz dostarczył wiedzy o jego genezie, wiążącej się z następstwem przywództwa po Mahomecie oraz o przebiegu i skutkach święta – wydarzenia, a w tym o ofiarach prowadzonych widowiskowo walk.

            Przebywając do Baku zwracał uwagę na jego odmienność architektoniczną i budowlaną, usytuowanie nadmorskie, stan zamożności i biedę doświadczaną przez  różno etnicznych mieszkańców. Uwagę jego przykuła świątynia  czcicieli ognia, znajdująca się między wsiami Surachany i Amirdzan[XXIV]. Przebywał tam 28 kwietnia 1840 r. O świątyni zapisał „przybytek zupełnie podobny do karawanseraju, zbudowany w ogromny pięciokąt i opasany wysokim murem. Tak jak w każdym karawanseraju, mur ten jest zupełnie głuchy, ale stanowi tylną ścianę wszystkich budynków, których drzwi (i okna jeśli są), wychodzą na wewnętrzny dziedziniec. W Ateszgiachu okien nie było, bo w stylu wschodnim jest to już wszelki zbytek, a za to cały budynek wewnątrz i zewnątrz był bardzo starannie wybielony[XXV]. Zesłaniec – podróżnik spotkał się z czcicielami ognia, uczestniczył w ich nabożeństwie oraz pozyskał informacje o ich życiu, religii, zwyczajach.

Zwrócił też uwagę na Morze Kaspijskie[XXVI] i jego specyfikę morską. Zastanawiał się nad kwestią napływu do niego olbrzymich ilości wód, m.in. z gór Kaukazu oraz nieuwidaczniania się ich w akwenie. Odwoływał się przy tym do ustaleń starożytnych podróżników i ich twierdzeń.

            Po przybyciu do osady Kuba, w której znaczącą społeczność stanowili Żydzi kaukascy, zapisał „widziałem po raz pierwszy Żydów kaukaskich; - śniade, brązowe twarze, wyrazistych rysów, prawdziwe fac-simile starożytnych medali. Przypominają trochę swych europejskich jednowierców i są zawziętymi wrogami Tatarów i Ormian; nie lubią nawet mieszkać blisko nich i zaraz  za miastem, za rzeczką Kubinka mają brudną, obszerną osadę z samym ziemianek złożoną[XXVII].

            W osadzie Derbent spotkał Tadeusza Ładę-Zabłockiego, którego nazywał najbliższym kolegą, bo służącym w tej samej kompanii saperów[XXVIII]. 6 maja 1840 r.  opuścił Derbent. Obserwował tam obraz życia ludności muzułmańskiej, a w tym zwłaszcza obrzędy i zwyczaje. Odwoływał się przy tym do swojej wiedzy o islamie; posługiwał się przy tym wyrażeniami, zwrotami charakterystycznymi dla języka tiurkskiego (azerbejdżańskiego).

            Z Derbentu przemieszczał się ze swoim oddziałem (garnizonem) do Temir-chan-Szury. Tam spotkał Polaków skupiających się w Kościele. Był on „zbudowany na zupełnie odrębnym i okazalszym placem, między starym miasteczkiem i zabudowującym się nowym rynkiem. Ze wszystkich stron otacza go ogródek, ogrodzony ładnymi sztachetami, z bramą od frontu. (…) Trudno mi to wszystko zapomnieć, bo miejsce to było moją ulubioną przechadzką podczas kilkuletniego w Szurze pobytu”[XXIX].

            W przestrzeni dagestańskiej garnizon musiał pokonywać opór miejscowej ludności, nierzadko były duże ofiary walki; na zdobytych terenach wznoszono fortece. Np. w osadzie Czyrkiej, w krótkim czasie  wznosiło ją 10 tysięcy żołnierzy. Budowano tam koszary dla żołnierzy i oficerów, kancelarię , szpital wojenny, magazyn, prochownię oraz inne budynki. Zauważał przy tym, że w nowych osadach, Hiszpanie najpierw budują kościół, Francuzi – teatr, Anglicy – giełdę, a Rosjanie – parowa łaźnię[XXX].

Zauważał, że „siły zbrojne przeciwstawiające się carskiemu porządkowi stanowiły ok. 14 tysięcy osób. Stutysięczny Kaukaz nigdy się nie mógł ze sobą porozumieć, w górach i lasach – liczne niepodległe plemiona, ciągle nieprzyjazne, nie raz przeciw sobie dobywały miecza i nie szczędziły się ani trochę (…) na Kaukazie każdy auł, każdy zaścianek, każde towarzystwo, miało swoich wrogów z którymi prowadziło rozbójniczą wojnę”[XXXI].

            Charakterystyczny stał się tam  miurydyzm, który został wykorzystany w walce antycarskiej, za jego przywódcę uznano Imama Szamila (1796-1871)[XXXII]. Głoszono hasło: „Wieczna zgoda między sobą, i wieczna wojna z giaurami”; w nowej rzeczywistości politycznej nośne było hasło: „Mahometanin nie może być pod władzą niewiernych, Mahometanin nie może być  niewolnikiem; nikomu a nawet współwyznawcy, nie powinien płacić haraczu[XXXIII].

            Z dużą siłą miurydyzm zaznaczył się  w Dagestanie w 1843 r. Ujawniła się bezwzględność działania miurydów. Wprowadzali w swe szeregi wszystkich mieszkańców regionu, niszczyli ogniwa panowania władz carskich. Krwawy bój o panowanie odbył się w czerwcu 1844 r. w Akuszy. Zesłańcy walczący z miurydami  zauważali też, że „wojna nie była ich rzemiosłem. Są to ludzie nadzwyczajnie przywiązani do miejsca, siedzą ciągle w swych aułach, mają wstręt do wędrowania po cudzych zaściankach, i trudnią się tylko rolnictwem i hodowlą bydła[XXXIV]. Nierzadko żołnierze walczący z miurydyzmem spotykali się jednocześnie z gościnnością miejscowych społeczności.

W przestrzeni dagestańskiej szeroko znany był auł Kubaczi. Jego mieszkańcy słynęli z wyrobu broni. Posługiwali się odrębnym językiem nie spokrewnionym ani z językami narodów Kaukazu, ani Europy. Wszyscy mieszkańcy aułu byli ze sobą spokrewnieni. Mężczyźni żenili się tylko z dziewczętami ze swego aułu[XXXV].

            Walka z miurydami odbywała się  w niezwykle trudnych warunkach przyrodniczych. Michał Butowt-Andrzejkowicz pisał o nim np.  Między prostopadle wiszącymi skałami co chwila grożącymi spadnięciem, huczy szumiący potok, i przebiegające po ogromnych zwalonych skałach, ciągle najfantastyczniejsze tworzy kaskady. Potok w węższych miejscach, płynie jednym korytem, w szerszych niekiedy rozgałęzia się na dwa, trzy, a czasem i więcej ramion (…) Takie gzygzaki stanowiły właśnie drogę, po której posuwawszy się ciągle w głąb tego ciemnego, jakby zaczarowanego wąwozu, do którego nigdy nie dochodzą słoneczne promienie[XXXVI]. W przemieszczaniu się żołnierzy wielkie utrudnienia czynili kaukascy górale, przez: zrzucanie z gór kamieni, uniemożliwianie wypoczynku nocnego przez urządzanie alarmów.

            Wskazując na siłę miurydyzmu podkreślał znaczenie jego zorganizowania, podział na drużyny, klany, stowarzyszenia funkcjonujące w naibstwach (naib – namiestnik, uznawany był za naczelnika siły zbrojnej, a tez rządcę i główną osobę). Władza duchowna i sądowa  należy do kadiego. Trzecią osobą w najwyższym porządku władczym był murtazan – prokurator, pełniący obowiązki  namiestnika w czasie nieobecności naiba. W każdym naibstwie było 300 miurydów, stanowiących siłę zbrojną.

19 lipca 1944 r. wojska rosyjskie przybyły do Dargo – osady centrum miurydyzmu. Toczono zaciekłe walki. Szczególna ich moc ujawniła się po podpaleniu przez żołnierzy meczetu. Tam awansowano Michała Butowta-Andrzejkowicza w 6 roku służby  na oficera artylerii polowej[XXXVII].

            W krwawych walkach zesłańcy nie zapominali o najbliższych. Np. kolega Michała Butowta-Andrzejkowicza – Walenty, w sytuacji gdy został ciężko ranny przekazywał testament, w którym wskazywał informację, że pozostawił pieniądze u księdza w Tflisie, i prosił, by po śmierci pokazano je jego koledze – żołnierzowi Gołębiowskiemu, który powinien poślubić jego chrzestną córkę Józię. Jego ostatnie słowa wypowiedziane: „Chciałbym, żeby za dwa tysiące kupili domek, i żeby sobie żyli jak Pan Bóg przykazał[XXXVIII].

            Michał Butowt-Andrzejkowicz wspomnienia z Kaukazu nazwane szkicami pisał głównie po zakończeniu pobytu w tym regionie. Wykazał przy tym dużą erudycję poznawczą, wyrażającą się w komparatystycznym postrzeganiu zjawisk przyrodniczych, rzeczywistości demograficznej (w tym narodowościowo-etnicznej), dziejów politycznych itp. Swoje obserwacje konfrontował z ustaleniami podróżników – badaczy, spisywanymi od czasów starożytnych, a przede wszystkim w końcu XVIII i na początku XIX w., które były zamierzonym  celem poszerzającym wiedzę o horyzoncie geograficznym.

            Charakteryzując Michała Butowta-Andrzejkowicza jako twórczą jednostkę z pierwszej połowy XIX w., należy zauważyć, że: 1) Ujawniał on typowe dla swojego czasu zainteresowanie światem, a w tym  specyfiką kulturowo-cywilizacyjną Wschodu, Orientu, 2) Pochodził z rodziny szlacheckiej, orientującej się na przemiany społeczno-polityczne, w których osobiście starał się uczestniczyć, 3) Podzielając romantyczne idee kulturowe opowiadał się za walka narodowowyzwoleńczą, w której przyszło mu uczestniczyć, niezgodnie z przesłaniem ideowym, 4) Wyróżniał go duży indywidualizm, mimo przebywania w rzeczywistości garnizonowej starał się ujawniać  poczucie odrębności  postawy, zachowania indywidualnych, co nie przyniosło mu sympatii koleżeńskiej, 5) Legitymował się starannym wykształceniem, co sytuowało go w społeczności inteligenckiej swojego czasu; wyrazem tej  przynależności było utrzymywanie kontaktów z społecznością określaną kaukaską grupą polskich poetów, ludźmi pióra. Nawiązywał też kontakty z wydawcami, jak np. Józef Ignacy Kraszewski, 6) Był człowiekiem pracowitym, konsekwentnym w urzeczywistnianiu stawianych celów. Mimo nieprzychylności środowiska literackiego doprowadził do wydania swego opisu Kaukazu; dokonał tego z własnych funduszy, 7) Cenił wartości pracowitości, łagodności, sprawiedliwości. Uznawał je za istotne dla funkcjonowania w życiu publicznym[XXXIX], 8) Ujawniał dużą otwartość na poznawanie otaczającej go rzeczywistości, m.in. oswajał języki miejscowych narodów; w zadawalającym stopniu posługiwał się językiem tatarskim (tiurkskim) [XL]; obraz życia bytowego, lokalne zwyczaje, obyczaje, relacje rodzinne, sąsiedzkie itp., 9) Zwracał uwagę na tzw. znaki życia romantycznego, w tym na rozpoznawanie ruin zamków, grodów, legend o nich, cmentarzy, znaków tajemniczości (wierzeń, różnych symboli), rycerskości, bohaterstwa, poświęcenia się dla ogółu. Zauważał np. „Cnota nie należy (polega – A.Ch.) na tym, abyście zwracali oblicze wasze ku wschodowi, lub ku zachodowi. Cnotliwi są ci, którzy pomagają sierotom, ubogim i podróżującym[XLI], 10) Człowiek odważny, uczestniczący w krwawych walkach w obronie podjętych wyzwań, waleczny w obronie interesów własnego obozu.

            Z perspektywy upływającego czasu, tj. ponad 150 lat od ukazania się Szkiców Kaukazu Michała Butowta-Andrzejkowicza można stwierdzić, że: 1) Jest to pionierskie w literaturze polskiej studium kaukazologiczne, 2) Łączą się w nim wiedza kulturoznawcza z obserwacją uczestniczącą zesłańca politycznego – ujawniającego zdolności pisarskie, 3) Dostarcza się w nich bogatej warstwy wiedzy etnologicznej o życiu, tradycji, zwyczajach, obyczajach narodowości i grup etnicznych Kaukazu, 4) Dokumentuje się obraz walk muzułmańskich narodów Kaukazu, zwłaszcza przestrzeni dagestańskiej z wprowadzeniem ładu ustrojowego caratu rosyjskiego, 5) Wskazanie specyficznych zjawisk natury oraz rozwoju cywilizacji, jak np. gruzińska droga wojenna, prowadząca przez najwyższe szczyty Kaukazu, usytuowanie siedzib ludzkich w wysokich górach (np. Kubaczi), występowanie wulkanów błotnych na Morzu Kaspijskim, istnienie świątyni czcicieli ognia, w przestrzeni roponośnej w pobliżu Baku oraz różnych innych świątyń (w polskich kościołach), 6) Dostarczenie bogatej warstwy wiedzy przyrodniczej o świecie flory, fauny, klimacie, niezwykłym krajobrazie regionu, 7) Wskazanie specyfiki gospodarczej regionu i jej uwarunkowań rozwoju, 8) Przypomnienie ogniw przemian życia kulturowego, panowania różnych władców, dynastii, plemion. Łączenie przy tym sfery legendarnej, baśniowej z śladami dziedzictwa przeszłości, 9) Próba zarysowania istoty miurydyzmu oraz stosunku do tej idei społeczności Kaukazu, 10) Postrzeganie Kaukazu jako regionu z pozycji indywidualnej recepcji poznawczej, na  podstawie obserwacji uczestniczącej.

            W refleksji ogólnej należy stwierdzić, że Szkice Kaukazu Michała Butowt-Andrzejkowicza są wartościowym studium poznawczym; dostarczają wiedzy etnograficznej, która pozostaje wciąż aktualna, interesująca z perspektywy współczesnych przemian kulturowo-cywilizacyjnych.


 

Bibliografia

 

Archiwalia:

1.       Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Korespondencja Kraszewskiego, rkps 6456/6460/IV.

Literatura:

1.       Baranowski B., Baranowski K., Polaków kaukaskie drogi, Łódź 1985.

2.       Baranowski B., Polsko-azerbejdżańskie stosunki kulturalne w pierwszej połowie XIX wieku, Łódź 1979.

3.       Brus A., Kaczyńska E., W. Śliwowska, Zesłania  i katorga na Syberii w dziejach Polaków 1815-1914, Warszawa 1992.

4.       Butowd-Andrzeykowicz M., „Przegląd Literacki” 1898, R. III, nr 2.

5.       Butowd-Andrzeykowicz M., Szkice Kaukazu, Warszawa 1859, t. 1, s. 4.

6.       Chodubski A.,  Aktywność kulturalna Polaków w Azerbejdżanie w XIX i na początku XX wieku, Gdańsk 1986.

7.       Chodubski A.,  Imam Szamil (1796-1871) i jego działalność, „Rocznik Tatarów Polskich” 1994, t. 2.

8.       Chodubski A.,  O świątyni czcicieli ognia „Ateszgiach”. Z  relacji polskich zesłańców i podróżników, Elbląg 1991.

9.       Chodubski A., Polacy w Azerbejdżanie, Toruń 2004.

10.   Chodubski A., Udział Polaków w poznaniu Morza Kaspijskiego, „Nautologia” 1988, nr 4, s. 3-10.

11.   Dobrski I., Szkice Kaukazu, Warszawa 1850.

12.   Dzierzek H., Wspomnienie Kaukazu, „Athenaeum” 1848, t. 4.

13.   Encyklopedia polskiej emigracji i Polonii, pod red. K. Dopierały, t. 1, Toruń 2003.

14.   Inglot M., Polacy piszący na Kaukazie w pierwszej połowie XIX w., „Pamiętnik Literacki” 1957, R.XLVIII, z. 1.

15.   Inglot M., Polacy piszący na Kaukazie w pierwszej połowie XIX w., „Pamiętnik Literacki” 1957, R.XLVIII, z. 2.

16.   Janik M., Dzieje Polaków na Syberii, Kraków 1928.

17.   Janowski L.,  Słownik bio-bibliograficzny dawnego Uniwersytetu Wileńskiego, Wilno 1939.

18.   Kijas A., Polacy w Rosji od XVII wieku do 1917 roku. Słownik biograficzny, Warszawa-Poznań 2000.

19.   Kubacki W., Malwy na Kaukazie, Warszawa 1969.

20.   Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny, pod red. J. Krzyżanowskiego, Warszawa 1984, s. 433.

21.   Łukawski Z., Ludność polska w Rosji 1863-1914, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1978.

22.   Mądzik M., działalność społeczno-kulturalna i polityczna Polaków w Gruzji na przełomie XIX i XX wieku, Lublin 1987.

23.   Miłoszowie G. i A., Kaukaz, Warszawa 1989.

24.   Polski słownik biograficzny, t. 1, Kraków 1935.

25.   Prokofiejewa D.S., Poezja „kawkaskoj gruppy” polskich poetów, [w:] Polskij romantizm i wostocznosławianskije literatury, Moskwa 1973.

26.   Reychman J., Kaukaz, [w:]  Polska i Polacy w cywilizacjach świata. Słownik encyklopedyczny, t. IV, pod red. W. Pobóg-Malinowskiego, Warszawa 1939.

27.   Reychman J., Polacy w górach Kaukazu do końca XIX w., „Wierchy. Rocznik poświęcony górom” 1954, R. 23.

28.   Reychamn J.,  Polscy podróżnicy na Bliskim Wschodzie w XIX w. , Warszawa 1972.

29.   Słabczyńscy W. i T., Słownik podróżników polskich, Warszawa 1992.

30.   Wołoszyński R.W., Polacy w Rosji 1801-1830, Warszawa 1984.

31.   Z listu Leona Janiszewskiego do Wydawcy Pamiętnika, „Pamiętnik Naukowo-Literacki  1850, t. II, z. 4.

32.   Zieliński S., Mały słownik pionierów polskich, kolonialnych i morskich, Warszawa 1933.

33.   Zyga A., Kraszewski wobec kultury…, „Slavia Orientalis” 1965, t. XIV, z. 1.

 

 

 

Nota o autorze

 

Prof. dr hab. Andrzej Jan Chodubski jest profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie Gdańskim. Urodzony 1 stycznia 1952 r.; absolwent historii na Uniwersytecie Gdańskim, magister – 1976, doktor – 1981, doktor habilitowany – 1986, profesor nadzwyczajny – 1993, profesor tytularny – 1996. Od 1999 r. członek Komitetu Nauk Politycznych PAN. Autor ponad 1000 publikacji, m.in. z zakresu metodologii badań (Wstęp do badan politologicznych), historii XIX i XX w. (Nauka, kultura i sztuka w Wolnym Mieście Gdańsku), badań kaukazologicznych i polonijnych (Polacy w Armenii,  Azerbejdżanie, Dagestanie, Gruzji), kwestii mniejszości narodowych i etnicznych (Tożsamość kulturowa. Mniejszości narodowe i etniczne). Redaktor rocznika „Cywilizacja i Polityka”. Nagrody naukowe, m.in. : KUL – Nagroda im. Ireny i Franciszka Skowyrów, UW – Nagroda Naukowa im. Franciszka Ryszki.

 


 

 

 

 

 

 

SZKICE KAUKAZU

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

Szkice

Kaukazu

 

 

Michała

Butowda-Andrzeykowicza

 

Tom I

 

 

WARSZAWA

W DRUKARNI JAN PSURSIEGO

przy ulicy Aleksandrja, N. 2768, lit. B.

1859

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pozwolono drukować z obowiązkiem złożenia w Komitecie

Cenzury prawem oznaczonej liczby exemplarzy.

Wilno, dnia 18 Października 1858 roku.

Cenzor, Paweł Kukolnik.


 

//5

I

 

Co ci jest kolego? nie napędzaj woźnicę, lecisz jak gdybyś chciał wiatry i chmury prześcignąć,—daj mi się rozpatrzeć, wszakżeż ci mówiłem że chcę  moją podróż opisać.

Towarzysz podróży.— Cóż tu jest godne­go opisu, może sosny, może piaski Małej-Ros­syi, któreśmy już minęli?

Patrzaj jak wspaniały Don[1] rozlał sze­roko, to powódź prawdziwa; — tutaj dawnej Rossyi granica, i tutaj jak nad Dnieprem[2] nie­gdyś kozactwo pilnowało przeprawy. —Ile tu musiało być ruchu, ile szczęku oręża, kiedy azja­tyckie ludy na zachód wędrowały,—jaka teraz cisza, tylko Don po dawnemu pluska falami.

//6 Towarzysz podróży. — Don często tak rozlewa.

̶          Spojrzyj kolego na prawo, jaka piękna — jaka malownicza stanica.

Towarzysz podróży. —Znudziła mnie ta dro­ga, chciałbym co najprędzej stanąć w Tyflisie.

̶          Jaki cudowny step, jaka bójna zieloność, zdaje się że toniemy w morzu szmaragdów.

Towarzysz podróży. — Morze na prawo zo­stało.

Towarzysz ciągle się spieszył, jechaliśmy dzień i noc, i tak niekiedy rozmawiając, do­jeżdżaliśmy do Stawropola, gdzie przed nami ukazała się olbrzymia panorama Kaukazu[XLII].— W dali za stepami, za lasami, dostrzedz można było długie łańcuchy gór, okrytych śniegiem!...

Przejechawszy kamienny Stawropol[3], zabu­dowujący się w długie i szerokie ulice, wje­chaliśmy tuż zaraz w zaimprowizowane mia­-//7 steczko, składające się z szałasów, bud, kibitek i namiotów różnej wielkości. —Nowe to tylko co z igły miasteczko, powstałe od trzech tygo­dni; z powodu corocznie odbywających się tam jarmarków, napełnione było różnoplemienną kaukazką ludnością.— Na co spojrzeć, wszystko azjatyckie.— Skończyła się Europa, zaczęła Azja,— najkompletniejsza, najznamie­nitsza Azja, ze swą pstrokato-jaskrawą, naj­rozmaitszą ludnością, ze swym azjatyckim za­pachem i wiskiem. Najprawdziwsza Azja, z naj­prawdziwszymi Azjatami konno i pieszo, w bur­kach, w różnokolorowych czerkieskach i archałuchach, w czuchach[4] wreszcie z rękawami na wyloty, i czapkach łachmatych, z mnóstwem połyskującej broni, i bizunami najrozmaitszego kształtu i grubości. Prawdziwy bazar azja­tycki, wszystko pomieszane, hałaśliwe, piszczą­ce i ryczące.— Tam śniadzi Kabardyńcy[5] pę­dzą tabuny swych koni;— tu zniewieściali Ossetyni[6] i Lezgini[7] z dzikiemi twarzami, posu­wają się powoli z owcami tłusto-ogonowemi. — Tam ciągnie łańcuch różnemi towarami obju­czonych wielbłądów, koło nich idą Persy w spiczastych czapkach, i jadą przebiegli Or-//8 mianie, zapewne właściciele ciągnącej kara­wany. Tu pokazało się kilku Kałmyków z płaskiemi twarzami. — Tam jakiś książę góralski, ślicznej postawy, w galonowanej czerkiesce i w szlifach; uwija się na koniu po­śród innych Górali konnych, którym ciekawie przypatrują się poważni kupcy z głębi Rossyi przybyli. Tam na arbach[XLIII]  opaśli Gruzini i Kachetyńcy wiozą burdiuki[XLIV] różnej wiel­kości. Ten kupuje ów sprzedaje. Jedni swoje towary zwalają pod szałas, a inni pakują się jak w drogę; — wisk i wrzawa nielitościwa. — Dobrze na pierwszy raz żeśmy przejazdem nie ogłuchli od tego koncertu azjatyckiej rzeszy.

Wjeżdżając na Kaukaz, pierwsze co uderza podróżnego, jest to nieproporcijonalność ludno­ści do ogromnych obszarów pustej ale żyznej ziemi. Po drodze tylko tu i owdzie widzimy sioła ruskich chłopków, nie dawno przesiedlo­nych na te żyzne równiny, gdzie rolnictwo //9 nie jest jeszcze w kwitnącym stanie. W in­nych miejscach, świeżo przesiedleni mniej je­szcze myślą o pługu, najczęściej widzieć ich można z toporem w ręku pracujących nad budującemi się mieszkaniami, lub ogradzają­cych zajęte miejsca pod swe ogrody. Pierwsze płaszczyzny, noszą na sobie charakter zakło­potanych, urządzających się osad.

Jedziemy dalej, i malownicze łańcuchy śnież­nych gór zamiast się coraz dobitniej na ho­ryzoncie zarysowywać, gubią się w tajemniczej mgle i w nawale obłoków,— już tylko gdzienie­gdzie lśnią się białe enigmatyczne ich aureole. I nie dziw, Kaukaz od niepamiętnych czasów, był zawsze krajem cudowności i misteryi. Dawni Grecy łączylj go z Olimpem. Do kaukazkich skał przykuty Prometeusz cierpiał i wy­trzymywał najokrutniejsze męczarnie, — w kaukazkich ciemnych wąwozach Argonauci wydo­bywali złote runa, — a wielka czarodziejka Cyrcea, ileż to psot tam nawyrządzała. Kaukazkie podania głoszą o Amazonkach i o śpie­wających jeziorach. Najznamienitszy w łańcu­chu gór Elbrus[8], i dziś jeszcze przez krajowców Królem Duchów (Dżyn Padiszach) bywa za //10 zwyczaj nazywany, a inne wierzchołki cią­gnących się pasm, są ciągle przedmiotem żóżnych guseł i przesądów.

Jeżeli cudowność kaukaskich misteryi wiele straciła w naszym prozaicznym wieku, za to cu­downość przyrody kaukazkiej zdolna jest na każdym kroku zadziwiać myślącego człowieka. Kaukaz to cztery pory roku w jednym danym -momencie. Łatwo tam można widzieć doliny zło­cące się bójnemi kłosy, na których rozpoczęły się żniwa, a tuż za niemi, na wyższych szczytach, zziębnąć od śniegu i zamieci; — kiedy w tymże samym momencie, na spadzistościach gór, rolnik doczekał się swej wiosny, i zasiewa nie wielkie łany jęczmieniem i kukuryzą. W wielu miej­scach powietrze najwyborniejsze, najczystsze, a tuż obok atmosfera napełniona miazmami i zgniłemi wyziewami. Flora kaukazka nie mniej cudowności posiada; rośliny znajome Syberyi, rosną tam obok roślin właściwych Ameryce południowej. Słowem jest to skupienie się kontrastów fizycznych, w których biegunowa przyroda, często równikowej dotyka.

A i sami mieszkańcy, jak muszą być zaj­mujący. Dawni geografowie arabscy liczyli //11 tam trzysta z górą języków, i dla tego Kau­kaz nazywali Dshebal-elisani (górą języków.)

Ta lingwistyczna rozmaitość nic nie musiała osłabnąć, kiedy i dziś jeszcze często się zdarza, że dwa auły prawie tuż obok siebie leżące, a od­dzielone potokiem tylko lub nie wielkim wąwo­zem, wcale się nie rozumieją: bo różne języki ich nie mają najmniejszego powinowactwa. Różnobarwna mieszanina zwyczajów i obycza­jów nie mniej może zainteresować, a rozmaitość form rządu (jeżeli tak można nazwać Stowa­rzyszenia, Chaństwa i Klany, nie mające ża­dnych ustaw pisanych, a rządzące się tylko zwyczajem), przechodzi wszelkie wyobrażenie. Najsroższy despotyzm, i coś niby warunkowego, niby konstytucyjnego, i rządy teokratyczne i republikańskie, a nawet anarchija i dziki socijalizm, wszystko to w różnych fazach i od­cieniach, przejawia się, i gospodaruje obok siebie.

Ciągle byłem zajęty myślą, jak trudno bę­dzie zdać sprawę z tej dziwnej krainy, a to­warzysz podróży śpieszył i śpieszył, — i tak śpiesząc się przejechaliśmy przez Georgiewsk[9], któremu z tego powodu nie poświęcę długiego //12 opisu. Zdaje mi się wszakże, że ani historija, ani geografija, ani statystyka, ani fortyfika­cja, nic poniosą w tem żadnej straty, bo ile się można było przypatrzeć, forteca ta już prawie opuszczona, a przedmieście też nie bar­dzo zaludnione, i oprócz ulic z małemi nędznemi domkami, kilka tylko większych domów posiada.

Droga od Georgiewska do Ekaterynogradu[10], przybiera zupełnie charakter wojskowy. Tu i owdzie, widzieć można przechodzących żoł­nierzy wojsk regularnych, w mundurach z czerwonemi kołnierzami, w czapkach z białemi pokrowcami. Mieszkańcy wsi to już nie prze­siedleni chłopi, ale żwawi Kozacy linjowi, w ma­lowniczych czerkieskach, zawsze przy szaszkach[11], zawsze przy kindżałach[12].

Najlepszym dowodem, że niebezpieczeństwo musi często grozić tym stanicom nie źle za­gospodarowanym, są strażnice, stawiane za­wsze na najwznioślejszych miejscach. Strażni­ce te, są to po prostu na czterech wysokich słupach, wyniosłe piątrowe, na górze ze wszech stron odkryte szopy ze słomianemi dachami. Na takiej wyniosłości postawiony szyldwach, //13 musi mieć oczy ciągle wlepione w tę stronę, z której grozi niebezpieczeństwo. W razie zbli­żenia się nieprzyjacielskiej partji, szyldwach obowiązany dać hasło posterunkowi, znajdu­jącemu się na dole w strażnicy, lub najbliższym domu. Wtenczas bęben oznajmia, o niebez­pieczeństwie po wszystkich ulicach, a Kozacy dobrze rozumiejący co znaczy ten alarm, sia­dają na koń i wyjeżdżają w pole dla odparcia swych wrogów. — Jeżeli góralska partija nie bardzo znaczna, i Kozacy prędko się zebrać mogli wtenczas ci ostatni z tryumfem wracają a Górale pierzchają w nieładzie. — Zdarza się wszakże czasami, że napadającym uda, się skorzystać z nieczujności kozactwa, i wtenczas rabusie strzelają, rąbią; zabierają, z sobą wszyst­ko co się im nawinie pod rękę; upędzają trzody, konie, a nawet ludzi w niewolę zabie­rają. Tak więc w zamian za swą dawną mitologiczną poezję, Kaukaz posiada dziś inną wielką poezję życia narażonego na ciągłe nie­bezpieczeństwa; — na każdym kroku, Szekspi­rowskie być, albo nie być, najfatalniej może się tam roztrzygnąć.

//14 Ekaterynograd, chociaż jest policzonym do rzędu miasteczek, więcej wszelako ma podobień­stwa do wielkiej bogatej stanicy. — Są tam skle­py, są cerkwie, ale mieszkańcy wielkich i ma­łych drewnianych domów, zawsze linjowi żona­ci Kozacy. Jest tam dość liczna szkoła dla ich dzieci. Przejeżdżałem właśnie wtenczas, kie­dy różnych lat chłopaki gawronili się po ulicach i bardzo opieszale ciągnęli do świątyni swej Minerwy. Młode kozactwo ubrane było w czerkieski; i u każdego wisiał na pasku mały kindżał przy boku,— azjatycka ta broń zastępuje tym­czasem u nich scyzoryki. Sam widziałem jak niektórzy z nich zatrzymywali się na ulicy, wy­dobywali swe kindżały, i temperowali sobie pió­ra i ołówki.

Ekaterynograd leży nad rzeką Małką[13], za któ­rą widać auły Wielkiej Kabardy[XLV] składające się z domków plecionych z chrustu, otynkowa­nych gliną i pokrytych słomianemi strzechami.

Tych Kabardyńców wyprowadzają od Chazarów. Kabarda niegdyś silna, wojująca nawet //15 z Krymem, za panowania dwóch braci Kabarty- Beg'ów[14], rozdzieliła się na Wielką i Małą Kabardę, i przez to wiele straciła na siłach. Obie te Kabardy w ciągłych były z sobą wojnach, a i dziś jeszcze ich nieprzyjaźń miedzy sobą obja­wia się ciągłemi grabieżami, i bardzo tam upo­wszechniono zemstę krwi. Od roku 1774 obie Kabardy poddały się pod władzę Rossyi, ale do­tychczas rządzą się po swojemu. Kabardyńcy nie więcej jak od lat stu zostali Mahometanami, dawniej byli Chrześcianami, — powiadają że w głębi ich kraju w wielu miejscach są ruiny chrześciańskich kościołów. Feodalizm, i dziś je­szcze tam kwitnie. — Oprócz książąt panujących, są i inni książęta, którzy tam grają wielką rolę. — Wassale książąt są to uzdenie (szlachta) na trzy stopnie podzieleni. — Uzdeń pierwszego stopnia, ma ogromne przywileje, ale zawsze jest swemu księciu podległym. Uzdeń drugiego sto­pnia ma takież same przywileje ale już mniej władzy posiada, Uzdeń trzeciego stopnia, prawie zawsze jest biednym, i podlega uzdeniowi sto­pnia pierwszego;— oprócz tego są jeszcze chło­pi i niewolnicy. Wychowanie dzieci, zwraca na siebie szczególniejszą uwagę.— Syn księcia jak //16 tylko ma skończonych lat dwanaście, zostaje na­tychmiast poruczonym uzdeniowi używającemu najlepszej sławy i poważania u swych roda­ków. Wybrany uzdeń, przybiera wtenczas ho­norowy tytuł Atałyka (nauczyciela), i po spartańsku różnemi sposoby hartuje swego podro­stka, wprawia go do konnej jazdy, uczy go rą­bać szaszką, i strzelać z gwintuwek i pistole­tów.— Kiedy kurs teoretyczny kabardyńskiego wychowania ma się już ku końcowi, wtenczas się zaczyna kurs praktyczny. Atałyk uczy swego ucznia kraść konie, i zapędzać da siebie cudze bydło i barany. Kiedy uczący się umie dobrze ukraść, i dobrze schować, wtenczas już jest kom­pletnie na obywatela Kabardy ukształconym, bo na tem zależy cały sekret dobrego wychowa­nia. W Kabardzie ten ma najlepszą sławę, o kim mówią że umie kraść wybornie. Wieczną zaś hańbę wtenczas się tam nabywa, kiedy kto z oby­wateli zostanie podpatrzonym, lub gdy złodziej­stwo wyjdzie na wierzch.

Kabardynki, są bardzo piękne stworzenia! — ich wychowanie na tem zależy, że je uczą szyć, srebrem haftować i robić galon. Są to kaukazkie modystki, które nie tylko że stroją siebie, //17 mężów swoich i krajowców, w odzienie własnej roboty; ale i w inne kaukazkie krainy wy­syłają na przedaż, obszywane galonami czerkieski, takież archałuchi, i nogawice podobne do kamaszy. Kabardynki zajęte są ciągle już to rę­czną już najgrubszą robotą, i jak prawdziwe niewolnice pod czujnym nadzorem, bo Kabardyniec kiedy z swych wypraw przyjeżdża do domu, do niczego wziąść się nic chce.— Kabardyniec pali tylko tytuń ze swej króciutkiej fajeczki, i czu­wa pilnie, żeby jakie ciekawe oko nie zajrzało pod czadry[XLVI]  jego żon i córek. W domu o gospo­darstwie nic nie chce wiedzieć, ma nato kobiety, i temi się na każdym kroku wyręcza. Dawniej los Kabardynek był jeszcze gorszym, bo najpiękniej­sze z nich przedawano do charemów Konstantynopolskich, gdzie były bardzo poszukiwane dla swej piękności, i dla swych zgrabnych i wysmu­kłych talij. Talje Kabardynek i dziś są zachwy­cające, bo w dziewiątym roku, zaszywają je w irchowe gorsety, żeby się nie rozrastały w pasie. Każda Kabardynka bywa tak zaszyta aż do za-//18 mąż pójścia, i dopiero po ślubie, pan młody ma prawo zrzucić czadrę, spojrzeć po raz pierwszy wżyciu na swą żonę, — i pruć kindżałem taje­mniczą piersi zasłonę.

Ale otóż i same kabardyńskie damy, — zape­wne za sprawunkami wjeżdżające do Ekaterynogradu. — Przypatrzmy się im bliżej.

W dwukołowej arbie, okrytej niby jakąś bud­ką z dywaników, i ciągnionej przez dwa ogro­mne bajwoły, mające małego chłopca za woźnicę, siedziały trzy stare Kabardynki i dziewczynka lat dziesięciu lub jedenastu, dziwnej, prawie ide­alnej piękności. Trzy kobiety miały na sobie różno-kolorowe czadry, ale tylko dla proporcyi, i wielka szkoda, że się niemi zupełnie nie zakry­ły. — Dziewczynka trzymała swoją zasłonę w rę­ku. Mnóstwo drobnych hebanowych splotów, fantastycznie spadało na jej śliczną białą szyję, i na plecy karmazynowej obszywanej galonami kapotki. Dziewczynka śliczny miała wyraz twa­rzy, figlarne oczki, a policzki jej tak były deli­katne, i tak cudnie różowe, że się można było zadziwić. Posłałem jej całus ręką. Dziewczynka uśmiechnęła się, i pokazała piękniejsze od pereł ząbki.

//19 O kilkanaście kroków za tą arbą, jechała in­na konna grupa. Były to dwie kobiety, stary, zupełnie siwy Kabardyniec, i chłopiec lat czter­nastu. Kobiety na pięknych koniach siedziały po męzku, i tak były starannie zakryte, że oprócz różnokolorowych kwefów, czerwonych jedwabnych szarawarów (po wschodniemu tuma­nów), obszywanych złotemi galonami u dołu, i żółtych safianowych eleganckich ciżemek, nic więcej nie było widać. Staruszek i chłopiec, obaj byli w żółtawo-bronzowych czerkieskach. Pierw­szy miał przy sobie szaszkę, pistolet, kindżał i gwintówkę w czarnym skurzanym futera­le za plecami, za któremi był jeszcze sukien­ny baszłyk[XLVII]. Drugi, miał tylko kindżał na pasku. Kiedy koło mnie przejeżdżali, starzec burczał pod nosem, i jakby łajał jadące z nim kobiety, które wcale się nie odzywały.

Droga z Ekaterynogradu do Włady-Kaukazu[15], jest daleko niebezpieczniejsza, niż ta którąśmy dotąd przebyli,— ta dziesięcio-milowa //20 przestrzeń, jest najniepewniejszą z całej tak nazywanej wojenno-gruzyjskiej drogi[16]. Da­wniej w Ekaterynogradzie zatrzymywano po­dróżnych dopóki ich się wielu nie zbierze, i wtenczas dopiero występowała z nimi kompanija piechoty i jedno działo; w ten sposób wo­żono nawet skarbową pocztę do Włady-Kaukazu. Teraz niebezpieczeństwo daleko mniej­sze, ale podróżnym daje się zawsze konwój ze dwóch, lub trzech Kozaków złożony.

Na tej drodze do Włady-Kaukazu, są trzy nie wielkie forty: Pryszyb, Uruk i Ordon[17], między którymi wznoszą się strażnice, podobne do tej com ją już opisał. Są to prawdziwe kozackie te­legrafy, na nich to co dzień czuwają kozackie posterunki, i za danem hasłem, ze wszystkich strażnic tam się zbierają gdzie grozi niebezpie­czeństwo. Pod wieczór, Kozacy opuszczają swoje strażnice, i ściągają się do najbliższych fortów. Kiedy wybębnią capstrzyk, w fortach zamykają się wrota, i podróżnych nie wypu­szczają aż do wschodu słońca.

Wspomnione trzy forty, mają do siebie wie­le podobieństwa. Każdy ma swego komen­danta, trochę Piechoty, trochę Artyleryi, i wie-//21 lu Kozaków na rozjazdy i do strażnic. W ta­kim forcie na wałach stoją działa, a we­wnątrz są koszary dla żołnierzy, oficerski domy, lazaret, magazyn i duchan[XLVIII], z swym wie­cznym Ormianinem; a roszypane domki żo­natych żołnierzy, tworzą niby przedmieście na­leżące do fortów.

Jedynym śladem że byliśmy na ziemi mahometańskiej, były to wyrastające gdzienie­gdzie nie wielkie cmentarze, i w jednem miejscu nad drogą wznoszący się minaret, wybu­dowany z drobnej, zupełnie czerwonej cegły; auły zaś Kabardyńskie nie leżą nigdzie nad drogą. Widocznie, mieszkańcy nie chcą wcho­dzić w bliższe stosunki z fortami.

Kiedyśmy dojeżdżali do Włady-Kaukazu, dzień był jasny i gorący, mgły rozwiały się, i przed nami ukazały się ogromne łańcuchy gór, rozchodzące się we wszystkie strony, których grzbiety okryte były śniegiem, a między niemi jedna góra panowała nad wszystkie. Wiersz-//22 chołek jej miał formę okrągławą, i był więcej niż inne zasypany śniegiem. Śliczna to góra! Śnieg nie zaokrąglał tylko jej szczyt, ale okrywał ją aż do połowy, druga połowa aż do samych stóp, łączących się z innemi pasmami, ciemniała zapewne od borów, tak się trzeba by­ło domyślać po tym ciemnym mieniącym się ko­lorycie; chociaż drzew jeszcze nie można było; odróżnić, Ta biała, olbrzymio-wspaniała góra, to Kazbeg[18]! który się cudnie zarysowywał na szafi­rze niebios. Kazbeg zdawał się być bardzo blizko, a jednakże był jeszcze o kilka mil odległym.

Ale otóż i Włady-Kaukaz; zawracamy na lewo, przejeżdżamy długi most zbudowany na szumnym Tereku, i wjeżdżamy do miasta. Wię­cej tam wojska stale konsystującego, i dla te­go więcej ruchu. Są tam i wielkie domy, są i szerokie ulice, są całe szeregi ormiańskich drewnianych sklepów, a nad tem wszystkiem panuje na wzgórzu stara forteca, nie bardzo wprawdzie umocniona, ale najeżona działami, szczególniej od południowo-wschodniej strony, przylegającej do zarośli urwisk i lasów, w któ­rych są siedziby Górali.

//23 Przejdźmy się po mieście, żeby się lepiej roz­patrzeć, w drodze o znajomości nie trudno, mo­że się uda choć cokolwiek o Włady-Kaukazie zanotować.

Poszedłem szeroką ulicą, na której gdzie­niegdzie były w domach pootwierane okna. I tak idąc bardzo przyzwoicie, bez żadnych złych zamiarów, nie zatrzymując się nawet nigdzie, natężałem ciągle wzrok i słuch.

Z pierwszego okna, doleciały do mnie tony bardzo rozstrojonego fortepianu; ktoś grający sylabizował początek Normy. Drugie odem­knięte okno, w innym domu, miało daleko więcej interesu. Stała w niem, młoda, piękna blondynka, polewająca hortensje i inne wazonowe kwiaty. Blondynka zwracając się w tymże sa­mym momencie do kogoś stojącego w głębi po­koju, mówiła w następny sposób:

Voici donc vótre reconńaissance, pour tous mes sacrifices pour tous mon devouement?[19]

Ten ktoś, stojący w głębi odpowiadał bary­tonem.

Vous vous trompe[20]z, i coś dalej, czego nie mo­głem i nie chciałem dosłyszeć.

//24 Z innego znowu okna, na węgle ulicy, wraz z ujrzanemi kłębamy tytuniowego dymu, usły­szałem głos oznajmiający ośm kier któremu dwa inne głosy odpowiedział: wist-wist.

Pragnąc się więcej poznajomić z azjatyckim, niż z europejskim Włady-Kaukazem, przenio­słem się na inną ulicę, i doszedłem do urządza­jącego się publicznego ogrodu. Oprócz pracują­cych żołnierzy, było tam kilkunastu azjatyckich więźniów używanych do robót, wszystkiem zaś rozporządzał oficer, z którym się wdałem w rozmowę.

̶          Pan, jak widzę, uczy Azjatów ogrodni­ctwa — powiedziałem.

̶          Urządzamy tu panie ogród — odpowie­dział — i to ogród spacerowy, publiczny. Azja­tów tylko mniej mamy, niż ich tu dawniej bywało. Może pan myślisz że postąpili w mo­ralności, bynajmniej — zawsze ciż sami, zawsze rozbójnicy i złodzieje. Naprzykład, ten pierwszy co taczką ziemię wozi, zabił nie dawno swoją żonę, ci dwaj inni grabili i zabijali na drodze, a ten w samym Włady-Kaukazie ukradł konia.

Jakto, więc i do samego miasta wciskają się Górale?

//25 - A któż tu ich upilnuje, wszakżeż to wszystko niby podlegli. Włady-Kaukaz do koła zaludniony temi podległemi rozmaitemi plemio­nami. Niemożemy więc im zabronić wstępu do miasta, a oni tu nas podpatrują. Ale jak kogo złapiemy na uczynku, to ceremonja krótka, bo Włady-Kaukaz to nie powiatowe miasto, ale rządzi się prawami wojennemi, również jak i cały obwód tego nazwiska — a więc na tych ptasz­ków bywa tu zawsze sąd wojenny. Tu wszystko na wojennej stopie, wczoraj naprzykład w nocy, w samym mieście strzelano, bębniono, i wiele narobiono hałasu.

̶          Jakto w samem-mieście?

̶          Kilku Górali wkradło się w nocy na tę ulicę, gdzie mieszkają żonaci żołnierze, i u je­dnego z nich zabrali parę wołów. Żołnierze za­częli strzelać do Górali, a Górale do żołnierzy, ale że noc była ciemna, nikt nikogo nie ranił, woły się zostały na ulicy, a Górale zemknęli.

W ciemną noc, niebezpiecznie chodzić po mie­ście, trzeba się mieć na ostrożności, i być uzbro­jonym. W przeszłym roku, kiedym raz późno wracał do domu, to i koło mnie kule świstały.

//26 - Niech mi pan wytłumaczy, co to są za Azjaci co siedzą nad urwiskiem — widzi pan na prawo — tam ich bodzie z dziesięciu, przechodząc kolo nich zauważyłem że ciągle patrzą na góry, i nic z sobą nie rozmawiają.

̶          A jakżeż mają rozmawiać, kiedy siebie nie rozumieją, każdy z nich mówi innym języ­kiem. Podejdźmy do nich, to się pan im przy­patrzysz. Są to tak nazwani Amanaci, to jest za­kładnicy. Jeżeli nasze wojska zdobędą taki auł, gdzie nie ma potrzeby budować fortecy, w ta­kim razie biorą się z niego Amanaci, a to dla tego, żeby ich mieć w ręku, i żeby się auł nie buntował. Amanaci ci, wybierają się zawsze z lepszych familji. Wszyscy ci obdartusi to niby ich szlachta; wielka szkoda że nie mogę ich użyć do ogrodowych robót.

̶          Cóż z niemi zrobią, jeżeli się ich auły zno­wu zbuntują?

̶          Dawniej wieszano ich w takim razie, dziś zsyła się ich na żołnierzy do sybirskiego kor­pusu.

Doszliśmy do siedzących Amanatów. Jedni z nich byli w czerkieskach, drudzy w archałuchach, a wszyscy dosyć oszarpani w białych, lub //27 w czarnych łachmatych czapkach. Amanaci mil­czeli jeszcze ciągle patrząc na góry.

̶          Naprzykład, mówił dalej oficer, ręką wska­zując; ten pierwszy to Ingusz, ten drugi to Karabułak[21], ten Czeczeniec, ten Kabardyniec, z je­dnego aułu co się nie dawno zbuntował. Ci zno­wu są z oddalonych stąd aułów, i już sam nic wiem do jakich plemion należą; ale ci nie mo­gą z sobą rozmawiać, bo i sami się nie rozumie­ją, i ich nikt nie rozumie. My zaś musimy ich karmić i dozorować; zawsze przy nich jest żoł­nierz, co czuwa nad nimi, wolno im chodzić po mieście, ale dalej ani na krok ich nie puszczają.

̶          Ależ oni oniemieją, jeżeli z nikim mówić nie będą. Czy nie możnaby ich nauczyć jakiego języka więcej tu używanego ?

Właśnie że i to probowano. Z początku chciano ich uczyć języka rossyjskiego; okazali ku temu wstręt największy, i nic z nimi nie można było zrobić. Później jeden Mułła[22], zaczął ich uczyć języka Tiurk[23], najużywańszego na Kauka­zie. Mułła wziął się był bardzo gorliwie, ale i ten się zraził bo Amanaci zamiast uczenia się języka Tiurk, zaczęli mu podczas lekcji pokazywać swe własne czerwone języki. Mułła przestał do nich //28 chodzić, i teraz po całych dniach nic łotry nie robią, tylko ciągle patrzą na góry.

Górale rzeczywiście podczas naszej rozmowy najmniejszej na nas nie zwracali uwagi, siedzieli po azijatycku, mając nogi skurczone pod siebie, milczeli, a wzrok ich był natężony ku górom.

Wieczór byłbym przepędził w towarzystwie Trynitarza[24], kapelana wojskowego, gdybym się był dowiedział o jego przyjeździe do Włady- Kaukazu. Że zaś nazajutrz była niedziela, z ra­na byłem na Mszy Śej, która się odbyła w wy­porządzonych na prędce koszarach wojsko­wych[XLIX]. Po skończonej Mszy Śej śpiewano ko­ścielne pieśni. Nabożeństwo odbywało się bardzo przykładnie; było na niem trzech oficerów i więcej niż stu żołnierzy, i wszyscy co do je­dnego od początku aż do końca klęczeli.


 

//29

II

 

Zaraz za Włady-Kaukazem zaczynają się przedgórza zieleniejące ślicznemi drzewami, za któremi się wznoszą coraz wyższe góry, — a biały, okrągławy, panujący nad całą okolicą Kazbeg, zdaje się być tuż przed nami. Jedziemy prawie ciągle po nad brzegiem szerokiego Tereku, zasłaniają­cego się niekiedy drzewami i krzakami, lub niewielkiemi wzgórzami.

Zrobiliśmy z mile drogi, mijamy leżący na wzgórzu, pociemniały od czasu zamek Rydant i już jesteśmy na ziemi Ossetynów, zapewne nie bardzo wprawnych do rozbojów, bo ko­zackich strażnic nigdzie nie widać. Droga sto­pniowo coraz się wyżej podnosi, prawa i lewa //30 strona ścieśnia się, przysuwa się coraz bliżej, Terek[25] bardziej i mocniej się pieni. Góry ciągle najeżono piętrzącemi się skałami, śród których, i nad któremi, rosną najpiękniejsze krzaki i drzewa. Jedziemy prędko, przemie­niające się, wyrastające przed nami góry, w za­gięciach wiodącej drogi coraz wyższe, coraz piękniejsze na nich kamienne płyty i drzewa, — lecz tu się już utworzył wąwóz; Terek płynie kaskadami po ogromnych skałach, i tak szumi że zupełnie zagłusza. Góry tak się blizko do siebie przysunęły, że z obu stron zakrywają horyzont. Żeby zobaczyć szafir pogodnego nie­ba, trzeba przytrzymać czapkę, i głowę zadrzeć do góry. — Dekoracje coraz się zmieniają, w wąwozie pociemniało — na pionowo wznoszą­cych się wysokich górach nad nami, wiszą śród najbójniejszej zieloności sążniste skały, co chwila spadnięciem grożące. Pierwszy raz by­łem w górach, nie znałem ich uroku, — straciłem głowę. Zdawało mi się że widzę przed sobą niebo i piekło. Zdawało mi się że byłem w tej krainie, którą Dante z Wirgiljuszem zwiedzał. Zdawało mi się że dostrzegam wyryte na skałach:

//31 Lasciate ogni speranza Voi ch'entrate.[26]

A dalej na bramach, jakby czerniało prze­demną,

Per me si va nella citta dolente,

Per me si va nell'eterno dolore,

Per me si va tra la perduta gente.[27]

Czułem że to świętokradztwo jechać pocztą po tych czarujących miejscach, —gdybym roz­porządzał moim czasem, zeskoczyłbym był z wo­zu, i poszedłbym dalej piechotą. Wiem że ta część mojej podróży aż nadto będzie nie­dokładną, — tyle w górach doznałem wrażeń, że niepodobna mi było ani notować, ani pa­miętać. Niektóre miejsca, przypominam sobie, jakbym je tylko we śnie widział. Będąc na znacznej wysokości, gdzie już prawie nie było żadnej wegetacji, z góry Święto-Krzyskiej[28] za­chwycony byłem najcudowniejszemi pejzaża­mi. Z góry nazwanej Hut, leżącej nad prze­paścią do której zajżawszy, kręci się w głowie,  ćmi w oczach, widziałem w tej otchłani ossetyjski auł zagrożony lawinami, a który patrząc nań z drogi podobny był do majaczącego mrowiska. Widziałem wiele cudownych wido­ków, lecz wolę o nich nie wspominać. Obawiam //32 się żebym nie poprzestawiał gór i dolin, że­bym nie opisał wprzódy to, co widziałem pó­źniej ; i dla tego chciałbym czarującej tej dro­gi taki tylko szkic pomieścić, żeby był nicią, mych dalszych wędrówek. Trudno cyrklem wymierzać szczegóły, tam gdzie całość za­chwyca swą pięknością. Jeszcze trudniej zdać sprawę z nawału czarujących pejzaży górskich, widzianych tylko przelotem. To tak zupełnie, jak być na nowej operze, upajać się jej trudną różnobarwną melodiją, ale proszęż ją wyśpie­wać proszęż choć cokolwiek z niej dokładnie powtórzyć.

Pierwsza stacja pocztowa w górach, nazywa się Lars. Bialutki, czyściutki domek, i wszystkie jego przybudowania, okryte czerwoną dachów­ką, opasane były wysokim pobielonym murem. Do koła huczą potoki, szumią lasy; wjeżdżamy na wzgórze, z bramy wybiega czerwony, roz­trzepany, dozorca stacji, i w następny sposób do nas się odzywa:

— Panowie z Włady-Kaukazu, a co tam moja żona? Czy nie wiecie co o mojej żonie ?

Umarła, powiedziałem, wysiadając z wozu.

//33

— Jakto umarła, to chyba ją, zadusili. Jakto, ona taka młoda, taka piękna, taka zdrowa, wszakżeż wszystkiego dwudziesty rok liczyła.

— No to nie umarła, umarła jakaś sześdziesięcio letnia.

— Widzę że pan i we Włady-Kaukazie nic nawet nie słyszałeś, a zajdź pan do domu, tam moja trzech-letnia córeczka, tam moja sierotka. Oj lepiej mi było siedzieć w Półtawie, tam gdzie się człek urodził i wychował. Otóżto podwójna Pensja kaukazka, cóż mi teraz z tą pensją?

— Takeś dobrodzieju dokładnie rzecz wyjaśnił, że nic cię nie rozumiem.

— Czegóż tu nie rozumieć, trzy tygodnie temu nazad, na tem samem miejscu, mówiłem do mojej żony: nie jedź duszko do Włady-Kaukazu, nie jedź na chrzciny, co to znaczy że proszą, obejdzie się tam bez ciebie! Pan zapewne nie żonaty, a więc nie wiesz co to jest uparta żona. Otóż uparła się i pojechała, i piękne jej zrobili chrzciny. Dobrze przynajmniej że sam z nią nie pojechałem, byłoby jeszcze gorzej.

— Jakież to chrzciny?

  Powiadam, że miały być chrzciny we Włady-Kaukazie, otoż Paweł co ją powoził był //34 uzbrojony, ale jak dali ognia — a może i na wiatr dali ognia, więc się schował w krzaki. Później na drugi dzień przyszedł do mnie, i sam mi wszystko rozpowiedział.

              Jakżeż Paweł rozpowiedział?

              Paweł mówił że wózek zostawili na dro­dze, konia odprzęgli i poprowadzili luzem, a moją żonę jeden z nich posadził na swoje siodło, sam siadł za nią, i tak drapnęli w góry,— było ich pięciu. Oj łotry Górale, jabym ich wszy­stkich powywieszał.

              No cóż, i nie ma żadnych śladów?

— Jakto niema śladów, są ogromne ślady. Ja teraz już urzędownie, i formalnie o tem tra­ktuję, Wiem do jakiego aułu ją najprzód za­wieźli, i wiem co się później z nią stało. Naj­przód była w jednym aule Inguszów. Starszyzna tego aułu, jest oficer naszej Milicji, dał więc znać do Włady-Kaukazu, że przez jego auł przewie­ziono w nocy jakąś ukradzioną kobietę. Ale to nie tak było, bo w tym aule całe trzy godziny popasywano konie, a moją żonę częstowano jakąś tak nazywaną buzą, co ma być podobną do mocnego piwa. Żeby się dokładnie o wszystkiem dowiedzieć, drogo za to zapłaciłem os-//35 setyńskiemu żydowi Barawie, któren chodzi do Inguszów[29], z drobnemi towarami.

        No i coż Barawa?

— Barawa się dowiedział, że żona moja wziętą była  w niewolę rzeczywiście przez Ingusza, mieszkańca aułu Dur-Dur , i że tam była dwie doby, a później została sprzedaną gdzieś dalej w góry. Ale gdzie się teraz znajduje, o tem nawet i w Dur-Dur nie można się było dowiedzieć.

— A za wieleż została sprzedaną?

— Wszakżeż u Inguszów pieniądze nie kursują, jak mi Barawa mówił, niby to jej pierwszy właściciel, przemieniał ją, aż wstyd powiedzieć, na ślepego na jedne oko konia, na gwintówkę i na dziewięć baranów. A co drugi niby to jej właściciel z nią zrobił, o tem jeszcze nic nie wiem, chociaż się wszystkich rozpytuję.

Ale otóż i konie gotowe, zdaje się że wszystko powiedziałem; — jeżelibyście się panowie dowiedzieli co przypadkiem o mojej żonie, to Proszę do mnie napisać.

- Będę sobie to miał za obowiązek.

Z larsu wąwozy rozbiegły się między góry rozmaitych kształtów i wysokości; jedziemy //36 szerszym niż wprzódy rozłogiem, ciągle nad  szumnym, bystrym Terekiem, unoszącym z sobą  nie raz stoletnie drzewa i pnie wyrwane nad  brzegami. Mnóstwo potoków z różnych miejsc przynosi mu swą dań. To nie te potoki równin, co płyną tak prozaicznie, to potoki co bieleją kłębami bałwanów, i z szybkością góralską nieprawdo-podobne torują sobie drogi. Ich muzyka to wtór do huczącego Tereku, a skrzypienie drzew i świst wiatrów zmienionych i odbitych echem skał, to wieczny koncert gór .....

Ciągle stopniowo podnosimy się coraz wyżej, bo mamy przejechać przez ciągnący się łańcuch najwyższych Kaukazkich gór. Gdzieniegdzie w oddaleniu widnieją nie wielkich zamków ruiny. Roślinność między piętrzącemi się skałami, składa się zawsze z drzew i krzaków strefy północnej; ale że jesteśmy na dość znacznej wysokości, więc już słabnąć zaczyna. Niższe piętra kamiennych gór, okryte pluszczem lasów, średnic mórawą, wierzchołki oprószone śniegiem, a niektóre różnokolorowe, spiczaste szczyty, wznoszą, się nad massami brył i głazów, jakby minarety tego długiego grodu, przez Twórcę zbudowanego. O jak mały czło-//37 wiek, śród tej olbrzymiej przyrody! Jakby tutaj małemi się zdawały te kretowiska, które on swemi miastami nazywa. Ani sposób się na­patrzeć, rozmaitość bez końca, trudno oczy oderwać od tych wzniosłych czarujących wi­doków, — smutno, tęskno, że tak się szybko przed nami przesuwają.

Już blizko stacja, ale jeszcze jej nie widać.

Z          prawej strony w oddaleniu bieleje ossetyjski kościółek z klasztorkiem, jakby przyklejony do wierzchołka prostopadłej góry. Nie widać do niego nawet żadnej drogi, — krzyż tylko błyszczy słabo, ale ta jedna myśl już, że tam się modlą Chrześcijanie, podnosi, i więcej ożywia ten malowniczy pejzaż. Przejeżdżamy je­szcze kawał drogi, i z za gór żygzaka, wykazuje się w dolinie dziedzictwo ossetyjskiego księcia Kazbega[30], auł Kazbeg[31], leżący u podnóża białego, zaokrąglonego Kazbega, panującego nad całą tą okolicą.

O, jak małe, jak nędzne zdaje się tu wszy­tko, czego się ludzka ręka dotknęła. Mieszkań ossetyjskich kmiotków, nic zbliżywszy się do nich zupełnie, prawie rozpoznać nie można. Są to jakieś lochy jakieś wyżłobione w ziemi// 38 nory, okryte szaremi kamieniami. Gdyby nie wychodzący z ich otworów ludzie, nie możnaby ich nawet odróżnić. Śród tych szarych grud, wznosi się prosty kamienny kościołek. Są tam i duchany, ze swemi płaskiemi dachami, podo­bne do wielkich pudełek. A dalej, jest jeszcze piątrowy, nie wielki, czworoboczny dom księcia Kazbega, z terasem na wierzchu i balkonami ze wszystkich stron. Czerwony dach, na białej, pocztowej, obmurowanej stacji, impo­nuje zupełnie tej brudnej szarej osadzie.

W Kazbegu widziałem mnóstwo Ossetynów i i Ossetynek. Według Klaprotha[L], są to potomkowie znanych w starożytności Sarmatów Medyjskich, i średnio-wiecznych Allanów i Assów (?) Jabym w nich więcej widział pokrewień­stwa ze szczepem Germanów; bo w ich mowie są wyrazy mające zupełnie zakończenia niemieckie, — są nawet całe niemieckie wyrazy, do których przywiązane też same znaczenia, co i u dzisiejszych Niemców. Niemieckiej tylko uczoności i pedanteryi nie mogłem dostrzedz //39 w Ossetynach, gdyż język ich jeszcze nie do­szedł do tej doskonałości żeby się wyrazić pisanemi literami, a ogranicza się tylko ustną mową. Matematyczne ich zdolności leżą jeszcze w zupełnem spowiciu, gdyż rachować umieją do dziewięciu, a policzyć coś mogą tylko do dziewiędziesięciu. Czyli tłumacząc się wyra­źniej : dziewięć tylko pierwszych cyfr mają w nich swoje nazwania, które się później ciągle powtarzają. I tak jeżeli Ossetyn chce powie­dzieć, że ma jedenaście, to mów, że ma dzie­sięć i dwa. Jeżeli chce powiedzieć że ma dwa­dzieścia pięć, to mówi, że ma dwa razy dzie­więć i siedm, i tak dalej, aż do dziewiędziesięciu, które tak wyraża: dziewięć razy dziewięć i dzie­więć. Uczeńsi z nich, czasem liczą i dalej, ale Arytmetyka popularna dochodzi tylko do licz­by dziewiędziesiąt.

Ossetyni mieszkają w dolinach i wąwozach ciągnących się ku zachodowi, do granicy Imeretji i Swanetji; ludność ich dochodzi do kilku­dziesięciu tysięcy. Ossetynki i Ossetyni, prawie zawsze blondyni lub rudzi, nie mogą mieć ża­dnej pretensji do przystojności. Drobnego są wzrostu, brzydki mają wyraz twarzy, i ciągle//40 czerwone oczy, to ostatnie zapewne pochodzi od ostrego powietrza, i nigdy nie topniejących śniegów na wyższych, górach. Żeby złagodzić- ten ciągły ból oczu, zauważyłem że nic tylko mężczyźni, ale i kobiety, ciągle zażywają taba­kę. Ossetyni bardzo są biedni, suknie ich tegoż samego kroju, co i Kabardynów, ale te ich szare, bezgalonowe czerkieski, strasznie są wyszarzałe i połatane. Oprócz nędznych kindżałów, rzadko nawet można u nich widzieć gwintuwki i pi­stolety, raz dla tego, że broń na Kaukazie bar­dzo droga, drugi, że jej nie lubią, bo dosyć są zniewieścieli.

Trudno bardzo zadeterminować jaką, Osse­tyni teraz wyznają religję. Jeszcze w XII wieku, za czasów Gruzyjskiej Królowej Tamary, która się na Kaukazie wsławiła swemi wojnami i na­wracaniem pogan, Ossetja uległa jej orężowi, przyjęła wiarę chrześcijańską. Wgórach Ossetji, jeszcze i teraz są stare kościoły byzantyjskiej architektury, zbudowane tam przez Tamarę. Lecz później następcy Tamary nie mogli czuwać nad Ossetją, bo i sami mnóstwo klęsk i wojen musieli ponosić, i Ossetyni znowu wrócili do dawnego pogaństwa. Przed stu laty wielka ich//41 liczba przyjęła wiarę mahometańską, lecz kiedy Gruzja wcieloną została do Rossyi, wtenczas i Ossetją zwrócono uwagę. Wysłano księży już to Gruzinów, znających język ossetyjski, już i samychże Ossetynów, wykształconych na księ­ży w Tyfliskiem seminarium, których obowiąz­kiem było nawracać i chrzcić w Ossetji. Żeby zachęcić do tego sakramentu, nowo-ochrzczonym dawano zawsze srebrny krzyżyk, dwie koszule i rubla. To się im tak podobało, że znaleźli się tak gorliwi, co ochrzciwszy się w jednym aule, cichaczem przekradali się w inne miejsca żeby znowu być ochrzczonymi. Zauważano ten ich zbyteczny popęd do pierwszego sakramentu, przestano im płacić, i odtąd liczba Chrześcijan w Ossetji widocznie się zmniejszać zaczęła; tak że teraz między Ossetynami są Chrześcijanie, są mahometanie, a w głębszych ich wąwozach są nawet poganie. W Ossetji, nie­które obrzędy chrześcijańskie, zupełnie się po­mieszały z mahometańskiemi i pogańskiemi. Ś. Elijasz[32], jest jakby patronem Ossetynów i naj więcej przez nich czczonym. Jemu to poświęcone są liczne groty i jaskinie w kątach których według  greckiego zwyczaju zawieszony bywa jego wize-//42 runek. Chrześcijanie przychodzą tam, żeby przylepić woskową świeczkę, a poganie również Świętego Elijasza adorujący, odbywają tam całopalenia baranów i wołów, których rogi i skóry kolo jaskiń rozwieszają. Rozpowiadano mi, że Ossetyni czasem z okoliczności, lub z ja­kichś widoków na przyszłość, grają długi czas rolę Chrześcian, a później znowu wracają do mahometanizmu lub poganizmu. Słyszałem że w jednym aule, w kościele, podczas nabożeń­stwa, rozstali się na zawsze ze swym pasterzem, i to w sposób dosyć oryginalny. Ossetyni ze­brani niby to na mszą weszli do kościoła w swych małych kosmatych czapkach. Ksiądz odprawia­jący nabożeństwo, sądził z początku, że to tylko chwilowe przypomnienie dawnych mahometańskich zwyczajów, nie wiele więc na to zważał. Lecz trochę później dostrzegł że Ossetyni nie w bardzo byli nabożnem usposobieniu, bo pod­chodzili do obrazów, pozapalali swoje krótkie fajeczki, porozsiadali się po kilku na ziemi, i zaczęli krzyczeć i rozmawiać. Pod koniec już nabożeństwa, ksiądz ich upomniał, że się nie przyzwoicie znajdują w kościele. Wtenczas Os­setyni podeszli do niego, zaczęli go całować //43 w ręce, mówiąc że niechcieli być na nabożeń­stwie, lecz że przyszli jedynie dla tego żeby się z nim pożegnać. Ksiądz zrozumiał o co rzecz idzie, i zaczął im dowodzić że od dawna już są ochrzczeni, i że muszą pozostać Chrze­ścijanami. Ossetyni upewniali, że wracają do swej dawnej wiary, jedynie dla tego że Ma­homet karze ich ciągle nieurodzajem, lecz za­ręczyli razem, że Świętego Elijasza zawsze mieć będą w poważaniu. Po takiem rzeczy wyja­śnieniu, zdjęli z księdza kościelne szaty, porznęli je na kawałki, i podzielili między sobą, mó­wiąc że to na pamiątkę schowają ; a później wychodząc, zabrali z sobą wszystko co tylko można było wziąść w kościele. Ksiądz był bardzo gorliwy, lecz bojąc się złych dla siebie następstw, co najprędzej wyniósł się z niechrześcijańskiego aułu.

Z Kazbega do Kobi[33], powoził nas Ossetyn, mówiący dobrze po rusku. Droga szła coraz wyżej, byliśmy już na tak znacznej wysokości, że choć mieliśmy dopiero początek lata, tak było chłodno, jednak żeśmy sobie jesień przy­pomnieli. Jechaliśmy nad Terekiem, już mniej bystrym, i płynącym coraz węższem korytem. //44 Przesuwały się ciągle przed nami najrozmaitsze, najfantastyczniejsze góry, ale ich roślinność składała się tylko z karłowatych drzew, nędz­nych krzaków, i murawy. Ujechaliśmy już trze­cią. część drogi, kiedy zauważyłem że mój Ossetyn, spoglądał na lewo, ciągle w toż samo miejsce, a po niejakim czasie kiwnął głową i przeżegnał się trzy razy.

              Co ty ujrzałeś?— zapytałem Ossetyna.

              Bałem się — odpowiedział, żeby się w tem miejscu nie zagawronić, bo ja i jadąc do Kobi, i z tamtąd wracając zawsze się tutaj żegnam.

              A dla czegóż się tutaj żegnasz?

              Bo stąd tylko widać Chetadży kad, to jest las Chetada.

              Cóż to za las?

              Alboż nie słyszałeś, u nas i dzieci o tem, wiedzą, jeżeli chcesz to ci rozpowiem —tylko to długie argawag (podanie).

              Nic nie znaczy, — rozpowiadaj.

Widzisz na lewo pod tą drugą górą wi­dnieją gdzieniegdzie drzewa, to początek lasu, a las ciągnie się tam niżej w wąwozie. Gdzie te­raz las, tam dawniej w zupełnie bezleśnem miej­scu był auł bardzo wielki i bardzo bogaty, ale //45 największym skarbem tego autu, był mieszka­jący tam święty człowiek nazwany Chetad .— Dziwny to był człowiek, co tylko pomyślał to wszystko mógł zrobić. — Nigdy nikomu nic złe­go nie wyrządzał, ale na każdym kroku starał się coś dobrego uczynić. — Jeżeli kto zachoro­wał w aule, Chetad zaraz go postawił na no­gi. — Jeżeli kto zubożał, Chetad zaraz go zapomógł. Jeżeli kto udał się do niego po jaką radę, zawsze najlepiej wyszedł. A z djabłami i czarownicami co też 0n wyrabiał, to nie to co teraz, nigdzie ich tu blisko nie było.— Jeżeli czasem i zabłąkało się jakie djablisko do aułu, to nie na długo; bo Święty umiał ich przemie­niać w konie i ptaki, na których sam jeździł i latał, i tak ich męczył że się aż wypraszali;— a gdy ich wypuścił na wolność, to już pewno żaden więcej do aułu nie zajrzał. — Długo żył święty człowiek, ale kiedy skończył lat dwieście, tak osłabł że nie mógł chodzić. W tym właśnie czasie, w naszych górach była ogromna wojna, szedł jakiś władzca z Zachodu i pustoszył wszystkie auły. — Ludzie zbierają się do Chetada i powiadają mu: chodź z nami nasz stary, bo nieprzyjaciel blisko.— //46 jakżeż ja z wami pójdę, mówił Chetad, kiedy mi nogi nie służą, ale ty lesie, zawo­łał, przyjdź tutaj, i ukryj nas przed wrogiem! Las się ruszył, szumiał, szedł, i przy­szedł tak blisko do aułu, że go zakrył zupeł­nie. Władzca z zachodu nie zniszczył więc aułu, bo go nie widział.— Kiedy niebezpieczeństwo i zupełnie minęło, Chetad żyć przestał. — Miesz­kańcy usypali mu w lesie wysoką mogiłę,- a sa­mi się wynieśli dalej, bo im tam było za cia­sno. Mój ojciec i mój dziad, czcili Chetadży-Kad jak świętość, i dla tego to ja się żegnałem.

Nie dojeżdżając do Kobi, rozstajemy się z coraz węższym Terekiem, widnieje on jeszcze ja­kiś czas z prawej strony na polanie, za którą się wznosi jakby inny labirynt gór, urwisk i wą­wozów, tam to gdzieś ta bystra rzeka bierze swój początek. Podnosimy się coraz wyżej i wyżej, pejzaże już są zupełnie innego kolory­tu, brak w nich roślinności, a góry piasczyste lub skaliste mchem okryte. Cały krajobraz po­wleczony jakąś chłodną martwotą. — Wzrok tę­skni za drzewami, i nie dostrzega ich nawet wtenczas, kiedy się zwraca ku minionym miej-//47 scom, tam tylko Kazbeg z po za gór, zasłaniających go, ukazuje niekiedy swój biały zawój.

Kobi, to rodzona siostra Kazbega, również ma pola, tylko między górami inaczej poroz­stawianemu — Taki sam kościołek, takież ossetyjskie ziemianki, taki dom pocztowy, i takie same duchany; tylko że te ostatnie wycią­gnięte w jedną liniję tworzą nibyto bazar. — Tam właśnie, po raz pierwszy, zdarzyło mi się widzieć, jednego z licznych wędrownych gruzyjskich Sazandarów[LI]. Siwy, rumiany, w archałuchu i czusze staruszek, z odkrytą głową stał koło duchanu, i przygrywał na swej stwirze, trzymając pod pachą miech swęgo instrumentu, i nadymając go niekiedy, za po­mocą rożka, którego wierzchnia część podobna była do klarnetu, ozdobionego różno-kolorowemi kamyczkami i szkiełkami. W tymże samym czasie kiedy stwira wydawała swe przeciągłe tony, Sazandar skandował po gruzyjsku jakieś improwizowane śpiewy, którym okrążający go Ossetyni przysłuchiwali się //48 z wielką, uwagą.—Po każdem zaimprowizowa­niu wynosili mu z duchanów ser, czureki[LII], lub maleńki gliniany dzbanuszek wina. Sazandar rozmawiał po gruzyjsku z Ormianami wła­ścicielami duchanów, i z Ossetynami stojącymi na ulicy, bo język gruzyjski już stamtąd zaczynał być używanym.

W Kobi, stacja pocztowa była zajęta przez dwie Angielki podróżujące po Kaukazie. — Ża­łowałem bardzo że nie mogłem się z niemi po­znajomić, bo obie Lady na parę godzin przed moim przyjazdem, wyjechały na mułach w góry, gdzie im miano pokazać lodowce nie bar­dzo się daleko znajdujące. — Nie wiem czy  angielskie Lady były swą. wycieczką zadowolnione, ale jeżeli we wszystkiem lubią, orygi­nalność, jak to przystało córom Albionu, to zapewne w Kobi wyrzekną: It is highly satisfactory! dowiedziawszy się w jaki sposób przedają tam drzewo, na zawsze chłodnej po­cztowej stacji. Drzewo przedaje się tam za-//49 wsze na wagę, i to nie inaczej jak po abazie[LIII] za funt. — W tych zaś czasach, kiedy drogi tak są zawalone śniegiem, że nawet na mu­łach nic przewieść nie można, wtenczas cena jednego funta drzewa dochodzi do dwóch abazów. — To zresztą rzadko się zdarza, bo wiel­kie lawiny spadają w tych miejscach, mniej więcej perjodycznie, i to co siedem lat.

Z Kobi do Kaszauru[34], przejechaliśmy połowę drogi do zachodu słońca. — Musieliśmy być wtenczas na największej wysokości przejeż­dżanych gór, bo nie tylko nad drogą, ale na­wet na drodze miejscami leżały śniegi. — Ostrość i rozrzedzenie powietrza wyraźnie dawały się czuć płucom. W pejzażach panowała posępność tylko i osowiałość. — Wegetacji już tam żadnej nie, było,oprócz mchów ciemnych, żół­tych i zielonych, widniejących  na skałach i rozścielających, się po ziemi. Na drugiej po­łowie drogi zaszły dwie przemiany, raz że nam przyświecał księżyc, drugi żeśmy się już stopnio­wo zaczęli spuszczać z gór, co było bardzo //50 na rękę memu spieszącemu się koledze, bo mogliśmy prędzej jechać. Jakoż jechaliśmy całą noc. Musiałem się na to zgodzić, bo kolega ciągle bębnił mi w uszy, że od Stawropola do Tyflisu, tylko pięćset werst, i że jedziemy nadzwyczajnie długo.

Dzwonek dzwonił, księżyc świecił, z dolin i wąwozów wydobywały się lekkie mgły i kąpały góry w swem przezroczu. Obłoki obok nas, nad nami, i pod nami, tworzyły najroz­maitsze kształty, i ciągnęły z zachodu na wschód. — Na rydwanie tej ruchliwej obłocznej fantazji, unosiły się niby jasno-skrzydłe anioły, trzymające już to wzniesione krzyże, już mające ręce złożone jak do modlitwy. — Ta napowietrzna migracija anielskich postaci,  nad temi samemi szlakami, któremi przechodzili barbarzyńcy z głębi Azji, wprowadziła mię w labirynt marzeń. Czułem żeśmy jecha­li, żeśmy stawali, żeśmy znowu jechali, ale już nie zwracałem uwagi na otaczające mnie przedmioty. Rozmarzony dziwadłami gór i światło-cieniami księżyca, byłem w jakimś idealnym świecie. — Po niejakim czasie, myśli moje inny znowu wzięły kierunek, — zagłębiłem //51 się w sobie, przebiegałem całą moją prze­szłość.... Później stanęła mi przed oczyma przy­szłość, posępna jak widmo, ciemna jak żałoba, chłodna jak ostrze sztyletu, i tak znużony my­ślamy zasnąłem.

Dzwonek dzwonił, promienie wschodzącego słońca dotknęły się mych oczu, — spojrza­łem. Byłem w rozkosznej dolinie złocącej się kłosami, wiejski gruzyjski lud z sierpami i ko­sami dążył na pola, i śpiewał ochoczo. Przy­pomniałem sobie w tyle pozostałe grzbiety gór wyższych, ich chłód, ich osowiałość, ich nocny omglony koloryt, i wszystko to wydało mi się snem prawdziwym.

Jesteśmy więc w Gruzji, w kraju co lubo ze­wsząd otoczony mahometanami, wiele ucierpiał za swą wiarę, nie wyrzekł się jej jednak, i wy­trwał do końca. W swojem miejscu powiem niej więcej, również jak o jej młodszych sio­strach, chrześcijańskiej Imeretji[35] i Mingrelji[36]. Teraz dotknę jej przelotnie, dla tego samego chociaż, żeby nie przerywać topograficznego ciągu dalszych moich wędrówek. Wracam więc znowu na pocztową drogę.

//52 Jechaliśmy wspomnioną doliną, na której polach pracował lud z pobliższych gruzyjskich osad. Dolina ta miała swoje spadzistości, tak że jeszcze miejscami spuszczaliśmy się z pagór­ków, nimeśmy dojechali do Duszetu[37].

Duszet, jest miastem powiatowem , ma prze­szło trzy tysiące mieszkańców, trzecią część jego ludności stanowią Ormianie, którzy gruzyjskie miasteczka obsiedli tak jak nasze żydżi. Miejscowość Duszetu nie ma nic powabnego, ulice kręte, ściśnione, domy bez dachów, i tylko z terasami, miejscami ciągną się szeregi już to sklepów, już duchanów, a pośród tego wszyst­kiego wznoszą się trzy, czy cztery, gruzyjskie i ormiańskie kościoły. Europejskich domów z dachami, ledwie kilka można naliczyć, między którymi najwięcej bryluje powiatowa szkoła, żółto pomalowana. Tuż w mieście, z prawej strony, sterczy mikroskopiczńa stara forteczka, nie dawno odnowiona i wybielona, w której się lazaret wojskowy znajduje. Otóż i wszy­stko co Duszet w sobie zawiera.

Gruzini mają bardzo przyjemną powierszchowność; lecz na okrzyczaną piękność Gruzinek zgodzić się nie mogę. Gruzinki są prawie wszy-//53 stkie brunetki, z pięknemi oczyma, ale mają, jednakowy wyraz twarzy, i nadzwyczajnie du­że nosy. Ta monotonność lica szczególnie przy jednakowym wzroście, wprowadza czasem w am­baras mało oznajomionego z gruzyjskiemi typa­mi. Można się witać z osobą zupełnie nie zna­jomą, i nie poznać starej znajomej, co pod czas mego pobytu w Gruzji nie raz mi się zdarzało. Ubiór Gruzinów podobny jest do staropol­skiego czuchi ich z rękawami na wyloty, od­powiadają zupełnie kontuszom, a materjalne archałuchi, nie wiele się różnią od żupanów. Gruzini nie noszą tylko pasów, a czapki ich spiczaste, zawsze są z drobnego, czarnego ba­ranka. Ubiór Gruzinek nie podlega kapry­som mody. Gruzinki tak się ubierają jak ich prababki. Suknie ich w pasie obciska kolorowa wstążka, której końce bardzo długie spadają na przodzie; gors sukni wycięty, i obłożony zawsze różowym, niebieskim, lub żółtym atła­sem, tworzącym draperję nie przystającą do ciała, i wykazującą niższa część biustu. Z wierzchu sukni Gruzinki noszą czasem aksa­mitne kacawejki, najczęściej amarantowe, okła­dane tumakami, a u bogatszych z przodu koło //54 spięcia naszywane czasem perłami. — Gruzinki na ustrojenie głowy, wiele potrzebują, cza­su. Włosów nie zaczesują w jeden warkocz, ale rozdzielają je na kilka splotów, które spadają z tyłu. — Ciemie głowy przykryte jest wyciętą chusteczką którą otacza stojący, złocisto-jedwabny diadem, nazwany tasakrawi, nadający coś imponującego całej postawie.— Z tyłu zaś głowy, z wierzchu tasakrawi spa­da przezroczysta zasłona, czasem wyszywana w złote lub srebrne gwiazdy i przykrywająca włosy. — Rozumie się, że tak się ubierają arystokratki szlachcianki i księżne i księżniczki, których w Gruzji więcej podobno niż szla­chcianek. Gruzinki należące do średniej i niż­szej klassy, zakutywają się od głowy aż do stóp, wedle wschodniego zwyczaju, w białe perkalowe czadry. Gdy podobnie przystrojo­ne pruppy przesuwają się po ulicy, to spra­wiają nieprzyjemne wrażenie, gdyż oprócz dłu­gich nosów i ócz nic więcej nie widać, i każda taka figura ma w sobie coś grobowego.

Wjechawszy w środek Gruzji, widnieją czę­sto we wsiach, lub koło wsi, starożytne baszty i nie wielkie zamki, które lud przypisuje za- //55 wsze , swej  Królowej Tamarze, a które w rzeczy samej, przypominają dawne czasy feodalnej Gruzji, i broniących się tam, Książąt z swymi wassalami, od mahometańskich na­paści i prześladowań. Ciężkie tu były czasy dla tej krainy. Nie raz królowie jej musieli się wyrzekać wiary chrześcijańskiej, a przyjmować mahometańską jedynie dla tego żeby być utwierdzonymi przez Szacha Perskiego, i żeby rządząc swym krajem zabezpieczyć chrześcijańską wiarę swych poddanych.

Z Duszetu do Tyflisu już tylko dwie sta­cje pocztowe. Na połowie drogi leży Mcchet[38], znany Ptolemeuszowi pod nazwiskiem Mestlely, dziś tylko wioska, a od końca V go wie­ku stolica królów Gruzyjskich. Mcchet sięga prawie czasów; bajecznych, i był założony przez Mcchetesa[39],- syna Kartlosa[40], od którego Gruzini przybrali swoje nazwisko. Król Daczy[41], ro­ku 499, po Chr. przeniósł stolicę do Tyfli­su założonego przez, swego ojca Wachtanga //56 Gurg Aslana[42], i odtąd Mcchet zaczął stopnio­wo coraz bardziej upadać.

Mcchet, otaczają od wjazdu z lewej strony piękne sady; kwitły w nich ponsowe granaty, i rozścielały się bujne winogradowe gałęzie, które po słupach i lisztwach wiły się festonami i tworzyły jakby długie altany. Trzeba się było dziwić, do jak znacznej grubości dochodzą pnie tej bachusowej latorośli, z wiel­kiem zamiłowaniem wszędzie w Gruzji upra­wianej.

Za sadami z tejże samej strony ukazały się; na wzgórzu ruiny, a później z prawej strony,  zachwycił mnie starożytny kościół w byzantyńskim stylu z piękną kopułą, zupełnie od czasu zczerniały. Kościół ten bardzo dobrze utrzymany, w którym i teraz odbywa się na­bożeństwo, ze wszystkich czterech stron ma jednakowe wystawy, okryte mchem i bluszczem,

ozdobiony jest ciemnemi kamiennemi płasko­rzeźbami, składającemi się z arabesków -wytwornej koronkowej roboty. Całość tego sta­rożytnego kościoła, ma w sobie coś lekkiego dziwnie zachwycającego. Na przodzie, w je­dnej linii z wrotami i w tejże kościelnej zagro-//57 dzie, lewą stronę zajmuje klasztor Gruzyjskich zakonnic, a prawą kaplica Świętej Niny. I klasztor z odwalonymi tynkami, i nowa wy­bielona kaplica, nic w sobie nie mają szcze­gólnego, i nie harmonizują z pięknym kościo­łem.

Ztamtąd przejeżdża się zupełnie pusty plac, przytykający do gromady ziemianek, nie two­rzących żadnej ulicy, ale porozrzucanych na Wszystkie strony. — Po nad te ziemianki wzno­si się drugi wysoki, ogromny kościół, z zie­loną kopułą, otoczony małą niziutką forteczką ze strzelnicami—To katedra, miejsce koronacji dawnych Królów Gruzji, w której niektórzy z nich są pochowani. Katedra ta powstała w III-cim wieku, lecz że później nie raz była niszczoną i paloną przez mahome­tan, ciągłe więc restauracye, pozbawiły ją tego starożytnego kolorytu, tak upiększającego stare kościoły. W zewnętrznych ścia­nach przeglądają całe warstwy niejednostaj­nego materjału, składającego się z żółtawych; zielonkowatych, i niebieskawych kamieni, co razi oko nieregularną pstrocizną. Byłem i we­wnątrz , bo z powodu reperacji, drzwi były//58 otwarte. Tam jeszcze mniej zostało śladów sta­rożytności. Malowidła religijne na ścianach wykonane w połowie XV-go wieku, i psujące się już wprawdzie od czasu, zostały również: zabielone, i wnętrze wyglądało jakby niedo­kończone. Nagrobki Królów, stanowiły ogro­mne płyty kamienne z napisami które w ró­żnych miejscach po środku katedry, wydoby­wały się z piasku i żwiru, bo ten ostatni za­stępował miejsce kamiennej posadzki. Nagrob­ków tych dawniej było daleko więcej, (gdyż szereg panujących w gruzji, od Farnabaza[43] do Grzegorza VIII[44], t. j. od 268, przed Chr., do 1800 po Chr., liczył ich dziewięćdziesięciu ośmiu,) — lecz dziś zaledwie kilkanaście ich ocalało, i z tych nie wszystkie posiadają na­pisy, siedem tylko następnych osób mają na nich zachowane imiona :

1.      Król Wachtang Gurg Aslan, zmarły, w V wieku.

2.      Królowa Marya[45], małżonka Króla Maho­metanina Rostoma[46], zmarłego w połowie XVII wieku.

3.      Król Herakliusz II[47], zmarły w roku 1796.

4.      Królewicz Leon[48], syn Herakliusza II-go.

//59

5.      Król Grzegorz XII[49], zmarły w roku 1800.

6.   Katolikos Domenciusz[50], zmarły na począt­ku XVIII wieku.

7.   Katolikos Antoni[51], zmarły w roku 1788.

 

Katedra bardzo jest teraz ubogą, jeden nią tylko zarządza ksiądz, któren ma swój domek koło forteczki. Samą przeszłością tylko sławna, raz ledwo na rok, podczas odpustu, napełnia się Tyfliskiem duchowieństwem i nabożnymi ściągającymi sie z całej Kartulinii.

W Mcchecie, Aragwa[52] wpada do Kuru[53], za którym zaraz na wysokiej górze, czernieje je­szcze z czasów pogańskich, stara, ogromna świątynia z kopułą. Miejscowe podanie utrzy­muje, że w późniejszych czasach mieszkał w niej jakiś święty pustelnik, co codzień chodził na nabożeństwo do katedry, po łańcuchu zawie­szonym nad rzeką między dwoma kopułami.

Jedziemy nad Kurem, już to oddalając się, już zbliżając do niego. Miejsca pod koniec już zupełnie bezleśne, a w oddaleniu z jednej i dru­giej strony, ciągle się snują pasma gór nagich, nie wielkich.

Jadąc ciągle prostą drogą, zawracamy ra­ptem na prawo, i za Kurem, to jest z lewej je­//60 go strony ukazują, się: najrzód Niemiecka kolonija[LIV], później przedmieścia nazwane Kukia i Aułabar, a później i sam Tyflis[LV][54], rozrzu­cony z prawej strony Kuru, wijącego się śród skalistych wysokich brzegów.

Ze strony zachodniej i południowej, miasto otaczają pasma gór dosyć wyniosłych i bez­barwnych. Na górze zachodniej, nazwanej

Mta-Cminda (Święta góra), i prawie pod jej szczy­tem, bieleje kościół Ś. Dawida z klasztorkiem. A na górze południowej, wznoszą się malo­wnicze ruiny, ciemnego, starego zamku, od któ­rego mury obronne, ciągną się ku miastu, po grzbiecie góry. To ślady fortecy, napomina­jące czasy klęsk i wojen w Gruzji. Pod tąż samą górą, piętrzy się najdawniejsza azjatycka część miasta, składająca się tylko ze ściśnię­tych domków z szarego kamienia, bez dachów, nazywanych saklami.

Tyflis ma przeszło piędziesiąt tysięcy mie­szkańców, i na co tylko spojrzysz, wszędzie //61 można dostrzedz mięszaninę europejskiego z azjatyckiem. Długie i szerokie ulice z europejskiemi ogromnemi piątrowemi domami, przy­legają do ciasnych, krętych zaułków, napeł­nionych małemi saklami. Miejscami wznoszą się ogromne domy bez dachów, tylko z tera­sami, tak że nie przyzwyczajonemu oku miasto wydaje się jakby nie dawno po pożarze. Nie widać nic białego; — domy żółte, lub szare, najczęściej z ogromnemi balkonami, malowanemi na niebiesko, lub zielono, równie jak ściany do których przylegają. Śród tej pstrocizny w różnych miejscach wznoszą się różno­kolorowe kopuły, trzydziestu gruzyjskich i or­miańskich kościołów, kościoła katolickiego, i meczetu.

Zapewne nie wiele się znajdzie takich miast, w którychby ludność miała w sobie tyle ro­zmaitych narodowości, ile ich w sobie stolica Gruzji zawiera. Najprzód Rossjanie, których mnóstwo wojskowych i cywilnych stale mie­szka w Tyflisie; gdyż tam jest sztab-kwatera oddzielnego kaukazkiego korpusu, i główny zarząd kaukazkich i zakaukazkich prowincyj.

//62 Później po Gruzinach, najliczniejsi są Ormianie, w których ręku kaukazki handel zostaje. Do stale osiadłych liczą się jeszcze, chociaż w mniej­szej liczbie: Grecy, Turcy, Żydzi, Persowie, Tatarzy, Imeretyni i Mingrelcy; — oprócz te­go, Europejczycy różnych narodów, i kaukazcy Górale rozmaitych plemion, stanowią jakby warstwy napływowe, bo najczęściej goszczą tylko chwilowo.

Nic pocieszniejszego, jak kiedy ta ludność w różnych swych ubiorach, gromadzi się na bazarach, majdanach i ulicach, gdzie oprócz pieszych, przesuwają się jeszcze kocze i ka­rety, napełnione damami, których świecące tasakrawi, i powiewające łyczagi, znajdują się pomięszane z najświeższemi paryzkiemi kape­luszami, kwiatami i strojami. Na Erywańskim placu, i na innych większych ulicach, ciągle się dostrzega tę mięszaninę ubiorów. Tu ofi­cer prowadzi pod rękę damę, ubraną po gruzyjsku,—tu znowu Gruzini w swych narodo­wych ubiorach, idą obok mężczyzn we fra­kach, lub dam ubranych po europejsku. Koło nich ciągnie karawana wielbłądów, którą omija kilku konnych Azjatów w góralskich czerkie-//63 skach. Na węgle ulicy leżą Imeretyjscy Nuszy (tragarze), których narodowe czapki sta­nowią sukienne denka, podpięte rzemyczkami. Z, drugiej strony po trotoarze, biegnie truch­tem kilkanaście drobnych mułów objuczonych koszami węgli, — długouchych  popędza kijem obszarpany chłopiec, i coś do nich przemawia, powtarzając na końcu ać! ać! Na Ormiańskim bazarze dorożkarz nie może przejechać, i krzy­czy Kabarda! — co znaczy precz z drogi. Tam ciągną się sklepy z towarami, dalej przemięszane sklepy różnych rzemieślników, w któ­rych według wschodniego zwyczaju, przedają i pracują nad swemi rzemiosłami, na ulicy prawie tak jakby w domu. Dalej nad Kurem, wznoszą się długie, ciemne karawan - seraje, napełnione wschodnimi towarami, przedawanymi przez Ormian, Persów, i Tatarów.

Razu jednego wybrałem się na dłuższą wy­cieczkę, — chciałem z jakiego wzgórza zobaczyć całe miasto. Szedłem więc ku stronie połu­dniowo-zachodniej, nazwanej Sałałaki, zabu­dowującej się w szerokie ulice, upiększone ogrodami. W mieście po drodze szczególniej zwracały moją uwagę gruzyjskie kościoły, kto-//64 re najczęściej są, w bizantyńskim stylu. Żaden  z nich nie ma barwy starożytnej, gdyż Tyflis  niszczony przez swych wrogów, musiał się cią­gle budować i odnawiać. Ostatnie najście Per­sów pod dowództwem Aga-Mahometa[55], miało miejsce w 1795 roku. Wtenczas, jak powiada ówczesna kronika, nie został w Tyflisie kamień  na kamieniu. Lecz odbudowujące się kościoły, wznosiły się zawsze w tychże samych miejscach i do wielu z nich przywiązane są legendy z bardzo dawnych czasów. Zacytuję tu jedną z nich, odnoszącą, się do dwóch kościołów.

W połowie Vgo wieku, przestrzeń zajęta teraz  przez Tyflis, pokrytą była uprawnemi polami, przylegającemi ze wszech stron do gór zaro­śniętych nieprzebytemi krzakami tarniny. Na prawym brzegu Kuru, rozścielała się wieś pod murami wznoszącej się na górze tylko co zbudowanej fortecy, gdzie na murach płonęły ciągle ognie, których Persowie byli wtedy czcicielami. We wsi mieszkali Gruzini już Chrześcijanie, Żydzi i Persy. Forteca i wieś,  należały do tych ostatnich, i niejaki Chozroes[56] rządził tam w imieniu swego Panującego, jakby za zgodą Króla Gruzyjskiego rezydującego //65 w Mcchecie. Chozroes zauważył, że Persowie zaczęli przechodzić na wiarę chrześcijańską. Zwrócił więc na to uwagę i po niejakim czasie przekonał się, że jakiś pustelnik przybywał często do wsi i ciągle ich nawracał. Odtąd, przebiegły Chozroes zaczął nad tem rozmy­wać, jakby, pustelnika zgładzić ze świata rę­koma samychże Chrześcijan, i następne zdą­żenie zdawało się sprzyjać jego zamiarowi. Za murami fortecy znaleziono raz zabitego Persa. Kiedy się o tem dowiedział Chozroes, Podkupił natychmiast dwóch czcicieli ognia, którzy mieli wyznać, że widzieli na własne oczy, starego pustelnika popełniającego tę zbro­dnię, jedynie dla tego, że Pers nie chciał zostać Chrześcijaninem. Gdy rzecz została ułożoną, schwytano mniemanego zbrodniarza, a razem dla ukamienowania go, naznoszono za wsią mnóstwo kamieni i zebrano tam wszystkich chrześcijan. Kiedy już wszystko stało się jak Władzca zażądał, wyprowadzono na plac dwóch świadków i pustelnika, któremu ogłoszono wyrok i zapytano czy nie ma czegokol­wiek na swoje usprawiedliwienie. Pustelnik stał oparty na kiju, wzniósł oczy ku niebu i po­ //66 wiedział: „Nic nie wiem co się tu dzieje i pier­wszy raz widzę tych dwóch ludzi, którzy ma­ją być świadkami niepopełnionej przezemnie zbrodni. Bóg tylko jeden jest moją ucieczką, i ten mnie wyratuje, jeżeli to się będzie zgadzać z jego świętą wolą.“ Wtenczas kazano świad­kom zrobić zeznanie w przytomności wszyst­kich zgromadzonych. Ludzie zbliżają się żeby lepiej usłyszeć, lecz świadkowie zupełnie onie­mieli i pomimo największych usiłowań, nic mogą wydać najmniejszego głosu. Wszystkich przytomnych mocno to zadziwia, wtem ciśnie, się przez tłum jakiś nieznajomy, i wyznaje że on jest ząbójcą Persa. Lud klęka przed pu­stelnikiem, a zgromadzone i już wzniesione kamienie, służą natychmiast do założenia fun­damentu kościoła. Pustelnikiem tym był Święty Dawid[57], jeden z trzynastu Ojców Syryjskich[58], który w tejże chwili zniknął i przeniósł się do gór Karajarskich w Kachetji. Imetryjska zaś góra, koło Tyflisu, gdzie miała być pieczara wy­kuta w skale, obok fundamentu kościoła zało­żonego przez Świętego Dawida, otrzymała od­tąd nazwisko Świętej góry (Mta-Cminda). Chrześcijanie długo szukali świętej pieczary, ale ża-//67 dnemu nie udało się jej, odkryć, bo góra była nadzwyczaj stroma i nieprzebytemi krzakami tarniny otoczona.

             Wiele lat upłynęło od tego czasu, aż jedna pobożna Gruzinka imieniem Anna,  zrobiwszy sobie postanowienie, zostać zakonnicą, miała jedną razą widzenie, że Święty, Dawid ukazał jej miejsce dla zbudowania klasztoru zakonnic. Anna udała się na ukazane miejsce Świętej gó­ry, i znalazła tam wykutą pieczarę. naniesioną piaskiem potoków, obok której widać było fun­dament kościoła. Anna, żeby oczyścić pieczarę, i wiodącą ku niej ścieżkę, pracowała sama i ciągle zbierała robotników, którzy utrzymy­wali że pracują bez żądnego wysiłku jakby nie swoją mocą. Tyflis już był wtenczas miastem dość ludnem, a liczba dobrowolnych robotników tak się ciągle powiększała, że we dwa lata stanął kościół i klasztor zakonnic. Te  to są budynki, które bieleją  na południowej górze, i z ulic miasta wyglądają jak przyklejona, winietka do prostopadłych skał.

Wyszedłszy z miasta, idąc ciągle pod górę, między fruktowemi i winogradowemi sadami, chciałem się wdrapać na Mta-Gminda; lecz pu-//68 źniej pokazało się że wybraną przezemnie dro­gą nie można się było tam dostać. Poszedłem jeszcze dalej pod górę, i niespodziewanie znala­złem się na katolickim cmentarzu, również pa­nującym nad miastem, chociaż nie tak wysoko położonym, jak klasztor Świętego Dawida.

Z lewej strony cmentarza, wznosiła się dość obszerna, żółta, murowana kaplica, do której z różnych stron przylegało mnóstwo nagrobków i krzyżów, mających polskie, francuzkie i gruzyjskie napisy[LVI]. Między polskiemi napisami, najdawniejszy był jeden wyryty na kamieniu, zapewne według życzenia samego zmarłego, gdyż składał się z następnych dwóch wierszy:

Zmordowany losem okrutnym niestety!

Zdążyłem do jakiej dąży człowiek mety.

 

U dołu było wyrażone: imie, nazwisko rok 1820.

Inne polskie nagrobki były z czasów daleko późniejszych a najpiękniejszy z nich, był z na­pisem żony, mężowi. //69

Niechaj ten kamień twą pamięć zatrzyma,

Na obcej ziemi pośród obcych ludzi,

Może w uczuciach rodaka pielgrzyma,

Z tęsknem wspomnieniem modlitwę obudzi —

Modlitwę szczerą—jak żal niezgłębiony
Niepocieszonej, po stracie twej żony.

Z cmentarza długo patrzyłem na miasto, ani sposób było oderwać oczy, tak pięknie, tak ma­lowniczo ztamtąd Tyflis wygląda. Sałałaki zie­leniały ogrodami, za niemi piętrzyły się sakle i wznosiła się góra z poważnemi ruinami. Z mia­sta gwar nie dolatywał, a tylko w ulicach i na placach, widać było ruch i wznoszące się tuma­ny kurzawy, po nad które wydobywały się wię­ksze domy, pokryte blachami, i dachówką, a miejscami wznosiły się: szare, zielone, niebie­skie, czarne kopuły i daszki kościołów i dzwon­nic. Kur, śliczną seledynową wstęgą wił się przez miasto.—Na lewo tuż za nim, widać było Niemiecką koloniję, przedmieścia Kukia i Awła­bar, za któremi, nagie wzgórza jakiegoś niepe­wnego kolorytu, zakrywały dalszy horyzont;— a więcej na prawo, widniało inne jeszcze przed­mieście (Naftług), oddalone prawie o pół mili i leżące nad Kurem, śród zieleniejących ogrodów.

 

//70

III

 

Prawie po dwu letnim pobycie w Tyflisie, zdarzyło się tak, że 8/20 Marca 184* r. wystąpiłem w pochód, a to żeby wojować z kaukazkimi Góralami.

Expedycja nasza miała ważne rzeczy widoku, bo jej chodziło o podbicie aułu Czyrkiej, a razem o uśmierzenie klanów Aucho i Sałatau. Czyrkiej ważną, gra rolę w północnym Dagestanie. Oddzielony rzeką Sułakiem, od podwładnych Rossyi aułów, był siedliskiem śmiałych dżygitów[LVII] i gniazdem rozbójników, różnych klanów góralskich, a le-//71 żąc już prawie na granicy Awaryi[59] i Dagestanu[60], tworzył jakby status in statu, którego godłem było rabować, nie tylko prowincje-podwładne Rossyi, ale nawet sąsiednie auły; Z pagórka na pagórek, ciągnęliśmy, więc po prawym brzegu Kuru, i coraz bardziej oddalaliśmy się od Ty­flisu, co ślicznie ztamtąd wyglądał— malowany błyszczący, upstrzony kościołami, rozrzucony na wzgórzach i w dolinie; to skrywał się za otaczającymi go górami, to znowu jak zalotna Gruzinka, z pod czadry gór, wykazywał swą optyczną twarzyczkę. Błoto tak było ogromne że ledwie przed wieczorem zdążyliśmy, na no­cleg do wsi Kody. 

Kody, również jak prawie wszystkie wsie gruzyjskie, najnędzniejszą ma postać. Tylko mały kościołek, dwa duchany i ludzie bosi i oberwani, kazali się domyślać: że się we wsi znajdujemy;  gdyż, pomieszkania były niewidzialne i prawie całkiem w ziemi zaryte.

Przez ciekawość spuściłem się do tych otchłani podziemnych. Wewnątrz: ciemno, ani okna, ani żadnej dziury, kędyby się światło przebić mogło. Na środku tlało ognisko, lecz że dym nie miał żadnego wychodu, wszędzie go było pełno.

//72 Kobiety i dzieci skurczywszy nogi pod siebie—grzały się przy ogniu. Tuż przy nich, krowa z cielęciem, kilka, świń i owiec, składały ich nierozdzielne towarzystwo, które już to po­jedynczo dobywało głosu, to znów dawało się słyszeć jakby orkiestra w Tutti. - Wszystko to od razu dało mi wyobrażenie o nędznem życiu kmiotków gruzyjskich, którzy przez lenistwo i brak przemysłu, nie umieją korzystać ze swej płodnej i we wszystko obfitej ziemi. Na widok takiej nędzy, straciłem ochotę do dłuższych postrzeżeń i pospieszyłem do obozu.

Namioty naszej Kompanii (Pierwszej Kom­panii Saperów), nie były wyciągnięte pod sznur, lecz wszystkie stały w kupie, na wzgórzu, niby to na suchszem miejscu, lecz i tam wyglądały jak gęsi kąpiące się w błocie. Wszedłem do pierwszego z brzegu namiotu, rozesłałem burkę, i okrywszy się płaszczem, położyłem się żeby wypocząć po pierwszej podróży. Niebawem do tegoż namiotu nacisnęło się mnóstwo Niemców, bo ich w naszej Kompanii podóstatkiem służyło. Nie byłem usposobiony do rozmowy, nasunąłem więc czapkę na uszy, z postanowieniem spać w najlepsze. Lecz na nieszczęście, gadatliwe //73 germańskie plemie wiele wrzasku robiło, a naj­więcej hałasował nasz Doktor, rodem z Wiednia, i dla tego o swej stolicy zawsze najchętniej roz­prawiający. Deszcz znowu lunął i bił jakby gradem po namiocie. Doktor przemógł wszy­stkich jako opowiadacz, inni pozostali słucha­czami. Nareszcie zmniejszył się hałas; gdy mnie wszystko do snu uspasabiało, — kiedym tylko co miał zasnąć, bezecne, bei uns in Wien, ulubione przysłowie Doktora, ciągle mię bu­dziło; bo Doktor tak donośnie swój Wiedeń okrzykiwał, jak  gdyby chciał być na  jego forsztatach słyszanym. Nareszcie zasnąłem lecz i we śnie Niemcy mnie nie opuścili, śnił mi się to Kościół, Ś. Szczepana przepełniony modlącymi się Niemcami, to. znowu przechadzki po Praterze z elegantkami germańskiemi, gdy w tem rozległy , się dzwony, i zewsząd słychać było krzyki, że Turcy wkroczyli. Później ucichły dzwony, i wyraźnie dał się słyszeć apel. spojrzałem na nasz obóz, już większa część namiotów znikła, słychać, tylko było szczęk oręża i rżenie koni. Co tchu poleciałem, dosiadłem konia, i właśnie wtedy, zdążyłem do swego plutonu, gdy Sobieski obejrzawszy kawalerję rzeszy nięmiec-//74 kiej do naszego się regimentu zbliżał. Król Jan był coś zamyślony, jechał na pięknym siwym rumaku, i pokręcał wąsa, Suknię miał aksami­tną, karmazynową, podbitą sobolami ze złotemi pętlicami, a na głowie kołpak soboli. Podjechał jeszcze bliżej, długo starszyznie dawał rozkazy potem przeżegnał się, dobył miecza i pojechał naprzód. Za nim nasz pułk pierwszy wystąpił. Rozpuszczono chorągwie, rozwito proporce, i ozwał się śpiew Boga-Rodzico. Potem zagrzmia­ły trąby, odezwały się piszczałki, nasze pułki szły jeden za drugim, a rzesza niemiecka z tyłu. Przed nami podniosła się kurzawa i ze wszech stron Turcy nas otoczyli. Poczęła się wałka, krew potokiem się lała, turbany i głowy rzęsi­ście spadały. Nasz pułk najdzielniej, rąbie....  ale w tem Doktor zakrzyczał: „Stehen Sie auf! Stehen Sie auf!“ Przecieram oczy, oglądam się na wszystkie strony, radbym zapytać gdzie mój pałasz, gdzie koń — ale tuż przy mnie leżące lederwerki najlepszą były odpowiedzią. Wstałem jak niepyszny i z nosem mocno zwieszonym, bo też lepiej mi było marzyć na temat bei uns in in Vien, aniżeli się ocknąć i zobaczyć w per­spektywie  — trzy mile błotnistej drogi!

//75 Obóz się ruszył, — dzień chłodny, pochmurny, prawdziwie marcowy, a miejsca, przez które przechodzim, są jedne z najprozaiczniejszych na Kaukazie. Idzie się ciągle szerokim roz­łogiem. Z obu stron, to szare, to brunatne, a zawsze  nagie i karłowate góry. W poró­wnaniu z innymi, jest to martwy, nie urozma­icony krajobraz.

I teraz  ledwie o zachodzie słońca, do wsi Muganły[61] na nocleg dochodzim. Wieś ta od Ko­dy prawie się niczem nie różni, jest to rodzona jej siostra. Takiż sam kościołek, takież duchany, i takież jamy dla ludzi. Tylko dalej bie­leją dwa piękne domy w ogrodach, jeden ple­bana, a drugi wsi dziedzica a razem i księcia; bo w Gruzji komu los choć kilka chat wydzieli, zaraz mu i mitrę daje w dodatku.

Nazajutrz znowu bardzo rano wychodzim, bo przechody wielkie. Na drodze uderza w oczy piękny most na Chramie. Most, a jeszcze most wielki, jest to osobliwość na Kaukazie, gdzie podczas pochodu, prawie co dzień zdarzają się bystre rzeki, rzeczki i potoki, które w bród trze­ba przechodzić. Most ten czerwonym nazwany[62], perskiej architektury i pod względem sztu­-//76 ki godzien uwagi. Wspiera się na czterech ar­kadach, na środku, ma małą wieżyczkę z okrą­głym pokoikiem, a wewnątrz, z obu stron po: bokach są karavanseraje dla podróżnych. Tuż obok widać ruiny innego mostu, jakoby przez Pompejusza[63] zbudowanego. Nie wiem jak dalece, temu wierzyć, chociaż wiadomo że Pompejusz wojując z Mitrydatem[64] dochodził aż do stepu Mugań, skąd musiał się nazad cofnąć, bo mu wę­że przechodu nie dozwoliły.

Po stronach tu i owdzie widać jeszcze wsie gruzyjskie lecz na dniówkę już do wsi tatar­skiej Sało-Ohły[65] dochodzim ; bo Chram jest jak­by granicą dzisiejszej Gruzji i muzułmańskich prowincyj. Sało-Ohły ma fizjognomiję zupełnie podobną do wsi poprzedzających, tylko nie wi­dać ani kościołka, ani duchanów, bo mieszkańcy Tatarzy. wiarą, językiem, zwyczajami i fizjognomiją, zupełnie się różnią od Gruzinów.

Bezustanne wojny, spustoszenia, i emigracje narodów z Azji do Europy, których Kaukaz był teatrem, tak ciągle zmieniały jego fizjognomiję, że o pierwiastkowych jego mieszkańcach nie wiele zostało wiadomości. Dawni Melanchleni, Cercety, Torcaty, Agry, Danderjany, //77 i tyle innych o których Strabon i Piliniusz wspominają już znikli na zawsze i służyć tyl­ko mogą za temat do uczonych sporów histo­ryków i podróżnych. Najścia Czyngis-Chana, Tamerlana[66], i wcześniejsze napady Hunnów[67], Chazarów[68] i Arabów, musiały do reszty i tak już mieniące się oblicze kraju przemienić. Dłu­gi pobyt Mongołów odcisnąłby na zawsze swe piętno za Kaukazem, gdyby nie późniejsze za­wojowania i przesiedlenia Persów, którzy tyle śladu po sobie zostawili, że w dzisiejszych mie­szkańcach nic nie ma mongolskiego. Są to wprawdzie Tatarzy, ale już w nich wiele się perskiego przebija. W dzisiejszych Zakaukaz­kich prowincjach nie widać płaskich mongol­skich twarzy, naród kształtny i piękny. A miast mieszkańcy chociaż już od dawna do Persji na­leżeć przestali, ale ich ubiór, zwyczaje i cywilizacya najlepiej przekonywają, że jeszcze i teraz Persję za swą mistrzynię uważają. Język ich jest tatarski, narzecza Tiurk, z małemi odmianami w całym zakaukazkim kraju używany[LVIII] : Lecz i w tym względzie hołd Per-//78 sji oddają, bo w niektórych miejscach po nad Kaspijskiem morzem, mówią językiem Tat, to jest zepsutym perskim, a bogaty język farsycki, jest językiem piśmiennym wszystkich Zakau­kazkich prowincyj.

W dalszych kilko-dniowych pochodach, nie natrafiliśmy na nic godnego uwagi. Położenie ciągle jednakowe, dopiero na drodze do Szamchoru zupełnie się odmieniło. Nie stało już gór i przed nami step, ale to step w całem zna­czeniu słowa. Miejsce najrówniejsze, zupełnie pu­ste, jak sięgnąć okiem, nigdzie ani drzewa, ani krzaku nie dostrzeżesz. Tylko w dali przed na-//79 mi widać jakby słup pocztowy, który co chwi­la rośnie nabrzmiewa. Strudzonemu oku, co W tym pustym obszarze na niczem spocząć nie może, już zdaje się, że to tylko złudzenie, że to ja­kieś  fata-morgana. Dopiero po kilko-godzinnej drodze, dobrze zadarłszy głowę, można było oglądać; ten zabytek starożytności. Jest to wy­soka wieża Szamchor[69], która się samotnie wzno­si pomiędzy ruinami, nad rzeką tegoż imie­nia. Utrzymują że miało tam być miasto, któ­re kwitnęło handlem i wrzało ludnością. Wieża zaś początek swój ma być winną miłości. Władzca Szamchoru, zakochawszy się w swej córce, chciał ją pojąć za żonę. Długo córka ani słuchać o tem nie chciała, lecz nie znajdując żadnych środków oparcia się, przyrzekła że wtedy za­ślubi swego rodzica, gdy ten na zmazanie prze­stępstwa, zbuduje meczet i minaret którenby swoją wysokością przewyższał wszystkie mi­narety Iranu. Zaledwie upłynął rok, a już wielki meczet i ozdobny minaret całkiem były śkonczóne. Ojciec dzień ślubu naznaczył na ucztę zaprasza, lecz córka wykradłszy się z domu weszła na wierzch minaretu, i z niego rzuciła się na ziemię. Wzdłuż gościńca, takie //80 podanie usłyszeć można o minarecie i o ja­kimś Władzcy Szamchoru. Dziś ono z ust do ust przechodzi, chociaż pamięć ludu nie zatrzy­mała ani córki, ani ojca imienia.

Od Szamchoru już tylko jeden przechód do Elizawetpola[70]. 19 Marca (1 Kwietnia) weszli­śmy do tej dawnej stolicy Gandżyńkiego Chaństwa[71]. Elizawetpol dawniej Gandżą nazwany, nowe swe nazwisko z tąd wyprowadza, że 1803 roku 4 Grudnia, w dzień S-tej Elżbiety, został przez wojska rossyjskie zdobytym. Wtedy to i Dżewat-Chan[72] ostatni Chan Gandży poległ w szturmie fortecy.

Nic piękniejszego jak Elizawetpol na wio­snę, Idzie się ciągle pośród ogrodów. W ogro­dach domy i kioski. Całe miasto w ogrodach. Słychać tylko szmer wody, co w różne gzygzaki wije się pod drzewami. A wszędzie cisza i tajem­niczość, bo wysokie płoty i mury ze wszech stron ogrody otaczają, i ciekawemu kiafirowi nic dostrzedz niepodobna. Z ulicy widać tylko wierz­chołki brzoskwiń, moreli, granatów, przy których czynary[LIX] i włoskie orzechy piramidalnie się wznoszą. //81 Gdzieniegdzie tylko przez szczelinę cieka­wsze oko dostrzeże pracującego ogrodnika, lub lekką i kształtną Tatarkę osłoniętą różno-kolorową czadrą, co lada szmerem płoszona kry­je się w głąb’ gęstwiny.

Z ogrodów wchodzi się na bazar, co zaj­muje ogromny prostokąt, tak piękny i równy, jak posadzka salonu, chociaż ludzka ręka ża­dnych. nad nim starań nie łożyła. Z jednej stro­ny wznosi się na nim kilka europejskich do­mów, a z drugiej wysunięte naprzód sklepy i budki, przepełnione wybornemi owocami, ukrywają za sobą liczne karawanseraje. Pię­kny meczet, zbudowany przez Szacha Abaza[73], na początku XVIII wieku, fontanna, tu i ow­dzie gruppami rozrzucone stoletnie czynary, otóż wszystko co zawiera ten obszerny plac, cały ogrodami zamknięty. Tuż obok widać dawną fortecę zbudowaną przez Turków, którzy tu przed Persami jakiś czas rządzili. Sterczą jeszcze szańce i bramy, lecz w fortecy nie ma już żadnej załogi. Zamiast straży, na wałach wszędzie obsiadły pokrzywy i chwasty, które przystę­pu wzbraniają. Również i wewnątrz wszystko spustoszało. Walą się gmachy dawnych Cha-//82 nów Gandży, w których ostatni Dżewat-Chan roskoszował. Dawniej rozlegały się w nich przeciągłe śpiewy pięknych odalisek, całusy, a te­raz, teraz słychać tylko skrzypienie piór twar­dych, tu bowiem mieszczą się jurysdykcje po­wiatowe.

Lecz wróćmy jeszcze na wspomniony plac. Snuje się po nim mnóstwo Tatarów. Jedni ro­zmawiają swym cudnym harmonijnym językiem, drudzy palą fajki, lub noszą sokoły. Inni pod czynarami zasiedli i czytają dawnych farsyckich autorów!

Na początku nowego mahometańskiego roku (Muharem), plac ten bywa jeszcze więcej oży­wionym. Wtenczas, w przeciągu dziesięciu pierw­szych dni, odegrywa się tam religijna tragedja Oj Hassan, oj Hussejn, znajoma w Zakaukaz­kich miastach pod przekręconym nazwiskiem Schachsej- Wachsej.

Żeby zrozumieć; ten ich ulubiony utwór, trzeba sobie przypomnieć pierwsze mahometańskie dzieje. Wiadomo że Mahomet nie zosta­wił potomka płci męzkiej, po jego więc śmierci znalazło się czterech pretendentów do Kali­fatu. Pierwszym był Ali[74], jego synowiec, oże-//83 niony z jego córką jedynaczką Fatimą. Dru­gim Abubeker[75], ojciec Ajśty, jego najmłodszej żony. Trzecim Othman[76], jego sekretarz. Czwar­tym Omar[77], najgorliwszy z jego zwolenników.

Abubeker pierwszy zawładnął Kalifatem. Po jego śmierci korona dostała się Omarowi, a później Otmanowi, którzy nie długo się nią cieszyli, gdyż obaj byli zabici. Nareszcie Ali został czwartym z rzędu Kalifem. Porządek właśnie, tych następstw, był główną przyczy­ną rozdzielenia się Mahometan na dwie zna­jome sekty; Sunnitów i Szyitów[LX] . Sunnici przyznają czterech pierwszych następców Ma­hometa. Szyici zaś uważają, Abubekera, Omara i Otmana za przywłaścicieli, a przyznają tylko Alego. Po śmierci Alego zostało kilku jego synów, z których najstarsi byli Hassan[78] i Hussejn[79], lecz w tymże samym czasie zjawił się inny pretendent Moawiach[80], zajmujący ważne miejsce za życia Mahometa a podczas pano­wania jego następców już niezależny władzca Damaszku. Starszy syn Alego, Hassan, zo-//84 stał otrutym, Hussejn zanadto jeszcze w tenczas młody, schronił się do Alepu, a Moawiach ogłosił siebie Kalifem. Po jego śmierci; rządził Kalifatem jego syn Izyd[81]. W tenczas to Hussejn, wyszedł z małą garstką zwolen­ników, i pod Korbelach stoczył bitwę z wojskiem Izyda, zostającem pod dowództwem Omar-Sada. W tej bitwie Hussejn został za­bitym, również jak jego małoletni synowie i wielu innych jego krewnych, między któ­rymi były nawet kobiety. Bitwa ta według historji trwała tylko od wschodu słońca do południa, lecz Mahometanie Szahici, zrobiw­szy tej swojej katastrofy religijną tragedję, od­grywają ją przez całe dziesięć dni. W przeciągu dziewięciu pierwszych dni powtarzają się cią­gle walki, podczas których Mułłowie dono­śnym głosem oznajmują kto został zabitym; — a tłuką się tam nie nażarty, bo są nawet umyślnie do tego najęci. Nareszcie dziesiątego dnia odbywa się pogrzeb Hussejna i jego rodzeństwa. Z meczetu rozchodzą się na wszyst­kie strony processje, niosące już to wyzłacane katafalki, już takież niby nagrobki w kształ­cie meczetów z minaretami, za któremi pro­-//85 wadzą okrwawione konie, ozdobione różnemi insygnijami poległych w boju. Idący na czele procesji wyśpiewują stosowne arabskie śpiewy, którym suflerują świadomi rzeczy Mułłowie. Wtenczas i zgromadzeni liczni widzowie przyj­mują uczęstnictwo w tragedji, wykrzykują cią­gle Chachsej-Wachsej, drapiąc sobie twarze i bi­jąc się pięściami. Jeżeli przypadkiem dziesiąte­go dnia złapią jakiego kawalera z obozu zwycięzkiego Omar-Sada, tłuką go nielitościwie,-  tak że pod koniec i policja wdaje się często w te dramatyczne zatargi, rozpędzając zanad­to zapalczywych Hussejnitów.

           

//86

IV

 

Ot tak kochany czytelniku, siadam na wóz pocztowy, dostałem urlop na miesiąc, a to tęskno i nudno wlec się tak się powoli. Temczasem nasz oddział będzie sobie dalej maszerować, a my zboczy­my tu i owdzie z drogi, czy nie znajdzie­my czego ciekawszego.

W przeciągu kilku godzin przeleciałem Chaństwo Gandżyńskie, część Chaństwa Szekijskiego, przeprawiłem się przez Kur, i nocowałem już w Chaństwie Szyrwańskiem[82]. W Europie, chyba podróżując po Niemczech, może się coś podo­bnego, zdarzyć, a w naszym sto-języcznym Kau­kazie, jedziesz, zapalisz fajkę u ogniska jednego //87 narodu, a nim ją skończysz, już miniesz kilka krajów, i narodów.

Co za wspaniały wjazd na tę Szyrwańską dolinę! Ja talk wszędzie lubię wielkie rozmiary, dla mnie i obszar równego miejsca ma wiele zachwycającego, skoro tylko wzrok w nim może utonąć; a cóż jeżeli miejsce tak cudnie piękne, tak olbrzymio-majestatyczne.

Szare, czarne, śniegiem opruszone góry, co  z lewej strony ciągle się lśniły, zaczynają ni­knąć powoli. Cały ich łańcuch, całą tę gromadę poważnych Tytanów, połyskujących jasnemi Szyszakami, zasnuwa gazowa mgła. I z prawej strony już równe miejsce, oddalamy się od ma­lowniczych pagórków, epigramatycznie rozsy­panych. Wjeżdżamy na step. Nad nami niebo jasne, błękitne, pod nami gazon najpiękniej­szych kwiatów. Różne pierwiosnki, narcyzy, tuberozy, tulipany, ogrzewają się na słońcu i potrząsają perłami rosy. Ciepło, cicho, głucho, tylko lekki wietrzyk uwija się po tym błyszczącym kobiercu, zbiera hołd ze stepu i wraca do nas najwytworniej uperfumowany. Jedziemy śpiesznie.

//88 — Hej woźnico, czy niewiesz co o tym cudownym stepie Szyrwania?

  Nie, panie.

— Czy nie widziałeś tu kiedy zaczarowa­nych Peri?

— Nie, panie.

— Może Dżyny poważne schodzą, tu z gór niekiedy?

— Nie, panie, prócz szakali nic tutaj niema. Jak tylko zmierzchnie posłyszysz ich pan ze wszystkich stron; będą ci piszczeć jak maleńkie dzieci.

Jedziemy dalej.

— A nad czem to ci robotnicy pracują!

— Wykopują marzanę[LXI].

— A co to zielenieje?

A tu zasiano ryż panie, nie wszędzie go pan zobaczysz, bo tylko tam się udaje gdzie woda przeprowadzona,— bez wody za­raz usycha i dla tego mieszkańcy wybornie tu umieją całe łany wodą napuszczać. O wi-//89 dzisz pan te rowki, z nich to w razie po­trzeby, wszędzie się woda rozchodzi.

— A czy niema tu blizko bawełny?

— Tam dalej zobaczym, — za kilka tygodni będzie kwitnąć, duszno od niej i ludzie, chorują.

— Jak tu głucho, a gdzież auły?

— Mało ich tutaj, ale za to wiele koczowisk, patrzaj pan na prawo, kibitki widnieją.

Otóż wszystko co prawił woźnica; a i z mo­ich notatek nie wiele się można dowiedzieć.

Szyrwań, nazwisko swe wyprowadza już to od miasta Szyrwania (teraźniejsza Szamacha), założonego przez Króla Perskiego Nuszyrwana[83], na początku VI wieku, —już to od pierwszego swego panującego Księcia Szyrwana, ustano­wionego tam przez tegoż Nuszyrwana.

Do Szyrwania dawniej należały trzy następ­ne Chaństwa: Szekijskie, Bakijskie, Kubijskie, i większa część dzisiejszego Dagestanu, aż do Derbentu.

Ze wszystkich Chaństw Zakaukazkich, Szyrwań najwięcej się wsławił Uczony Akademik. //90 Dorn poświęca mu całe księgi[LXII] i gruntując się na wschodnich pisarzach, nazywa Szyrwań Szachstwem, a jego panujących Szachami. Lecz chociaż uczony Akademik, troskliwie rozdziela Szyrwańskich Szachów na dynastje, sam jednak wyznaje, że Szyrwań nie cieszył się ciągle nie­podległością, lecz od ustanowienia swego, aż do upadku, to jest od VI aż do XVI wieku, przechodził przez różne niefortunne koleje. I tak z początku, ustanowieni Szachowie Szyrwania, zobowiązawszy się Nuszyrwanowi ochra­niać Persję od północy, musieli ciągle wojo­wać z Chazarami; a chociaż mogli ościenne kraiki podbijać, zawsze mniej więcej byli zale­żnymi od Sasanidów[84]. Później w VII i VIII wie­ku, Szachowie Szyrwania już są zupełnie zale­żnymi od Arabów, gospodarujących tam i wpro­wadzających Islamizm, któren od r. 115 — 733, po całym Zakaukazkim kraju zaczął się rozsze­rzać. Kiedy władzą Kalifów Bagdadu zaczęła upadać, Szyrwań nie był w stanie podołać Ba-//91 gratidom, którzy tam uświetnili swój oręż i sami przyjęli tytuł Królów Szyrwańskiego Szachstwa ledwie Szyrwań odżył i wypoczął po ciągłych wojnach, gdy w XIII wieku, dzikie hordy Mon­gołów, pod dowództwem Czyngis-Chana, ogniem i mieczem Szyrwań spustoszyli. Później, wi­dzimy Szachów Szyrwania, jak niewolników idących z darami na spotkanie Tamerlana, tylko hołdownictwem ocalających kraj swój od zniszczenia,—a później, znowu Persy tam go­spodarują; lecz tytuł Szyrwańskich Szachów otrzymuje się jeszcze do końca XVI wieku.

 Wyręczam się jeszcze słowami samego Dorna: „Szachowie Szyrwania, różnemi czasy roz­gorzali swoje granice zdobywaniem mniejszych sąsiednich kraików. Wielką oni mieli sławę  potęgę w kaukazkich krajach, bo nietyłko ich poważano jako mocarzy; ale i jako mecenasów nauk, a szczególniej 'poezji.  Władcy Szyrwania wynosili nawet swoich poddanych na godność królów, chociaż tylko na królów poezji — i mieli. swoich Augustów i swoich Cyncynnatów.”

Augustem tym był Minutszer[85], panujący w drugiej połowie XII wieku, i zaczynający //92 drugą nową dynastję Szyrwańskich Szachów. Wschodni pisarze nazywają go Dszeladunjak Widdin’em (sławą świata i religji). Poetami zaś zostającymi ciągle na jego dworze byli: Szeich  Nizamy z Gandży[86], Abulala[87], Feleky[88], Chakany z Szyrwania[89], Sulfikar i Szalifur[90]. Abulala Teleky i Chakany posiadali honorowy tyluł: kró­lów poetów Szyrwania i krajów do niego należących.

Cyncynnatem zaś, był Szeich Ibrahim[91], panu­jący w Szyrwaniu od roku 1382, do 1417, o którym Dorn tak się wyraża:

„Huszheng był zapewne nie tylko ostatnim ze swojej, familii, ale i z całej dynastji, bo najprzód nigdzie nie ma żadnej wzmianki o jego potomkach, a powtóre wieśniakowi od pługa oddano ster rządu. Wieśniak ten jednak aż nadto był szlachetnym, gdyż ród swój wyprowadzał od Nuszyrwana, a przodkowie jego nósili korony aż do czasów Islamizmu,  bo dopiero wtenczas osłabła ich władza i zu­bożał ród. Szeich Ibrahim był jednakże wieśniakiem, również jak jego ojciec Muhamined, i cała jego familja zamieszkała w Szekińskiej wsi należącej do posiadłości Szyrwania. W każ-//93 dym razie, poczciwość i świetne pochodzenie  Szeicha Ibrahima musiały być wszędzie głośnemi, kiedy po wygaśnięciu drugiej dynastji, obrano go Szachem Szyrwania. Wyruszono więc do niego z królewskiemi zwierzętami i z wielbłądami, żeby mu obiór oznajmić. Przybyli posłowie znaleźli, go na polu, słodkim snem odpoczywającego w cieniu drzew, nie daleko od pługa. Uszanowanie, jakie mieli dla przyszłego swego panującego, niepózwalało im rozbudzić go, rozpięli więc nad nim pyszny namiot, a sami w oczekiwaniu odeszli na stronę. Kiedy się Szeich obudził, wtenczas pozdrowili go, złożyli, mu hołd, i odwieźli go do Szamachy gdzie został posadzonym na tronie. Szyrwańczycy nie omylili się w swoim wyborze bo Szeich Ibrahim jak był pilnym wieśniakiem, tak i u steru rządu odznaczał się zawsze praco­witością, łagodnością i sprawiedliwością. W krótce zjednał on sobie serca wszystkich podda­nych, a przez szczęśliwe zawojowania, znacz­nie powiększył swe Państwo. Sława jego ro­sła coraz bardziej, a później, nawet kiedy był wziętym w niewolę, sami nieprzyjaciele umieli go ocenić i wypuścili na wolność.

//94 „Co wszelakoż najlepszym jest dowodem piękność, jego charakteru, to właśnie to, że się nigdy nie zaślepiał swem szczęściem i sła­wą, i niezważając na swoją wielkość, gotów był zawsze umrzeć za swych poddanych.

„Było to w roku 1388 —1386, kiedy potę­żny Tamerlan ciągnąc na Kipczaków, zbliżał się do Derbentu[92], należącego wtenczas do Szeicha Ibrahima. Szeich nie chcąc brać odpowiedzial­ności na siebie, radził się swoich poddannych jak ma postąpić w tym razie. Wtenczas pod­dani powiedzieli mu: Jesteśmy silni i waleczni możesz nam rozkazywać. Na co Szeich odpo­wiedział: Mamże na to patrzeć jak będą ni­weczyć moje wojsko, a moich poddanych koń­mi tratować?— Nie, ja niechcę walki, zło­żę mu hołd i sam się udam do niego. Je­żeli mi dozwolą powrócić, to życzenia moje będą spełnione, jeżeli zaś zamordują mnie, wtenczas moi poddani unikną mordów, po­żogi i niewoli;—to powiedziawszy rozpuścił wojsko, kazał się w meczetach modlić za Tamerlana, wybił monetę z jego imieniem, i dla złożenia hołdu sam się udał do niego.

//95 „Według Czagatajskiego zwyczaju, dary po­winny się zawsze składać, z dziewięciu jakich­kolwiek rzeczy. Szeich Ibrahim zachował i ten zwyczaj, ale przedstawił tylko ośmiu niewol­ników, a kiedy przyjmujący zapytali się gdzież jest dziewiąty niewolnik, wtenczas Szeich od­powiedział: Tym jestem ja.—To się tak po­dobało tatarskiemu zwycięzcy, że go nazwał swoim synem i rządcą Szyrwania, dał mu ho­norową suknię i pozwolił mu wrócić do swego Państwa.

Od XVI wieku, potęga Szyrwania zaczęła już zupełnie upadać, a  władzców jego już nazywali tylko Chanami. Szemacha jednakże była jeszcze w dość kwitnącym stanie, bo Olearjus[93] któren tam podróżował w XVII wieku (1636), wspomina o, niej jak o mieście wielkiem, ludnem, bardzo handlowem, i napełnionem kupcami zjeżdżąjącemi się tam z Azji i Europy. Dalsze dzieje Szyrwania, również jak wszystkich Zakaukazkich Chaństw, to cią­głe wojny z Turcją i Persją, szczególnie zaś z tą ostatnią, której Zakaukazcy Chanowie są prawe ciągłymi hołdownikami, a tylko nie­kiedy korzystając z jej zaburzeń, ogłaszają się //96 zupełnie niepodległymi Chanami. Lecz i wten­czas Chaństwa prowadzą między sobą ciągłe wojny, a Szyrwań już gra tylko rolę pod­rzędną.

W drugiej połowie XVIII wieku, wzmaga się Chan Kubijski Fet-Ali[94], który opanowuje Chaństwo Derbenckie i Szyrwańskie, lecz roz­szerzywszy zanadto swoje granice, Fet-Ali nie może sam wydołać i prosi Rossję o pomoc, oddając się pod jej opiekę i przyznając nad sobą jej władzę. Po jego śmierci, za pano­wania jego syna Szych-Alego, Chaństwo Szyr­wania znowu odzyskuje swoją niepodległość; lecz w roku 1805, już jest zupełnie pod wła­dzą Rossyi. A w roku 1820, po ucieczce Cha­na Szyrwania Mustafy[95] do Persji, Szyrwań zo­staje prowincją Rossyi. Dzisiaj Chaństwo Szyr­wańskie i Chaństwo Derbenckie są Gubernia­mi; miastem gubemialnem pierwszej jest Szamacha, a drugiej Derbent. Inne zaś Zakaukazkie Chaństwa, jakoto: Gandżyńskie, Szekijskie, Kubijskie, Bakijskie, stanowią powiaty, ze swemi powiatowemi miastami: Elizawetpolem, Nuchą, Kubą, Baku, i t. p.

            //97 Lecz wróćmy znowu na step, z którym się zaraz rozstaniemy, bo oto już z lewej strony, wi­dnieją góry, urwiska, wertepy, już i nad dro­gę wybiegają pagórki, jakby dziatki na spot­kanie gościa; przejeżdżamy wbród rzeczkę Aksu[96] i już jesteśmy w Nowej-Szamasze[97], która chociaż krótko, ale była daleko świetniejszą, a teraz przypomina tylko krwawy epizod z hi­storyi Szyrwania.

W roku 1724, w skutek traktatu zawarte­go między Rossją i Turcją, cały Szyrwań do­stał się tej ostatniej, W roku 1734, . Szach Nadyr[98] wypędził Turków, zajął Szamachę i zbu­rzył ją do szczętu, a niedobitków przesiedlił do założonej przez siebie Nowej-Szamachy. Szach Nadyr mianował chanem, Szyrwania jednego ze swych dygnitarzy, Adży-Mehmeda Alego[99], któ­ry tam panował do r. 1761, w którym był zabitym, a Szyrwania stolica znowu została przeniesioną do Starej-Szamachy. Nową-Szamachę, w której nic nie ma nowego, nie można nawet nazwać miasteczkiem, bo oprócz sadów, kilkudziesięciu obdartych sakli i pocztowego domu, nic tam więcej nie widać.

            //98 Już tylko, zostało mi dwie mile do Starej Szamachy, które całe pół dnia jechałem, po­mimo że do mego wozu zaprzężono cztery pary bajwołów. Z takiemi honorami wożą pocz­tę skarbową i tych tylko podróżnych, co płacą za ośm koni, z obawy żeby nie jechać trzy dni do Szamachy. Konie zaś najspokojniej zaja­dają siano na stajni pocztowej, i zapewne im do głowy nie przychodzi, że po wiośnie na­stępuje gorące lato, i wtenczas słońce zupeł­nie dla nich drogę osusza.

Z początku moje bajwoły dosyć mnie szyb­ko wiozły, ale kiedy później wjechaliśmy w ur­wiska, wertepy, wyboje, a wszędzie błocko takie było ogromne że się koła zupełnie cho­wały, to i ich olbrzymia siła nic tam nie pomo­gła, i już zacząłem się obawiać, żeby nie zato­nął przypadkiem mój cug z wywalanemi gło­wami i grzbietami. Ale nie ma nic złego; coby nie wyszło na dobre, tak i śród tej szkara­dnej drogi, podnosząc się ciągle na górę, raptem oślepiony zostałem cudownym widokiem, któ­ry mię sowicie wynagrodził za nudną jazdę. Kazałem się zatrzymać, i żeby wzrokiem cały ob­szar ogarnąć, wdrapałem się na najbliższą górę.

//99 Jaka cudna, jaka ogromna, odkryła się pa­norama ! Przedemną, w całej swej wspaniało­ści zieleniał step, ozdobiony srebrnemi wstęga­mi potoków. Z prawej strony ukazywały się wzgórza, w nieładzie porozrzucane, a za niemi ciągnęły się odnogi dzikich gór przedrzeźniają­ce się różnemi dziwnemi kształty. Z lewej strony szmaragdowy step przylegał do błęki­tnego morza, które się gubiło w szafirowem niebie. Słońce rzucało na ten widnokrąg dzi­wny koloryt skłaniając się ku zachodowi. Gó­ry ciemniały, zarysowywały się coraz mocniej, nabierały coś tajemniczego. Nigdzie nie wi­dać ani krzaczku, ani drzewa, co tak upię­kszają pejzaże, a jednak był to cudnie uroz­maicony, cudnie wielki obraz. Był to łysy, ale poważny i pełen natchnienia olbrzym-poeta, co się zapatrzył w jasne, niezmierzone niebio­sa. Długo, długo nie mogłem się oderwać od tego widoku.

Jeszcze dwie godziny fatalnej jazdy i już jestem w Szamasze[LXIII] . Wjeżdżałem o samej //100 ósmej godzinie, ale w mieście bardzo było ciemno. W Azji, już to zwyczaj zakorzeniony, że wszystkie domy stoją poobracane tyłami do ulic, dla tego też nie widziałem żadnego okna, z którego światło mogłoby błysnąć. A że i ulice ani trochę nie oświecone, w najokropniejszej więc ciemności dążyłem moim para­dnym cugiem do jednego karawanseraju, utrzy­mywanego przez jakiegoś Ormianina.

Wyjechawszy w głąb miasta, w jednym za­ułku musiałem się zatrzymać, raptem bowiem byłem wstrzymany przez defilującą kawalkadę kilku dam tatarskich, osłoniętych rożno-kolorowemi zasłonami i siedzących po męzku na pięknych koniach. Przed niemi i za niemi, //101 kilku nukierów z czerwonawemi pochodniami, jasno oświecali tę gruppę, godną pędzla flamandskiej szkoły.

Jechałem żółwim krokiem, miałem dość cza­su im się przypatrzyć, ale cóż! twarzy niestety nie widziałem; bo oprócz tych materjalnych zasłon (już nie wiem dla czego), miały jeszcze maski ze złoconego drutu. Tak mię zachwy­ciła ta tajemniczość, że mimowoli powiedzia­łem po tatarsku do jednej z przejeżdżających Chanym: na proroka zaklinam cię, odsłoń twarz twoją. Chanym ani się oglądnęła, usłyszałem tylko leciutki śmiech. Nie spuszczałem ich z oczu, i w krętym zaułku zniknęły mi najprzód po­siewające tajemnicze zasłony, później wyka­zujące się czerwone, złotem obszywane tuma­ny, później malutkie nóżki w safianowych papuciach, później końskie ogony, i znowu by­ła noc ciemna. W jednej tylko części miasta rozlegała się łuna czerwona ,ku niej to wła­śnie i kawalkada dążyła.

Przyjechawszy, do karawanseraju, pierwszą moją myślą było wejść na obszerny teras, i tam dopiero mogłem się przekonać, że w oddalo­nej części miasta, dzieje się coś niezwyczajne-//102 go; bo ogromny dom z dziedzińcem i cały za­ułek, oświecony był pochodniami a snuło się tam mnóstwo ludzi. Gospodarz mój wyjaśnił mi całą. rzecz, najbogatszy Beg[LXIV] w Szamasze, już trzeci dzień obchodził powrót swego ojca z pielgrzymki do Mekki. Namówiłem me­go Ormianina, żeby mi towarzyszył w chara­kterze tłumacza i nie tracąc czasu, poszliśmy przypatrzyć się tej uroczystości.

O artyści ze szkoły Rembrandta, Van-Dyka Wuwermana, dla czegóż żaden z was nie zwie­dził dotąd Szamachy, może nawet nie sły­szeliście nigdy o tem Indostanie dla paletry i pędzla. Zbieracie tam w waszej monotonnej Europie pojedyńcze wzorki, a tutaj macie ca­łe miasto de genre. Nie traćcie czasu, śpieszcie bo was uprzedzą japońscy i chińscy malarze.

Na ciemnem tle nocy óświeconem pocho­dniami (jaka gratka dla malarza); ileż tu grup ukazuje się w różnych postawach, w najśliczniejszym światło-cieniu. Prawdziwie, to cała i galerja charakterystycznych, żywych obrazów.

            //103 W zaułkah, na dziedzińcu, na terasach wielkich, domów, wszędzie grupy i pochodnie.

Alboż nie malowniczy ten wielki teras usła­ny dywanami, na których zasiedli wyznawcy Proroka. Patrzcie, jak poważni, jak zamyśleni. Jaka rozmaitość bród: są tam czarne, czer­wone, pomarańczowe żółte i białe, słowem cała tęcza. najzupełniejsza. Z rąk do rak przecho­dzą kabiany, roznoszą sorbety,—uwaga wszyst­kich tych gości w jedne stronę zwrócona. Przed nimi wystąpiły do boju dwa ogromne barany, Z rogami przybranemi w różno-kolorowe wstąż­ki, frendzle i kutasy. Cała grupa, z wielką niecierpliwością oczekuje końca tej baranomachii, na wielu twarzach jaśnieje radość —zachwycenie. Na drugim tuż obok terasie, kogutomachia przyciąga wielu widzów do siebie. Niecierpliwe chłopcy, którzy chcieliby wszystko razem widzieć, przeskakują ciągle z jednego terasu na drugi. Ze wszystkich stron, krzyk, hałas i klaskanie w dłonie zagłuszają zupełnie.

Ale wejdźmy na dziedziniec, skąd daje się słyszeć nielitościwa, szarpiąca uszy — muzyka. Najwięcej widzów, zwabili do siebie, młodzi, zrę­czni i przystojni, Pehlivany (pajace), którzy //104 w jaskrawych szpencerach z obnażonemi, wymalowanemi ramiony, kręcą się, trzpiocą i za­dziwiają wszystkich gimnastyką i sztukami. Koło nich coraz się więcej zbiera poważnych brodaczy nie wierzących swym oczom i wykrzykujących co chwila: „bu Szajtan” (to djabeł), to znowu w liczbie mnogiej: „bu Szajtanlary (to djably).

Na stronie odbywa się kurban (ofiara). Bły­snęły noże i padło kilka baranów, krwią obry­zganych. Stary gospodarz poważny Chadży w białym zawoju[LXV] *), sam był przy tem przytomny i według przyjętego zwyczaju, kazał swą ofiarę rozdzielić na trzy części,—dla Mułłów, dla biednych i dla gości.

Ciągły ruch—wrzawa! Nie widać tylko dam, już to zwyczaj taki, że nie mogą być razem z mężczyznami; ale zato wszystkie one najbliżej słuchają piskliwej muzyki, i do upadłego tańcują w salonie.

W żaden sposób nie można, było je zoba­czyć. Zapewne pomyślicie że i od dziedzińca nie ma okien. //105 Owszem, jest ich aż nadto, bo w tej pra­wdziwej  oranżerji cała ściana składa się z ram szklannych. Ale cóż, wszystkie te szyby są różno-kolorowe, więc podchodząc jak najbliżej, nic dostrzedz nie można. Ślizgał się, więc da­remnie mój wzrok po tych szklących tajemniczych szkiełkach, i rad nie rad musiałem od nich odejść.

Tam gdzie zarzynano barany, odbywa się teraz inna sceną. Rogacze jak prawdziwe ofia­ry leżą, najwyborniej rozciągnięte, koło nich żwawo rozprawiają Mułłowie, ubodzy i kuch­ciki. Tą razą sześć tylko baranów zarznięto, zdaje się najłatwiejby się podzielić, ależ są między niemi tłuste i chude. Każda z trzech partyj, opiera się, krzyczy, używa różnych sofizmatów i stara się dowieść że do niej należą najtłustsze. W tem znowu do nich podszedł stary gospodarz, zadarł swą bródkę, przemó­gł, pokiwał rękoma, i nowy Salomon wszystko do porządku przyprowadził. Kuchciki niosą na kuchnię swoje barany. Ubodzy swoje wynoszą na ulicę; a przezorni Mułłowie przyprowa­dzili z sobą osiołka, i podkasawszy szerokie Poły, pakują nań swoich rogaczy. Biedny osieł //106 ten najcierpliwszy i najwytrwalszy stoik, mu­siał uczuć niepośledni ciężar, bo piskliwie zaczął wizżeć, bryknął raz, drugi i trzeci, i barany które już były na jego grzbiecie, znowu leżą na ziemi. Mułłowie w wielkim ambara­sie, osioł znowu się rozbrykał i w dodatku zrzucił z siebie juczne siodełko.

Pocieszny dyalog odbywa się u bramy. Stu­letni, siwiutki, zgarbiony Muśztegid Szyrwania[LXVI], przechodził przez ulicę, i był zatrzy­many przez krewnych wyprawiających ucztę, w krótce tam nadszedł syn nowego Chadżego. Wszyscy poważnego starca zapraszają, ciągną do domu. Przysłuchajmy się rozmowie, którą przy pomocy tłumacza, najdokładniej mogłem zrozumieć:

Syn nowego Chadżego. Przezacny Musztegidzie, do szczęścia okrągłego, do świetno­ści dnia dzisiejszego, niedostaje nam tylko najjaśniejszego świecznika Szyrwania, niedostaje nam twójej pierwszorzędnej i prawowiernej osoby.

//107 Musztegid. Dla chwały Ałłaha, ja unikam takiej uczty; i nie życzę sobie być tutaj żadną osobą.

Syn nowego Chadżego. — Ależ, ależ, dla czego?

Krewni Chadżego. — Co to jest? Co to jest ?

Musztegid. — (Prostując się i podnosząc ramio­na.) Przeklęty taki Chadży, przeklęta jego ro­dzina, i przeklęci ci wszyscy co w ten sposób obchodzą powrót mniemanego Chadżego.

Jeden z krewnych. — (Podając buteleczkę i przykładając rękę do serca.) Oto jest woda z krynicy Zemzemu, przyjmij ją od nowego Chadżego.

Musztegid. —(Coraz z większym zapałem.) Nie chcę ja wody, bo to woda nie święta. Nie przestąpię waszego progu, bo tam Chadży fałszywy. Alboż my nie wiemy, jak on odbył pielgrzymkę? -A czy był na Arafacie? Cho­ciaż był w Mekce, Chadżym dlatego jeszcze nie jest. Przeklinam go, i przeklinam tych wszyst­kich, co go Chadżym nazywają. Albo spojrzyj­cie koło siebie, jakżeż to wy obchodzicie jego powrót? Czy to tak dawniej bywało? Chwieje się wiara ojców naszych — narzekamy. A któż tu winien, jeżeli nie my sami. Oglądnijcie się //108 bo godziny wasze policzone. Bezbożne miasto wstrząśnie znowu palec Ałłaha, a wtedy już się nikt nieocali. Wtedy znikną, nawet groby ojców naszych,—a życie wasze zgaśnie jak tu światła pochodnia. To mówiąc wyrwał pochódnię u bliżej stojącego, zdeptał ją nogami i zostawiwszy wszystkich w głębokiem zamyśleniu, zniknął w ulicy.

Dosyć późno wróciliśmy do azjatyckiego karawanseraju, w którym nad moje spodziewanie, nie tylko się znalazły pokoje z meblami, ale była nawet gotowa europejska kolacja.

Nazajutrz zrana ledwie ósma dochodziła, spałem jeszcze najwyborniej, gdy się do mego pokoju powmykały Bajaderki[100]. Pół we śnie, pół na jawie, przyglądałem się tym Szyrwańskim Sylfidom i nic wierzyłem sam sobie, nareszcie zacząłem liczyć wiele ich było. Nali­czywszy pięć, i pięć tamburynów,— przetar­łem oczy.

W tym momencie, na kurytarzu zagrzmiała skrzypliwa muzyka i wschodnie Sylfidy w rozmaitych pozach wystąpiły do baletu. Ów balet była to niesmaczna parodja czarującej Lez­-//109 ginki[LXVII], — lub jeszcze właściwiej, możnaby go nazwać Lezginką a la cancan. Najprzystojniej­sza z pięciu tańcując podała mi już zapalony kaljan[101]. I tak, rad nie rad, całej tej improwi­zowanej scenie, przyjąłem kaljan i puszczając rzęsisty dym przypatrywałem się ciekawie, jak­by jaki turecki basza.

Ileż to materyi, ile farb wyekspensowały szyrwańskie sklepy, żeby wystroić pięć wscho­dnich elegantek. Wprawdzie jedna z nich nie pomalowała sobie twarzy, musiała być aż nadto przekonana, że jest piękną. I w rzeczy samej, tak klasycznych rysów twarzy nigdy mi się nie zdarzało widzieć. Długo się jej przypa­sywałem, zachwycały mnie śliczne hebanowe włosy — dziwny koloryt twarzy — dziwniejsza białość i delikatność ciała— i najdziwniej­sze i najcudniejsze równiutkie ząbki które za każdym uśmiechem oświecały ten azjatycki idealik. Ale za to cztery inne, ach, jakie szpet­ne, jakie posmarowane; była to jakaś żyjąca mozajka, prawdziwe modele do chińskich, her­bacianych pudełek. Oprócz wymalowanych //110 rąk, brwi i rzęsów, policzki ich były nalepione blanszem i różem, na których w dodatku ostro jeszcze pstrzyły się jakieś wymalowane, fantastyczne, niebieskie punkciki. Trzeba oddać  sprawiedliwość, że figurki ich ładnie się żarysowywały z pod zgrabnego kroju sukien, zu­pełnie różniącego się od Szyrwańskiego, a wła­ściwego tylko Bajaderkom Indji Wschodnich Bo teżto z Indyji ich prababki przywędrowały aż tam zasłyszawszy o bogactwie dawnej Szamachy. I rzecz widoczna, że nieźle musiały wyjść na swojem przesiedleniu się bo na dzi­siejszych Bajaderkach błyszczały ogromne łań­cuchy różnych złotych monet i medali wschod­nich, które wraz z rzemiosłem tancerek, córki po matkach ciągle odziedziczały.

Oprócz tego numizmatycznego gabinetu roz­wieszonego na ich piersiach, miały jeszcze i in­ne drogie ozdoby, które też ciągle im się w spadku dostawały; były to złote potrzeby, które ze złotemi baryłkami ładnie się odbijały od ich różno-kolorowych kolecików. I tak zacząwszy od wschodniego obuwia, bramowanych tuma­nów, aż po same uszy, wszędzie złoto i złoto jaśniało. Głowy tylko były bez żadnych ozdób, //111 powiewały niezliczonemi sploty najpiękniej­szych Czarnych włosów.

Gdy się już pląsy skończyły, najpiękniejsza znowu do mnie podeszła z pokorną minką i z wywróconym tamburynem,—rzuciłem dukata i pożegnałem Sylfidy. Zaledwie drzwi za sobą zamknęły, aż oto znowu najpiękniejsza wraca do mnie z bukietem kwiatów. Muszę się przy­dać, że miałem wielką chętkę pocałować ten estetyczny exemplarzyk wschodniej piękności, po chwili namysłu, odegrałem rolę Józefa

z Putyfarą—i udając że śpię, odwróciłem się do ściany.

Z rana, między dziewiątą i jedenastą, miasto najwięcej, było ożywione. Zawsze więc otej porze wychodziłem i zbierałem różne wzorki. Żałowałem bardzo, że okolice Szamachy nie miały w sobie nic powabnego; bez­barwne, bezleśne, wyglądały tak szaro jak kamienna stolica Szyrwania. Tuż za miastem, jeden tylko pagórek więcej zieleniał, ale i ten był posępny, bo był siedliskiem cmentarza. Pomiędzy różnymi nagrobkami, wznosiły się dwa maleńkie meczeciki, zawsze otwarte, //112 wewnątrz których są grobowe kamienie wielu krewnych ostatniego Chana Szyrwania.

Z tego cmentarza dobrze widać całe miasto które po trzęsieniu ziemi w roku 1828, już się zupełnie odbudowało; chociaż i teraz wygrzebują z pod ziemi calutkie kamienne domy rozbierają je, i przestawiają na inne miejsca. Z dzisiejszego, chociaż dość obszernego miasto nie można mieć pojęcia o tej dawnej kwitnącej i handlowej Szamasze.

Jeden tylko wielki meczet wznosi swą kopułę po nad miastem. Dwie główne, bardzo szerokie ulice, przecinające się na krzyż, stanowią bazar, i leżą po środku, równoległe do nich ciągną się daleko węższe ulice, do których ze wszech stron przylegają ciasne, brudne, wijące się w różne zygzaki, prawdziwe azjatyckie uliczki. W stronie południowej, rozsypanej na wzgórzach, bryluje kilka europejskich domów. Domy te są nadto pospolite, ale że są opatrzone dachami, stoją na wzniosłem miejscu, przedstawiają  się w sposób imponujący. Przypatrzywszy się im z bliska, łatwo dostrzedz że to złudzenie tylko, złudzenie niestety tak często zdarzające się na naszym biednym świecie!

//113 A bazar jaki oryginalny ! Przejść przezeń nie można, jacyś wschodni lazaroni; siedzą tam lub leżą, a ileżto kupujących, ile włóczących się bez celu, -jaki zgiełk, jaka wrzawa. Z jednej i z drugiej strony same sklepy. Wszystkie sprawy, wszystkie interesa odprawiają się pu­blicznie —prawie na ulicy. Tu krawiec w swoim sklepie, rozwiesił różne czuchy, różne archałuchy i skurczywszy nogi pod siebie, pracuje wraz z czeladnikami. Tuż obok, cyrulicy golą głowy krzywiących się pacjentów. W sklepiku zawieszonym bronią na sprzedaż, oprawiają szaszki i chandżary. Tam dalej na cynowych Półmiskach kebaby i rozmaite pilawy[LXVIII], przy­nęcają do siebie brodatych i niebrodatych żarłoków. Na drugiej stronie, cyklopi coś kują nielitośćiwie. Koło nich szewcy, powywieszali girlandy z różnokolorowych papuci i trzewi­ków, obok których wiszą i półbuciki na korkach i buciki, to z ogonkami, to znowu jakby z dzio­bami jakichś zamorskich ptaków. Tam zwijają //114 jedwab, tu obok pieką ławasze[LXIX]. Tu mierzą mowi i kanaus[LXX];  a tam uczą i biją po piętach dzieci. Pełno wszystkiego na tym wschódnim bazarze, z którego, punktu nań spojrzysz zawsze  jak w kalejdoskopie—ciągła gra kolorów, ciągła rozmaitość.

Usunąłem się od ciżby, stałem opodal, ale i tu jakiś Tatarzyn pakuje mi do ręki coś skurzanego i bardzo mokrego. Nie mogłem, się domyśleć coby to znaczyło, ale, spostrzegłszy że ma burdiuk pod pachą, i pomimo , to że był dosyć bogato, ubrany, boso na bazar wystąpił, poznałem w nim Sakka[LXXI]. Zdziwiła mię tylko ta tolerancją, gdyż według przyjętego zwyczaju, giaur nie może z prawowiernym ani jeść ani pić z jednego naczynia. Nie mogłęm mu odmówić, a chociaż ani trochę nie miałem pragnienia, wychyliłem skurzany kubek i powiedziałem sahol (dziękuję).

            //115 Zobaczywszy drugiego Sakka, któren też cią­gnął ku mnie, poszedłem dalej ku końcowi ulicy i oglądałem tam karawanseraje zawalone ró­żnymi towarami i miejscowymi wyrobami. Materja nazwana mowi bardzo jest ładna; znawcy otrzymują, że w niczem nie ustępuje lekkim francuzkim materjom. Z innych miejscowych wyrobów, zwracają uwagę termołama, kanaus i letnie ledziutkie jedwabne kołdry. Widziałem tam także mnóstwo dywanów miejscowej fabry­ki, ale te zupełnie popsuły swą sprawę. Dawniej robiono je w guście wschodnim i te nie źle się udawały, teraz rzucono się do deseni europej­skich, i często zdarza się widzieć pół-łokciowe zielone róże, pomiędzy ogromnemi, czerwonemi liśćmi. Ale za to sklepy napełnione są prawdzi­wymi perskiemi dywanami, z któremi i najwy­borniejsze europejskie porównać się nie mogą.

Przechodzę znowu przez bazar i oto lazaromi, co przedtem wszędzie byli rozsypani i pozie­rając spoglądali na jasne niebo, skupili się teraz i znaleźli sobie rozrywkę. Ale nie tylko oni. Cisną się tam i porządnie ubrani, nie jeden też odbiegł od pracy i w roztargnieniu z narzędziem swego rzemiosła, przysiadł, skurczył nogi pod //116 siebie i nadstawił ucho. Pośród tego licznego koła najciekawszych słuchaczy, na rozesłanym dywaniku, siedzi perski derwisz[102] i prawi różne powiastki z Szecherezady. Publiczność się śmie­je — mocno jest zadowolniona. Derwisz ciągle wstaje, przechadza się, siada, ale oto znowu się zerwał i wśród najruchliwszej mimiki zakończył powiastkę. Zdejmuje swą barankową, spiczastą czapkę, ociera nią pot z czoła i trzyma z nie­chcenia przed sobą. Do czarnej czapki lecą szaury i abazy, ale publiczność nie opuszcza miejsca i prosi o nową powiastkę. Derwisz z białej swej czuchy wyjął małą książeczkę, przejrzał ją, odpoczął, prosi publiczności je­szcze o chwilkę cierpliwości, i zapowiada że będzie recytować z pamięci romans Abu-Zeida[103]. W tym antrakcie, przypominają sobie nie­cierpliwi słuchacze że derwisz jest prawdziwą żyjącą gazetą; — strzelają więc do niego ze wszech stron różnemi pytaniami. Gdzie Szach teraz? Co robi? Czy nie słychać o wojnie? i t. d. Derwisz może już od roku z Persji wyruszył) ale to nic nie znaczy, odpowiada na wszystko śmiało, stanowczo, tak właśnie, jak gdyby wczoraj w Teheranie nocował. A gdzie spo-//117 tkałeś naszą karawanę? — zawołał ktoś z boku, tu Derwisz udał że nie słyszy i zaczął głodno deklamować. Mówi poważnie, to znowu śród najróżnorodniejszej mimiki, udaje już to męzkie, już kobiece głosy; tak że w tym udramazytowanym romansie, głos i giesta każdej osoby najdobitniej są odcieniowane. Słuchacze w coraz to większem zachwyceniu, żaden się nie poruszy, tak wszyscy zawiesili uszy na gwoździu uwagi. Derwisz to zauważył, i uradowany z uczynionego wrażenia, raptem przestał na najciekawszem miejscu, - składa swój dywanik, bierze go pod pachę i wymyka się z koła. Przezorny mędrzec, wie dobrze że jutro na toż-samo miejsce przyjdą znowu zainteresowani słuchacze, i znowu szaury i abazy polecą do czapki. I nic dziwnego, alboż nie tak postępują i dziennikarze Frengistanu[104]? Wszak romanse w ich felietonach zawsze się ucinają na najciekawszej scenie. Ale perski derwisz przyjdzie na swoje miejsce i zadowołni słuchaczy, a pan dziennikarz nieraz swój romans bez Zakończenia zostawia, (przepraszam).

 

//118

V

 

Na drodze z Szamachy do Baku, zwracają na siebie uwagę dwa ormiańskie klasztory, leżące na górze w bardzo ma- lowniczem, miejscu.

W zakaukazkim kraju, mnóstwo jest Ormian. Jedni z nich mieszkają po wsiach trudnią się rolnictwem, inni po miastach handlują. Ormianie trzymają się swej wary; lecz co się tyczy zwyczajów i obyczajów, przejmują je zawsze od kraju w którym mieszkają. Do nich zupełnie daje się zastosować to, co Bajron powiedział o teraźniejszych Grekach—ze staremi towary rozwożą nowe oszukaństwa.

Po szyrwańskim stepie, droga do Baku wy­daje się bardzo ożywioną. Tu i owdzie, nadro-//119 dze i w stronie, widać wsie porozrzucane. Tam sterczą, szczątki perskiego karawanseraju. — Tu znowu stary karawanseraj, obwiedziony murem, wyreperowany, wybielony, mieści w sobie po­cztę i służy za przytułek dla wszystkich wędro­wców. Z przodu i z tyłu ciągną karawany ob­ładowanych wielbłądów, jedne już wracają, dru­gie dopiero dążą do Baku, która jest najhandlowniejszem miastem za Kaukazem.

Bakijska Prowincja jest najbogatszą ze wszyst­kich rossyjskich posiadłości, między Czarnem i Kaspijskiem morzem. Sól, nafta, kir, szafran i marzana, przynoszą jej wielkie dochody. Pa­trząc na jej piaszczyste grunta, nie jeden za­ściankowy agronom pomyśliłby że to nędzota, że tam się i owies nie uda. Jednakże dzieje się zupełnie inaczej. Sól, obficie się wydoby­wa w kilku jeziorach. Nafty (oleum petrae), źródła znajdują się wszędzie, już bliżej, już da­lej od morza, a nawet w samem morzu, o kil­kadziesiąt sążni od brzegu się trafiają. Nafta bywa biała i czarna, i pierwsza daleko się dro­żej popłaca. Gdzie tylko odkryją jej źródła, na­tychmiast rozkopują, ocembrowują zajęte miej­sce i wyprowadzają kamienne krynice. Są ta-//120 kie krynice, które w przeciągu doby wydają jej po kilkanaście pudów. Nafta przydatną jest do wielu rzeczy, a szczególniej do oświecania i z te­go powodu bardzo jest w Persji poszukiwaną. Kir zaś (jest ziemia, naftą przesiąknięta), służy na opał, i oprócz tego używają go do wymazy­wania wierzchu domów. Nie tylko Tyflisu, ale nawet i miast perskich bogatsi mieszkańcy spro­wadzają kir z Baku. Terasy domów, usypane sa­mą ziemią nie zabezpieczają od deszczu, i kto nie chce mieć ulewy we własnym domu, ten musi w kir się zaopatrzeć. Jednakowoż nie dosyć jeszcze uwagi zwracają na kir, pamiętam raz w Tyflisie podczas ulewnego deszczu, zdarzyfo mi się siedzieć w jednym bawialnym pokoju, pod parasolem uprzejmego gospodarza.

Szafran Bakijski, nie ustępuje ani włoskiemu, ani indyjskiemu, wybornie się udaje na piasczystym gruncie, i również jak marzana, bar­dzo obficie i troskliwie jest pielęgnowanym. Wszystkie pomienione produkta są wywozowe.

Baku prowadzi handel z Persją, i Astrachanem[105]; port uważany jest za najlepszy na zacho­dnim brzegu, chociaż i w nim panują ciągle wiatry. Mieszkańcy mają do siedemdziesięciu //121 własnych statków, a rząd flotyllę i statki parowe, które ciągle krążą wzdłuż i wszerz Kaspij­skiego morza.

Dojeżdżając do Baku, natrafiałem na coraz szpetniejsze miejsca, już nawet o nich nie mo­żna ze starym autorem powiedzieć:

Za laskiem piasek,

A za piaskiem znowu lasek.

 

Bo jeden tylko był piasek i piasek. Ale otóż morze[LXXII]. Według przyjętego zwyczaju, powinienbym się koniecznie zachwycać i nastawić wiele wykrzykników. Niestety! nie mogę tego Uczynić. Kaspijskie wody, wcale mi sic nie podobały. Może do tego przyczynił się dzień mglisty, pochmurny,— może draperje z piasku, które im elegancji nie dodają, — może wyspa, która obszar wód zasłania,— może je sobie le-//122 piej wyobrażałem. Nareszcie może i to że byłem w złym humorze.

Nie od rzeczy będzie wspomnieć tutaj o pierwotnem założeniu Baku; zacytuję więc podanie na miejscu zdobyte.

Baku, od niepamiętnych czasów założoną zo­stała przez jakiegoś Chunzara, któren miał za żonę Ziummuriadę. Przy założeniu miasta, rozumie się Chunzar pomyślił najprzód o swojej osobie i wybudował sobie przepyszny pałac. Długo w nim mięszkał, aż jedną, razą wymknę­ła mu się Ziummuriada i ogłosiła się boginią. Rzecz jasna, że bogini nie chciała mieć żadnych stosunków ze śmiertelnym, wybudowała więc so­bie wieżę, w której zawsze samotnie mieszkała. Wieżę Ziummuriady[106] można i dzisiaj nad sa­mem morzem zobaczyć. Ale dawniej wieża nie stała nad morzem. Podanie mówi dalej bardzo logicznie. Wieża nie ma nóg, nie przemieniła wiec miejsca i stoi tam gdzie ją wybudowano, ale o morzu wprzódy i słychać nie było. Da­wne to czasy. Jeden błędny kawaler, nazwi­skiem Aleksander Macedoński, przewróciwszy pół świata do góry nogami, przyszedł stworzył Kaspijskie morze i zatopił Baku, która się wte-//123 dy nazywała Chunzarem. Baku trochę się pó­źniej odbudowała, ale większa jej połowa i te­raz leży pod morzem.

Jeżeli kto nie wierzy podaniu, to może się na miejscu przekonać; bo i teraz z pod wody, o kilkadziesiąt sążni od lądu wystaje karawan- seraje i wieże.

Nim się udamy do miasta, rzućmy okiem na przedmieście, które się na wstępie przedstawia.

Najprzód widzimy ziemianki, później tu i ow­dzie bez szyku i porządku rozsypane maleńkie domki ciemnoszare, dziwnie-zabawne.  Każden z           tych domków, tak jakoś rozstąpił się i tak przysiadł do ziemi, jakby się czego obawiał. Jeżeli się gdzie drzwi, lub przypadkiem okno dostrzeże, to nie inne jak z białą, na kilka cali szeroką obwódką. Na wierzchu każdego takiego domku, uplacowąła się niezgrabna, białym ta­kże kolorem wymazana bania, która mimo swą nieodpowiednią wielkość, służy tylko za komin, nic więcej.

Pominąwszy wiele takich ciemno-biało-szarych chałupek, podjeżdżamy do fortecy, opasa­nej dosyć nizkim, ale podwójnym i starannie //124 utrzymanym murem. Przejeżdżamy przez most, zwodzony i już jesteśmy w mieście.

Znowu takież domy, tylko że większego rozmiaru. O ulice tu nie pytać: ciasno, gęsto, każden sobie dom stawił gdzie mu się podobało. Pośród tego architektonicznego chaosu, wznoszą się jakby jakieś wyższe myśli, dwa minarety i nadmorska wieża. Widać że te trzy bu­dynki musiały jednoczasowie powstać, bo są zupełnie jednakowego stylu. Zarzucić im mo­żna, że nie dość są wysokie, i że się zastoso­wały do domów i również przysadzisto wygląda­ją. Jednakowoż oko z przyjemnością na nich spoczywa; już to z powodu, że budowa ich sta­rannie wykończona, już dla tego że pociemniały od czasu i prawie czarno wyglądają, co im wiele powagi dodaje.

W północno-zachodniej części miasta, wzno­szą się na wzgórziu wspaniałe ruiny; Nazajutrz poszedłem je oglądać i odtąd było to ulubione miejsce mojej przechadzki. Bawiłem w Baku cały tydzień i co dzień je zwiedzałem.

Widziałem wiele ruin na Kaukazie, ale nigdy nie zdarzało mi się widzieć tak pięknych. Są to prawdziwe Szachskie ruiny. Jakoż w rzeczy sa-//125 mej, za rządów perskich Abas Wielki często w Baku przebywał, i wtedy wybudował sobie pałace i meczety. Nie tyle je zniszczył czas, ile ręka mahometan; codzień widziałem tych barbarzyńców pustoszycieli, aż żal było patrzeć, jak młotami i toporami odrywali olbrzymie płyty najpiękniejszych, ciosanych kamieni. Na cóż? Oto żeby sobie zbudować, najobrzydli­wsze, najszkaradniejsze domiska.

Widać że niszczyciele najprzód zaczęli od opasującego muru, którego już teraz prawie nie ma śladu; ocalała tylko jedna brama, dzi­wnie pięknej roboty, na którą nigdy dosyć nie można się napatrzeć. Brama ta, jest to pra­wdziwy epigramat, żywa skarga na topory i młoty. Sterczy ona sobie samotna, ale i teraz jeszcze jak piękna, jak wspaniała! Na tym ślicznym ciemnym kamieniu, ileż to czasu musiało dłuto pracować, żeby tak misternie wykończyć, tyle ozdób, tyle deseni.

Sam pałac, lub właściwiej zamek, wewnątrz zupełnie, spustoszony. Są to prawdziwe rudery. Jednak na niektóre ułomki z wielką się przyje­mnością spogląda. Tam pyszna sztukaterja zachwyca, tu znowu krużganek, — dalej zewnątrz //126 zamku zadziwia galerja w pół-okrąg, przeznaczona dla ulubionych Szachskich koni. Jaki w niej przepych formy, rzeźb i wykończenia. Gustowna ciemno-kamienna galerja i dla rumaka, najlepszej krwi, zanadto jest piękną,. Z tyłu zamku; na odrębnym dziedzińcu, opasanym mu­rem, wznoszą, się inne Szachskie budynki, jakoto: meczet, łaźnie, haremy i t. d. Wszystkie one lepiej są utrzymane, bo rząd je zajął pod arse­nał i różne składy. Nie mogłem ich oglądać bo ciągle były zamknięte.

Wróciłem znowu do zamku, żeby wleść teras. Odszukałem schody, pod któremi do­strzegłem Mahometanina leżącego i pociągającego dymek z króciutkiej fajeczki. Koło niego porozrzucane były różne sprzęty, z których można było wnosić że to była jego rezydencja i że ciągle w niej przebywał. Mahometanin dość był obdarty, jedwabne strzępki i łachmany ledwie go okrywały, — twarz miał dziwnie posępną. Aha — pomyślałem, niezawodnie musi to być Król zamczyska, wschodni Machnicki, co polubił przeszłość i żyje przeszłością. A wszak że w tym zamku cała przeszłość Bakijskiego Chaństwa[107], tu Szach przebywał, tu później mie-//127 szkali Chanowie; tu był dywan, gdzie się najważniejsze sprawy roztrząsały. Wdałem się z Mahometaninem w rozmowę, — po długich umówiemach udało mi się go zrozumieć całą illuzją straciłem. Nie był to Król Zam­czyska, ale prosty lazaroni, któren nieraz gdy chleba zabraknie, zaprzęga się do pracy i sam odwala zamkowe kamienie.

Z terasu całe miasto przedstawia się jak na dłoni. Dobrze rozpatrzywszy się można było widzieć nie tylko meczety, ale i cerkiew, i or­miański kościołek. Wszystkie te świątynie nic nie wystrzeliły kopułami i dziwnie przysiadły do ziemi.

Na wzburzonem morzu, widać było mnóstwo statków, stojących na kotwicach i rzucających się na wszystkie stony. A morze jakie cudowne, rozplenione, rozbałwanione; już dziś zupełnie co innego. To lew, co strzaskał żelazne kraty, uczuł swą godność, ryczy i błyszczy ognistemi oczyma, najeżył swą grzywę i jakby gotów pastwić się nad miastem.

Dzień w dzień ciągle wiatr panował i tak, niedoczekawszy się zupełnej ciszy, wyszedłem żeby się puścić ku zatopipńemu miastu. Tyle //128 razy przechodziłem wzdłuż i wszerz przez bazar, a jeszczem o nim nie wspomniał. Z resztą nie zasługuje on na uwagę. Szamachijskich typów ani sposób na nim znaleźć. Któż tu wyjdzie na bazar—kiedy żwir i piasek ciągle oczy zaprasza,— kiedy i do obok-stojącego trzeba krzyczeć na całe gardło, gdyż inaczej wcale cię nie posłyszy. Jeżeli się kto wymknie z domu to chyba do karawanseraju, a gdzie sami kupcy, tam już mało życia.

Nie, raz przechodząc przez te długie budynki zanotowałem sobie kilka fizjognomij, które zawsze na temże samem miejscu i wtakiejże postawie zastawałem. Byli to bogatsi i biedniejsi kupcy. Bogatsi, właściciele, lepszych i większych sklepów, zawsze coś liczyli; a biedniejsi skurczywszy nogi pod siebie, palili poważnie kafjany i, zapewne oczekując lepszych czasów, myśleli o niebieskich migdałach. Trzeba oddać sprawiedliwość, że brodacze bardzo dobrze wyglądają; twarze ich poważne i delikatne ładnie odbijały, od wysokich perskich baranich czapek. Podróżujący utrzymują że Bakijscy Tatarzy są to wyborne kopije miasteczkowych mieszkańców Iranu, gdyż ich język, fiizjognomije //129 a nawet maniery, zupełnie są zgodne z czysto perskiemi typami. Przyczyniają się do tego zapewne już to ciągłe handlowe stosunki z Persją, już pobyt wielu Persów w Baku, z którymi Tatarzy od dawna weszli w pokrewieństwa.

Wielką miałem ciekawość zobaczyć jak też Ziummuriada w swej wieży mieszkała, — po schodach wijących się około wieży wdrapałem na sam jej wierzchołek. -Wierzch wieży płaski a jej wnętrze zupełnie puste odgradza sźeroki gzyms, w koło którego możnaby i kariolką się przejeżdżać. Otóż i wszystko, a ni­gdzie nie ma najmniejszego śladu mieszkania. Widać że bogini lubiła świeże powietrze i gwiaździste noce. Teraz gdy nowoprzybyły okręt salutuje, na wieży Ziummuriady wywieszają chorągiewkę, poczem z murów fortecy takiemiż  wystrzałami z dział odpowiadają.

Choć wiatr wcale nie ucichał, w sporej barce puściłem się na morze. Najprzód dopłynąłem dwóch fregat wojennych, stojących na pełnem morzu, gdyż musiałem się uiścić z danego słowa (nowej znajomości), jednemu oficerowi rodem Włochowi. Panowie żeglarze, między którymi byli Grecy i Niemcy, przyjęli mnie //130 otwartemi ramiony, i oprowadzili po obydwóch swoich fregatach,—zadziwiała mnie wszędy, dziwna czystość i porządek. Oficerowie wychwalali morską służbę. Nie chciałem tylko im wierzyć, żeby łatwo było przyzwyczaić się tak ciasnych kajut, gdzie co krok trzeba się o coś zaczepić. Tymczasem przynieśli kawę i jeden z oficerów zaczął szklanki nalewać. Na maleńkim stoliczku wszystko podskakiwało brzęczało i ciągle mu się z rąk wymykało, bo fregata nie przestawała się kołysać. Gospodarujący nie był tem zakłopotanym, ciągle robił swoje i umiał wszystko w porządku utrzymać,—zabawnie tylko było patrzeć, że drugi kolega musiał go niekiedy podtrzymywać. Po skończonej kawie na stoliczku odmieniła się dekoracja; zamiast imbryczków wystąpiły butelki, które jeszcze więcej stuku narobiły, ciągle jedne drugie szturchały i prawdziwy spór wiodły o pierwszeństwo odkorkowania. Nie wiem na którą z antagonistek padł wybór znawców, bo wymknąłem się do barki i popłynąłem ku zatopionemu miastu.

W rzeczy samej, o kilkaset sążni od lądu trzy wieże ze strzelnicami wznoszą się na //131 parę łokci nad wodą; obok tego widać jeszcze mury fortecy, albo ufortyfikowanego karawanseraju.

Podpływałem do każdej z tych wież i cho­dziłem po nich. Tak są grube i szerokie, że idąc i po kilku w rząd, można po nich do koła spacerować i to bez najmniejszego nie­bezpieczeństwa, bo wnętrze zasypane gruzem.

Oryginalny ztamtąd widok, białe banie i drzwi wszystkich domów ze swemi obwódkami, obrócone są ku morzu, i dla tego patrząc ztam- tąd, więcej widać białegó koloru, niż się go dostrzega na ulicach. Całe miasto od samego morza, pnie się pod górę, rozkłada w amfi­teatr i dziwnie jakoś pstrokato wygląda. Z lewej strony już na wzgórzu widnieją ruiny zam­ku, ciemna poczerniała od czasu, wieża i takież minarety, ładnie się zarysowują na niebios sza­firze, a piaszczysty brzeg, fantastycznemi trąbami, wydmami, i wzgórzami, rozszerza i uzu­pełnia ten melancholiczny pejzaż.

 

//132

VI

 

Szesnastego (28) Kwietnia, dniem przed wyjazdem do Kuby, zakłopocony byłem najęciem koni do Ateszgachu[108], gdzie osiedli Czciciele-ognia[109], Po długich negocjacjach dano mi nareszcie wóz pocztowy, ale z warunkiem żebym wrócił do Baku. Wziąłem, z sobą tłumacza i puściłem się obejrzeć samorodne ognie, i świątynie ich czci­cieli[LXXIII].

//133 Dzwonek tętnił, tłómacz mój milczał, a wóz toczył się po piaszczystych wydmach. Słońce w połowie za chmurami kłoniło się ku zacho­dowi i rzucało jakiś niepewny koloryt na morze, które często zasłaniało się najdziwaczniejszemi pagórkami.

Z oddalonych gór wiał wiatr i nanosił cudny południowy zmrok. Jest to pora którą najbar­dziej lubię. O takim zmroku i prozaiczne miejsca lepiej wyglądają,—zagładzają się wszystkie ostre kąty i zostaje tylko kanwa, którą wyobraźnia po swojemu zarabia. Lubię jeszcze zmrok, bo mi wystawia walkę światła z ciemnotą, tę walkę na zabój toczącą się od niepamiętnych czasów. Jakżeż nie lubić i Czcicieli ognia, co ciągle o tej walce rozmyślają. Ale otóż i jasność, — wjechaliśmy na wzgórze z którego widać było świątynię z buchającemi ogniem wieżami. Ogromne ognie płonęły i zewnątrz murów. Szeroka łuna jak sięgnąć okiem wszędzie się rozlega. Co za szkoda, że ztamtąd morza nie widać.

Wracam znowu do zmroku, do tej wojny światła z ciemnością, bo znajduję ją na każdym kroku. Czcziciele-ognia może zanadto figury-//134 cznie i zmysłowo pojęli tę walkę, ale ileż to prawd świętych w ich Zenda-Weście, pirąwi z których i dziś można się zbudować. Dwoistość była u nich już w zarodku przy stworzeniu świata. I tak Ormuzd zaczyna świat tworzyć i wywołuje do życia Ferwersy, to jest ideały, mające stać się podstawą, rzeczy widzialnych i normą wszelkiego istnienia. Tuż zaraz występuje Aryman i tworzy przeciw ludziom Diwy, to jest złych duchów kusicieli. Drzewo śmierci, przeistacza się w drzewo wiadomości. Odtąd jasny Ormuzd z ciemnym Arymanem nieustannie walczą, ale Syrwane-Akieryne tak od dawna postanowił, że walka musi się zakończyć i wtenczas nastanie wiek światła i cnoty. Dla tego też Zoroaster w swej księdze nakazuje myśleć, mówić i działać czysto.. Nakazuje rozszerzać władzę Ormuzda, kochać światło, a wystrzegać się ciemności i złego. Po śmierci każdego pójdzie jego Ferwers na wierzchołek góry Albordsz i stanic przed Ormuzdem. Po ostatecznym sądzie ludzkie Ferwersy pójdą na most Czynewad. Zwolennik światła przeprawi się przez most do Doladmanu i żyć będzie na łonie Syrwane-Akieryne, a nieprzyjaciel //135 światła spadnie z Czynewadu do Duzaku, gdzie go czekają najokropniejsze męczarnie.

Podjechaliśmy do ognisk które nie dalej jak na kilkadziesiąt kroków od świątyni, olbrzymiemi płomieniami wydobywały się z ziemi; było ich wszystkich szesnaście.

Chciałem się sam przekonać czy można Wzniecić ogień na zupełnie świeżem miejscu. Zacząłem koło siebie kijem świdrować i kiedy jamka już była na ćwierć łokcia głęboka, zapa­dem u innego ogniska kawał papieru, przyło­żyłem go do świeżo wygrzebanej jamki, i na­tychmiast gaz się zapalił. Takim sposobem otrzymują się wielkie i małe ogniska, inaczej choćby kopać najgłębiej nigdy się ogień sam przez się nie pokaże.

Zewnątrz przybytek Gwebrów[110] zupełnie po­dobny do karawanseraju, zabudowany w ogro­mny pięciokąt i opasany wysokim murem. Tak jak w każdym karawanseraju, mur ten jest zu­pełnie głuchy, ale stanowi tylną ścianę wszyst­kich budynków, których drzwi (i okna jeżeli są), wychodzą na wewnętrzny dziedziniec. W Ateszgachu okien nie było, bo w stylu wschodnim jest to już wielki zbytek, ale za to cały budy-//136 nek zewnątrz i wewnątrz był bardzo starannie wybielony.

Na murze z lewej strony wznosi się wieża, z której przeprowadzony ogień olbrzymim wybucha płomienien. I ognie płonące na ziemi, wieża na świątyni, znajdują się z lewej strony.

Zbliżyłem się do frontowej ściany i przez pyszną, jedyną bramę całego budynku, nad któ­rą było tak nazwane Bala-Chane[LXXIV] (piątro), wszedłem na obszerny dziedziniec, którego środek zajmował biały budynek w stylu indyjskiej pagody. Z czterech stron jego kopuły wznosiły się maleńkie wieżyczki, również wie­cznym ogniem płonące. Nad wejściem znajduje się tam sanskrycki napis, głoszący wszystkim szczęśliwym, co go czytać umieją, że zabudowania Ateszgachu powstały 1868 roku Indu­sów, to jest po naszemu 1810 roku[LXXV].

Po szerokich schodach weszliśmy do tego bu­dynku. W samym jego środku był odkryty grób,

//137 Wyłożony ślicznemi białemi płytami i utrzymy­wany w wykwintnej czystości. Ten wiecznie odkryty grób, jest wspólnym dla tych mie­szkańców Ateszgachu których ciała mają być Po śmierci palone[LXXVI].

//138 Według przyjętego zwyczaju, mój tłumacz pociągnął za sznurek zawieszonego w kopule dzwonu. Po danem haśle, wyszedł dość młody Gwebr, śniadej, czarno zarośniętej twarzy, w białej szerokiej sukni, oznajmił nam że nie dawno przybył z Indji, że ma zupełnie odrębną świątynię i że może nam odprawić nabożeństwo, jeżeli tego życzyć będziemy. Zapytany o in­nych Gwebrów, powiedział że oprócz niego jest jeszcze czterech, którzy mają wspólną świątynię i razem nabożeństwo odprawiają. Później poprowadził nas do siebie.

Rzuciłem okiem na mistyczny niziutki bu­dynek ciągnący się pod murami pięcioboku. Mnóstwo tam było drzwi prowadzących do od­rębnych celi, co kazało się domyślać że liczba Gwebrów w Ateszgachu musiała być wprzódy daleko większą[LXXVII].

//139 Świątynią nowoprzybyłego, był po prostu, niziutki, biedniutki, ale dziwnie czysto utrzy­many pokoik. Nie tylko jego ściany, ale nawet i podłoga najstaranniej była wybielona. Trzy żelazne rurki wetknięte w podłodze, jakby trzy swiece gazem oświecały niziutki ołtarzyk za­słany białą materją. Ołtarzyk ten był sobie po prostu piedestał ze schodami, na których porozkładane były malutkie, z bronzu wyro­bione bóstwa i różne kolorowe kamyczki. Enigmatyczne świętości wyglądały dosyć monstralnie, a z podobieństwa ich do ludzi i do ró­żnych zwierząt, trudno było dojść coby mogły znaczyć.

Prosiłem Gwebra, żeby mnie poprowadził do swych towarzyszy i żeby razem z niemi od­prawił nabożeństwo. Odmówił mi stanowczo. Nie chcąc wchodzić w przyczynę ich nieporozu­mień, pożegnałem go i udałem się do czterech innych Gwebrów.

Zastałem ich wszystkich w jednej celi, w której razem mieszkali. Trzej z nich dziwnie wyrazistych oczów, ubrani byli w ciemne znoszone sutany, i zdawali się, mieć więcej jak po lat pięćdziesiąt; tak można było wnosić ze //140 zmarszczków ich ogorzałych twarzy, z ubielonych długich bród, i z siwych na tył spadających włosów. Czwarty Gwebr zupełnie nagi, z przepasanemi tylko biodrami, leżał na niziutkim niczem nie zasłanym tapczanie. Zgrzybiały, dogorywający staruszek, już od dwóch lat naznaczył sobie taką pokutę, i postanowił do końca życia nie wstawać z tapczanu i ciągle patrzeć na płonący przed nim ogień. Od ciągłego leżenia, boki jego wychudłego, bronzowego ciała, zupełnie poczerniały. Rozpowiadają że ci Gwebrowie, co przed kilką laty w Ateszgachu poumierali, jeszcze sroższe zadawali sobie męczarnie. Jeden z nich aż do samej śmierci, miał ciągle stać w kącie z podniesionem do góry ramieniem, które mu jeszcze za życia skośniało; tak że już niem nie mógł władać i w żaden sposób nie mógł na dół opuścić. Inny znowu wbijał w siebie gwoździe, i nosił grube, druciane zawłoki.

Trzej Gwebrowie poprowadzili mnie do swej świątyni, zupełnie podobnej do poprzedzającej z tą tylko różnicą że była dwa razy większą, a ołtarzyk znajdował się za półszalowaniem, najstaranniej wybielonem.

//141 Nabożeństwo zaczęło się od tego, że jeden z Gwebrów zaczął trąbić w ogromny róg zro­biony z morskiej konchy. Po takiej inwokacji, wszyscy trzej zaczęli śpiewać i dzwonić maleńkiemi dzwonkami. Śpiew się ciągle wzma­gał, a dla zrobienia większego efektu, maleń­kie dzwonki przemieniano na coraz większe; tak że pod koniec, dwa spore dzwony i żele któremi dzwonił najśtarszy Gwebr, ogłuszyły mnie zupełnie. Huczne takie modły trwały z półgodziny. Nareszcie jeden z Gwebrów znowu zatrąbił, zdjął z ołtarzyka cynową mi­seczkę z lodowatym cukrem, rozdał go wszyst­kim przytomnym i na tem się nabożeństwo skończyło[LXXVIII].

Pożegnałem Gwebrów, ale jeden z nich nie opuszczał mnie, bo miał mi jeszcze jednę osobliwość pokazać. Wyszliśmy za bramę //142 i zbliżyliśmy się do ogromnej studni, leżącej za opasującymi murami. Studnia ta była jak najstaranniej pokryta grubem radnem. Gwebr wskazał nam ją, i powiedział: „ognie samorodne mieliśmy i w Indjach, ale takiej stu­dni tam nie było.” To mówiąc zdjął pokrycie i wrzucił do studni trochę ognia. Gdy się zapalił, wybuchnął kolosalnym ognistym słupem, i dała się słyszeć eksplozja tak silna jakby wystrzał z działa[LXXIX].

 

//143

VII a

 

W drodze wielki ze mnie gawęda. To gwałtem złapany tłumacz, któremu może po raz pierwszy zdarzyło się być tłumaczem, to znowu mój farsycki dykcjonarzyk dopomagają mi rzucać pyta­niami. Każdeji zdybany Mahometanin po swoim uroczystym Salam Alęjkium (Błogosła­wieństwo Boskie , niech będzie z tobą), po moim Nachaber (co słychać nowego), musi choć malutką dań złożyć. Najtroskliwiej zawsze do­kuję się o miejscowe podania, ale — cóż rzad­ko które daje się powtórzyć; ani sposób nawet rzucić na nie gazowe zasłonki, bo i wtenczas jeszcze ząnadto; byłyby wygorsowane.

//144 Cieszy mię więc bardzo gdy natrafię na podanie dające się wylać na papier. Oto jest jedno które słyszałem na drodze do Kuby.

Dojeżdżając do wsi Czyrach, wznosi się ogro­mne zamczysko (Kała Czyrach)[111], dzisiaj puste zupełnie. Tysiąc lat minęło, jak w tem zamczy­sku mieszkał Ulmeli Giaur[112] (nieśmiertelny Giaur), najdawniejszy władzca tej strony, któremu i najdalsze krainy ciągle haracz płaciły. Nie­śmiertelny pędził błogie życie, ale oto zjawili się mahometanie, wypowiedzieli mu wojnę i za­częli szukać jego posiadłości. Ulmeli Giaur według przyjętego zwyczaju, siedział ciągle w swym zamku, ani na chwilę go nie opuszczał, ale pilnie się rozporządzał, i w różne strony liczne zastępy rozsyłał. Gońce ciągle mu dono­szą że mahometanie nie na żarty wojują, że coraz się bardziej zbliżają,—nareszcie oznajmili mu że już całe państwo zdobywają. Ulmeli Giaur gońców nazad odprawia, i do ostatniej krwi kropli walczyć nakazuje.

Jedną razą jakieś przeczucie zaczęło go mo­cno trwożyć. Ulmeli Giaur wszedł na teras i zaczął się rozpatrywać na wszystkie strony. Z jednej strony stare zamczysko morskie fale //145 obmywają, — tam nie ma żadnego niebezpie­czeństwa;— z drugiej strony słychać w lesie ogromny łoskot i wrzawę. Ulmeli Giaur wpa­truje się lepiej i spostrzega zielone nieprzyja­cielskie chorągwie. Tegoż wieczora już nikt więcej Giaura nie wdział, sam jeden opuścił zamczysko i udał się gdzieś daleko w północne strony (Zulmat Terefte). Żyje on jeszcze i teraz, a choć tysiąc lat wlazło mu na barki, służy mu jeszcze zdrowie, ale już postarzał i takie mu długie rzęsy wyrosły, że sam nie wie co z niemi począć i najczęściej zakłada je za uszy.

Od czasu jak nieśmiertelny Giaur zemknął na północ, nikt z ludzi nigdy go nie widział, Dżyny (duchy) z podwładnych mu niegdyś gór jeszcze i dzisiaj zostają pod jego mocą często go odwiedzają. Nieśmiertelny Giaur zdzieciniał, zapomina się i zawsze o temżesamem z nimi rozmawia.

Hej, hej—powiada Ulmeli Giaur — co tam się dzieje w moim kraju ? — Czy tam tak pięknie?—czy tak tam wesoło jak dawniej bywało?

Dżyny. O nie, Ulmeli! tęskno, smutno, wszystko się zmieniło.

//146

Ulmeli Giaur. A co tam mój naród, czy i tak bitny, czy taki waleczny, jak to dawniej bywało?

Dżyny. Bija się po trosze, ale więcej próżnują.

Ulmeli Giaur. A kobiety czy zawsze takie piękne, czy zawsze takie cnotliwe?

Dżyny. O piękne, Ulmeli! ale wielkie psotnice.

Ulmeli Giaur. A Kała-Czyrach zamczysko moje ?

Dżyny. Puste. Zupełnie, w niem tylko szakale i sowy.

Ulmeli Giaur. A morskie statki, czy zawsze zawijają wprost do Czyrachu, jak to dawniej bywało.

Dżyny. O Ulmeli, gdzie było morze, tam teraz piasek. Nieraz z zamczyska natężamy nasz wzrok, ale morza ani rąbku nie dostrzedz.

Nie będę z bajecznego, podania wyprowadzać żadnych wniosków; ale koło Czyrachu są ślady cofnięcia się Kaspijskiego morza, a niedaleko od Baku wyglądające z morza karawanseraje niemogłyby zatonąć, jeśliby podnoszenie się i opadanie wód szło zwyczajnym, porządkiem to jest jeśliby się odbywało periodycznie i na mniejszą skalę. Oprócz tego w wielu miejscach //147 na morskiem wybrzeżu i na półwyspie Abszerońskim[LXXX], widziałem nietylko ślady wulkaniczne, ale nawet całe wygasłe kratery[LXXXI]. A na niektórych zupełnie pustych, niezaludnionych wyspach są całe szlaki kolei wydeptane kołami. Wszystko to razem wzięte, dowodzi że Kaspijśkie wody musiały uledz jakejś wielkiej  i długiej rewolucji.

Żadne morze nie narobiło tyle hałasu w uczonym świecie, ile Kaspijskie, a to z powodu swego odosobnionego położenia i niełączenia się żadnem innem morzem. Obfita massa wód //148 wlewa, się ciągle w to morze, ale gdzie się ona podziewa? To właśnie sęk, któren nieraz porodził wiele dziwacznych, ale żadnej zaspokajającej teorji. Ptolomeusz pierwszy wpadł na myśl że Kaspijskie morze ma podziemną komunikację, w co długo Geografowie wierzyli; utrzymywano nawet, że drzewa i rośliny Kaspijskich brzegów -widziano w Perskiej zatoce, trwało to aż do czasów Kempfera, któren wybornymi dowodami całą tę teorję obalił. Ze starożytnych pisarzy Herodot jest jeszcze dokładniejszym bo przynajmniej wiedział o wewnętrznem położeniu Kaspijskiego morza. Piszący po nim Strabon i Pliniusz, utrzymywali że Kaspijskie morze łączy się z morzem lodowatem. Późniejsi po nich pisarze, aż do r. 1558, to jest do podróży Anglika Jenkinsohna[113], również po starożytnemu dowodzili. Jedni utrzymywali że się łączy z morzem Azowskiem, inni znowu twierdzili że jego długość rozciąga się od wschodu do zachodu. W nowszych czasach, nie tylko mnóstwo podróżnych, ale nawet i całe i uczone expedycje, zwiedzały Kaspijskie brzegi; wiele badano, wiele mierzono, nie wszystko się jednak rozjaśniło, bo o rewolucjach którym //149 to morze podlegało, nic stanowczego nie wyrzeczono. Stanęło na tem: że Kaspijskie morze nie ma żadnej komunikacji; przyby­wająca woda z wpadających rzek, ulatnia się za pośrednictwem wyziewów; że w przeciągu trzydziestu lat, Kaspijskie morze ciągle się po­dnosi, a później w przeciągu tyluż lat ciągle opada. Zgodzono się i na to, że jest wiele geograficznych kart tego enigmatycznego morza, ale że dokładna szczegółowa karta, byłaby bar­dzo użyteczną dla bezpieczniejszej żeglugi. Może i jeszcze co ciekawego napisano o Ka­spijskich falach, wszakżeż od czasu staro­żytnych historyków i geografów, aż do znamienitego Humboldta[114], tylu uczonych je ba­dało, ale ja niestety nie wiem nic więcej. Rzeczy geograficzne i historyczne kaukazkie, nieraz tak pogmatwane; że aby sięę doszperać pra­wdy, trzeba mieć całą bibliotekę: pod ręką, a na Kaukazie o książkach nie słychać, ale za to wiele broni, — jedźmy dalej zawojowywać tych krwi chciwych Górali.

Wjechawszy w Kubijską prowincję, po mo­notonnym piasku, na wszystko się z przyje­mnością spogląda. Z lewej strony ciągnie się //150 pasmo gór ozdobionych drzewami, przed niemi ciągną się szmaragdowe doliny, urozmai­cone krzakami i nacentkowane kwiatami. Wpatrując się w te piękne, ciągle mieniące się pejzaże, podróżny i sam jeden nigdy się nie znu­dzi, a czas tak prędko zdaje się lecieć, jakby mu kto przyczepił dwie pary skrzydeł.

Dojeżdżałem do aułu w którym był Czapar Chane (dom pocztowy), chciałem tylko prze­mienić konie i zaraz dalej jechać, bo do za­chodu słońca jeszcze parę godzin zostawało. Stało się jednak zupełnie inaczej.

Auł ten (zapomniałem jego nazwisko), zdaleka nie obiecywał nic godnego uwagi, ale kiedym się do niego już zbliżył, usłyszałem znajomy gwar Mahometan. Jadę dalej, mijam zasła­niające ich drzewa, nareszcie z lewej strony spo­strzegam niwę, na której pod rozłożystemi czynarami zebrało się mnóstwo narodu. Sam nie wiedziałem coby to znaczyło, ale na widok tylu zacnych typów, odprawiłem konie na pocztę i powiedziałem że będę nocować.

Zaledwie zbliżyłem się do pierwszej grupy, a już mnie prowadzą z sobą i ze wszech //151 stron krzyczą.: oto postronny człowiek — niechże będzie naszym sędzią.

Pod rozłożystym czynarem, tuż obok innych grup siedziało dwóch starców. Jeden z nich był tak był ubrany jak Mułła, z tą tylko różnicą że miał na głowie zielony zawój (czałma), co mi po raz pierwszy zdarzyło się widzieć. Drugi, po nadętej minie i po uszanowaniu, z jakiem dla nięgo byli tuż przy nim stojący Tatarzy, łatwo było odgadnąć że to był Juz-Baszy (Sołtys, Setnik, dosłownie Sto-główca), to jest najznamienitsza we wsi osoba. Posadzili jmnie koło nich, i Juz-Baszy w ten sposób powa­żnie przez tłumacza odezwał się.

Długo już tu rozprawiamy, ale nie może­my przyjść do końca, postanowiliśmy  więc zdać naszą sprawę na sąd pierwszego podróżnego co się nadarzy; — wszakżeż powiedziano w Koranie że każden człowiek może być sędzią.

 A, mocno to mię cieszy —  powiedziałem — ale o cóż tu rzecz idzie?

— Ten starzec w zielonym zawoju, — mówił Juz-Baszy—jest- Seidem[LXXXII], to jest potom-//152 kiem Mahometa, a według postanowień na­szych dawnych Chanów, każden z potomków Proroka ma u nas prawo do dziesięciu i różnych przywilejów. Na nieszczęście, tych potomków  bardzo jest wielu w Kubijskiem Chaństwie.

— Nie na nieszczęście, ale na szczęście przerwał poważnie Seid i spojrzał surowo na, formujące się koło z coraz więcej przybywających widzów.

— Przypuśćmy że na szczęście, — mówił dalej Juz-Baszy. — Otóż prześwietny Seid jadąc do Derbentu, zachciał nocować w naszym aule; — trzeba wiedzieć że on przyjechał na bardzo nędznej i trzech szajów nie wartej szkapie.

Cheir, cheir (nie, nie), — zawołał Seid — przyjechałem na ładnym karabachskim ogierze.

Inszałłah (niech się dzieje wola Boska), powiedział Juz-Baszy—niechaj sobie i na karabachskim ogierze, — oto pod drzewem leży siodło, cha — cha — cha—spojrzyj tylko Ago i powiedz czy widziałeś kiedykolwiek takie siodło na karabachskim ogierze, takie siodło chyba na ośle można zobaczyć.

//153 — Jachszi, jachszi (dobrze, dobrze),-—mru­gał pod nosem urażony Seid — i powtarzał ciągle że przyjechał na prawdziwym karabachskim ogierze.

­— Przezacny Seid—mówił dalej Juz-Baszy, przyjechawszy do nas na nocleg, puścił swoją karabachską szkapę na paszę, i w nocy wilcy mu ją zjadły; — sam więc winien, bo nie chciał nikogo się rozpytać, i . . . .

  Kogoż się miałem rozpytywać — prze­rwał Seid — wszakżeż, krzyczałem, stukałem i nikogo nie mogłem rozbudzić; — nie wiem czybyście dali przytułek koniowi, kiedy ja sam musiałem nocować pod gołem niebem.

— Nie rozpytał się, nie rozpytał się, — Powtarzał Juz-Baszy — a teraz uważaj Ago, on tu się gwałtu dopuszcza, wybrał, sobie Najlepszego konia z naszego wiejskiego stada, (tu z grupy wysunął się właściciel konia i ukłonił mi się patetycznie), przywłaszcza go sobie prawem dziesięciny, i chce na nim dalej w drogę wyruszyć. My trzymamy się jeszcze poniekąd Chańskich dawnych praw, ale jak wiadomo prawo dziesięcin Seidów już zupełnie upadło.

//154 Dobrze, — powiedziałem — sprawa wasza wcale nie zagmatwana, mogę być sprawiedliwym sędzią jeżeli Seid dobrowolnie się na to zgadza.

— A cóż mam robić, zgadzam się, zga­dzam się, — mruczał Seid, gładząc swą poma­rańczową brodę[LXXXIII],—pamiętaj tylko na to, ile Prorok mój prarodziciel, zrobił dobrego dla prawowiernych. Bez niego Mahometanie nie mieliby wiary. Bez niego Mahometanie byli­by Kiafirami. Bez niego Mahometanie nie byliby Mahometanami.

— Niech i tak będzie, — przerwałem — ale powiedzcie mi, wielu może być Seidów w Kubijskiem Chaństwie ?

Dwiestu z górą — odezwało się kilka głosów.

— A wiele macie koni w waszym aule?

//155— Nazbiera się pięćdziesiąt.

  A czy jest tu ktokolwiek ktoby był właścicielem dziesięciu koni ?

  Nie ma nikogo, my ludzie biedni, sam Seid wie o tem doskonale.

— Kochany Seidzie, — powiedziałem— wi­dzisz więc że nikt nie ma dziesięciu koni; sprawa więc o dziesięcinach sama przez się upada.

— Ależ ja nakładam dziesięcinę na cały auł, — krzyknął oburzony Seid — i chcę ztąd wyjechać na dobrym koniu.

— Powiedzże — przerwałem — coby wtenczas było, gdyby w tymże samym momencie i inni i Seidzi mieli podobne chętki. Wszakżeż mu­sielibyście jechać po czterech na jednym koniu, coby dosyć śmiesznie wyglądało.

Tu wszyscy parsknęli ze śmiechu, a Seid mruknął.

Inszałłah, sądź jak chcesz.

Stanęło na tem, że Seid konia nie dostał, ale przez wzgląd że poniósł stratę która mu niedozwalała dojechać do Derbentu, uprojektowałem dla niego ogólną składkę którą zajęto się natychmiast. Sam Juz-Baszy obchodził //156 wszystkie grupy, abazy i szaje rzęsiście do czapki leciały, wszyscy byli zadowolnieni, nawet i poważne oblicze potomka Mahometa za­jaśniało radością. A kiedy później oddano mu czapkę i Seid bardzo mi wymownie dziękował, to i ja sam bardzo byłem uradowany, że się wszystko tak dobrze skończyło, i że mi się udało być sędzią, i to czyimże jeszcze, sędzią kuzyna Mahometa!

 

//157

VII b

 

Ciepły uperfumowany, cudny byl ranek, kiedym dojeżdżał do Kuby; nie do tej Kuby co należy do Hiszpanii i w której pieprz rośnie; ale do Kuby, Zakaukazkiego Powiatowego miasteczka. Chmury i tęcze, deszcz i słońce, wszystko to można było widzieć to razem, to na prze­miany. Z lewej strony, łańcuch dorodnych gór przykrywał się całkiem gazową lekką mgłą, to znowu połyskiwał swym białawym grzbie­tem; a tylko miejscami, dziwnie ruchome, roz­sadzające się obłoki, niby szarfami przepasy­wały wynioślejsze drzewa, i girlandami arabesków wieńczyły ich nieruchome zielone czoła.

//158 Znowu obłoki i mgła cały zasnuwają krajobraz. Znowu coś się mroczy, wyjaśnia, formuje, powtarza się cały proces dioramy, i oto cały pejzaż jaśnieje nieruchomym, cudownym, bla­skiem, a nad nim wyniosły Szach-Dach ukazu­je swoje oblicze, ozdobione śnieżnym zawojem. Ileż tu kolorów, ile rozmaitości, jaka cudowna gra światła i cieni. Lekki wiatr znowu. nasuwa na góry fantastyczne obłoki, i znowu je zmia­ta. Pną się wyżej ku niebu, piętrzą i tam przy­bierają formę takichże borów i takichże gór. To góry idealne, to sny i marzenia rzeczywistych gór. A tam dalej nowe cuda; piękna Irys, opuściła swój jasny różno-barwny szal, jeden jego koniec zaczepił się o góry, a drugi, daleko w dolinie, leży na ziemi całkiem rozpuszczony, i przykrywa swojem przezroczem maleńką wioseczkę, w której majaczą sakle i drzewa.. . Tęcza blednieje, niknie, nakoniec przepada zu­pełnie i już jej nie ma ni śladu!

U stóp takiej fantasmagorji gór, rozpościera się zielona dolina; na niej nad drogą czernieją dwie szubienice, postrach Górali, na których przed kilką laty dwóch rozbójników stracono. Dalej na prawo, na tejże samej dolinie, daje się //159 widzieć w całym swym zakopconym blasku, ciemna, drewniana Kuba, otoczona niziutkiemi okopami i ostawiona turami, między którymi gdzieniegdzie błyszczą harmaty. Nad terasami domów, w przyzwoitej od siebie odległości, Wznoszą swe głowy, trzy czarne drewniane meczety, pokryte poczerniałemi od czasu gon­tami. Trzy meczety zupełnie jednakowe, a bu­dowa ich najprostsza w świecie. Na zrębie ścian, umieściły się wysokie, spadziste,1 piramidalne dachy, których wierzchołki zakończone niby jakiemiś czarnemi kominami, z nich właśnie mueziny zwołują na modlitwę. Tani to wpra­wdzie sposób zastąpienia ładnych wschodnich minaretów, — nie bardzo jednak szczęśliwy.

Pierwsza żyjąca istota, którą wjeżdżając do Kuby spostrzegłem, była Mahometanka czer­piąca wodę z krynicy. W tym momencie musiałem się przed wrotami zatrzymać, bo do nich wybiegł podoficer, zapisujący zkąd i dokąd kto jedzie. Pod koniec nudnej tej indagacji, na pytanie dokąd jadę, przypominam sobie że ka­załem mu zapisać: — do krynicy (małe roztargnienie), ależ bo koło tej krynicy, jaka to ładna winietka do wschodniego albumu. Ileż to w tej //160 posępnej, pełnej wdzięku twarzy, dostrzedz można było rzewności, skromności i prostoty. Cudna ta istota, pod swą draperją szafirowej zasłony, z tem zarzuconem ramieniem i z dzbankiem na plecach, przypominała mi biblijną niewiastę. Przechodząc koło mnie, nasunęła trochę zasłonę, ale zdążyłem się jej przypatrzeć i nie prędko zapomnę tę wyniosłą kibić, to wytoczone ramie, i to melancholijne, prawdziwie Rafaeloskie oblicze.

Aj Kuba!!. Słońce nad nią tak jasno świeci, niebo takie błękitne, a w ulicach tyle błota, że trudno wozem przejechać. Ale co Muhometanom do tego, że wóz pocztowy w błocie zagrzęźnie. Oni z jednej i z drugiej strony wydeptali sobie ścieżki, rzucają filozoficzne spojrzenia na głębokie kałuże, i szczęśliwi chodzą w zupełnie suchych trzewikach.

Między nimi, wdziałem po raz pierwszy żydów kaukazkich;— śniade, bronzowe twarze, wyrazistych rysów, prawdziwe fac-simile starożytnych medali. Przypominają trochę swych europejskich jednowierców i są zawziętymi wrogami Tatarów i Ormian; nie lubią nawet mieszkać blisko nich i zaraz za miastem, za //161 rzeczką Kubinką, mają brudną, obszerną osadę, z samych ziemlanek złożoną[LXXXIV].

Jak znużony żeglarz rad gdy u portu zarzu­ci kotwicę, tak i ja nie mniej byłem zadowol­ony, gdy nareszcie po długiem brnieniu w uli­cach i uliczkach, wóz się mój zatrzymaj przed wysokim, oszarpanym domem, naznaczonym dla mnie na kwaterę. Tam właśnie, na drugiem piętrze, zająłem zupełnie pusty pokoik z balko­nem na ulicę.

Miasteczko nic nie ma interesującego. Nie ma starożytności, nie widać nawet żadnych śladów rezydencji Chanów.  Pokazywano mi wprawdzie dom, w którym mieszkał ostatni ich władzca, ale i ten uległ przebudowaniom, tak że trudno się domyślić jakim był za ńajświetniejszych swoich czasów.

Podczas kilko dniowego mego pobytu w Ku­bie, rzadko nawet mogłem wychodzić za mia-//162 sto, żeby się nasycić widokiem pięknych okolic, bo pogoda nie zawsze sprzyjała. Byłbym się porządnie wynudził  gdyby tam nie było Hrabiego W* i Pułkownika K* w towarzystwie których bardzo przyjemnie czas przepędzałem;- i dla nich nawet nad zamiar dłużej w Kubie zabawiłem.

Hrabia W.  był jednym z liczby tych, których los najdawniej rzucił na Kaukaz bo jeszcze przed trzydziestym rokiem. Z początku dosługiwał się wojskowo, a później z  powódu ran otrzymanych w expedycj, był zaliczonym do służby cywilnej. Dymissjowany, pułkownik K., ozdobiony krzyżem Legii honorowej, nie mając żadnego funduszu przyjechał  daleko później na Kaukaz, i był naczelnikiem Kubijskiego Powiatu.

Dwaj weterani obyli się przywykli do miejsca swego pobytu, codzień się w Kubie widywali; a w chwilach swobodnych polowali razem na dziki i jelenie w towarzystwie Begów tatarskich, od których byli powszechnie lubionymi. Szczególnie Hrabia, mówiący dobrze po tatasku, miał u nich wielkie poważanie. Często zdarzało, że Muzułmanie  w prywatnych sporach //163 i zatargach nie będąc zadowoleni wyrokami swych Kazi, szli później do niego, jak do wyższej instancyi i zawsze jego rad i wyroków najściślej się trzymali. 

Z mego balkonu nie raz byłem świadkiem pociesznych scen, przytoczę tu choć jednę.

W niedzielę, po dwudniowym deszczu, zaczę­to się koło południa wyjaśniać. Błocko było okropne, i komu by przyszło, do głowy, że Kubijskie damy wybiorą taką porę do robienia wizyt. Ale oto jedna dama, w białym kapeluszu z kwiatami, i w ogromnych męzkich butach, w assystencyi lokaja, manejwruje po  błocie, z prawego końca ulicy. O dziwy! na lewym końcu tejże samej ulicy, pokazały się dwie inne damy także ustrojone w długie buty i w kapelusze rzęsisto kwiatami upstrzone. Elegantki te dziwnie szpetnych fiizjognomii, brną heroicznie po błocie, zbliżają się ku sobie i nakoniec spoty­kają się jak raz na przeciw mego balkonu.

Pokazało się że dążyły właśnie żeby się odwiedzić. Zaczynają rozmowę, ale w tejże chwili wschodnie dzwony, donośne głosy muezinów, przeszkadzają im, i zupełnie zagłuszają konwer­sje tej zabryzganej grupy.

//164 Takie trzy karykatury widziałem raz illustrowane w niemieckiem Chariwari, tylko że tam inaczej były uszykowane. Pod spodem byty dwa wiersze, które i tutaj również pasowały:

Ehert die Frauen, sie flechten und weben

Himmlische Rosen ins irdische Leben.

 

Ale wróćmy jeszcze do wschodnich dzwonów. Trzeba wiedzieć, że Kubijskie mueziny mogą śmiało walczyć o pierwszeństwo, z całą zgrają Zakaukazkich swych towarzyszy, których nieraz zdarzało mi się słyszeć.

Ałłah el Ałłah u Muhamed el Ressul Ałłah. Otóż i cała dość krótka, znajoma, formuła, którą trzeba wyśpiewać — ale proszę pośłuchać. Śpiew ten ciągnie się dobrych minut dziesięć, ile tam treli, ile tam różnych spadków.  Nóta śpiewu dla wszystkich taż sama, ale każdy ekzekwuje ją inaczej, bo każdy muezin jak prawdziwy artysta ma swoją metodę. Kubijskie mueziny nie bez przyczyny celują nad innymi. Nie bez przyczyny stało się przysłowiem: śpiewa jak kubijski muezin.  Można w Kubie o tem usłyszeć świeżutkie, tylko co z igły podanie.

//165 W Kubie dwa meczety należą do Szahitów, a trzeci do Sunnitów. Już nie wiem czy to pró­żność, czy pobożność, były do tego powodem, ale wyznawcy obydwu sekt, dokładali wszel­kich starań, żeby się wzajemnie ogłuszać, w chwi­lach przeznaczonych na modlitwę. Długo w tej walce nic stanowczego nie zaszło, mueziny czę­sto się zmieniali, i na przemiany, to Szahickim, to znowu Sunnickim, oddawano pierwszeństwo.

Tak rzeczy trwały do śmierci jednego boga­tego Bega, którego nazywano: Mahommed-Baba-Imam-Aris-Kozali-Ohły-Baba zagorzały Sunnita, w testamencie swoim naznaczył ogromną summę, na utrzymanie muezina po wieczne czasy przy Sunnickim meczecie, nie skąpił rad, zalecił nawet śpiewaka z Turcji sprowadzić.

Skoro się wieść o tem rozeszła, z różnych wsi, nawet z gór, ciągnęli amatorowie śpiewu do Kuby, ale żaden z nich nie przypadł do smaku Sunnitów. Nareszcie po niejakim czasie, kiedy wieść zaleciała do Szamachy, przybył ztamtąd rzeźnik Abdułła, atletycznej budowy, obdarzo­ny pełnym, silnym, huczącym, słowem najszczę­śliwszym głosem. Po pierwszej próbie, Abdułła //166 został jednomyślnie mianowanym: Pierwszym Muezinem Sunnickiego Meczetu.

Ale niestety, nic nie ma stałego na święcie!  Tryumfujący Abdułła, w trzecim roku swego współzawodnictwa, wysilił się, zerwał sobie piersi, i po kilko dniowej chorobie, gdy znowu Ałłah el Ałłah .... zaśpiewał, zmartwił wszystkich Sunnitów i pocieszył Szahitów.

Duchowieństwo Sunnickie, ze smutkiem w duszy, z boleścią, w sercu, mając na widoku, że Abdułła jedynie przez gorliwość o wiarę swój głos postradał, ku wielkiemu zgorszeniu krewnych Baby, zostawiło Abdułłę przy swym obowiązku. Można go i dzisiaj w Kubie usłyszeć, ale ci co dawniej mu się przysłuchiwali, nie poznają jego głosu. Zawsze jednak, głos Abdułły, mocny, huczący, ale chrypliwy i jak­by zakatarzony; — jest to dźwięk olbrzymiej kwartjoli z zerwaną syczącą struną.

Mój urlop miał się już ku końcowi, a oddział według mojej rachuby, powinien był w tym czasie zbliżać się do Derbentu. Siadłem więc znowu na wóz pocztowy, przejeżdżam błotniste Kuby uliczki, znowu koło tejże samej bramy wypytują mnie i zapisują. Z kordegar­-//167 dy wychodzi jakiś aresztowany Jegomość, w ob­dartym fraku, — z czerwonym ogromnym nosem, co tak zupełnie wyglądał jak pieczęć na zabru­dzonej kopercie. Jegomość próbuje ze mną zawiązać rozmowę.

— Zdaje mi się że miałem szczęście gdzieś Pana widzieć?

— Nie, panie.

— Pan zapewne jedzie do Szamachy ?

— Nie, panie.

— Pan jak widzę w czerkiesce, zapewne bez miejsca, tak jak i ja ?

— Nie, panie.

— Może pan chce się napić wody, tu woda wyborna?

Jegomość chwiejący się na nogach, zatoczył się niedoszedłszy do krynicy i już leżał w błocie. Spojrzałem na ten typ pijaństwa, i przy­pomniałem sobie piękną winietkę z dzbankiem na plecach. Jaki kontrast rażący. Otóż mój wyjazd i wyjazd z Kuby. Początek i koniec. Pierwsza i ostatnia stronica. Tak zupełnie jak w jednym fantastycznym poemacie—w prologu anieli zstępują na ziemię, a w epilogu djabli się tłuką.

 

//168

VIII

 

Nasz odział zbliżał się do Derbentu[115].  Śród gór i wąwozów, podchodziliśmy do tej dawnej stolicy Chaństwa tegoż imienia. Morze Kaspijskie się znów ukazało. Odosobnione to morze, tak szumiało i grzmiało falami, jakby się dąsało na swe losy, a nieruchomy i poważny Derbent, otoczony starożytnym wysokim murem, wyglądał jakby dumał nad próżnem usiłowaniem odbijających się fal.

Gdy przednia straż wchodziła do miasta, Tatarzy powyłazili na mury i ciągle krzyczeli- Urus geliller! Urus geliller! (Ruscy idą). To było hasłem i dla Tatarek, które odbiegłszy //169 od swych zatrudnień, posiadały na terasach swych domów, aby się lepiej przypatrzeć defi­lującemu wojsku. Dostrzegłem ku wielkiemu zdziwieniu, że nie jedna z nich o czadrze zapo­mniała. Już okiem szukałem pięknych twarzy­czek, lecz bardzom się omylił, bo tam tylko stare kobiety bez czader wychodzą, a wszystkie inne po same się oczy zasłaniały. Liczba wi­dzów coraz się powiększała, i terasy wszystkich domów ożywione były grupami przystojnych Tatarów, których czuchi z rękawami na wylo­ty, pięknie odbijały od tajemniczych różnokolo­rowych czadr. Gdzie niegdzie widać było i Mułłów, których łatwo rozpoznać po różniącym się ubiorze, i nie jeden sędziwy Chadży. Pociągając dymek z kalianu, wlepiał swój wzrok w przesuwające się carskie pistolety[LXXXV].

Do liczby ciekawych Tatarów, asystujących przez cale miasto, przyłączyło się wielu żołnierzy stojącej tam załogi. Każden z nich radby był napotkać choć nieznajomego sobie konika, uściskać i ugościć go po bratersku; //170 u nich dosyć aby się dowiedzieli iż są z jednej wsi, z jednej Gubernii, a będą już prawdziwymi przyjaciółmi. Jeżeli gdzie, to tu za górami, w oddaleniu, gdzie się życie tak często naraża na niebezpieczeństwo, czyż może; być co przyjemniejszego, jak napotkać rodaka, z którym można wspólnie zatęsknić i pomówić o swych rodzinnych stronach. Ja sam nieraz tego do­świadczałem; nie dziwiłem się więc takiemu zwyczajowi ruskich żołnierzy.

Przeszedłszy wszerz całe miasto, wyszliśmy przeciwległą od wejścia bramą; tam czekali kwatermistrze aby nam pokazać miejsce, które komendant Derbentu na obóz naznaczył.

Piękny i malowniczy był widok, z północno- wschodniej strony za miastem, gdzieśmy na­mioty rozbili. W dole przed nami igrały Kas­pijskie fale. Z prawej strony, ciągnęły się mury przynajmniej na dwie wersty długiego Derbentu. Ta część miasta, co przylega do morza, była w dole, i nikła śród ogrodów; drugi ko­niec Derbentu, zaś idąc pod górę, kończył się ma­łą fortecą, która ze swej wysokości, z kilką wytoczonemi działami, panowała nad całem mia-//171 stem. Obóz sam, przylegał do otaczających go ze wszech stron licznych cmentarzy.

Nie tracąc czasu, poszedłem obejrzeć tę ro­zległą dziedzinę umarłych. Uderzyły mię naj­przód, dwa pyszne nagrobki blizko siebie sto­jące; były one w guście małych meczetów, z wnijściem wewnątrz, tam dopiero były kamie­nie grobowe tegoż kształtu, co i tysiąc innych do koła, tylko że były większej objętości, pię­kniejsze miały rzeźby i dłuższe napisy. Zdję­ty ciekawością, zapytałem o nie modlącego się na świeżym grobie Tatara; lecz krótka była odpowiedź: Bilmes (nie rozumiem), powiedział z gniewem, i odwrócił się odemnie.

Rozumiałem trochę po tatarsku, ale długiej rozmowy prowadzić nie mogłem. Chciałem więc zejść aż do morza, a z tamtąd udać się do miasta, żeby sobie wynaleźć tłumacza. Zale­dwie zrobiłem kilka kroków, gdy posłyszałem, że ktoś mówi po rusku, był to właśnie mułła, któren się w ten sposób do mnie odezwał.

  Bezecny Kjafirze, kto ci pozwolił tu cho­dzić. Jak ośmieliłeś się wejść do tego przyby­tku wiernych; uciekaj z brudną twą duszą i cia­łem, nie plugaw tego miejsca stopami twemi.

//172 —  Dziwi to mię mocno — powiedziałem — że podobne słowa słyszę z ust mułły.

  Jakto? — odpowiedział — chyba nie wiesz gdzie się znajdujesz? La chewl u la kuwwet illa Biłłah (Nie ma mocy i potęgi tylko u Ałłaha). Chyba nie wiesz, że to miejsce (tu wskazał rę­ką na ogrodzone groby), jest świętsze, od doli­ny Safa i Merwa. Chyba nie wiesz że tylko jedna Mekka, ma pierwszeństwo przed tymi oto grobami czterdziestu męczenników?

  Już dawno o tych czterdziestu słyszałem, i właśnie ich szukam.

  Porzuć to porzuć — powiedział — czy chcesz uchodzić za wiernego, czy za tak bar­dzo cnotliwego.

  Chyba nie pamiętasz — przerwałem co wasz Prorok powiedział, w drugim rozdziale Koranu: „Cnota nie należy na tem, abyście zwracali oblicze wasze ku wschodowi, lub ku zachodowi. Cnotliwi są ci, którzy pomagają sierotom, ubogim i podróżującym.” A ty mułło wypędzasz mnie, i wędrowcowi dalekich stron, nie chcesz dopomódz i rozpowiedzie o tych starożytnych szczątkach, tyle przezemnie szanowanych.

//173 Mułła zamyślił się, po chwili uderzył mnie po ramieniu i krzyknął.

  Adżaib! Adiaib! (cud.) Wielkieś słowo powiedział.

Zacytowałem mu znowu kilka wierszy z Ko­ranu, — starzec nie posiadał się z radości; już mnie podejrzewał, że jeżeli nie jestem jeszcze Muzułmaninem, to zapewne mam chęć nim zo­stać. Dłużej prowadzona w tym guście rozmowa, zrobiła mi ze srogiego Jussuf Mułły, prawdziwego przyjaciela. Przez niego miałem wszędzie wstęp, i podczas dwudniowego mego Pobytu w Derbencie, nieprzyjaciel Kjafirów był ciągle na moje usługi.

Południe dochodziło właśnie, gdy z najbliż­szego minaretu dał się słyszeć donośny głos muezina. Pobożny Jussuf śpieszył dla odpra­wienia namazu,—pożegnał się ze mną, i powie­dział, że za godzinę będzie na mnie czekał koło głównego meczetu.

Zaszedłem do opasanych murem czterdziestu owalnych kamieni. Groby te znane pod nazwiskiem Kirkler (czterdzieści), sięgają dalekiej starożytności. Są ślady iż były na nich napi­sy lecz te zniszczył już sam czas, już dobrodu-//174 szni mieszkańcy, którzy w razie choroby, rzadko się udają do swych Hakimów (lekarzy), a wolą pójść do Kirkler, i na lekarstwo naskrobać sobie proszku z cudownych kamieni. Tą razą i wyzdrawiający, fanatyczni Tatarzy, do­wodzą co może wiara.

Podróżujący różnego są zdania o Kirkler. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, są to najwaleczniejsi z Arabów, którzy ze swym  naczelnikiem Salejmanem-Rebia-el-Bahily, w bitwie przeciw Chazarom, męczeńską śmierć ponieśli. Tak przynajmniej wspomina o nich Derbencka kronika, znana pod nazwiskiem Derbent Name. Co się zaś tyczy potomków tych czterdziestu Arabów, o których Reinegs pisze[LXXXVI][116], że się w Derbencie przechowali, to istna brednia, bo tam o nich nic nie wiedzą. Natomiast zabawni Ormianie Derbendzcy, którzy jak wszyscy inni Ormianie Kaukazcy, wszelkie starożytności za swoje uważają, nie chcą wierzyć w Derbent Name i utrzymują że w Kirkler leżą ich pradziadowie, zamęczeni przez Mahometan.

//175 Derbenckie nagrobki, karawanseraje, fontan­ny, bramy i mury, mają mnóstwo starożytnych opisów, lecz większej ich części sami mieszkań­cy nie rozumieją. Wielka szkoda, że wraz ze statkiem zatonęły na morzu te kamienie, które Cichwald[117] przez Astrachań do Kazańskiego Wschodniego muzeum chciał posłać[LXXXVII][118]. Kazań­scy orientaliści, zapewne rzuciliby więcej świa­ta na te starożytności, niż pseudo-orientaliści zwiedzający Derbent. Ich wszystkie badania do tego można zredukować: że napisy te są perskie, tureckie, arabskie, chaldejskie, dawne kufickie i pelwy; lecz co zawierają, tego sami nie wiedzą, bo ich nie rozumieją, i dla tego to żaden z nich nie wziął się do tłumaczeń. A nawet uczony Frahn, któremu wysłano fac-simile nie jednego z tych napisów, gubi się tylko w domysłach, i nic stanowczego nie powiada. Wiele z tych napisów czas tak zatarł, że w niektórych miej­scach jużby je trudno było wyczytać. Gdyby wszelakoż biegły jaki orientalista chciał się nie-//176 mi zająć, to jeszcze byłyby środki po temu. Bayer, w swojej rozprawie de muro Caucasico[119], wspomina, że Książe Mołdawski Dymitr Kantemir[120], któren towarzyszył Piotrowi Wielkiemu w jego wyprawie do Derbentu, wiele napisł o starożytnościach Derbenckich, i prawie je wszystkie przerysował. Rękopis ten, z którego Bayer wiele zaczerpnął, ma się w Cesarskiej Petersburgskiej Bibliotece znajdować. Uczony miłośnik starożytności, porównawszy fac-simile Kantemira, z dzisiejszemi, mógłby je jeszcze wyjaśnić. Ale dopóki to nie nastąpi, to prawie wszystkie Derbenckie napisy, można uważać za hieroglify, które jeszcze czekają swych Szampolionów i Duteilów.

Przez jednę z bram bliżej morza leżącą, udałem się do miasta. Ulice były ciasne i dosyć zabrudzone. Tylko w nowszym kwartale dwa powozy mogły by się rozminąć; a dawne ulice, tak tylko są szerokie, aby obładowany wielbłąd mógł się przez nie przecisnąć. I tą razą właśnie napotkana karawana wielbłądów nabawiła mię nie mało trudności, nim doszedłem do karawanserajów, w których wielki był//177 ruch, bo kupcy byli zajęci odprawieniem towa­rów do Kuby i Szamachy.

Przeszedłszy kilka ulic, stanąłem koło mecze­tu, i niezważając że mego mułły tam nieznalazłem, wszedłem sam na obszerny dziedziniec, wyłożony pięknym ciosowym kamieniem. Du­ży meczet wraz z minaretem był po prawej stronie od wchodu, a z jednej i z drugiej stro­ny koło niego, mieszkania dla nieżonatych mułłów. Nad drzwiami meczetu, był napis arabski, wyrażający nazwisko budowniczego Tadsz-ed- Dina, i rok 770, to jest odpowiadający naszemu 1368 lub 1369. Widać że dawniejsze Derbenckie meczety nie ocalały; zapewne podczas tak często prowadzonych tam wojen, padły ofiarą licznych swych wrogów i pustoszycieli.

Nie była to Dżuma[LXXXVIII], a jednak w meczecie znalazłem dosyć ludzi. Na rozesłanych dywa­nach, siedziało po azjatycku ze trzydziestu Ta­tarów, ale nie o modlitwie myśleli, palili sobie tylko fajki i rozprawiali głośno. Drugie tyle Tatarek zajętych również konwersacją, siedzia-//178 ło w kącie meczetu. Wtenczas dopiero przekonałem się, że w Derbencie zamężne kobiety były daleko wolniejsze, aniżeli winnych muzuł­mańskich miastach; bo nie jedna z nich, niby to od niechcenia, rozpuściła czadrę, i pokazała twarzyczkę. Zacząłem się więc pilnie przypatrywać. Wprawdzie były one piękniejsze od zachwalonych Gruzinek, lecz szpeciły ich brwi mocno naczernione i jeżeli nie naturą, to sztuką złączo­ne; oczy miały żywe, a rysy twarzy bardzo regularne. Młode Tatarki, nie przestawały odsłaniać się i strzelać oczami w różne strony. Takto kokieterja, jest bóstwem któremu wszędzie hołdują; a orszak jej również świetny w azjatyckich haremach, jak w naszych salonach. Tylko że wszystko stosuje się do zwyczajów, i do wyobrażenia o pięknem. I tak Derbenckie damy nie watują się, nie przyprawiają loków, nie znają gorsetów; lecz za to malują żółto paznokcia czernią rzęsy, i więcej używają różu i bielidła niż nasze Europejskie damy.

Takiemi postrzeżeniami zajęty, nie uważałem, co się koło mnie działo, a rzecz nie szła ku dobremu; bo niektórzy Tatarzy zbliżyli się do mnie, a z ich mowy i giestów łatwo było wyrozumieć, //179 że przytomność moja nie bardzo się im podoba­ła. Oglądali się na wszystkie strony i szukali jakiegoś Achmeta, którego zapewne obowiąz­kom było wypędzać Kiafirów z meczetu. Nie wiem na czemby się rzecz skończyła, gdy szczę­ściem zbliżył się do mnie Jussuf mułła, któren wszystko potrafił uspokoić.

Powoli się meczet zaczął opróżniać, lecz Tatarzy nie zaszli daleko, bo prawie wszyscy obsiedli fontannę na dziedzińcu. Derbent nie ma kawiarni, jedyne więc miejsca gdzie się zejść można na gawędy, są bazary, łaźnie i dziedzińce meczetów. Liczba Tatarów powiększała się nawet przechodzącymi przez ulicę. Widać że roz­bawiających zajmowała polityka, gdyż ciągle dawały się słyszeć te słowa: Urus, Dszemil[LXXXIX]. Abu-Musslim Chan[XC].

Wróciłem do obozu. Nazajutrz chciałem koniecznie zobaczyć sławny mur kaukazki, zaczynający się za Derbentem i ciągnący się bardzo daleko przez góry i wąwozy. Mułła i to mi uła-//180 twił. Namówił znajomego sobie Bega, z którym z rana wyruszyłem na polowanie, dążąc ku tej stronie, gdzie się mur zaczynał. Miejsce to było bardzo niebezpieczne, z powodu ciągłych rozbójów, lecz Beg miał z sobą kilkunastu uzbrojonych nukierów. Polowanie szło zwyczajny tutaj trybem, strzelano z koni, wypuszczano sokoły, bo tą razą nie natrafialiśmy na tak licznych w tej okolicy wilków, lisów, niedźwiedzi; a tylko zające, kuropatwy i bażanty padały ofiarą. O pół mili dopiero od miasta, dawały się dzieć, gruzy, i sam mur, miejscami całkiem  zniszczony miejscami walący się pod ciężarem stoletnich drzew wyrosłych na nim. Gęstwina, jary i góry nie dozwoliły nam się w głąb zapuścić, i mało skorzystawszy musieliśmy nazad powrócić.

Według podania, Kaukazki mur miał być dźwigniętym przez Iskendara[XCI], i ma się ciągnąć od Kaspijskiego do Czarnego morza. Lecz to są bajki; bo wiadomo, że Bohater Macedoński nigdy w tych stronach nie był, a mur ten, przerywany górami i wąwozami, dochodzi tyko do zamku Dar-Joł, leżącego na wojenno-//181 gruzyjskiej drodze. Dalej zaś żadnego śladu nie dostrzeżono. Derbent-Name również przypisuje olbrzymią tę pracę Iskendarowi, ale dołącza, że Szach Perski Kubad [121](panujący w V wieku), za­wojowawszy Dagestan, odnowił i wzmocnił ten mur, a to w skutek zawartego traktatu z władzcą Chazarów Kahanem. Zamążpójście córki Ka­hana za Szacha Kubada i ten mur, miały być rękojmią bezpieczeństwa i zgody między nie­przyjaznymi Chazarami i Persami. Według zaś Massudi[XCII], arabskiego Geografa, żyjącego w X wieku, mur ten miał być wystawiony przez syna Kubada, Chozroesa Nuszyrwana[122].

Wiadomości z obydwóch tych źródeł dadzą się z sobą pogodzić; jeżeli zauważymy że Iskender na Kaukazie jest jakby mytem, fantasty­czną nie zaś historyczną osobą. A tak nie będzie rzeczą niepodobną; że mur ten był zaczęty przez Kubada, a przez Szacha Chozroesa dokończony.

Sława i świetne zwycięztwa Aleksandra Ma­cedońskiego, tak podziałały na Azją, że Byzantyjscy i wschodni pisarze, dopuściwszy się gru-//182 bych anachronizmów, zapisali foljały o jego pochodach, nawet w tych stronach, w których nigdy nie był.

Zdaje mi się że popularność jaką ma syn Filipa na Kaukazie, winien będzie samemu Mahometowi. I tak w Koranie w rozdziale XVIII czytamy: że Dul Karnein[XCIII], nie wiadomo w ja­kiem miejscu (trudno od poetycznego proroka dokładności wymagać), dość że podczas swych pochodów między górami, natrafił na jakiś naród, któren się do niego w te słowa odezwał.

§ 93. Dul Karneinie, Żadżudży i Madżudży ciągle nas niepokoją rozbojami, czy nie moglibyśmy cię uprosić, abyś za zapłatę, wzniósł mur między nami.

§ 94. Potęga, odpowiedział on, jaką mi dał Stwórca, jest dla mnie dostateczną zapłatą. Pomóżcie mi tylko gorliwie, a ja wzniosę przegrodę między wami.

§ 95. Przynieście mi tylko wielkie sztaby żelaza, abym zamknął przesmyk między dwoma górami. Później powiedział do robotników:

//183 dmuchajcie dopóki żelazo nie poczerwienieje jak ogień. Później powiedział: przynieście mi roztopionego mosiądzu, abym nim zalał z wierz­chu.

§ 96. Żadżudży i Madżudży, nie mogli prze­leźć przez ten mur, i nie zdołali go przebić[XCIV].

Ztądto zapewne urosło podanie o wybudo­waniu muru kaukazkiego, przez Aleksandra Macedońskiego. Mułłowie zajmujący się usta­wicznie komentarzami i objaśnieniami Koranu, pierwsi zapawne na tę myśl; wpadli, w którą dziś kaukazcy Mahometanie tak ślepo wierzą.

— Wróciwszy z polowania poszedłem do Jussuf mułły, znalazłem go rozmyślającego nad Koranem.

— A ha — powiedział mułła — już teraz to cię nie puszczę, musisz mi rozpowiedzieć o Frengach, tak jakeś mi obiecał; a inaczej to cię wieczór nie poprowadzę na wesele Hassan-Bega.

— Zgoda — powiedziałem — ale pójdziem na brzeg morza i użyjemy przechadzki.

//184— Inszałłah, Inszałłah, powtórzył mułła.

Morze było spokojne jak sen dziecięcia, żadna fala nie muskała jego oblicza. Wody uspokoiły jakby zaczarowane, można się było przejrzeć jak w zwierciadle. Nad brzegiem stało kilku oficerów od Artylleryi, i Tadeusz Łada Z*[123], najbliższy mój kolega, bo służący razem ze mną w jednej Kompanii saperów. Od niego to się dowiedziałem, że cała banda oczekuje na szalupę, która ma ich dowieść do statku stojącego na pełnem morzu; że statek najęty na kilka godzin, i że dla przepędzenia czasu, zamierzają odbyć po morzu przejazdkę. Znajomi oficerowie podeszli do mnie, prosząc żebym im towarzyszył. Zgodziłem się najchętniej, ale wiele miałem trudności z Jussufem, który chciał wracać do miasta, wymawiając się że on zna Kaspijskie morze jak samego siebie, i po takiej ciszy w krótce burzy trzeba się spo­dziewać.

Szalupa przybiła, ale nie zupełnie do brzegu; żeby się do niej dostać, trzeba było zrobić z dziesięć kroków po kolana w wodzie, Tatarzy przenosili pozostałe wory z tureckiemi orzechami które były przeznaczone dla statku odprawia-//185 jącego się do Astrachanu, na którym właśnie my wprzódy mieliśmy popłynąć. Gdy ostatni wór złożono w szalupie, Tatarzy za pomocą dra­binki, splecionej z lin, sznurów i sznurków, tak nam ułatwili przejście, że cała nasza grupa su­chą nogą przeprawiła się, i już była w szalupie. Ja tylko z mułłą zostałem na brzegu, a widząc że w żaden sposób nic dał się namówić na tę morską podróż, pożegnałem się z nim, i po dra­bince dostałem się do czekających na mnie.

— Bądź zdrów Jussufie — powiedziałem— żałuję mocno że odłożona nasza dyssertacja w Azji i Frengistanie[124] nie przyszła do skutku; jutro bardzo rano wychodzim, zapewne już się nie zobaczymy. Bądź zdrów kochany mułło.

Jussuf stał nad brzegiem, wahał się, sam nie wiedział co robić; żal mu było rozstać się ze mną, i z wiadomościami o Frengistanie i Giaurach, którzy w nim ciągle wielką ciekawość wzbudzali. Już szalupa miała odbić od brzegu, gdy w tem Jussuf nie dowięrzając nogom, zakasał poły swej szerokiej sukni, i dał znak Tataro­wi żeby go przeniósł na plecach.

— A ha, otyły mułła, woli jeździć jak chodzić, —krzyknęli ze śmiechem z szalupy— szko­-//186 da że nie pije szampana, wartoby spoić kawalerzystę.

C'est un tableau de Hogarth przerwali inni.

Tableau vivant!—powtórzyli wszyscy chórem.

— Inszałłah! krzyknął Jussuf rozgniewany,—złażąc poważnie ze swego rumaka.

Dopłynęliśmy do statku, kupiec Astrachański z miną kapitana okrętu, stał przy zakopconym kompasie i wydawał rozkazy. Cała nasza grupa przeniosła się na pokład, rozpuszczono żagle i popłynęliśmy.

Prawie wszyscy byliśmy po raz pierswzy na morzu, różne też na nas robiło wrażenia. Od oficera przyrównywającego Kaspijskie morze do wielkiego plastru, aż do poetyzującego Łady Z*, każden na nie patrzył innemi oczyma,—w innem usposobieniu ducha. Dla tego też i rozmowa na pokładzie bardzo była różnorodna. Zachwycony morzem, zarzucony pytaniami od Jussufa, mało uważałem co się koło mnie działo. Wpadł mi tylko w oczy Łada Z*, na którym fale zaczynające się burzyć i cudny widok na miasto, wiele wrażenia robiły. Zamyślenie, posępna duma na czole i wyraz twarzy //187 objawiający natchnienie, okazywały że jego myśli i uczucia były przepełnione i potrzebo­wały się wylać. Szkoda, pomyślałem, że prócz mnie na pokładzie, nie było nikogo, coby jego rodzinną mowę rozumiał; a niezawodnie była to chwila, w której mógł improwizować.

— Nic nie uważasz co ja mówię—przerwał mi Jussuf. Pytam się, czy u was we Frengistanie są morza?

Taki był początek rozmowy, którą nie chcę to nudzić czytelnika; wypiszę tu tylko kilka myśli rzuconych przez mułłę, które poniekąd zdają mi się charakteryzować Azjatów. Najoczytańszy człowiek w Azji, nie ma żadnego wyobrażenia o Europie; dla niego Frengi są to istoty któremi pogardza, i o których nic nie chce wiedzieć. Mój Jussuf był rzadkim wyjątkiem, i jeżeli się ze mną bliżej zapoznał, winienem to Koranowi. Jussuf był człowiekiem ukształconym, rozumie się po swojemu, po azjatycku; znał Azją do­kładnie, wiele czytał, i prócz Koranu studjował jeszcze perskich i arabskich poetów. — Lecz z razu, każden Europejczyk wziąłby go za naj­ciemniejszego człowieka. Cywilizacja nasza,o tyle wyprzedziła, tyle się odróżniła od azja­-//188 tyckiej, że zrobiła ją dla nas prawe niezrozu­miałą. Lecz wróćmy do naszej rozmowy.

Jussuf mułła utrzymywał, że, żaden Euro­pejczyk nie może być walecznym, a to dla tego, że nie wierzy w przeznaczenie, i ufa tylko we własne siły. Według niego, tylko Mahometa­nie zawsze są waleczni, a przegrane ich zdarzają się chyba wtenczas, gdy mają do zwalcze­nia stu na jednego, a są to tylko próby zesła­ne na nich od Boga. Wiara w przeznaczenie głęboko się u Mahometan wkorzeniła, jest to greckie fatum, indyjskie adaristo, które u sie­bie znają pod nazwiskiem Kyszmet. Mahomet wprowadzając Koran, który jest jakby Justemilieu, między spiritualnym Christjanizmem, a materjalną wiarą dawnych Arabów; wiedział dobrze, że potrzebnych sobie despotów Wscho­du, łatwo mógł zjednać, zostawiając przy nich prawo mocniejszego, i podnosząc Kyszmet do najgłówniejszego dogmatu wiary. I tak niech jaki Chan spali prawowiernemu Mahometanowi[XCV] dom i cały jego dostatek, on nie będzie //189 go ratował, powie tylko — że tak chciało prze­znaczenie. Niech innego całkiem ograbi, niech mu karze ostatnią czuchę zrzucić, obojętnym na to będzie— tak chciało przeznaczenie. I sam Jussuf zrobiłby to na jego miejscu, boi  on cią­gle o  naturze przeznaczenia rozmyśla.

Drugą myślą, którą Jussuf rozwinął, było to, że nie możemy być prawdziwie uczonymi, i że nauki nigdy u nas kwitnąć nie będą. Żeby zo­stać geniuszem, mówił Jussuf, trzeba być zupeł­nym próżniakiem, trzeba czekać natchnienia, trzeba godziny i lata przepędzać w błogim kejfie. W takiem tylko usposobieniu, może się zja­wić Hąfis, Enweri, Firduzy, Saadi, i Dszelaleddin-Rumi. Lecz tego Frengi nigdy się nie do­czekają, bo nadto są pracowici i tylko drobiazgowe ich rzeczy zajmują. Rozumujący muł­ła długo rozprawiał, i ciągle się silił na dowo­dy; później wpadł w Entuzjazm, i ażeby mi rzecz jaśniej dowieść, zacytował dwa wiersze z ulubionego swego poety, które się tak dadzą wytłumaczyć:

//190 Mądrość dochodzi do swych skarbów, jak ostrygi do pereł, to jest przez poziewanie.

Skorośmy na ląd wysiedli, poszedłem z Jussufem na wesele, gdzie miała się zebrać cała Derbencka arystokracja. Jussuf nie zapomniał mi powiedzieć, że Hassan-Beg dał rzadki dowód swej grzeczności, zapraszając mnie do siebie, coby wszelakoż nigdy nie nastąpiło, gdyby nie przyjaźń Hassana dla niego.

Była to właśnie pora w której się goście zbie­rali. Dwa pokoje były rzęsiście oświecone. W pierwszym, mnóstwo Tatarów siedziało po wschodniemu na niziutkich sofach, zasłane per­skimi dywanami. W drugim pokoju były ko­biety. Usiadłem obok Jussufa, cała kompańja zwróciła na mnie oczy, i zdawała się okazywać swoje nieukontentowanie. Jussuf mułła zaczął z nimi o mnie rozmawiać jak o swoim starym znajomym, i to ich uspokoiło. Rozmowa zwró­ciła się do czego innego, i ja już tylko od nowo-przybyłych, byłem ozierany od stóp do głowy.

Raptem, w drugim pokoju dała się słyszęć muzyka; dys-harmonia, przygłuszona tureckim bębenkiem. Wszystkich oczy zwróciły się ku //191 drzwiom, i kilka kobiet, zupełnie zasłoniętych, przemknęło się do drugiego pokoju.

— A, otóż i żona Hassana — powiedział Jussuf.

— Czy już się odbył ślub—zapytałem.

— Jeszcze zrana — odpowiedział Jussuf. U nas obrząd krótki, ale za to uczta długa. Mułła w pół godziny wszystko skończył co do niego należało; ale Hassan-Beg jeszcze niepręd­ko fetować przestanie, tak zresztą, być powinno, kto pięćset dukatów za żonę zapłacił—ten po­winien godnie wystąpić.

— Jakto — przerwałem — pięćset duka­tów?[XCVI]

— O, bo też Nissa czoch jachszi (cudnej piękności), Nissa to nie to co inne żony Hassan- Bega, które mu się daleko taniej obeszły,— co piękne to zawsze drogie. Nie wiem tylko, czy się zgodzi z jego innnemi żonami; bo kiedy Hassan namawiał, żeby choć jedna z nich pro- //192 wadziła ją, do uroczystej kąpieli[XCVII], to się ża­dną na to nie zgodziła.

Tymczasem, w drugim pokoju drzwi się zam­knęły i kobiety zaczęły tańcować ulubioną Lezginkę. Do naszego pokoju weszła druga muzyka; młodzi mężczyzni zrobili koło, z któ­rego po kolei każden wyskakiwał Lezginką póki mu sił starczyło, a starzy zasiedli na sofach i popisującym się dodawali ochoty, klaszcząc mocno w dłonie. Po tańcach nastąpiły śpiewy.— Po śpiewach pokazywano sztuki.— Wszystko to wykonywali muzykanci, którzy najczęściej są razem śpiewakami i pajacami.

Później nastąpiła wieczerza. Wszystkie sofy zastawiono pilawem, różnymi szaszłykami, owo­cami i sorbetem. Wesołość była powszechna, tylko Hassan-Beg był trochę smutny; zapewne zamyślał się nad przeznaczeniem, co już go zrobiło mężem Nissy — której jeszcze w oczy nie zajrzał. Lecz i on chwilowo wypogadzał swe czoło; zapewne musiał sobie przypominać //193 słowa siostr i matki, które go zapewniły, że ku­piona małżonka była prawdziwą pięknością.

Po wieczerzy znowu nastąpiły tańce, przery­wane tylko powiastkami i improwizacjami Aszecha (Barda), któren szczególnie zwrócił moją uwagę. Aszech zjawił się podczas kolacji z czungurą[XCVIII], siedział ciągle na ziemi koło drzwi, nie chciał nic jeść, wymawiał się że pości. Aszech rozpowiadał: że nie był mieszkańcem Derbentu, że ciągle wędrował po Kaukazie i przez swe śpiewy i deklamacje na chleb zara­biał. Już miał dalej wyruszyć, ale dowiedziawszy się o weselu Hassana, pozostał aby go uczcić swemi rymami. Wiersze jego, czyli raczej iprowizowane pochwały dla gospodarza i dla jego gości, podobały się wszystkim; bo katarzy ciągle aferim (brawo) krzyczeli. Później znowu ochota do Lezginki przemogła, zaczęli tańcować, i wszyscy o Aszechu zapo­mnieli. Ja tylko jeden nie spuściłem go z oka, bo fizyognomia jego bardzo mię uderzyła. Na­ twarzy Aszecha malował się smutek, a razem oburzenie i pogarda. Oglądał się na wszystkie //194 strony, i tak jakoś nie śmiało spozierał, że mo­żna go było wziąść za zbrodniarza, co uszedł rąk sprawiedliwości.

Jedenasta dochodziła właśnie, żałowałem bardzo, że się musiałem rozstać z pocieszną kompańją, ale trzeba było śpieszyć, bo musiałem w obozie nocować.

Nim się rozstaniem z Derbentem, jeszcze słów kilka z jego historji. Według podania, Rustem[XCIX] zwyciężywszy Szajtana (djabła), kazał mu we trzy dni to miasto zbudować. Djabeł naznosił gliny i kamieni, po których bił ciągle ogonem, dopóki się nie przemieniły w gotowe do­my; później djabeł wlazł na ich terasy i bil jeszcze ogonem. Domy się pooddzielały i stanę­ły tak jak je teraz widzim, na krętych i ciasnych ulicach, którym ogon Szajtana nadał kie­runek.

Taki to początek Derbentu, a pierwsze jego dzieje można śmiało opuścić, bo i tam nie więcej prawdy; dosyć na tem, że był zawojowany przez Chazarów, Arabów, Turków i Persów, którzy na przemiany w nim panowali. W roku //195 1589, Turcy znowu Derbent zawojowali. W tedy to Szach Perski Emir Gemze[125], chcąc się ich pozbyć, a nie ufając własnym siłom, prosił o pomoc Cara Fiodora Iwanowicza[126], obiecując mu to Derbent i Baku ustąpić; lecz to jakoś nie przyszło do skutku, bo zwyciężeni Turcy wy­nieśli się, a Persowie bez cudzej pomocy, znowu w  Derbencie i w całym Dagestanie[C], pa­nowali. W roku 1722 Piotr Wielki[127] zawojo­wawszy brzeg Kaspijskiego morza aż do Astrabadu, zdobył razem i Derbent, lecz żadnych tam zmian nie robił i zostawił wszystko po dawnemu. Później w skutek traktatów zawar­tych w Reszcie i Gandży (1732 i 1735), Rossya  musiała ustąpić od Kaspijskiego brzegu i tak się przerwał jej wpływ na Derbent. Roku 1747, korzystano w Dagestanie z zamieszań, jakie w Persji po śmierci Szacha Nadira, panowały, Derbent pozbywszy się Perskich władzców, //196 ogłosił Chanem Machmud-Hassana[128], pochodzącego ze krwi dawnych Chanów Derbentu. Lecz to tylko trwało do roku 1766; wtedy właśnie Chan Kuby Fet-Ali całą Derbencką prowincję zawojował. Po jego śmierci (1787) nastąpił najstarszy jego syn, Achmet-Chan, któren umarł w roku 1795 i z rodzeństwem swojem pocho­wany w tych grobach, o których zapytany Ta­tar nic mi nie chciał powiedzieć. Po nim nastą­pił jego młodszy brat Szeich-Ali Chan, któren się dobrowolnie oddał pod opiekę Rossyi, lecz późniejsze jego intrygi, zdrady i nieprzyjaciel­skie kroki, zniewoliły Rossyę do zupełnego za­jęcia Derbentu. W roku 1806 wojska Rossyjskie weszły do Derbentu, a niespokojny Szeich-Ali, ostatni Chan Derbentu zemknął do Górali. Od tego to czasu Derbent nie przestaje pokoje używać. W roku tylko 1832 Kazi-Mułła[129] przez dni osiem trzymał go w oblężeniu. Już załoga była w wielkim ambarasie, lecz gdy nadeszły świeże posiłki, Kazi-Mułła spalił koszary stojące za miastem, zniszczył niektóre ogrody i odstąpił od Stolicy Derbenckiej Prowincyi.

Już poczynało świtać, a jeszcze wszędzie było cicho. Nad miastem unosiła się rozwiana mgła, //197 jakby senne marzenia śpiących mieszkańców. Wdali bielało morze zasnute szarym przezroczem. Co raz widniej —jaśniej, brzask rozrze­dzał tumany i nad falami purpurowe obłoki j już kryły słońce za sobą. Jeszcze chwilka, i całe morze gorejącym blaskiem zapłonęło i świeciło jak drugie słońce. W obozie pobudka za­brzmiała i w naszem płóciennem mieście ruch już panować zaczynał. Dano hasło i namioty, Jakby czarodziejskim sposobem, w mgnieniu oka zniknęły. Po małej przerwie uderzono znowu bębny i cały nasz oddział był już w marszu. Nie stanąłem w szeregu, spóźniałem się ciągle bo mi Jussuf przyrzekł, że jeszcze się ze mną zobaczy. Już sądziłem że nie dotrzyma słowa, gdy w tem na wychudłej szkapie dopędził mnie na drodze.

— Przeprowadzę cię trochę — odezwał się mułła — bo mam ci wiele do powiedzenia.

— Cóż takiego ?

 — Nic nie wiesz jakie było przeznaczenie.

— Czyje przeznaczenie?

— Inszałłah! poczekajże, — powieś tylko ucho na gwoździu uwagi, a ja ci wszystko do-//198 kładnie rozpowiem. Zapewne wczoraj zauważyłeś Aszecha?

  O tym mówisz, co ciągle siedział na ziemi, koło drzwi.

  A właśnie o tym samym. Otóż widzisz jakie było przeznaczenie, gdy się już wszyscy z wesela rozeszli, Aszech zabił Hassan-Bega.

  A toż za co ?

— Wałłah-Biłłah (dalibóg), nie darmo mu kindżał w sercu utopił. Była to zemsta krwi. No proszę, ale żeby też sobie taką porę wybrać. Zapewne myślisz, że to był prawdziwy Aszech? O nie, już teraz wiadomo, był to przebray  Dżygit Kubijski, któren się pomścił za swego starszego brata. Ja to wszystko wiem dokładnie, bo jeszcze ojciec Hassana obawiał się od wetu i on to mi właśnie rozpowiadał.

Ot widzisz tak się rzecz miała. Raz się tak zdarzyło, że stary Eskir wyjechał do Szamachy po długiej niebytności wrócił do domu, długo u wrót kołatał, lecz nikt mu nieotworzył; było to późno w noc i w domu wszyscy spali. Eskir oddał konia swym ludziom, obszedł do koła, i przez fórtkę wszedł do ogrodu. W tym momencie po uliczce wiodącej do domu, //199 między winogradem i powojami, coś w bieli przemknęło. Eskir z razu pomyslił że to Szajtan, wspomniał imie Ałłaha, i zbliżył się do kiosku, z którego postać w bieli wybiegła.

  A ty tutaj co robisz, krzyknął na nukiera, chowającego się między róże i jaśminy.

  Ach to Aga—powiedział strwożony nu- kier—ja tutaj .... ja właśnie.. . .

  No cóż właśnie — przerwał Eskir — cóż tkiego ? — Anasyny-babasyny poczekaj łotrze, ja się z tobą rozprawię,— jutro ci próby język rozwiążą[CI], — ty mi wszystko wyśpie­wasz.

Silny Eskir schwycił nukiera za barki i cią­gał go do domu, — później zatrzymał się pomyślił i poprowadził go wprost do kuchni.

— O poczekaj, powiedział, ty mi jeszcze zemkniesz do jutra, ja z tobą dziś skończę; no przyznaj się, mów—to Giuzel tu była ?

Dżanym! (duszo mója) Aga! — krzyczał lukier- strwożony, puść mnie, puść mnie, dare­-//200 mne będą  twe próby, — ja nic niewiem — jam nikogo nie widział.

Eskir kazał rozpalić szynę żelaza, i na dło­niach nukiera położył kawał papieru, na któ­rym żarzącą, się szynę umieścił

  No teraz zrób naprzód trzy kroki i rzuc żelazo; jeśliś nie winien to ci rąk niespali.

  A widzi Aga, żem nie winien — krzyknąć nukier pokazując swe dłonie.

  Kłamstwo, kłamstwo — powtórzył Es­kir—ja zaraz prawdę wyświęcę. Hej wy gapie włożyć go do worka. Jeśliś nie winien, to  wypłyniesz z morza, wszak ci worka nie zaszyję.

  Aga! Dżanym Aga! ja pływać nieumiem.

  Anasyny-babasyny! — z żony to umiesz bałamucić, — obaczym jak wyjdziesz z tej próby.

Nukiera włożyli do worka, ponieśli przez ogród i ze skały, do morza wrzucili. Eskir w krótce  po tem umarł, i ot widzisz Dżygit Kubijski dopiero się teraz na jego synie odemścił.

  Powiedzże mi—przerwałem—gdzież się teraz Dżygit obraca?

  O nie głupi on czekać, już gdzieś daleko //201 zawędrował; zapewne go u Dszemila zobaczycie. No, ale teraz już mi czas z tobą się rozstać.

— Żegnam cię, kochany mułło, ale jeszcze jedna prośba, przyjmij odemnie tę piankową fajkę, pal z niej, i pomyśl o mnie niekiedy.

  Wałłah-Biłłah, ja widzę że ty zupełnie Djunia i bilir (znasz świat), wiesz nawet o tem że u nas peszkiesz (podarunki) we zwyczaju. Uprzedziłeś mnie, właśnie i ja dla ciebie pacior­ki przygotowałem. Choć wy Frengi nie lubicie na nich chwalić Ałłaha, no ale będziesz sobie z niemi czas przepędzał. Może się jeszcze kiedy zobaczymy, a teraz bądź zdrów i wesół. Niech słowiki drogiego kiejfu wiecznie ci śpiewają na różach radości i roskoszy.

 

KONIEC TOMU PIERWSZEGO

 


 

Indeks nazw osobowych i geograficznych

Numeracja odwołuje się do oryginalnej paginacji stron.

 


Abszeroński półwysep: 147.

Abu Bakr: 83.

Adża-Mehmed Ali: 97.

Agha Mohammad Chan: 64.

Aleksander Macedoński: 123, 181-183.

Ali ibn Abi Talib: 82-83.

Antoni I: 59.

Argawi, rzeka: 59.

Astrachań: 120, 175, 185.

Awaria: 71.

Awłabar: 60, 69.

Azowskie morze: 148.

Bakijski Chanat: 89, 96, 119, 126.

Baku: 96, 118-125, 129, 132, 146.

Chakany: 92.

Chosrow (Chozroes) I Anoszirwan (Nuszyrwana): 89, 90, 181.

Chram: 75.

Czarne morze: 119, 181.

Czyngis-Chan: 77, 91.

Czyrach: 144, 146.

Czyrkiej: 70.

Dagestan: 70, 89, 181.

Darczy: 55.

Dawid, Św.: 60, 67, 68.

Derbent: 89, 96, 155, 166, 168, 170, 174-175, 178, 179.

Dniepr: 5.

Domecjan  IV : 59.

Don: 5-6.

Dszemil: 179.

Dur-Dur: 35.

Duszet: 52, 55.

Dżewat-Chan: 80-81.

Ekaterynograd: 12, 18-20.

 Elbrus: 9.

 Elizawetpol: 80, 96.

Farnabaz: 58.

Fet Ali: 96.

Feleky: 92.

Georgiejewsk: 11-12.

Giandżyjski Chanat: 80, 86, 96.

gruzińska droga wojenna: 20, 181.

Gruzja: 51, 53-54, 60-61.

Grzegorz VIII: 58.

Grzegorz XII: 59.

Hasan ibn Ali: 83.

Herakliusz II: 58.

Humboldt von  Aleksander: 149.

Husajn ibn Ali: 83-84.

Hut: 31.

Imeretjia (Imeretia) : 39.

Kabarda: 14-16.

Kachetia: 66.

Kantemir Dymitr: 176.

Karajarskie góry: 67.

Kartlos: 55.

Kaspijskie morze: 78, 119,  121-122, 147, 148-149, 168, 170, 180, 184, 186, 197.

Kaszaur: 49.

Kaukaz – pominięte.

Kazbeg (góra): 22, 29, 37, 47.

Kazbegi: 37-38, 43.

Kazbegi Aleksander: 37-38.

Kobi: 43-46, 48-49.

Krym: 15.

Kuba: 144, 157, 159, 160, 165-167, 177, 196.

Kubijski Chanat: 89, 96, 149, 152.

Kubad: 181.

Kukia: 60, 69.

Kura, rzeka: 59-60, 63, 69, 86.

Leon Levan: 58.

Mała Rossyja: 5,

Małka, rzeka: 14.

Mariam Dadiani: 58.

Mccheta (Mcchet): 55-56, 59, 65.

Mcchetes: 55.

Mekka: 102, 107.

Mingrelia: 51.

Minutszer: 91.

Mta-Cminda: 60, 66-67.

Muawija ibn Abu Sufjan: 83-84.

Muganly: 75.

Mustafa: 96.

Nadir: 97.

Nino, Św.: 57.

Nizam: 92.

Omar-Sad: 84-85.

Osetija (Osetia): 41.

Persyja (Persja): 7, 77-78, 95, 97, 120, 129.

Piotr I Wielki: 176.

Rossyja (Rosja): 8, 15, 70-71, 96-97.

Rostom: 58.

Sało-Ohły: 76.

Stawropol: 6, 50.

Sułak, rzeka: 70.

Swanetija (Swanetia): 39.

Szekijski Chanat: 86, 89.

Szyrwań (Szamacha): 89- 91, 93, 95- 99, 102, 110-111, 118, 167, 177, 198.

Szyrywański Chanat 86-87, 91, 96.

Świętokrzyska góra (Przełęcz Krzyżowa): 31.

Tamara I Wielka: 40, 55.

Tamerlan: 77, 91, 94.

Teheran: 116.

Terek: 22, 30, 36, 46.

Tyfilis (Tbilisi): 6, 50, 55, 59-61, 64, 66-67, 69, 70-71, 120.

Umar ibn al-Chattab (Omar) : 73.

Usman ibn Affan (Othman) : 83.

Wachtang Gorgasal: 55.

Władykaukaz: 19-25, 28, 29, 32-34.


 


 

Logo.jpgProjekt „Biblioteka Kaukaska” został zrealizowany przez Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie przy współpracy Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Jest to przedsięwzięcie mające na celu ułatwienie dostępu do najcenniejszych źródeł historycznych związanych z obecnością Polaków na Kaukazie w XIX wieku oraz popularyzację wiedzy na temat dorobku naukowego i kulturalnego polskich zesłańców i podróżników.

Twórczość ta przybierała różne formy. Wśród dzieł tamtego okresu odnaleźć odnajdziemy, pionierskie prace naukowe, jak również literaturę pamiętnikarską będąca doskonałym źródłem poznania ówczesnego Kaukazu a także losu licznych polskich zesłańców odbywających służbę wojskowa w carskiej armii. W stołecznym Tyflisie podtrzymywano polonijne życie kulturalne, którego efektem była działalność nieformalnej polskiej grupy Poetów Kaukaskich. Jej przedstawiciele pozostawili liczną i wartościową spuściznę poetycką oraz prozatorską, bogato czerpiącą z egzotycznego otoczenia. W ramach realizacji projektu wybrano do opracowania utwory o decydującym znaczeniu dla podjętej tematyki tj.:

§  Szkice Kaukazu Michała Butowda Andrzejkowicza ,

§  Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854, Karola Kalinowskiego,

§  Szkice z Gruzji Artura Leista,

§  Kilka badań geologicznych i dziejowych Kaukazu Juliusza hr. Strutyńskiego,

§  Poezje i Szkice Kaukazu Władysława Strzelnickiego oraz

§  Poezje Tadeusza Łady Zabłockiego.

Utwory poddano digitalizacji a następnie konwersji na tekst. Dla wygody czytelników wszystkie dzieła są dostępne na stronie projektu:

www.kaukaz.edu.pl

w różnych formatach umożliwiających lekturę w przeglądarce, na komputerze, czytniku ebooków czy tablecie. Wstępy sporządzili uznani badacze z zakresu historii, etnografii
i literatury przybliżając epokę, kontekst powstania utworu i jego autora.

Mamy nadzieję, że zaprezentowane utwory zainteresują szerokie grono odbiorców
i przypomną nieco zapomnianą kartę z dziejów polskiej historii. Wierzymy, że to przedsięwzięcie ułatwi historykom, literaturoznawcom czy kulturoznawcom prowadzenie badań naukowych poprzez łatwy dostęp do unikalnej spuścizny naukowej i kulturalnej będącej doskonałym źródłem poznania dziewiętnastowiecznego Kaukazu i Polaków którzy tam przebywali.


 


Przypisy



[I] M. Janik, Dzieje Polaków na Syberii, Kraków 1928;  J. Reychman, Kaukaz, [w:]  Polska i Polacy
w cywilizacjach świata. Słownik encyklopedyczny
, t. IV, pod red. W. Pobóg-Malinowskiego, Warszawa 1939; B. Baranowski, K. Baranowski, Polaków kaukaskie drogi, Łódź 1985; A. Chodubski,  Aktywność kulturalna Polaków w Azerbejdżanie w XIX i na początku XX wieku, Gdańsk 1986; M. Mądzik, działalność społeczno-kulturalna i polityczna Polaków w Gruzji na przełomie XIX i XX wieku, Lublin 1987.

[II] Z. Łukawski, Ludność polska w Rosji 1863-1914, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1978; R.W. Wołoszyński, Polacy w Rosji 1801-1830, Warszawa 1984; A. Brus, E. Kaczyńska, W. Śliwowska, Zesłania
 i katorga na Syberii w dziejach Polaków 1815-1914
, Warszawa 1992; A. Kijas, Polacy w Rosji od XVII wieku do 1917 roku. Słownik biograficzny, Warszawa-Poznań 2000.

[III] Z listu Leona Janiszewskiego do Wydawcy Pamiętnika, „Pamiętnik Naukowo-Literacki 1850, t. II, z. 4, s. 119-120; M. Butowd-Andrzeykowicz, „Przegląd Literacki” 1898, R. III, nr 2, s. 7; S. Zieliński, Mały słownik pionierów polskich, kolonialnych i morskich, Warszawa 1933, s. 682; L. Janowski,  Słownik bio-bibliograficzny dawnego Uniwersytetu Wileńskiego, Wilno 1939, s. 7; J. Reychman, Polacy w górach Kaukazu do końca XIX w., „Wierchy. Rocznik poświęcony górom” 1954, R. 23, s. 27-28; M. Inglot, Polacy piszący na Kaukazie w pierwszej połowie XIX w., „Pamiętnik Literacki” 1957, R.XLVIII, z. 1 i 2, s. 547; W. Kubacki, Malwy na Kaukazie, Warszawa 1969, passim; J. Reychamn,  Polscy podróżnicy na Bliskim Wschodzie w XIX w. , Warszawa 1972, passim; B. Baranowski, Polsko-azerbejdżańskie stosunki kulturalne w pierwszej połowie XIX wieku, Łódź 1979, s. 38; W. i T. Słabczyńscy, Słownik podróżników polskich, Warszawa 1992, s. 13; Encyklopedia polskiej emigracji i Polonii, pod red. K. Dopierały, t. 1, Toruń 2003, s. 73; A. Chodubski, Polacy w Azerbejdżanie, Toruń 2004, passim.

[IV] Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, Koresponadencja Kraszewskiego, rkps 6456/6460/IV; M. Butowd-Andrzeykowicz…, „Przegląd Literacki” 1898, R. III, nr 2, s. 6; A. Zyga, Kraszewski wobec kultury…, „Slavia Orientalis” 1965, t. XIV, z. 1, s. 53.

[V] Polski słownik biograficzny, t. 1, Kraków 1935, s. 111; jest on niekiedy utożsamiany z zesłańcem kaukaskim, noszącym to samo imię; Encyklopedia polskiej emigracji i Polonii…, s. 73.

[VI] M. Inglot, Polacy piszący na Kaukazie w pierwszej połowie XIX w., „Pamiętnik Literacki” 1957, R.XLVIII, z. 2; D.S. Prokofiejewa, Poezja „kawkaskoj gruppy” polskich poetów, [w:] Polskij romantizm i wostocznosławianskije literatury, Moskwa 1973; Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny, pod red. J. Krzyżanowskiego, Warszawa 1984, s. 433.

[VII] A. Chodubski, Aktywność kulturalna Polaków…, s. 166-169.

[VIII] M. Butowd-Andrzeykowicz, „Przegląd  Literacki” 1898, R. III, nr 2, s. 6.

[IX] Z listu Leona Janiszewskiego do Wydawcy Pamiętnika, „Pamiętnik Naukowo-Literacki” 1850, t. II, z. 4, s. 115-120.

[X] Ibidem, s. 117, 123.

[XI] H. Dzierzek, Wspomnienie Kaukazu, „Athenaeum” 1848, t. 4, s. 78.

[XII] I. Dobrski, Szkice Kaukazu, Warszawa 1850, s. 6.

[XIII] Ibidem, s. 7.

[XIV] M. Butowd-Andrzeykowicz, Szkice Kaukazu, Warszawa 1859, t. 1, s. 4.

[XV] Ibidem, s. 7-8.

[XVI] Ibidem, s. 9-10.

[XVII] Ibidem, s. 10.

[XVIII] Ibidem, s. 10-11.

[XIX] Ibidem, s. 46-50.

[XX] Ibidem, s. 52-54.

[XXI] Ibidem, s. 69.

[XXII] Ibidem, s. 54-55.

[XXIII] Ibidem, s. 77-78.

[XXIV] A. Chodubski,  O świątyni czcicieli ognia „Ateszgiach”. Z  relacji polskich zesłańców i podróżników, Elbląg 1991.

[XXV] M. Butowd-Andrzeykowicz, op. cit., s. 135-136.

[XXVI] A. Chodubski, Udział Polaków w poznaniu Morza Kaspijskiego, „Nautologia” 1988, nr 4, s. 3-10.

[XXVII] M. Butowd-Andrzeykowicz, op. cit., s. 160-161.

[XXVIII] Ibidem, s. 184.

[XXIX] Ibidem, t. II, s. 2.

[XXX] Ibidem, s. 53-54.

[XXXI] Ibidem, s. 55-56.

[XXXII] A. Chodubski,  Imam Szamil (1796-1871) i jego działalność, „Rocznik Tatarów Polskich” 1994, t. 2, s. 55-65.

[XXXIII] M. Butowd-Andrzeykowicz, op. cit., s. 97.

[XXXIV] Ibidem, s. 109.

[XXXV] G. i A. Miłoszowie, Kaukaz, Warszawa 1989, s. 111-114.

[XXXVI] M. Butowd-Andrzeykowicz, op. cit., s. 125-126.

[XXXVII] Ibidem, s. 167.

[XXXVIII] Ibidem, s. 175.

[XXXIX] Por. Ibidem,, t. I, s. 63.

[XL] Ibidem,, s. 171.

[XLI] Ibidem,, s. 172.

[XLII] Słowa Kaukaz nie znają Kaukazcy Górale,—różne są jego etymologije. Niektórzy wyprowadzają początek słowa Kaukaz z kosmogonicznych tradycyi Iranu: kof-kaf—co zna­czy łańcuch gór opasujący cały świat. Inni znajdują początek tego słowa, w sanskryckidtn grawakazu (lśniące się skały). Obszernie o tem traktujo:. Recherches sur les populations primitives et les plus anciennes traditions du Caucase par M. Vivien de Saint-Martin. Paris 1847. (Literami oznaczono przypisy Autora.)

[XLIII] Tak nazywają azjatyckie wozy o dwóch ogromnych kołach.

[XLIV] Burdiuki, są to skóry bajwole i baranie, które ząstępują miejsce beczek i beczułek; w nich to Gruzini trzy­mają za zwyczaj swoje wina.

[XLV] Mała Kabarda leży na prawym brzegu Tereku, i ciągnie się od podeszwy Czarnych gór, do lewego brzegu Sunży.

[XLVI] We wszystkich prawie wschodnich językach, zasłony kobiet nazywają czadrami.

[XLVII] Baszłyk, zupełnie odrębny kapiszon, z szarego lub bronzowego sukna, obszywany drobnemi galonami.— Górale nakladają swoje baszłyki w czasie deszczu, lub kiedy podróżują incognito.

[XLVIII] Duchanami nazywają na Kaukazie karczmy, które są razem sklepami. Nie wchodząc do niech można wszystko wi­dzieć co się w nich znajduje, bo oprócz szerokich drzwi, są tam jeszcze szersze zawsze odsunięte azjatyckie okna.

[XLIX] Teraz już w wielu miejscach na Kaukazie, są kościoły i kaplice, wybudowane już to przez rząd, już za pomocą dobro­wolnych ofiar. Słyszałem że i we Włady-Kaukazie wymurowa­no piękną kaplicę.

[L] Voyage au mont Caucase et en Georgie par Jules Klaproth. Paris. 1824.

[LI] Sazandar, to gruzyjski Wajdelota, - ich także nazywają Mestwire, od instrumentu stwire, bardzo podobnego do kobzy jeszcze i teraz gdzieniegdzie u nas znajomej.

[LII] Tak w Gruzji nazywają chleb, mający tam zawsze formę placków.

[LIII] Abas (czterdzieści groszy), gruzyjska moneta zacząwszy od Kobi kursująca po Gruzji.

[LIV] Niemieckich kolonii kilka jest na Kaukazie. Są to Wirtemberczycy, którzy się przesiedlili przed czterdziestą laty.

[LV] Gruzini nazywają go Tbilisi (cieplice), od gorących siarczanych źródeł, w które Tyflis obfituje.

[LVI] Gruzini wyznają grecką wiarę i mają swój cmentarz w innej zupełnie stronie. Gruzyjskie napisy wyryte są na  grobach Ormian, gdyż nie wszyscy z nich są wiary gregorjańskiej, ale część ich znaczna wiarę katolicką wyznaje.

[LVII] Dżygit, chwat, zuch, śmiałek;— osoba w wielkiem poszanowaniu u Górali.

 

[LVIII] To tylko się stosuje do Zakaukazkich prowincyj leżących na płaszczyznach, bo w górach ogromna gmatwanina języków. Często tam na kilko-milowej przestrzeni, naliczyć mo­żna kilkanaście zupełnie odrębnych języków. Gulldenstadt, któren podróżował po Kaukazie przy końcu przeszłego wieku, wylicza tylko ośm głównych kaukazkich języków, rozdzielają­cych się na wiele narzeczy; lecz Gulldenstadt nie był w górach i nic znał wielu wtenczas niepodległych plemion. Żeby stano­wczo zaopinjować o kaukazkich językach, trzebaby chyba utwo­rzyć całe towarzystwo złożone z uczonych i krajowców. To wszelako jest pewnem że tatarski język Tiurk, w wielkiem tam jest używaniu. Umiejąc ten język można podróżować do Indji, i wszędzie się nim można rozmówić; tak zupełnie jak francuzkim w Europie. Język zaś arabski odpowiada łacińskiemu w Europie, nie tylko w Zakaukazkich prowincjach, ale i w niedostępnych kaukazkich górach Mułłowie ciągle ślęczą nad arabszczyzną.

[LIX] Platanus orientalis.

[LX] Persowie i mieszkańcy Zakaukazkich prowincyj są, Szyitami, a Turcy i kaukazcy Górale Sunitami.

[LXI] Rubia tinctorum— w wielu miejscach uprawiają na  Kaukazie,— korzenie jej używane są w farbierstwie.

[LXII] Versuch einer Geschichte der Schirvanschahe von Bernhard Dorn. — Memoires de 1’academie Imperiale des' sciences de Saint-Petersbourg. Tome 4 me 1841.

[LXIII] Nim się czytelnik poznajomi z teraźniejszą Szamachą, zacytuję tutaj to, co o niej napisał Hamdullach-Kaswiny, arabski geograf z początku XIV wieku po Chr. Ciekawy i interesujący jest wyjątek któren tu według niemieckiego tłuma­czenia dosłownie załączam, bo w tym duchu napisana cała geografija Kaswiny. W tym duchu traktuje się jeszcze i teraz geografija i histoija, na prawowiernym Wschodzie: „Szamacha. jest stolicą Szyrwania i należy do piątego klimatu. Jej długość od wysp Szczęśliwych wynosi 84, 8 8, a szerokość od równika 40, 0 9. Założył ją Anuszyrwan Sprawiedliwy. Jej po­wietrze zbliża się do gorącego, i lepsze jest niż w innych miej­scach. Mesalik-el-Memalik powiada, że tam się miały znajdować źródła życia i kamień Mojżesza. Inne księgi powiadają, że Szamacha tam położona, gdzie się łączą dwa morza.” Geogrąfica Caucasia, von Dr. Bernh. Dorn, 1847. St. Petersburg-

[LXIV] Beg, szlachcic, obywatel.

[LXV] Tytuł Chadży i biały zawój, posiadają ci tylko maho­metanie, którzy odbyli pielgrzymkę do Mekki.

[LXVI] Muśztegid, starsza duchowna osoba u Szyitów, Mufty u Snnnitów.

[LXVII] Lezginka; solowy taniec, bardzo lubiony na Kaukazie.

[LXVIII] Kebabami, nazywają różne azjatyckie pieczyste, a pilaw to ryżowa kasza z baraniną i rodzynkami.

[LXIX] Lawasz, jest to miękkie, cienkie, świeżo spieczone ciasto, tak wielkie jak serweta i nie raz zastępujące jej miejsce; jeżeli przy jedzeniu zanadto się broda zawala.

[LXX] Tak nazywają jedwabne materje robione w Szamasze.

[LXXI] Sakka, jest to pobożna osoba, która robi sobie wotum chodzić jakiś czas boso, i poić wszystkich zimną wodą.

[LXXII] Kaspijskie morze każden ze starożytnych. Geografów inaczej nazywał. Teraźniejsze jego nazwisko pochodzi od Kaspiów, narodu dziś zupełnie, zaginionego, a niegdyś żyjącego na jego wschodniem wybrzeżu. O tym narodzie wspominają : Heródot, Strabon, Pomponiusz Mela, i Mojżesz z Cho¬renu. Persowie nazywali Kaspijskie morze, morzem Chazarskiem, pod tem nazwiskiem znane jest ono i dziś mieszkańcom Zakaukazkim, i to jest jedynym śladem Chazarskiej władzy niegdyś kwitnącej w tym kraju.

[LXXIII] Ateszgach leży z północno-wschodniej strony, o póltory mili Od Baku, między wsiami Sarachane i Amirdżan; w Bakijskiej prowincji są jeszcze inne ognie, nazwane małemi, które gasną od deszczu i śniegu, co się nigdy nie zdarza z ogniami Ateszgachu. Zauważano że kiedy wiatr bywa z południa, wtenczas się ognie wzmagają, a kiedy z półno­cy, słabną.

[LXXIV] Tam zazwyczaj pomieszczają się podróżni zwiedzający ognie.

[LXXV] Przed tem Czcicielo-ognia mieszkali odrębnie, jak kto mógł; teraźniejsza zaś świątynia stanęła kosztem Sobra-Mogundasa, Czciciela-ognia, trudniącego się handlem i zmarlego w Baku.

[LXXVI] W Ateszgachu od niepamiętnych czasów, niektórych Czcicieli ognia palą po śmierci, a innych w położeniu siedzącem chowają na cmentarzu, tuż zaraz za murami ich mieszkania. Już to samo nastręcza pytanie, czy Czciciele-ognia są Gwebrami, to jest wyznawcami Zoroastra, czy może jako przybyli z Indji, należeli tam do jednej z sekt ubóstwiających ogień. Opisujący ognie różnego są o tem zdania. Olearius, Kempfer, Herder,. Lerche, Gmeli i Berezin dowodzą, że to są Czciciele-ognia różnych sekt indyjskich. Langles i Suzannet utrzymują że to są prawdziwi wyznawcy Zoroastra. Przewartowawszy to wszystko, trzymam się zdania uczonego Eichwalda (Reise auf dem Caspischen Meere und in den Caucasus von E. Eichwald. 1834.); według którego kaukazcy Czciciele-ognia są Prawdziwymi Gwebrami, ale ponieważ żyją między mahometanami którzy ich prześladują więc muszą się ukrywać ze swą prawdziwą religiją. I w rzeczy samej, to ostatnie zdanie ma najwięcej prawdopodobieństwa. Wiadomo że w czasach zawojowań arabów, religija Zoroastra panująca w Persji dziwnie była wytępianą i prześladowaną, a jej wyznawcy sami siebie nazywający Bebendi (prawowierni), a przez swych nieprzyjaciół nazywani Gwebrami, to jest Giarurami, byli zmuszeni rozpierzchnąć się na wszystkie strony. Nic więc dziwnego, że kaukazcy Gwebrowie z Indji przybywają. Rozpytywałem się ich troskliwie przez mego tłumacza i to tylko mogłem zauważyć, żo się tyczy swej wiary, nic stanowczo nic chcieli powiedzieć Czy są Wisznuitami? Szywaitami ? Lub może do jakiej innej indyjskiej sekty należą ? Wtenczas odpowiadali że nic togo nie rozumieją i że czczą tylko ogień. Czciciele, żadnych książek, żadnych rękopismów nie mają, między sobą używają jakiegoś indyjskiego narzecza, a z moim tłumaczem rozmawiali łamaną turecko-persczyzną.

[LXXVII] Podczas pobytu Eichwalda, liczono ich dwudziestu czterech.

[LXXVIII] P. Berezin (И. Н. Березиа путешествие по Дагестану и Закавказью. Казань.) przypa­trzywszy się temu nabożeństwu w Ateszgachu, gorliwie dowo­zi że to nie są Gwebrowie ale Szywahici; trzeba wiedzieć że Czciciele-ognia kiedy są sami, nigdy się w podobny sposób nie modlą. Podróżujący chcą od nich nabożeństwa i za to im płacą ; nic więc dziwnego, że przypatrzywszy się w Indjach obrzędom Szywahitów, teraz z korzyści za swoje je udają.

[LXXIX] Gaz Ateszgachu kiedy się nie pali, wtenczas temperatura jego zwyczajna 12°. Według najnowszego i najlepszego, rozbioru jest to gaz węglowodorodny; podziemny proces jego wyrabiania się ma różno teorje, ale dotychczas jeszcze jest prawdziwą zagadką dla panów uczonych. Podróżujący jeden Francuz tak się o nim wyraził: „gdyby ognie Bakijskie i wszystkie odnoszące się do nich szczegóły, były zwiedzone przez doświadczonych fizyków i biegłych chemików, to daleko wcześniej zastosowanoby gaz do oświecania.” Gamba, Voyage dans la Russie Merid: t. II. p. 302.

 

[LXXX] Abi szirin, po persku słodka woda, nazwisko nadano od obfitego źródła, znajdującego się na półwyspie. Dziwna to ziemia ten Abszerońśki Półwysep, pod nogami źródła nafty, samorodne ognie i ślady podziemnego wulkanizmu, a nad głową unoszące się tumany piasku. Piasek teń ciągle morze nanosi; a ponieważ wiatry zawsze tam bywają w kierunku północno-wschodnim, ztąd miejscami szerokie piaszczane naspy po kilka łokci mają wysokości, a gdzieniegdzie natrafić można opuszczone wsie i ogrody, zupełnie piaskiem zasypane.

[LXXXI]  Znamienity Humboldt, któren zwiedzał północne brzegi Kaspijskiego morza w roku 1892, w następny sposób wyraża się o formacji wulkanicznych błot (27 Listopada 1827 roku), na półwyspie Abszerońskim: „Około wsi Bakłychli, na zachód od Baku, ognisty słóp tak się wznosił wysoko, że można było go widzieć o sześć mil, wielkie odłamki skał, wyrwane z głębin, daleko w około były porozrzucane.”—-  Kosmos I. Theil, Str. 233.

[LXXXII] Seidów nazywają także Agamir'ami; jest to skłócenie dwóch słów, Aga (Pan) i Emir (Książe).

[LXXXIII] Pofarbowane na ciemno-pomarańczowo wąsy, broda, ręce, a nawet paznogcie, oznaczają u kukazkich Mahometan człowieka lepszego tonu. Nie tylko na Kaukazie, ale prawie na całym wschodzie zwyczaj ten jest w używaniu; chociaż rozumie się nie jest powszechnym, bo i czarna broda ma także swoje zalety. To podrabianie się mężczyzn pod kolor rudawy, gruntuje się na tem, że na wschodzie rudzi z natury uważani są zawsze za mądrych.

 

[LXXXIV] Na Kaukazie w różnych miejscach są osady żydów, trudniących się rolnictwem: Plemie Izraela, na Kaukaz prze­siedliło się różnemi czasy z Armenii, do której przybyło na 770 lat przed Chrystusem za panowania Hratszia. Obszernie o tem traktuje: Histoire de l'Armenie par Moise de Khorene, trad. fr. par Le Vaillant de Flórival, II vol. Paris 1841.

[LXXXV] Padiszach tapencza (Carskie pistolety) tak Azjaci działa nazywają.

[LXXXVI] Reinegs Allgemeine historische, topographische Beschreibung des Kaukasus.

[LXXXVII] Zob: Reise auf dcm Caspischen Meere und in den Caucasus. Unternommen in den Jahren 1825-26. von E. Eichwald.  Stuttgart und Tubingen. 1834.

[LXXXVIII] Dżuma (Piątek), dzień świąteczny u Mahometan.

[LXXXIX] Teraźniejszy Dowódzca Górali.

[XC] Jenerał wojsk rossyjskich, Szamchał, to jest władzca Szamchalstwa, zaczynającego się za Derbentem.

[XCI] Tak na Kaukazie nazywają Aleksandra Macedońskiego.

[XCII] Massoudi description du Caucase, traduit de l’arabe par J. Klaproth, Magasin asiatique. Paris. 1826. vol. I. page 258.

[XCIII] Dul Karnein, po arabsku właściciel dwóch rogów; tak Arabowie nazywają Aleksandra Wielkiego.

[XCIV] Le Koran. Traduction nouvelle, faite sur le texte arabe, par Kasimirski. Interprete de la Legation Francaise en Persc. Paris 1840.

[XCV] To oddanie się przeznaczenia wyraża się w samem oddalający się woli Boskiej. Po arabsku, Muslin znaczy poświęcający się, oddający się woli Boskiej. Również Islam znaczy oddanie się woli Boskiej.

[XCVI] U Mahometan żony się kupują, jużto przez wzgląd na piękność, już przez wzgląd na dawność rodu, różne są na nie ceny. Wypłacone pieniądze rodzicom przez panu młodego, bywają się Kałym, i służą za posag dla jego przyszłej żony.

[XCVII] Zwyczajem jest w Derbencie, że narzeczona dniem przed szlubem w assystencyi wielu kobiet jedzie na ośle do łaźni, gdzie jej całe ciało czerwonym kolorem malują.

[XCVIII] Czungura, wschodnia gitara z metalicznemi strunami.

[XCIX] Wschodni Herkules.

[C] Dagestan, to teraźniejsza Derbencka Prowincja, Szamchalstwo, Tabasseran i ziemia Kara-Kajtachów. Jest jeszcze inny Dagestan, nazywany na rossyjskich krajobrazach górnym Dagestanem. Nie wiem tylko czy to właściwie, gdyż samo Dah, oznacza po tatarsku górę, a stan ziemię, kraj. Właściwiej należałoby go nazywać wolnym Dagestanem, bo i dziś jeszcze jest siedliskiem kilku niepodległych plemion.

[CI] Próby nad winowajcą przypominają dawne sądy Boże i w wielkiem są używaniu na Kaukazie.



[1] Don – rzeka w południowej Rosji o długości 1950 km. Źródła rzeki znajdują się w północno-wschodniej części Wyżyny Środkoworosyjskiej a uchodzi do Morza Azowskiego.

[2] Dniepr – rzeka o długości 2285 km, płynąca przez Nizinę Wschodnio Europejską przez terytoria współczesnej Rosji, Białorusi i Ukrainy. Należyy do zlewiska Morza Czarnego. Jedna z najdłuższych rzek w Europie.

[3] Stawropol – miasto w Południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Początek osadnictwu dala twierdza będąca częścią linii umocnień Azow - Mozdok.

[4] Prawdopodobnie chodzi o wełnianą męską kurtkę z dekoracyjnymi haftami i obszyciami.

[5] Kabardyjczycy – narod z grupy narodow adygejskich posługujący się językiem kabardyjsko-czerkieskim. Dominującą religią jest islam sunnicki, oraz prawosławie. Obecenie zamieszkują Republiki wchodzące w skład Federacji Rosyjskiej w tym Republikę Kabardyno–Bałkarii, Republikę Północnoosetyjską – Alanie oraz Kraj Stawropolski.

[6] Osetyjczycy – naród kaukaski posługujący się językiem osetyjskim należącym do grupy irańskiej. Osetyjczycy zamieszkują Kaukaz Północny i Południowy. Dominującą religią jest Chrześcijaństwo obrządku wschodniego. Obecnie zamieszkują Republikę Północnoosetyjską – Alanie wchodzącą w skład Federacji Rosyjskiej oraz separatystyczną Republikę Osetii Południowej, formalnie wchodzącą w skład Republiki Gruzji.

[7] Lezgini – naród zamieszkujący pogranicze dagestańsko-azerbejdżańskie. Ze względu na liczebność, w XIX w. określano tym mianem wszystkich mieszkańców Dagestanu. Lezgini zajmowali się głównie rolnictwem i rzemiosłem choć znani byli również z napadów na sąsiednie regiony Gruzji.

[8] Elbrus – najwyższa góra Kaukazu o charakterystycznych dwóch szczytach Zachodnim (5642 m n.p.m.) oraz Wschodnim (5621 m n.p.m).

[9] Georgiejewsk – miasto w południowej Rosji, na przegórzu Kaukazu nieopodal Piatigorska. Położone nad rzeką Podkumyk. Początek osadnictwu dala twierdza będąca częścią linii umocnień Azow - Mozdok.

[10] Ekaterynogradska (ros. Екатериноградская) – stanica w Kabardyno-Bałkariiu zbiegu rzek Małki i Tereku.

[11] Szaszka – rodzaj zakrzywionej, bezjelcowej szabli o rękojeści przypominającej z profilu głowę ptaka. Broń ta wywodzi się z Kaukazu a jej nazwa w języku kabardyjskim oznaczała „duży nóż”. W późniejszym okresie została przejęta przez Kozaków i inne formacje armii rosyjskiej.

[12] Kindżał- rodzaj długiego noża (prostego lub zakrzywionego) wywodzącego się z Kaukazu. Jego nazwa jest pochodzenia gruzińskiego. Był powszechnie używany jako broń biała przez ludy kaukaskie a także w Turcji i Persji. W późniejszym okresie został przejęty przez Kozaków i inne formacje armii rosyjskiej.

[13] Małka (ros. Малка) – rzeka w Kabardyno-Bałkarii o długości 210 km. Lewy dopływ Tereku.

[14] Osoby niezidentyfikowane.

[15] Władykaukaz – miasto w południowej Rosji i stolica Republiki Północnej Osetii-Alanii. Początek miastu dała założona w 1784 twierdza będąca strategicznyn punktem umocnień rosyjskich na Kaukazie.

[16] Gruzińska Droga Wojenna – szlak biegnący w poprzek Wielkiego Kaukazu. Łączy stolicę Gruzji Tbilisi z Władykaukazem w Osetii Północnej.

[17] Pryszyb, Uruk, Ordon – miejsca niezidentyfikowane.

[18] Kazbek (5033 m. n.p.m.) – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu. Nieopodal szczytu przebiega Gruzińska Droga Wojenna. W XIX w. uważany za najwyższy szczyt Kaukazu.

[19] Z jęz. francuskiego: „zatem takie jest pana uznanie za wszystkie moje poswiecenia dla wszytskich, za moje oddanie?”.

[20] Z jęz. francuskiego: „myli się Pani”.

[21] Karabułak – nazwa pochodząca z języka tiurkijskiego, którą Kumycy określali Ostrochoiców. Grupę etniczną spokrewnioną z Inguszami i Czeczenami. Ostrochojcy  zamieszkują tereny pogranicza współczesnych republik Czeczenii i Dagestanu należących do Federacji Rosyjskiej.

[22] Mułła – islamski duchowny, nauczyciel i interpretator Koranu.

[23] Tiurk  – język turkijski.

[24] Trynitarze –  Zakon Trójcy Przenajświętszej, dawniej Zakon Świętej Trójcy od Wykupu Niewolników – zakon założony w 1198 w celu wykupu niewlników z rąk muzułmanów.

[25] Terek – rzeka na Kaukazie Północnym o długości 623 km. Jej źródła znajdują się na  stokach Wielkiego Kaukazu na terytorium Gruzji, przepływa przez Osetię Północną, Czeczenię i Dagestan i uchodzi do Morza Kaspijskieg.

[26] Z jęz. włoskiego: „porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy wchodzicie”. Cytat „Boskiej Komedii” Dantego, umieszczony przez pisarza na bramie piekła.

[27] „Przeze mnie droga w gród łez niezliczonych./ Przeze mnie droga w boleść wiekuistą,/ Przeze mnie droga w naród zatraconych.” -  D. Alighieri, Boska Komedia, tłum. J. Korsak., dostęp na: http://wolnelektury.pl/media/book/pdf/boska-komedia_2.pdf, dnia 11.12.2012 r.

[28] Przełęcz Krzyżowa (2379 m. n.p.m.), przełęcz na głównym grzebiecie Kaukazu. Najwyżej położony punkt Gruzińskiej Drogi Wojennej.

[29] Ingusze – naród kaukaski spokrewniony z Czeczenami, zamieszkujący środkową część Kaukazu Północnego. Dominującą religią jest islam sunnicki. Obecnie Ingusze zamieszkują w Republice Inguszetii wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej.

[30] Aleksander Kazbegi (ur. 1848 – zm. 1893), gruziński arystokrata i pisarz. Od jego nazwiska wzięła nazwę miejscowość  Kazbegi, współcześnie Stepancminda.

[31] Kazbegi – wieś w północno-wschodniej Gruzji położone na wysokości 1750 m. n.p.m. u stóp szczytu Kazbeka. Współcześnie Stepancminda.

[32] Św. Eljasz – prorok Starego Testamentu, czczony jako święty w kościołach: katolickim, prawosławnym, ormiańskim i syryjskim.

[33] Kobi – wieś położa na trasie Gruzińskiej Drogi Wojennej niedaleko Kazbegi w Gruzji.

[34] Kaszaur (ros. Кашаур) – miejsce niezidentyfikowane na Gruzińskiej Drodze Wojennej nad brzegami Aragawy. Pojawia się również w relacjach rosyjskich.

[35] Imeretia- region w zachodniej Gruzji leżący w górnym dorzeczu rzeki Rioni, którego stolicą jest miasto Kutaisi.

[36] Mingrelia – region w zachodniej Gruzji o dużym zróżnicowaniu klimatycznym. Stolicą regionu jest miasto Zugdidi ale ważną role pełni również port morski w Poti u ujścia rzeki Rioni. Mingrelia zwana była w przeszłości Kolchidą i została uwieczniona w micie jako cel podróży Argonautów po złote runo.

[37] Duszeti – miasteczko w Gruzji na trasie Gruzińskiej Drogi Wojennej.

[38] Mccheta – miasto we wschodniej Gruzji położone u zbiegu rzek Aragawi i Kury (Mtkwari). Powstanie i rozwój zawdzięczało dogodnej lokalizacji na szlaku handlowym łączącym Wschód z Zachodem. Jedno z najstarszych miast Gruzji oraz historyczna stolica kraju. Siedziba władz Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Miasto wraz z Katedrą Swet Cchoweli oraz Monastyrem Dżwari zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

[39] Mcchetes – legendarny władca Gruzji, najstarszy syn Kartlosa. Założyciel miasta Mcchety.

[40] Kartolos – legendarny władca Gruzji od którego imienia kraj wzioł swą nazwę Sakartvelo.

[41] Darczy – władca Iberii (pan. 522–534), syn króla Wachtanga Gorgasali. Przeniósł stolicę państwa z Mcchety do Tbilisi.

[42] Wachtang Gorgasal (431-510), król Kartlii, legendarny założyciel Tbilisi, bohater wojen z Persami i święty Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego dla którego skutecznie zabiegał o autokefalię. Swój przydomek „Wilcza głowa” zawdzięczał wizerunkowi wilka na hełmie budzącym strach wśród wrogów.

[43] Farnabaz, władca Iberi panujący ok 302-237 r. p.n.e. Postać na wpół legendarna, założyciel Królestwa Kartlii i pierwszej gruzińskiej dynastii panującej.

[44] Grzegorz VIII – Autor zastosował kalkę językową tłumacząc gruzińskie imie Georgi na Grzegorz. Tymczasem poprawne tłumaczenie to Jerzy. Prawdopodobnie chodziło o  Króla Jerzego XII ostatniego władcę Kartlii Kachetii panującego do 1800 r.

[45] Królowa Mariam Dadiani (ur. ok. 1600 r. – 1682), druga żona króla Rostoma. Córka Mingrelskiego księcia Manuchara I Dadianiego. Znana z działalności dobroczynnej na rzecz odbudowy świątyń.

[46] Rostom (ur. 1565 - zm. 1658),  władca Kartlii od roku 1633 do 1658 r. Wychował się na dworze Szacha Persji Abbasa I Wielkiego i przeszedł na Islam. Choć Gruzja była wówczas zależna od Persji to w kwestii polityki wewnętrznej władca miał swobodę rządzenia.

[47] Herakliusz II, przedostatni król  Gruzji z dynastii Bagratydów. W 1783 r. oddał Gruzję pod protektorat Rosji.

[48] Królewicz Leon Levan (ur. 1756 — zm. 1781).

[49] Jerzy XII (ur. 1746 – zm. 1800), ostatni władca Gruzji z dynastii Bagratydów. Panował zaledwie trzy lata. Po jego śmierci głównodowodzący wojsk rosyjskich w Gruzji uniemożliwił wybór jego syna Dawida na króla Kartlii – Kachetii.

[50] Prawdopodobnie Katolikos Domecjan  IV  piastujący godność Patryjarchy w latach 1704—1725 i 1739—1741.

[51] Katolikos Antoni I (ur. 1720 – zm. 1788), piastujący urząd głowy Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego w latach 1744-1755 i 1764 – 1788.

[52] Aragawi – rzeka we wschodniej Gruzji o długości 112  km. Powstaje z połączenia dwóch rzek Białej Aragawi i Czarnej Aragawi. W mieście Mccheta wpada do rzeki Mtkwari. Doliną rzeki Aragavi prowadzi Gruzińska Droga Wojenna.

[53] Rzeka Kura (Mtkwari)- rzeka o długości 1364 km. Jej źródła znajdują się na Wyżynie Armeńskiej Turcji, by przełomem pokonać masyw Małego Kaukazu i zmierzać przez Gruzję i Azerbejdżan do Morza Kaspijskiego.

[54] Tyflis – rosyjska nazwa Tbilisi, stolicy Gruzji obowiązująca w latach 1845-1936. 

[55] Agha Mohammad Chan Kadżar (ur. 1742 - zm. 1797) szach Persji w latach 1782-1797. W 1795 r. jego wojska spustoszyły Gruzję i zniszczyły Tbilisi w odpowiedzi na odmowe uznania perskiego zwierzchnictwa.

[56] Chozroes – Postać niezidentyfikowana.

[57] Św. Dawid z Garedży ( I połowa VI w. – II połowa VI w.), jeden z Trzynastu Ojców Syryjsich , przybyłych do Iberii Kaukskiej. Razem ze swym uczniem osiedlił się nieopodal Tbilisi na górze zwanej dziś Mtatsminda tj. Święta Góra, i raz  w tygodniu ewangelizował mieszkańców miasta. Władze perskie chciały go bezskutecznie zdyskredytować. Pomimo tego św. Dawid opuścił miasto i udał się na wschód Gruzji w region Kachetii by założyć monastyr zwany Dawid Garedżi.  

[58] Trzynastu Ojców Syryjskich było mnichami przybyłymi na tereny Iberii Kaukaskiej około V-VI w. z Syrii. Ich działalność zapoczątkowała rozwój monastycyzmu na tych terytoriach. Żywoty Ojców Syryjskich są jednym z najważniejszych zabytków wczesnej literatury gruzińskiej.

[59] Awaria – nazwa regionu w Dagestanie na pograniczu Czeczenii, Dagestanu i Gruzji. Nazwę zawdzięczał Awarom narodowi pochodzenia kaukaskiego, drugiego pod względem liczebności na Kaukazie Północnym. Silny ośrodek oporu przeciwko władzy rosyjskiej na Kaukazie.

[60] Dagestan – region leżący na Północnym Kaukazie, obecnie Republika Dagestanu ze stolicą w Machaczkale wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej.

[61] Muganly (az. Muğanlı) niewielka miejscowość na terenie dzisiejszego Azerbejdżanu, nieopodal granicy z Gruzją.

[62] Czerwony Most na rzece Chrami. Współcześnie przejście graniczne między Azerbejdżanem i Gruzją. Swą nazwe most zawdzięcza czerwonej cegle z której został wzniesiony  w XVII w. na miejscu starszej budowli.

[63] Pompejusz (ur. 106 r. p.n.e – zm. 48 r. p.n.e.), rzymski polityk i dowódca wojskowy. Jednen z twórców triumwiratu. W 66 r. p.n.e. pokonał wojska  Mitrydatesa VI Eupatora i narzucił zwierzchnictwo rzymskie Pontowi.

[64] Mitrydates VI Eupator (ur. 132 r. p.n.e. – zm. 63 r. p.n.e.), król Pontu z dynastii Mitrydatydów, panował w latach 120-63 p.n.e.

[65] Sało-Ohły – prawdopodobnie współczesne Saloğlu. Niewielka miejscowość położona w północno-zachodnim Azerbejdżanie, nieopodal granicy azerbejdżańsko-gruzińskiej.

[66] Tymur (ur. 1336 – zm. 1405) zwany Timrem Chromym, Tamerlanem lub Timurem Kulawym. Twórca ogromnego Państwa na obszarze Azji Środkowej a także Bliskiego Wschodu. Założyciel dynastii Timurydów panującej w Azji Środkowej i Persji.

[67] Hunowie – lud koczowniczy którego migracje spowodowały tzw. wielką wędrówkę ludów.  W latach 395-396 przez tereny Kaukazu wiodła trasa Hunów w kierunku Azji Mniejszej.

[68] Chazarowie – lud koczowniczy pochodzenia tureckiego. Około VI w. osiedli na terenach na północ od łańcucha gór Kaukazu. Od VII w. do XIII w. federacyjne państwo plemion chazarskich zwane kaganatemodegrało odegrało istotną rolę w Europie Wschodniej. 

[69] Szamachor (az. Şəmkir ros. Шамхор) – autor opisuje pozostałości starożytnej osady leżącej nad brzegiem rzeki Szamchor-Czai. Do końca lat 40. XIX w. nad ruinami górował wysoki minaret.

[70] Elizawetpol współczesna Gandża (az. Gəncə) miasto w zachodnim Azerbejdżanie, współcześnie drugie co do wielkości miasto kraju. W latach 1918-1935 zwane Jelizawetpol (ros. Елизаветполь).

[71] Giandżyjski Chanat – państwo istniejące na terytorium dzisiejszego Azerbejdżanu w latach 1747-1804 ze stolicą w Gandży. W 1804 r. Miasto zostało zdobyte przez wojska rosyjskie pod dowództwem Księcia Generała Pawła Cycjanowa a państwo przyłączone do Rosji.

[72] Dżewat-Chan (ur. 1748 – zm. 1804), władca chanatu z rodu Kadżarów. Nie uznawał panowania rosyjskiego i brał czynny udział w pierwszej wojnie rosyjsko-perskiej (1804-1813). Zginął podczas oblężenia Gandży w 1804 r.

[73] Meczet położony w centrum Gandży zwany Piątkowym lub Meczetem Szacha Abbasa, gdyż został wzniesiony z jego polecenia w 1606 r.

[74]Ali ibn Abi Talib (ur. ok 600 – zm. 661), brat stryjeczny Mahometa, a następnie mąż jego córki Fatimy i najbliższy męski krewny Mahometa. Według tradycji miał zostać naznaczony przez samego Proroka na swojego następce. Jednak po śmierci Mahometa na   Kalifa został wybrany jego rywal Abu Bakr a sam Ali wycofał się z życia politycznego. Władzę nad kalifatem przejął w 656 r. i sprawował ją do swojej śmierci jako czwarty i ostatni kalif prawowierny. Przejęcie władzy przez Alego spowodowało długotrwały rozłamw Islamie dzieląc go na Szyitów tj. „stronnictwo Alego” uznając przejęcie przez niego władzy oraz Sunnitów którzy nie uznają prawa Alidów do duchowego przywództwa nad wspólnotą muzułmańską.

[75] Abu Bakr (ur. 573 – zm. 634), pierwszy kalif tj. „nastęca wysłannika Boga”, panujący w latach 632 -634. Był jedną z pierwszych osób nawróconych na Islam. Teść Mahometa który poślubił jego córkę Aiszę.

[76] Usman ibn Affan (ur. 574 – zm. 656), trzeci kalif panujący w latach 644 – 656. Był jedną z pierwszych osób nawróconych na Islam. W czasie swojego panowania do państwa arabsko-muzułmańskiego włączono Persję, Cypr, oraz Kakaz Południowy.

[77] Umar ibn al-Chattab (ur. 591 – zm. 644) zwany również Omarem, drugi kalif panujący w latach 634 – 644. Teść Mahometa, który poślubił jego córkę Hafsę. Uznawany za jednego z twórców potęgi państwa arabsko-muzułmańskiego, które podbiło m.in.: Syrię, Irak, Iran, Armenię oraz Egipt.

[78] Hasan ibn Ali (ur. 625 – zm. 669), wnuk Mahometa, syn Fatimy i Alego. Został ogłoszony Kalifem i następcą ojca, jednak zrzekł się pretensji do władzy na rzecz Muawiji w zamian za ogromne korzyści majatkowe.

[79] Husajn ibn Ali (ur. 626 – zm. 680), wnuk Mahometa, syn Fatimy i Alego, młodszy brat Hasana. Po śmierci swojego brata zorganizował rewoltę przeciwko następcy Muawiji, Kalifowi Jazydowi. Zabity w trakcie bitwy pod Karbalą. Uważany za jednego z najważniejszych szyitów a jego śmierć jest do dziś wspominana w trakcie święta Aszury.

[80] Muawija ibn Abu Sufjan (ur. 602 – zm. 680), założyciel dynastii Umajjadów, kalif panujący w latach 661– 680.

[81] Jazid ibn Muawiya (ur. 645 – zm. 683), kalif z dynastii Umajjadów panujący w latach 680-683. Przeciwnik Husajna ibn Alego, którego pokonał w bitwie pod Karbalą.

[82] Szyrywański Chanat   państwo istniejące na terenie dzisiejszego Azerbejdżanu w latach 1748 -1820 ze stolicą  w Szemasze (az.  Şamaxı, ros. Шемаха). W 1805 Chan Mustafa  uznał protektorat Rosji.

[83] Chosrow (Chozroes) I Anoszirwan (ur. 501 – zm. 579), władca Persji w latach 531-579.

[84] Sasanidzi – dynastia panująca w Persji w latach 224 -651.

[85] Minutszer (az. Mənuçöhr, ros. Минучихр)III Wielki, władca Szyrywańskiego Chanatu w latach 1120-1160. Przeszedł do historii jako filantrop i mecenas sztuki.

[86] Nizami (az. Nizami Gəncəvi, ros. Низами Гянджеви) (1141-1209), poeta, twórca Chamse zbioru pięciu poematów oraz wierszy lirycznych. Uważany za twórcę literatury perskiej.

[87] Prawdopodobnie Nizam al-Din Abu al-Ala Ganjavi (ros. Низам ад-Дин Абу-л-Ала Гянджеви) (ur. ? – zm. 1159), nadworny poeta szyrywańszacha Minutszera (az. Mənuçöhr, ros. Минучихр)III Wielkiego. Współcześni nazwali go Abu al-ala co oznaczało „nauczyciel poetów”.

[88] Feleky (az. Fələki Şirvani, ros. Фалаки Ширвани), poeta i astrolog.

[89] Chakany (Az. Xaqani Şirvani) z Szyrwania (ur. 1126 – zm. 1199), poeta i filozof. Jeden z najznakomitszych twórców w kulturze Azerskiej i Perskiej.

[90] Sulfikar i Szalifur – postacie niezidentyfikowane.

[91] Szeich Ibrahim (ur. ? – zm. 1417), władca Szyrywania w latach 1382-1417. Zdolny dyplomata, sprzymierzony z Timurem. Po jego śmierci państwo Szyrywańskie uniezależniło się od władzy wnuka Timura, Omarowi. Ibrahim został władcą terytorium obejmującego większą częśc dzisiejszego Azerbejdżanu.

[92] Autor omawia przebieg działań na Kaukazie kampanii Timura w zachodnim Iranie. W 1386 r, jego wojska zdobyły Tebryz w Azerbejdżanie, a następnie Tbilisi w Gruzji. W 1387 r. Armia Timura skierowała się do Armenii a następnie do Azji Mniejszej i dalej do Isfahanu.

[93] Adam Olearjus (ur. 1599 – zm. 1671), niemiecki uczony i dyplomata. Uczestnik misji dyplomatycznej Szlezwik-Holsztynu do Moskwy i Persj w latach 1635-1639. Po podróży wydał drukiem jej szczegółowy opis w dziele pt.: Beschreibung der muscowitischen und persischen Reis, Schleswig 1647. Dodatkowo Olearius sporządził i wydał wiele rysunków prezentujących Rosję w XVII w.

[94] Chan Fet Ali (ur. 1736 – zm. 1789), władca Chanatu Kubańskiego w latach 1758-1789. Zdobył chanaty Derbencki, Bakijski i Szyrywański.

[95] Chan Mustafa (pan. 1796-1820), ostatni władca Chanatu Szyrywańskiego.

[96] Prawdopodobnie rzeka Ağsu.

[97] Szamcha (Az. Şamaxı, ros. Шемаха), miasto w Azerbejdżanie. Dawna stolica państwa Szyrywańskiego.

[98] Nadir Szach (ur. 1688 – zm. 1747), szach perski w latach 1736-1747. Stworzył potężne lecz nietrwałe państwo. Był założycielem dynaasti Agfszarydów.

[99] Adża-Mehmed Ali (az. Hacı Məhəmmədəli xan Zərnəvai, ros. Хаджи Мухаммад Али-хан), władca Chanatu Szyrywańskiego w latach 1748-1786.

[100] Bajaderki- tancerki z Szemachy. Termin Bajaderki jest zapożyczeniem z języka francuskiego, które po raz pierwszy użył Grigorij Gagarin, rosyjski malarz, który uwiecznił tancerki na serii obrazów.

[101] Kaljan- fajka wodna zwana również w zależności od regionu nargilą lub sziszą.

[102] Derwisz – członek muzułmańskiego bractwa religijnego. Derwisze pędzili wędrowny i żebraczy tryb życia.

[103] Utwór niezidentyfikowany.

[104] Tj. „z europy”.

[105] Astrachań – miasto położone w południowej Rosji położone w delcie Wołgi. Strategiczny port morsko-rzeczny nad Morzem Kaspijskim.

[106] Współcześnie „Dziewicza Baszta” znajdująca się w centrum stolicy Azerbejdżanu, Baku. Wieża pochodzi z XII wieku i była pierwotnie częścią miejskich fortyfikacji.

[107] Bakijskie Chaństwo państwo zależne od Persji, istniejące na terytorium dzisiejszego Azerbejdżanu w XVIII w. Swoim terenem obejmowało Półwysep Aszperoński ze stolicą w Baku.

[108] Ateshgah – z perskiego: „dom ognia”. Była to powszechna nazwa świątyń czcicieli ognia. Omawiany przez autora znajdował się w miejscowości Surachany nieopodal Baku.

[109] Tj. wyznawcy Zaratusztrianizmu, monoteistycznej religii założonej przez Zaratusztrę (Zaroastra) na terenach północnego Iranu między XIII a VI w. p.n.e.

[110] Gweberzy- perskie określenie Zaratusztrian.

[111] Czyrach Kala (az. Çıraqqala, ros. Чирах-кала), twierdza wzniesiona w V wieku przez perskich Sasanidów. Była częścią systemu obronnego a swoją nazwę „Wieża światła” zawdzięcza funkcji sygnalizatora świetlnego.

[112] Ulmeli – postać niezidentyfikowana.

[113] Anthony Jenkinson (ur. 1529 – zm. 1611), angielski podróżnik który na polecenie Kampanii Moskiewskiej i Korony Brytyjskiej. W celach handlowych odbył cztery podróże do Moskwy (Rosji), Azji Cetralnej i Persji. Ze swoich podróży pozostawił kilka prac wzbogaconych mapami.

[114] Aleksander von Humboldt (ur. 1769 – zm. 1859), niemiecki podróżnik i uczony. Uważany za jednego z twórców nowoczesnej geografii.

[115] Derbent miasto położone w Dagestanie na południu Rosji, nieopodal granicy z Azerbejdżanem. Twierdza została założona w V wieku przez Dynastię Safawidów dla ochrony północnych granic Persji przed najazdami ludów stepowych.

[116] Jacob Reineggs (ur. 1744 - zm. 1793), pochodzący z Sakonii podróżnik, dyplomata. Nadworny lekarz króla Gruzji Herakliusza II, po wyjeździe do Petersburga protegowany księcia Grigorija Potiomkina. Uczestnik misji dyplomatycznej na Kaukaz, która podpisała Traktat Georgijewski w 1783 r. Autor pracy pt.: „Allgemeine historisch-topographische Beschreibung des Kaukasus”, 1797.

[117] Cichwald – prawdopodobnie błąd zecera, chodziło o Karla Echwalda. Patrz przypis 114.

[118] Karl Eichwald (ur. 1795 - zm. 1876), rosyjski uczony, autor m.in. dwutomowej pracy: „Reise auf dem Caspischen Meere und in den Kaukazie, Stuttgar 1834.

[119] T. I. Boyer, De Muro Caucasico, P. 430, Des Commentaires De L'academie De Saint-Petersbourg.

[120] Dymitr Kantemir (ur. 1673 - zm. 1723), Hospodar Mołdawski w latach 1710-1711. Sprzymierzony z Carem rosyjskim Piotrem I przeciwko Turcji. Przyjoł zwierzchnictwo rosyjskie nad Mołdawią. Po przegranej przez Rosjan bitwie pod Stănileşt Piotr I zrzekł się pretensji do Mołdawii która przeszła w ręce Turcji. Po tych wydarzeniach Dymitr Kantemir przeniósł się do Petersburga gdzie zajął się pracą naukową.

[121] Kawad I (ur. 449 - zm. 531), szach Persji z dynastii sasanidzkiej w latach 488-531. Pod jego rządami znajdowały się Albania Kaukaska i Iberia Kaukaska.

[122] Chosrow (Chozroes ) I Anoszirwan (ur. 501 - zm. 579), szach Persji z dynastii sasanidzkiej w latach 531-579.

[123] Tadeusz Łada Zabłocki, ur. 1811 r. w rodzinie szlacheckiej. Za działalność konspiracyjną i obrazę carskiego majestatu został skazany na karę wcielenia do Korpusu Kaukaskiego na okres 24 lat. Na  zesłaniu rozwijał pasję literacką stając się nieformalnym liderem grupy „polskich poetów kaukaskich”. Zmarł na cholerę w 1947 r. w Kulpach u podnóża Araratu. Jego „Poezje” zostały przygotowane w ramach projektu „Biblioteka Kaukaska”.

[124] Kaukaskie określenie Europy Zachodniej.

[125] Szach Perski Emir Gemze – postać niezidentyfikowana.

[126] Fiodor Iwanowicz (ur. 1557- zm. 1598), car Rosji z dynastii Rurykowiczów w latach 1584-1598.

[127] Piotr I Wielki (ur. 1672- zm. 1725), car Rosji z dynastii Romanowów w latach 1689-1721. Reformator, twórca potęgi państwa rosyjskiego.

[128] Chan Muhmud Hassan (ur. ?- zm. 1780), poeta.

[129] Gazi Muhammad (ros. Гази-Мухаммад) (ur. 1795- zm. 1832), znany również jako Kazi Mułła, islamski duchowny, pierwszy imam Imamatu Kaukaskiego w latach 1829-1832 obejmującego tereny dzisiejszego Dagestanu i Czeczeni.