PAMIĘTNIK

Mojej żołnierki na Kaukazie

i niewoli u Szamila,

od roku 1844 do 1854.

Przez Karola Kalinowskiego.

 

 

 

 

 

 

 

WARSZAWA.

Nakład W. Dawida. Ś.-Krzyska Nr. 17.

1883

 

 


„Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila,

od roku 1844 do 1854.

 Przez Karola Kalinowskiego”.

 

Publikacja sfinansowana w ramach projektu

„Biblioteka Kaukaska”

pod kierownictwem

ks. dr. hab. Józefa Wołczańskiego, prof. UPJPII

 

finansowanego przez

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego

w ramach

Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki

 

Przepisanie i opracowanie

mgr Grzegorz Gilewski

Wstępem opatrzył

dr hab. Grzegorz Piwnicki, prof. UG

 

 

 

Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie

Kraków 2013

 

 

 



Spis treści

 

Wstęp. Charakterystyka pamiętnika Karola Kalinowskiego pt. „Pamiętnik mojej         
żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854 przez Karola Kalinowskiego”

Pamiętnik z mojej żołnierki i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854         

Indeks nazw osobowych i geograficznych                                                                     

Przypisy                                                                                                                             

 


 

Wstęp

 

Charakterystyka pamiętnika Karola Kalinowskiego
pt. „Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila
od roku 1844 do 1854 przez Karola Kalinowskiego”

 

 

                Karol Kalinowski autor książki zatytułowanej Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854 przez Karola Kalinowskiego, wydanej przez Wincentego Dawida[I] w Warszawie przy ul. Świętokrzyskiej Nr 17 w 1883 r., wpisał się w nurt literatury pamiętnikarskiej opiewającej losy zesłańców polskich na Kaukazie w XIX wieku[II].

            Losy autora są charakterystyczne dla młodego pokolenia Polaków w zaborze rosyjskim połowy XIX wieku, które za swój cel życiowy nakreśliło sobie walkę o niepodległy byt ojczyzny płacąc za to najwyższą cenę. Ceną tą była często śmierć lub zesłanie na Sybir, którym określano wszystkie pozaeuropejskie tereny carskiej Rosji w tym Kaukaz nazywany Ciepłym Sybirem. Podobną drogę wybrał nie do końca świadomie autor wymienionego opracowania.

            Karol Kalinowski urodził się w rodzinie drobnoszlacheckiej we wsi Kalinowo leżącej koło Augustowa 21 stycznia 1821 r. Rodzice oddali go pod opiekę stryjowi w Warszawie, który był zakonnikiem w zgromadzeniu Bazylianów. Opiekun zastępował mu rodziców, zgodnie z ich wolą chciał go wykształcić i wprowadzić w dorosłe życie z dobrym zawodem. Początkowo uczył się w szkole obwodowej przy ul. Freta dalej gimnazjum gubernialnym, a następnie został słuchaczem kursu mechaniki w gimnazjum realnym.

            Będąc uczniem został członkiem tajnej warszawskiej organizacji Świętokrzyżowców[III] i kółek Tomasza Wernera[IV] oraz Henryka Wokulskiego[V].

            Za przekonania polityczne i działalność konspiracyjną został aresztowany na 4 miesiące (postawiono mu zarzut zamiaru wyemigrowania z kraju). Z braku dowodów winy zwolniony, wrócił do szkoły, którą ukończył i rozpoczął pracę w fabryce maszyn żelaznych na Solcu w nadziei, że zostanie wysłany na praktykę zagraniczną do Europy Zachodniej. Kiedy okazało się, że jest to nie możliwe, zwolnił się z tej fabryki i przeszedł do pracy w Warszawsko-Wiedeńskiej Kolei Żelaznej na stanowisku pomocnika inżyniera stacji. Podobnie jak poprzednio władze podejrzewały go o chęć nielegalnego opuszczenia kraju, został aresztowany i po 9 miesiącach śledztwa skazano go na zesłanie „w sołdaty” na Kaukaz do służby w Korpusie Kaukaskim.

            Było to dla niego tym boleśniejsze, że nie poczuwał się do żadnej winy, nie mógł się pogodzić z tragiczną rzeczywistością. Nie wyobrażał sobie również, że będzie żołnierzem w obcej armii, w odległym zakątku świata daleko od kraju ojczystego na nieznanym mu zupełnie Kaukazie.

            Tragiczny rozdział jego życia rozpoczął się 15 grudnia 1844 r. w wieku niespełna 24 lat, kiedy to w niedzielę rano pod eskortą dońskich kozaków wraz z innymi kolegami, dezerterami i pospolitymi przestępcami wyruszył na zsyłkę do Rosji. Runęły wszystkie jego plany życiowe, zaczął się niemożliwy do przewidzenia okres życia zesłańca oraz niepewność czy przeżyje i kiedykolwiek wróci do ojczyzny.

            Od końca XVIII wieku na Kaukazie byli już jeńcy polscy służący w armii carskiej. Ich liczebność w różnych okresach historycznych oceniana była od kilku do kilkudziesięciu tysięcy ludzi.  Wśród nich byli uczestnicy powstań narodowych, poborowi z Królestwa Polskiego i patriotyczna młodzież udzielająca się w różnych stowarzyszeniach.

            W czasie rządów cara Mikołaja I, od 1825 r. Króla Polski, polityka rosyjska była wyjątkowo represyjna. Po powstaniu listopadowym zniesiono Konstytucję z 1815 r. i wprowadzono 14 lutego 1832 r. Statut Organiczny, który wprowadzał rządy despotyczne[VI]. System ten funkcjonował w warunkach permanentnego stanu wojennego. Jego konsekwencje występowały ostrzej w okresach nasilenia się działalności spiskowej w kraju i naprężenia sytuacji politycznej w Europie. Były to lata 1833 do 1849. Cała władza przeszła w ręce głównodowodzącego armią. Naczelnicy wojskowi otrzymali daleko idące uprawnienia również w stosunku do osób cywilnych. Wymiar sprawiedliwości w wielu sprawach zależał w okresie stanu wojennego od wojskowych sądów polowych. Skrócona procedura pozwalała na stosowanie wszystkich kar, do kary śmierci włącznie. Od 1832 r. do 1850 r. wysłano w głąb cesarstwa ponad 50 tys. osób. Od 1834 r. służba wojskowa w Rosji trwała 25 lat, rekruci z Polski kierowani byli do garnizonów syberyjskich i na Kaukaz. Szacuje się, że w ciągu 20 lat po powstaniu listopadowym do wojska zabrano z ziem polskich około 200 tys. rekrutów, w większości na Kaukaz.

            Zesłańców tego okresu można podzielić na pięć grup. Do pierwszej należeli ci, którzy zostali skazani na dwa do pięciu lat zesłania i oddani pod nadzór policji bez utraty przywilejów i majątku. Mieli prawo powrotu w strony rodzinne po odbyciu kary. Była to stosunkowo nieliczna grupa. Drugą kategorią byli wygnańcy wysłani na osiedlenie bezterminowe, bez prawa powrotu w strony rodzinne. Zwykle konfiskowano im majątki. Na miejscu przymusowego osiedlenia nie wolno było skazanemu oddalać się od miejsca zameldowania dalej jak 10 wiorst. Trzecia kategoria zesłańców była kierowana do robót aresztanckich w warunkach syberyjskich, położenie ich niewiele różniło się od skazanych na ciężkie roboty. Czwartą grupę stanowili wygnańcy przeznaczeni do batalionów Korpusu Syberyjskiego i Kaukaskiego, w których służyli jako prości żołnierze, nieraz przez całe życie lub przez 15 – 20 lat, bez prawa żołdu. Ten rodzaj kary uważany był przez Polaków za szczególnie ciężki. Izolował skazanych od środowiska cywilnego, a służba wojskowa oparta była na zasadach bezwzględnej dyscypliny i była niezwykle uciążliwa (do takiej kategorii zakwalifikowano Karola Kalinowskiego). Ostatnią piątą grupę tworzyli Polacy skazani na 2, 3, 5, 15 lat lub dożywotnią katorgę, czyli ciężkie roboty[VII].

            Dla Kalinowskiego daleka podróż rozpoczęła się w pejzażu mroźnej zimy etapami i w beznadziei na przyszłość. Droga na zesłanie była często bardziej uciążliwa niż późniejszy pobyt w miejscu odosobnienia.

            Specyfikę deportacji na Kaukaz lat 40. XIX wieku opisywano m.in. tak: Szliśmy etapami pod okiem etapowych przewodników przez małorosyjskie sioła, niegościnną ziemię Kozaków donieckich, gdzie bez korzyści nikt kropli wody nie podał zesłańcowi, ani okruszka chleba. My jako jeńcy, jako zbrodniarze stanu, mieliśmy zapełniać zdziesiątkowane przez epidemie i górali kaukaskich moskiewskie szeregi. Kazano nam wyrzec się przeszłości i narodowości, a walczyć w imię cara z ludźmi takimi jak my walczącymi o swoją niepodległość[VIII].

            Jedyną pociechą, a nawet nadzieją była rozwijająca się bujnie stepowa przyroda mieniąca się różnorodnością kolorowych ziół i kwiatów. Pierwszym dużym miastem w drodze na Kaukaz był Stawropol stolica kraju o tej samej nazwie. W latach 50. XIX wieku liczył około 12 tys. mieszkańców. Było w nim kilka reprezentacyjnych gmachów m.in. sztab dowodzącego kaukaską linią czarnomorskich Kozaków. Miasto posiadało kilka restauracji, dużo kamienic, dwa kościoły; prawosławny i ormiański.

            Za nim zesłańcy widzieli już na horyzoncie łańcuchy gór Kaukazu, bielejące śnieżnymi wierzchołkami.

            Kolejnym miastem, które autor pamiętnika wspomina był Piatigorsk garnizon wojskowy zbudowany na jednej z gór Besz-tau. Była to rezydencja komendanta wojskowego oraz innych władz w tym sądowniczych. Posiadało wiele pięknych gmachów, np. łaźnie zbudowane przez generała Aleksieja Jermołowa zwane Aleksandrowsko-Mikołajewskimi, okazały szpital wojskowy oraz dwa kościoły: prawosławny i katolicki. Ten ostatni zbudowali ze składek żołnierze i cywile, przede wszystkim Polacy. Stałych mieszkańców w latach 50. XIX wieku było około 3 tys.
Na kurację i kąpiele lecznicze do Piatigorska przyjeżdżało rocznie kilkanaście tys. osób. W mieście znajdowały się znane źródła siarkowe.

            Kalinowski ruszył dalej w kierunku fortecy Wniezapnej gdzie stacjonował sztab pułku do którego został skierowany. Z kolegami pożegnał się ostatecznie w Georgijewsku ponieważ pułki do których oni byli przeznaczeni sztaby miały we Władykaukazie.

            Do Wniezapnej autor przybył 10 lipca 1845 r. po prawie 7 miesiącach od wyjścia z Warszawy. Forteca znajdowała się na tzw. lewym skrzydle kaukaskim. Prawe skrzydło liczyło się od Morza Czarnego do drogi wojenno-gruzińskiej, a lewe do Morza Kaspijskiego. Linia tych skrzydeł leżała przed górami na północnej stronie gór kaukaskich.

            Karol Kalinowski stał się od tego momentu żołnierzem Korpusu Kaukaskiego.

            Korpus generała Aleksieja Jermołowa w 1823 r. liczył zaledwie 22 tys. wojska. W 1842 r. jego stan wzrósł do 150 tys. w trzy lata później książę generał Michał Woroncow dowodził już 200 tys. korpusem. Apogeum siły zbrojne na Kaukazie osiągnęły w 1856 r. za czasów generała Aleksandra Bariatyńskiego doszły do 300 tys. żołnierzy[IX].

            Właściwy Korpus Kaukaski składał się z 19, 20 i 21 dywizji grenadierów. Ponadto z 37 batalionów liniowych i 20 batalionów strzeleckich oraz 1 batalionu saperów i 16 baterii różnego kalibru dział, które były kierowane do poszczególnych dywizji w zależności od potrzeb pola walki. Bateria liczyła średnio 220 żołnierzy.

            Każda dywizja piechoty składała się z 4 pułków, a każdy pułk liczył 5 batalionów piechoty po 1047 ludzi. Baterie artylerii miały po 8 dział czynnych i po 4 rezerwowe[X].

            Wojska te wzmacniane były okresowo siłami 13 i 18 dywizji armii carskiej. Jazdę tej armii stanowił pułk niżegorodskich dragonów, a od 1856 r. przyłączono jeszcze siewierski i perejesławski pułki kawaleryjskie. Każdy z pułków kawalerii składał się z 10 szwadronów i jedenastego odwodowego. Szwadron według etatu liczył 190 żołnierzy. Skład liniowych batalionów dochodził do 2 tys. ludzi, a strzeleckich do 1 tys. żołnierzy. Batalion saperów liczył 900 żołnierzy. Corocznie Kozacy dońscy wspomagali korpus kilkoma pułkami, a liczebność takiego pułku wynosiła do 600 ludzi. Niezależnie od tego, do dyspozycji dowódcy Korpusu Kaukaskiego należało około 50 tys. milicji pieszej i konnej składającej się z górali podbitych prowincji[XI].

            Na początku swojego pobytu na Kaukazie autor pamiętnika poznał miasto Mozdok. Następnie wiele stanic kozackich, wśród których Czerwlońska i Szczedryńska słynęły z urody kobiet. Kolejno odwiedził stanice nadtereskie, w których stacjonowały pułki kozaków liniowych Mozdocki i Grebieński słynące z waleczności. Poznał również fort Groźny w Małej Czeczenii,  zbudowany przez Aleksieja Jermołowa w 1818 r. Opisywał życie w garnizonach Dagestanu i Czeczenii. Pisał, że na tym terytorium podróże od miasta do miasta odbywały się tylko z asystą wojskowych konwojów z uwagi na bezpieczeństwo podróżujących.

Położenie polskich zesłańców było bardzo zróżnicowane. Zależało ono od garnizonu, do jakiego trafili, dowódcy, pochodzenia społecznego zesłańca, umiejętności i zdolności. Niemała ich część nie chciała pogodzić się z losem zesłańców, a zwłaszcza z tym, że musieli walczyć z narodami Kaukazu, broniącymi swej niepodległości. Na tym tle dochodziło nawet do walk wewnątrz koszar. Zesłańcy odmawiali nieraz udziału w walkach, dowódcy łamali ich opór, nierzadko stosowano surowe kary cielesne, a także rozstrzelanie. Rodziło to głęboką nienawiść między Polakami i Rosjanami, w rękach których była większość stanowisk dowódczych.

Jedną z form oporu zesłańców była dezercja z carskiej armii. Los dezerterów stanowił jednak jedną z bardziej smutnych kart w dziejach kaukaskiej zsyłki. Polacy, nie znając mentalności kaukaskich narodów, opuszczając armię najczęściej kierowali się do nich o pomoc, a zwłaszcza do Czerkiesów i Czeczeńców. Ci uciekinierów zatrzymywali u siebie jako mówiące narzędzia, przedmioty handlu, bądź wydawali ich Rosjanom. Stając się niewolnikami kaukaskich panów, musieli podporządkować się surowym normom patriarchalnym, których przekroczenie groziło w każdej chwili śmiercią. Wielu dezerterów znalazłszy się w takim położeniu i nie mając nadziei na jego zmianę, popełniało samobójstwa. W nie lepszym położeniu byli ci jeńcy, których przeznaczono na towar do handlu. Zjawisko to występowało głównie w latach 30. i 50. XIX wieku. Pędzono wtedy Polaków – niewolników przede wszystkim na rynki Azji Mniejszej i Konstantynopola[XII].

Grupy dezerterów przechodziły też na stronę armii Szamila. Szamil odnosił się przychylnie do Polaków, cenił ich jako ludzi zdolnych i pomysłowych, chętnie widział ich w swoim otoczeniu. Głównym budowniczym jego fortec był inżynier Józef Dzik[XIII].

Gdy w 1842 r. Szamil zdobył w Awarii 40 armat rosyjskich, obsługę ich tworzyli prawie wyłącznie Polacy.

Po dwóch tygodniach od przyjazdu do pułku, autor wyruszył z częścią jego sił przeciwko oddziałom Szamila, z którymi w tym czasie walczył namiestnik Kaukazu książę Michał Woroncow.

Obok Polaków zesłańców w armii carskiej służyli również polscy oficerowie zawodowi, którzy kończyli rosyjskie szkoły oficerskie, np. wspominany przez autora płk. Rewiński. Kalinowski opisywał walki w Dagestanie i Czeczenii. Z początkiem roku 1845, z fortecy Temir-Chan Szura[XIV]  od strony Dagestanu wkroczyły wojska rosyjskie w liczbie około 20 tys. w kraj niepodległych mieszkańców gór. Dzielność kaukaskiego żołnierza w boju z góralami uwieńczyła z początku pomyślnym skutkiem tę wyprawę. Kaukaskie wojska, dowodzone przez doświadczonych generałów, pokonywały przeszkody przechodząc lasy i góry. Wojska rosyjskie zdobyły wilcze wrota i zajęły panujące nad nimi góry wkroczyły do Andii. Z Andii wojska rosyjskie weszły do wielkiej Czeczenii po drodze wiodącej do rezydencji Szamila-Dargo. Szamil z garstką swoich miurydów, wyprzedził rosyjskie oddziały, zapalił auł, wywiózł wszystko, co było można. Dargo zostało zajęte bez wystrzału. Rosjanie wysłali z Andii silny oddział do Temir-Chan-Szury po żywność. Tymczasem aby dać żołnierzom zajęcie, dopóki posłana kolumna nie wróci zaczęto w Dargo budować fortecę. Szamil z garstką miurydów na górze przyległej zajął stanowiska, wkrótce odezwały się jego działa. Trzeba go było rugować z tej pozycji. Wojsko w tym celu posłane nie doznało oporu, lecz wracając do obozu, na wierzchołkach góry Asztu, spotkało się z tysiącem celnych wystrzałów z gwintówek. Od oddziału wysłanego po żywność, dotarła wiadomość, że kolumnę tą rozbito a szczątki jej robią sobie szańce z ciał poległych współbraci, oczekując na pomoc od głównych sił. Natychmiast wysłano na pomoc. Żołnierze Kabardyńskiego Pułku bagnetami otworzyli sobie drogę do wskazanego celu. Zobaczyli przerażający widok, masy ciał zabitych leżały w lesie. Umierającym i ciężko rannym nie było komu podać pomocy. Kalinowski po powrocie do swojego miejsca postoju w fortecy Taszkiczu nad rzeką Aktasz, gdzie przebywał ze swoim batalionem został porwany na porannym spacerze poza murami aułu i dostał się do niewoli. Dwaj porywacze doprowadzili go do aułu Ordeli, gdzie oddali go rodzinie góralskiej.

Pierwsza rozmowa z góralami rozpoczęła się od pytania kim jest? Odpowiedział, że jest pisarzem z kancelarii, żadnej ręcznej pracy nie umie wykonywać. Na kolejne pytanie czy ma krewnych, którzy chcieliby go wykupić z niewoli odpowiedział, że wszystkim dla niego jest Bóg, pochodzi z dalekiego kraju zwanego Polska. Odpowiedź ta podobała się pytającym, a słowo Poreng (Polak) z uznaniem powtarzano. Na koniec rozmowy powiadomiono go, że zginie lub umrze z głodu, jeśli Rosjanie go nie wykupią. Następnie okuto mu nogi w żelazne okowy, ogolono głowę, odebrano ubranie i ubrano w brudne łachmany. Okazało się, że gospodarz zapłacił za niego 1 barana i oświadczył, że musi na nim po stokroć zarobić. Na noc zakładano mu łańcuch, aby nie uciekł. Niedługo potem został sprzedany Andyjcom zamieszkującym wysokogórski region Dagestanu graniczący z Czeczenią.  Doszedł tam ze swoim nowym właścicielem przez Dargo, dalej w bardzo wysokie góry dotarł do wierzchołka Gór Przedandyjskich  za nimi były szczyty Gór Andyjskich w Dagestanie i auły Andii. Gospodarz zaprowadził go do obszernej kamiennej izby, gdzie przy świetle żarzących się węgli, na wielkim czarnym kominie sam usiadł, a przy nim mieszkańcy sakli (domu). Wszyscy w długich tułubach z zaciekawieniem mu się przyglądali. Były tam stare i młode kobiety oraz dzieci. Autor opisuje nowych właścicieli jako Kałmyków z płaskimi krótkimi twarzami.

Praca tam była dla niego ciężka, nie był przyzwyczajony do niej. Nosił wodę, przemywał owczą wełnę, woził drewno na osłach, obrabiał pole oraz pilnował owiec. Odbywał podróże handlowe ze swoim panem do Lezglii. Jego mieszkańców uważał za najdzikszy lud ze wszystkich góralskich plemion.

Lezginów opisywał, że są silnej budowy ciała, wzrostu prawie olbrzymiego, a charakter mają okrutny i dziki. Strój ich podobny do naszego stroju staropolskiego. Mieszkają w domach z kamienia, z glinianymi dachami na których wygrzewają się na słońcu w chłodniejsze dni. Kobiety są piękne, mają regularne rysy twarzy, ale są niechlujne. Moralność kobiet wielka i niczym nieposzlakowana jak u wszystkich mieszkańców gór. Lezgin dzielny do boju w fortecy lub zza skały, w wyprawach okrutny. Młodzieniec, idąc pierwszy raz na łupieżczą wyprawę do Gruzji, pierwszą ofiarę morduje, odcina jej ręce, które po powrocie do aułu przybija jedną na drzwiach meczetu, a drugą na drzwiach swojej sakli. Jest to dla niego obrzęd wstąpienia w świat mordów i wojny.

Autor odbywał podróże do Awarii, którą opisuje wraz z miejscowościami nad rzeką Sułak, m.in. Koj-su i Karaj-su w Dagestanie. W czasie jednej z podróży zachorował z wysiłku i zostawiono go do wyzdrowienia w Taulii w aule Fioki, gdzie długo nie mógł przyjść do zdrowia. Opisując Taulinów  podkreślał, ze jest to lud silny, rosły i pięknej budowy ciała. Głównym ich zajęciem jest rolnictwo, ale mają też zdolnych rzemieślników wyrabiających broń sieczną i palną, przedmioty z miedzi i srebra i innych metali. Nie posiadają była i owiec z braku pastwisk. Godne podziwu są tamtejsze sady, gdzie rosną piękne orzechy, morele, brzoskwinie, gruszki, czereśnie i wiele innych owoców, był pod ich wrażeniem, twierdził że takich nie ma w Europie. Pisząc o Taulinach podkreślał, że lud jest umysłowo zdolny, ciekawy, elegancki, a odzież u nich jest bogata. Sukno perskie lub gruzińskie, lamowane srebrem własnego wyrobu. Broń pod srebrem, bardzo wykwintna, konie dzielne. W domostwach mają bieżącą wodę doprowadzaną z gór. Prawie każdy zamożniejszy Tauliniec posiada zegarek i kompas, który czas i kierunek południka przy modlitwach sobie oznacza. Żołnierze z nich bitni i wytrwali. Zdobyczą dzielą się sumiennie. Chciwi rabunku, biją się między sobą o rzeczy bez większej wartości. Zabitych nieprzyjaciół obdzierają do naga, a czasem pogrzebane ciała poległych Rosjan wykopują, obnażają i pastwią się nad nimi okropnie.

Właściciel Kalinowskiego przyszedł po niego do Taulina, który „przechowywał” go w chorobie, aby go odebrać. Powstała różnica zdań o wysokość zapłaty za tą przysługę, doszło do kłótni w wyniku której obydwu wsadzono do osobnych jam ziemnych służących za więzienie. Sprawę oddano do rozstrzygnięcia pod sąd naiba księcia Labazana z Andii. Rezultatem tego było to, że Polak został niewolnikiem Labazana, niedługo był u niego. Przypadek zrządził, że Szamilowi dostarczono dokumenty z rozbitej rosyjskiej poczty, a Kalinowskiego uznano za pisarza wojskowego i stąd odesłano go do Szamila. Szamil po zniszczeniu Dargo razem ze swoimi miurydami przeniósł się do nowej siedziby w Wedeni. Dotarł tam z Labazanem, gdzie następnego dnia udał się na dwór Szamila do domu sądowego zwanego szariat.  Tam przy wejściu jeden z miurydów od każdego wchodzącego odbierał broń. Kalinowski pozostał przed wejściem na dziedzińcu, otoczony tłumem. Wkrótce otworzyła się brama domu Szamila skąd wśród asysty zbrojnej wyszedł sam Szamil ubrany w biały tołub, zarzucony na ramiona, był to strój z białej wełny. Zdawał się być olbrzymiego wzrostu w tym ubraniu. Postawa jego była okazała i poważna, lecz jednocześnie skromna i łagodna. Na białej, otoczonej dużą rudawą brodą i pięknej twarzy malowała się dobroć. Był to ojciec i władca ludów Dagestanu i Czeczenii, który dostojnie wszedł do Szariatu. Autora wezwano do środka, gdzie zobaczył siedzącego już Szamila w otoczeniu sędziów i starszyzny po obu stronach imama. Po skończeniu przez niego sądów, których był świadkiem, pozostali tylko miurydzi z Szamilem. Wtedy do sali wniesiono stos papierów. Książę Labazan wyprowadził Kalinowskiego na środek sali przed Szamila i szepnął mu aby ucałował jego ręce. Następnie podano mu dokumenty i nakazano czytać głośno, a tłumacz relacjonował to Szamilowi. Po odczytaniu dokumentów odprowadzono go do jamy dla więźniów.  Tam zastał oficera carskiej armii Dawidowa, którego poznał historię. Żądano za niego 5 tys. rubli okupu, ale nikt nie mógł dać takiej kwoty. Kalinowski był świadkiem śmierci Dawidowa, którego podstępnie wypuszczono z jamy, zastrzelono i poderżnięto mu gardło, ponieważ okup za niego nie dotarł. Był przerażony tym zdarzeniem, nie mógł zebrać myśli, sądził że podobny los może spotkać też jego, obawiał się najgorszego. Tymczasem Szamil oddał go w niewolę starcowi o imieniu Fahrydin, gdyż uznał go za oficera, który może być mu przydatny w toku prowadzonej wojny. Starzec zaprowadził go do swojej ubogiej sakli, nakarmił i pokazał posłanie, na którym miał spać. Okazał się bardzo dobrym człowiekiem. Fahrydin w młodości służył w wojsku rosyjskim skąd zdezerterował i na stałe zamieszkał wśród górali. Był tatarem kazańskim i tłumaczył z rosyjskiego to co mówił Kalinowski, dlatego dostał się do jego domu, aby mu służyć. Będąc jeszcze w jamie autor pamiętnika poznał młodą góralkę o imieniu Ezenda, która przynosiła więźniom jedzenie, ze współczucia dla ich losu.

Pewnego razu będąc ze starcem w okolicy doleciał ich głos kobiet, jedną z nich była wspomniana już Ezenda, o której Kalinowski często myślał, nie rozumiejąc jeszcze, że zakochał się w tej młodej góralce. Starzec powiedział mu, że go zna ponieważ przynosiła mu chleb, była świadkiem śmierci Dawidowa, to ja zasmuciło i zatrwożyło o jego los. Dowiedział się, że sama była nieszczęśliwa. Straciła matkę będąc niemowlęciem, ma tylko ojca starca i brata, którzy ją bardzo kochają. Nad nią wisi przeznaczenie, którego oni nie mogą odwrócić. Ona jest zaślubiona człowiekowi, do którego czuje wstręt, a który patrzy na nią jak na swoją własność i oczekuje chwili, gdy dojdzie do pełnoletniości i zostanie jego żoną.  Została zaślubiona, gdy jej jeszcze nie było na świecie, ponieważ jej ojciec został w boju uratowany przez ojca jej przyszłego męża Mahmuda i złożył przyrzeczenie przed Allahem, że jak urodzi mu się córka to wyda ją za syna swojego wybawiciela.

Starzec Fahrydin namówił Kalinowskiego do przyjęcia religii mahometańskiej, łączył to z przyszłymi dla niego korzyściami. Tym bardziej, że religia muzułmańska wzbraniała mieć niewolników tego wyznania. Przyjąwszy ją, uzyskałby wolność, a tym samym większą możliwość wydostania się z niewoli. Po gruntownym rozważeniu sprawy, biorąc pod uwagę i to, że ceremonie modlenia, nie ubliżając nauce Chrystusa i nie podkopują jej świętości zgodził się na propozycję starca uczęszczania na modlitwę do meczetu. Kalinowski stwierdził sam do siebie Kto by mi to miał za złe, niechby sam spróbował pójść w niewolę do górali kaukaskich.

Niewiele potrzebował czasu na naukę obrzędów i modlitw wiary Proroka, nawet w krótkim czasie nauczył się płynnie czytać Koran. Postępy zadziwiły Fahrydina, a serce jego napełniły radością. W tym czasie razem ze swoim opiekunem odwiedzili dom ojca Ezendy. Tam został mile przyjęty przez ojca i brata góralki, a i ona cieszyła się, że stał się wyznawcą ich religii. Następnie Fahrydin po pewnym czasie zaprowadził Kalinowskiego do Szamila, gdzie przedłożył prośbę o względy dla swojego ucznia i wyzwolenie go ze stanu niewolnika już jako wyznawcy islamu. Szamil przyjął prośbę starca podając Polakowi rękę do ucałowania. Wkrótce wyszło rozporządzenie Szamila w tej sprawie, a zainteresowany został przydzielony do Szamilowskiej Komendy, Fahrydowi przydzielono nowego żołnierza wziętego do niewoli. Kalinowski otrzymał nowe imię Abubeker. Komenda składała się z rosyjskich żołnierzy różnej narodowości zbiegów lub wziętych do niewoli, było ich około 300. Mieszkali we własnych domach, otrzymywali od Szamila odzież i żywność, bez żołdu. Zajmowali się rzemiosłem. Całość podlegała jednemu miurydowi, który był naibem komendy i jednocześnie naczelnikiem artylerii. Początkowo wiele przecierpiał ciężko pracując, był źle traktowany przez żołnierzy. Tam poznał do czego może być zdolny żołnierz ruski jak nie krępuje go karność. Po pewnym czasie żołnierze zaczęli go traktować jako człowieka wyższego, mądrzejszego, przychodzili po rady, los jego się poprawił.

            Zjednał sobie również swoim postępowaniem, zwłaszcza gorliwym wypełnianiem obrzędów religijnych, zaufanie Tatarów i miurydów. Żołnierze sami wybudowali mu saklę, jednego z nich przyjął za współmieszkająco oraz do pomocy w pracach domowych. Kalinowski uczył się wyrabiać przedmioty jubilerskie ze złota i srebra, naprawiać zegarki. To pozwoliło mu w miarę dobrze żyć w osiedlu górali, zyskał ich przychylność ponieważ traktowano go jako bardzo zdolnego człowieka potrafiącego wszystkiego się nauczyć. Bardzo podobała mu się góralka Ezenda, która odwzajemniała jego uczucia. Postanowił zostać mężem Ezendy. Doznał przyjaźni w jej domu od jej ojca i brata, którzy go zaakceptowali. Pewnego razu upewniwszy się zapytaniem czy Ezenda chciałaby go za męża, po jej akceptacji postanowił poprosić o jej rękę oficjalnie jej ojca. Starzec po namyśle odpowiedział. Idzie tu o trzy rzeczy: o rozwiązanie uczynionych przeze mnie ślubów, o szczęście mojej córki i nieskazitelność rodu naszego. Podkreślił, że ta ostatnia sprawa dotyczy nie tyle jego, co Mustafy (jego syna), drugą Ezend może potwierdzić, a pierwsza od Boga zależy. Ezend i Mustafa zgodzili się na połączenie więzami rodzinnymi z Kalinowskim, a starzec przyrzekł dać swoje błogosławieństwo, pod warunkiem, że Szamil da pozwolenie na ślub Ezend. Autor obiecał, że stanie przed sądem imama i poprosi o zgodę na ich ślub.

            W tym czasie Szamil zorganizował wyprawę przeciwko Nazarnowcom, zostającym pod panowaniem Rosji, w której autor pamiętnika brał udział jako żołnierz artylerii konnej. Na wyprawie spotkał porucznika Rusalskiego (Polaka dezertera z armii carskiej) zwanego przez górali Eskander-bekiem, który uciekł do Rosji, a tam go osądzono i skazano na śmierć za dezercję. Zdarzenie to negatywnie zaważyło na sytuacji autora ponieważ Rusalskiego postrzegano jako jego przyjaciela. W związku z tym odebrano mu wierzchowca w obawie, aby nie poszedł w ślady Eskander-beka. Po powrocie do Wedeni wtrącono go do jamy więziennej, gdzie przebywał trzy dni i został nieoczekiwanie zwolniony, Kalinowski musiał przekonać miurydów co do lojalności swojej osoby. Ponieważ w tym czasie był początek ramadanu, żarliwą modlitwą i postem mógł się wykazać. Po tych wydarzeniach z kilkoma miurydami wyruszył na uzupełnienie oddziałów Szamila, który pobił Rosjan pod fortecą szamilską Gergibel, a następnie okrążył ich pod Sałtami, których bronili miurydzi.

            Po dotarciu do Szamila, dowiedział się od naiba, że wielki Bóg sprawił, że pozostał przy życiu po ucieczce Eskander-beka. Na dowód zaufania dla niego został osobiście przyjęty na rozmowę u Szamila. Walczył pod Sałtami do późnej jesieni, kiedy to miurydzi po wielkim szturmie opuścili twierdzę. Opisuje w pamiętnikach okropności tej wojny, które nawet na nim doświadczonym żołnierzu, który widział dużo bitew robiły ogromne urażenie.

            Opuszczenie Sałt splamiło męstwo miurydów, nie przyniosło im chwały i korzyści Szamilowi ponieważ Rosjanie wygrali. Po wzięciu twierdzy strony (Rosjanie i Szamil) odstąpiły spokojnie nie walcząc więcej. Po powrocie z wojskami do Wedeni, spotkał Ezend przy źródle wody, gdzie ujrzał ją pierwszy raz, czule ją przywitał. W tym momencie ktoś oddał do niego chybiony strzał, był to prawdopodobnie Mahmud przeznaczony Ezend za męża.

            Cztery dni po  powrocie spod Sałt Kalinowski stanął wraz z Mahmudem przed sądem Szamila w Szariacie. Mahmud oskarżył Ezend o utrzymywanie zakazanych stosunków z Polakiem, mimo złożonej przysięgi przez jej ojca przed Bogiem, że poślubi jego. Za takie przewinienie groziła jej śmierć. Ezend przed obliczem imama stwierdziła, że nienawidzi Mahmuda pragnie oddać rękę Abubekerowi. Oświadczenie dziewczyny uznano za to, że jest obłąkana, czyli również niewinna. Szamil po wysłuchaniu stron zdecydował, że przysięga przed Allahem musi być dotrzymana i nakazał niezwłoczny ślub Ezend z Mahmudem, który odbył się niebawem.

Miurydzi, którzy sympatyzowali z Kalinowskim starali się go pocieszyć, obiecywali mu inną piękniejszą jeszcze góralkę za żonę. Był im za to wdzięczny, ale pocieszyć go nie mogli, ponieważ Ezend dażył bardzo głębokim uczuciem.

Miłość Ezend i Kalinowskiego miała swój tragiczny koniec. Mahmud trzy dni po ślubie w swej sakli zastrzelił ją ponieważ według prawa szariatu nie podporządkowała mu się jako żona. Za swój czyn został uniewinniony przez sąd. Autor pamiętnika zgodnie ze zwyczajem otrzymał od Osmana ojca Ezend jego strzelbę, którą miała dostać po ślubie jego córka, a ta przekazywała ją pierworodnemu synowi. Po śmierci Ezend, życie dla niego straciło sens, nie zwracał nawet uwagi na okrucieństwa czynione żołnierzom przebywającym w niewoli Szamila.

W tym samym czasie naib komendy szamilskiej Jachji Chadzjo został oddalony przez imama, a na jego miejsce mianowano Ali-Muhameta człowieka okrutnego. Żołnierzy traktował w sposób nieludzki, dlatego często uciekali w góry. Nie było możliwości wniesienia na niego skargi do Szamila. Kalinowski spotykając się z nim czuł do niego wstręt. Szczęście jego polegało na tym, że osobiście znał  Szamila i cieszył się jego zaufaniem oraz otaczających go miurydów.

Ukojenie znajdował w ciężkiej pracy i na grobie ukochanej, gdzie często wieczorami chodził. Wiosną 1848 r. Szamil na sejmie w Ołtarach obrał na swego następcę Kazy-Muhameta (syna) i ogłosił dziedziczność swojej władzy, jeżeli ona przetrwa i nie zostanie zniesiona przez Rosję. Tym samym wydał na siebie wyrok ponieważ stał się zagrożeniem dla imperium rosyjskiego, które nie mogło sobie pozwolić na precedens, aby jeden z jego ponad stu podległych narodów samodzielnie wybił się na niepodległość i tym samym dał przykład innym podbitym ludom.

Szamil po urodzeniu się mu syna pierworodnego z trzeciej żony Szuazanet ogłosił wolność dla swoich niewolników z możliwością wolnego pobytu w całym jego kraju. Kalinowski skorzystał z tego, otrzymał od Szamila stosowne listy i został wolnym człowiekiem.

Po uwolnieniu ruszył do Wielkiej Czeczenii. Pożegnał grób Ezend i opustoszałą saklę Osmana. Ruszył przez gęste lasy i dotarł do aułu w Ordeli gdzie miał zamieszkać, tam zameldował się do naiba i przedstawił dokument Szamila. Był to ten sam auł gdzie 3 lata wstecz mieszkał po dostaniu się w niewolę.

Zamieszkał tam i wtopił się w społeczność górali, u których zdobył zaufanie i przyjaźń. Oddał się pod opiekę jednego z miurydów, dla własnego bezpieczeństwa. Tam odwiedził go Mustafa brat Ezend, który tamtejszym mieszkańcom opowiedział o jego losie i swojej siostry, co zjednało mu jeszcze bardziej czeczeńską rodzinę, u której mieszkał. Następnie z Mustafą udał się do Osman-Jurtu, gdzie mieszkał ojciec Ezend w odwiedziny, które były szczere i smutne, przeplecione wspomnieniami o córce i jego ukochanej.

Autor odwiedził Czeczeńca Tarama, który przetrzymywał żołnierzy Rosjan. Spotkał tam oficera rosyjskiego Klingera, któremu opowiedział mu o swoim porwaniu, a  który niedługo potem został wykupiony z niewoli.

Potem w stopniu pułkownika dowodził batalionem w 20 dywizji i walczył z góralami. Pewnego dnia autor idąc do Wendeni w czasie burzy na drodze spotkał Mahmuda (męża Ezend), którego prawdopodobnie zastrzelił. Ostatecznie zakończył sprawę niedoszłej żony (zemsta rodowa), ale wyraźnie w pamiętniku tego nie stwierdził, napisał tylko o spotkaniu i dwóch strzałach z gwintówki do postaci, która stanęła mu na drodze – był to Mahmud? Kalinowski wraz z kilkoma żołnierzami zbiegł do Rosjan. Długo nie mógł się przyzwyczaić do nowego życia w cywilizacji. Został skierowany do Pułku Kabardyjskiego jako szeregowiec, długo musiał czekać, cierpieć niedolę nim został awansowany na stopień oficerski, który otrzymał w 1854 r. Jeszcze w 1852 r. jako żołnierz walczył w Czeczeni był m.in. w okolicach gdzie mieszkał Osman, ale jego dom był opuszczony. W tej kampanii został ranny i za męstwo odznaczony Krzyżem Świętego Jerzego, co było przesłanką, do powrotu w strony rodzinne. Walczył z wojskami Szamila był drugi raz ranny w rękę. Będąc w Wielkiej Czeczenii poznał na spotkaniu ze znajomymi Czeczeńcami dalsze losy Osmana i Mustafy. Ten ostatni został zabity, a jego ojciec zmarł. Powiedziano mu również, że głowa zabójcy Ezend znalazła się na jej grobie zatknięta na kindżale. W 1858 r. powrócił do kraju.

W książce Karola Kalinowskiego przewija się na jej kartach cztery główne wątki, które stanowią o jej nieprzeciętnej wartości dla współczesnego czytelnika: 1. Los Polaków w złożonej rzeczywistości zaborów bez własnego państwa, gdzie bez sądu można było zostać skazanym na długoletnie zesłanie administracyjne lub służbę w obcej armii. W tych realiach politycznych i społecznych Polacy walczyli i ginęli dla budowania potęgi państw zaborczych. Pracowali i pomnażali dobrobyt państw obcych im kulturowo. Nie mogli w tej przestrzeni samorealizować się będąc jednocześnie poddanymi obcych monarchów i patriotami. 2. Dzieje podbitych narodów Kaukazu, z którymi Polacy musieli walczyć, a nie mieli w tym żadnego celu, ani osobistego czy narodowego. Wręcz przeciwnie często współczuli tym ludom przez pryzmat własnych losów i doświadczeń dziejowych. 3. Piękno i egzotykę Północnego Kaukazu, jego historię, tradycje, kulturę, różnorodność etniczną, zwyczaje i obrzędy. 4. Osobisty wątek, tj. miłość do góralki Ezend, głębokie romantyczne uczucie, które pozostało tragicznym wspomnieniem z kaukaskiej niewoli. Potwierdziło ono ludzką wrażliwość autora.

Nicią łączącą te wątki w pamiętnikach jest swoista dychotomia ponieważ Karol Kalinowski w jednej osobie był carskim żołnierzem i jeńcem Szamila. Te dwie odmienne całkowicie niedole pozwoliły mu wczuwać się w sprzeczności polityczne, moralne, kulturowe, które targały postawami i duszą Polaków. W służbie rosyjskiej byli „jeńcami”; dostawszy się do niewoli uzyskiwali „wolność” w Dagestanie. Z „wolnego” Kaukazu wracali do swych pułków, czyli uciekali do „niewoli”, żeby tam potem z rozpaczą porównywać utraconą „wolność” w nieprzyjacielskim kraju z odzyskaną, okropną „wolnością” w carskiej fortecy.

Warto przeczytać ten pamiętnik aby docenić posiadanie wolnego państwa, w którym możemy decydować o własnej teraźniejszości i rzeczywistości. Możemy również tworzyć wizje i miejsce dla przyszłych pokoleń Polaków w niepodległym kraju.

Paradoksem naszej historii jest to, że nie mając własnego państwa jesteśmy zdolni do poświęceń i walki o nie, a jak je posiadamy, to traktujemy go bardzo nieodpowiedzialnie, nie umiemy, a często nie chcemy pracować dla niego.

 

 

B i b l i o g r a f i a

 

1.      Beskrownyj L. G., Russkaja armia i flot w XIX wiekie, Moskwa 1973.

2.      Chodubski A., Aktywność kulturowa Polaków w Azerbejdżanie w XIX i na początku XX wieku, Gdańsk 1986.

3.      Jesiewicki W., Na syberyjskim zesłaniu, Warszawa 1951.

4.      Kalinowski K., Pamiętnik mojej żołnierki na Kaukazie i niewoli u Szamila od roku 1844 do 1854, Warszawa 1883.

5.      Piwnicki G., Polacy wojskowi i zesłańcy w carskiej armii na Kaukazie w XIX i na początku XX wieku, Toruń 2001.

6.      Reychman J. Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX w., Warszawa 1972.

7.      Russkaja wojennaja istoria, t. I – II, Petersburg 1877 – 1878.

 

 

 

Nota o autorze

            Prof. UG dr hab. Grzegorz Piwnicki jest kierownikiem zakładu nauki o cywilizacji w Instytucie Politologii Uniwersytetu Gdańskiego. Od kilkunastu lat bada problemy związane z losami Polaków wojskowych i zesłańców na Kaukaz w XIX i na początku XX wieku. Jest autorem kilkunastu artykułów naukowych i książek na ten temat. Współpracował w tej dziedzinie z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim gdzie uczestniczył w konferencjach naukowych o losach Polaków w XIX wieku na terenach Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu, pokłosiem których były opublikowane prace z jego udziałem o tej tematyce. Niezależnie od tego jego zainteresowania badawcze oscylują wokół problemów polskiej kultury politycznej od średniowiecza do czasów współczesnych, historii i tradycji Polskiej Marynarki Wojennej w przeszłości i teraźniejszości. Bada również problemy związane z historią i współczesnością cywilizacji. Jest autorem ponad 110 prac naukowych w tym 10 książek.



 

 

 

 

PAMIĘTNIK

Mojej żołnierki na Kaukazie

i niewoli u Szamila,

od roku 1844 do 1854.

Przez Karola Kalinowskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WARSZAWA.

Nakład W. Dawida. Ś.-Krzyska Nr. 17.

1883

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮ

дня 9 ноября 1882 года

 

 

 

 

 

 

 

DrukiemWieku.u

Nowy Świat Nr. 59.



// 5

Słowo od przepisującego.[XV]

 

Zajmującą powieść, malownicze rysy, pełne dra­matycznego ruchu obrazy, przedstawiamy Czytelniko­wi w niniejszych pamiętnikach. Jakkolwiek Kaukaz wiele utracił dla nas interesu z upadkiem Szamila i wojny Kaukazkiej[1], przecież dla artysty, dla history­ka, dla badacza natury, obyczajów i prawodawstw, na zawsze pozostanie on ciekawą księgą. O tem wszystkiem doczyta się Czytelnik w tych pamiętnikach.

Było to jeszcze na Kaukazie, wśród obozowiska, gdy pod namiotem żołnierskim, na noclegach podczas marszów wojennych, autor tych pamiętników opowia­dał nam osobiście swoje przygody. Z jakąż ciekawo­ścią, obsiadłszy na burkach dokoła, wsłuchiwaliśmy się w te powieści. Świeżo on wtedy wrócił z niewoli od Szamila, skąd wyniósł na sobie łat i dziur pełne odzie­nie czerkieskie, ogorzałą fizyonomię górala i tyle pa­miątek w hartownej duszy. Żałowałem wtedy, żem nie posiadał sztuki stenografowania, abym mógł po­chwycić na papier tyle zajmujących i żywemi kolora­mi kreślonych opowiadań. Aż oto dzisiaj otrzymałem własnem piórem naszego współwędrowca skreślone wspomnienia, jakowemi śpieszę podzielić się z publi­cznością. Drogo to są opłacone, na wagę bowiem du­szy i serdecznych myśli te ustępy. Dla tego sądzę, //6 że Czytelnik przyjmie je z tem współczuciem przyja­źnią, jaka się przynależy wszystkiemu, co poczęte z serca wśród walk z losem i przeciw śiamionc[XVI]

W. D.                         

 

Niemasz bardziej zajmującej księgi jak życie człowieka, co przechodził rozmaite koleje nieszczęść. Tam to czerpać możemy zbawienne dla siebie prawdy których praktyczność już doświadczenie stwierdziło. Tam znajdziemy wskazane bezdroża błędów, których unikać powinniśmy i wytknięte drogi cnoty, po któ­rych kierować się mamy.

Życie moje, lubo niewiele różni się od życia każ­dego pospolitego człowieka, przecież przedstawić mo­że kilka zajmujących rysów, nasunąć kilka uwag nau­czających; snuło mi się bowiem śród wypadków nader smutnych i przerażających, jak sen złowrogi. Dla te­go niejednemu będzie nauką jak walczyć z niedolą i pokonywać smutne życia przygody.

Nie posiadając potrzebnego talentu do kunszto­wnego przedstawienia wydarzeń, śród jakich żyć by­łem zmuszony, będę je opowiadał bez próżnych pisar­skich ozdób, któreby tu się na nic nie przydały.

Mojem rodzinnem miejscem jest szlachecka wio­ska Kalinowo, w byłem województwie Augustowskiem. Tam ja w r. 1821 w d. 21 stycznia ujrzałem //7 światło dzienne, które niejednokrotnie wzbronionem mi było oglądać. Nie wiele pamiętam z pierwszych wypadków mych lat dziecinnych, które przedstawiają mi się jakby we śnie i o tem niema co mówić. Pa­miętne lata 30 i 31, lubo nie byłem świadkiem głoś­nych ówczesnych wydarzeń, mieszkając na wsi w do­mu rodziców, mocno utkwiły w mojej pamięci, i trąci­ły na zawsze drgającą strunę mych uczuć. Echo ich w późniejszych latach nie przestawało się powtarzać. Rodzice moi, widząc wcześnie we mnie objawiające się zdolności, oddali mnie na opiekę stryjowi zostają­cemu w Warszawie w zgromadzeniu XX. Bazyljanów. Opiekun mój, najgodniejszy kapłan we wszystkiem zastępował mi miejsce rodziców, i pewny był urzeczywistnienia swych nadziei co do mojej przy­szłości. Wszakże przeznaczenie inaczej mieć chciało. Biedni moi rodzice zamiast pociechy, doznali zmar­twień, i w tym czasie, gdy ja wydalony byłem ze stron rodzinnych jako żołnierz na Kaukaz, oboje po­marli ze smutku.

Pierwsze nauki pobierałem w szkole obwodowej przy ulicy Freta, wyższe ukształcenie w gimnazyum gubern., a następnie słuchałem kursu mechaniki w gimnazyum realnem. Zdolności moje, jakkolwiek nie­wielkie nie rozwinęły się należycie przez błędy mło­dości, od których oko starca zbyt w tem nieświadome­go ustrzedz mnie nie zdołało. Młodzież w tych cza­sach przedwcześnie ginęła, zostawiona własnym uczu­ciom i zapałowi, bez przewodnictwa starszych. Nie mogłem obojątnie patrzeć na smutne jej koleje, musia­-//8 łem je podzielić. Powszechna rozpacz ogarniała każ­dego, kto miał w szkołach, na aplikacyi, lub nawet niższym urzędzie, brata, syna, lub krewnego i przyja­ciela. Nadaremne były przekładania i dorady zimne­go rozsądku.

Śród takich to okoliczności byłem obwiniony o zamiar zbyt wtedy upowszechniony między młodzieżą emigrowania za granicę. Po czteromiesięcznem uwię­zieniu, usprawiedliwiłem się i na nowo powróciłem na ławy szkolne, kończąc dalej kształcenie się. Po czem dla praktycznego wydoskonalenia się, wstąpiłem do fabryki machin żelaznych na Solcu, w nadziei, że stamtąd dla obeznania się z podobnemi zakładami bę­dę posłany za granicę. Lecz gdy administratorowie więcej na osobiste zyski, niż na udoskonalenie wyro­bów wytężali swój rozum, nie mając zatem nadziei być za granicą, opuściłem tę fabrykę i wstąpiłem do służ­by rządowej przy kolei żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, w obowiązku pomocnika inżyniera drugiej stacyi. Niedługo cieszyłem się otrzymanem miejscem w zarządzie kolei żelaznej i nadzieją pomyślniejszej przyszłości. Znowu za podobneż jak wprzódy podej­rzenie byłem wzięty, a po dziewięciu miesiącach okro­pnej samotności, usłyszałem w końcu wyrok skazują­cy mnie do wojska na Kaukaz. Nie poczuwając się nigdy do żadnej winy, nie mogłem uwierzyć, aby to było rzeczywistością, co się już od tylu miesięcy ze mną działo. Nie zgadzał się też mój rozum na to, ani nie przypuszczałem, abym mógł kiedy nosić mun-//9 dur wojskowy, jeszcze na Kaukazie. A jednak to wszystko było nie we śnie, ale na jawie.

Pamiętny dla mnie 15 grudnia 1844 r. Była to niedziela; o godzinie 10 z rana, pod eskortą dońskich kozaków, w towarzystwie innych kolegów moich, tu­dzież kilku dezerterów i zbrodniarzy prowadzonych do Rossyi, wystąpiliśmy z Pragi, pieszo, po drodze ku Grochowskim rogatkom, pożegnawszy kraj rodzinny, przyjaciół i krewnych, którzy nas w licznem odprowa­dzali gronie. Rozlegający się smutnie odgłos dzwo­nów po świątyniach pańskich długo nam towarzyszył pożegnalnem echem, jak umarłemu przed wstąpieniem jego na wieczny pokój do zimnej mogiły. Nas nie po­kój grobowej ciszy, lecz trudy długiej podróży i cały oczekiwał ciężar żołnierskiego zawodu.

Szerokim szlakiem rozwinęła się przed nami da­leka podróż do Kaukazu. Surowość zimowej pory, owe noclegi i dniówki w ostrogach, czyli etapach po­między indywiduami za rozmaite przestępstwa i zbro­dnie tam osadzonemi, oto są wspomnienia z mojej po­dróży.

Wiosna następnego roku zaścigła nas w obszer­nych stepach Ukrainy i w ziemi Kozaków Dońskich. Siłą twórczości ożywiona natura, pokrywając nie­przejrzane okiem równiny stepów różnobarwnemi kwiatami i zioły, obudziła w nas także jakieś życie, pociechę i nadzieję, pokrzepiła nieszczęściem zwątlałą siłę woli i młodzieńczą wywołała energię. Ten tylko, kto się urodził synem stepów i jak ptak niezmordowany unosił się po ich przestrzeni, może czuć całą potęgę, //10 jaką w nas obudza widok wolnej natury. Z prawdzi­wą rozkoszą wędrowaliśmy po stepach usianych w ró­żnobarwne kwiaty w najpiękniejszej porze wiosennej, przechodząc przestrzeń od Bachmutu[2] do Stauropola[3].

Stauropol zasługuje na uwagę jako miasto han­dlowe i pierwsze na drodze z Rosyi na Kaukaz. Nad­to położone w dość pięknej okolicy i porządnie zabu­dowane. Pośrodku miasta, przy głównej ulicy, szero­kiej i prawie na wiorstę długiej, urządzony jest bul­war dla publicznych przechadzek, ocieniony drzewami i ozdobiony dość pięknemi z kamienia kolumnami.

Za Stauropolem powierzchnia kraju znacznie się podnosi i przybiera fizyonomię dziką, miejscami sterczą gromady skał, lub ją przerzynają skaliste wąwozy.

Pasmo gór Kaukazkich ciemnobłękitnym pasem odznacza się na horyzoncie, a nad tym pasem bieleją śnieżne gór wierzchołki. Z każdym dniem coraz wię­cej nam odkrywał się łańcuch Kaukazu, aż nakoniec przedstawił się on w całej swej okazałości.

Nie dochodząc do Georgiewska, głównego punk­tu handlowego na linii lewego skrzydła Kaukazkiego, ujrzeliśmy nader piękny widok ogromnych mas skali­stych rozsianych na niewielkiej przestrzeni równin Kabardyjskich, o sto przeszło wiorst od głównego pa­sma gór Kaukazkich. Te masy kilku niezmiernych gór jakby oderwanych od głównego łańcucha, miej­scami pokryte lasem, a miejscami nagiemi skały, wznosząc się pod obłoki na ciemnozielonych równi­nach, przedstawiają nader wspaniały i zajmujący na //11 całą okolicę widok. Jest to Piatihorsk[4] — nazwa wzięta od tatarskiego wyrazu Besz-tau[5] (znaczącego pięć gór), miejsce bardzo słynne mineralnemi wodami na całym Kaukazie, a nawet w Europie. W później­szym czasie — w 1856 r. byłem tam na wodach jako raniony, chociaż nie doznałem szczególniejszej ulgi w moich cierpieniach, ale to przypisuję bardziej nieu­miejętności tamtejszych lekarzy, niżeli małej sile uzdrawiającej wód Piatihorskich.

Piatihorsk jest to nader piękne, chociaż nie wiel­kie miasteczko, rozłożone u podnóża góry Maszuk[6], Mieści się w niem do paręset murowanych domków, porządnych i czystych, a z boków Maszuka wypływa kilka źródeł siarczanych, różnego stopnia mocy i tem­peratury. Przy każdym źródle urządzone wanny dość wygodne i galerye do przechadzek nietylko pięknie, ale nawet wykwintnie zbudowane. Do takich należą szczególniej Mikołajewska, Michajłowska i Marjewska. Dla przechadzek zaś na odkrytem powietrzu śród lasku porobione są dróżki, z altankami z winnych łóz dzikich, ciemne aleje i kwietniki, a nadto piękny bulwar od źródeł wiodący wąwozem do miasta. Ze szczytu Maszuka, na który amatorowie spacerów do­stają się po krętej lecz dosyć wygodnej ścieżce, przy pogodnem niebie rozwija się wspaniały widok Kauka­zu w całej jego okazałości. Śnieżne jego szczyty uro­czo wznoszą się ku obłokom, lub po nad nie występu­ją. Najwyższe z nich Kazbek[7], El-borus[8] i inne ogra- //12 mnością swoją jak olbrzymy panują nad innemi. Po nad miasteczkiem na pięknem wzgórzu panuje udatnej struktury kościołek katolicki z plebanią i ogród­kiem. Ksiądz pleban człowiek jeszcze nie wiekowy, ale od wszystkich szanowany gorliwie spełnia obo­wiązki pasterza, ojca i przyjaciela swoich parafian. W środku miasta przy bulwarze wznosi się drewnia­na cerkiew; w ostatnich czasach zaczęto budować wspaniałą cerkiew soborną, z ciosowego kamienia, lecz popełniono błąd jakiś w fundamentach, przez co jedna strona budowli niebezpiecznie się poryso­wała.

Cztery oddzielne rodzaje wód i kąpieli znajdują się w Piatihorsku i jego okolicach. Po siarczanych piatihorskich wodach chorzy udają się jeszcze dla dal­szej kuracyi albo do Essentuków[9] na wody alkaliczne, albo do Żelaznowodska na wody wzmacniające żelaz­ne, stosownie do rodzaju choroby, a ostatecznie dla zupełnego wzmocnienia się do Kisłowodzka na wody zwane Narzań (bohaterskie).

Essentuki leżą między górami o 17 wiorst od Piatihorska. Jest to wielka stanica, czyli wieś kozacza, zaludniona wysieleńcami z Rossyi, spełniającymi obowiązki służby kozaczej. Tutejsze wody są składu solno-alkalicznego i siarczano-alkalicznego, wszyst­kie zimne, różniące się tylko ilością składowych pier­wiastków. Dla kąpieli wody te ogrzewają się już to w umyślnych łazienkach, już w domach u kozaków za ustanowioną cenę. Ogród spacerowy i galerye przy źródłach pięknie urządzone.

//13 O 12 wiorst od Piatihorska śród lasu leży Żelaznowodsk[10]. Źródła wód żelaznych w różnych nade gatunkach tak zimne jako i gorąco na każdym prawie kroku się napotykają. Do użycia kilka służy ich ga­tunków; pobudowano przy nich wanny, lecz szczegól­niejszych starań w ich utrzymaniu tam nie widać. Że­laznowodsk wiele winien Jenerałowej Murawjew[11], któ­ra bawiąc tu z córkami w 1856 r. przyłożyła się nie­mało do wznowienia wielu źródeł już zaniedbanych w zupełności. Żelaznowodsk jest to wioska zamie­szkała przez wysieleńców z Rosyi, w nader uroczem miejscu, u podnóża góry Besztau, mająca kształtną cerkiewkę i kilka porządnych domków. Miejscowość śród skalistych urwisk nader wysokich, porosłych la­sami gór niewypowiedzianie malownicza. Powietrze dziwnie uzdrawiające. Spacery po lesie poprzerzynanym w rozmaitym kierunku dróżkami szczególniej w upały bardzo przyjemne dla chorych.

Kisłowodsk[12] o 20 kilka wiorst od Piatihorska, za Essentukami, w nader malowniczem miejscu odznaczającem się szczególniej czystem i wzmacniającem po­wietrzem, położenie ma dosyć wzniesione i otoczony jak wieńcem górami to skalistemi, to usłanemi kwia­tami i zioły. Woda Narzan, czyli bohaterska w języ­ku tamtejszych mieszkańców, Kabardyńskiego plemie­nia, zwana, zawiera pierwiastki żelaza i gaz, kwas dwuwęglowy. Smak ma podobny do wina szampańskiego i niewypowiedzianie przyjemny. W kąpieli doznaje się jakiegoś szczypania po ciele. Dla przechadzek między górami przechodzi bulwar, obok któ-//14 rego pędzi bystra, lubo nie głęboka rzeczka Podkumyk. Rozpoczęta budowa wspaniałej galeryi z wan­nami i bassenami wstrzymana została dla braku fun­duszów, potrzebnych bowiem dla takich rozmiarów budowy — a z powodu wojny nie wyassygnowanych. Dla zabaw publicznych są urządzone salony w tutej­szym hotelu, z chórami dla muzyki; tu się odbywają przedstawienia teatralne trup przyjeżdżających na czas letni. Kisłowock pod każdym względem jest osobliwością tutejszej strony i bardzo licznie bywa odwiedzany.

Piatihorskie wody mineralne są najpierwsze mo­że na koli ziemskiej, lecz brak światłych i doświad­czonych lekarzy miejscowych, przytem wielka ich od­ległość i niebezpieczeństwa podróży w kraju zaludnio­nym plemionami azyatyckiemi, są przyczyną, że mniej są zwiedzane od innych, nietyle jak one zbawiennych.

Wracam się do dalszej mojej podróży na Kau­kaz. Z kolegami mymi pożegnałem się ostatecznie w Georgiewsku. Pułki, do których oni byli poprzeznaczani miały swoje sztaby na Władykaukazie, mie­ście leżącem przy wojenno-gruzyjskiej drodze[13]. Sztab mojego pułku znajdował się w fortecy Wniezapnej — na lewem skrzydle.

Kaukaz wtenczas pod względem militarnym dzie­lił się na prawe i lewe skrzydło i na środek. Teraz dzieli się tylko na prawe i lewe skrzydło. Prawe skrzydło rozciąga się od Czarnego Morza do wojenno-gruzyjskiej drogi. Lewe od wojenno-gruzyjskiej drogi do morza Kaspijskiego. Prawe i lewe skrzy­dło ciągną się przed górami Kaukazkiemi od północnej //15 ich strony i przedzielone są wojenno-gruzyjską drogą. Ziemie zaś leżące po tamtej stronie gór Kaukazkich mają inny podział i noszą nazwisko kraju Zakaukazkiego.

Do fortecy Wniezapnej[14] przybyłem, bez szczegól­nych przygód d. 10 lipca 1845 r. Po rozstaniu się z kolegami smutna była moja podróż. Nie miałem z kim dzielić moich uczuć doznawanych na ob­cej ziemi, obcymi otoczony ludźmi, których ani język ani obyczaje znanemi mi nie były.

Od Stauropola, a raczej od Georgiewska zaczy­na się pierwsza linia Kaukaska; stanowi ją łańcuch stanic (wsi), zamieszkałych przez liniowych kozaków, którzy wyłącznie zajęci służbą od dzieci do starców tak na wojnie, jako też w domu, zajmując kordony, trzymają straż po drogach, ogrodach i polach na za­siewy przeznaczonych. Dzielni są z nich żołnierze jako obrońcy swoich siedzib od napadów tatarskich, lub też stanowiąc lekką kawaleryę podczas wypraw wojennych — do czego od kolebki prawie bywają przyuczani. Nie jeden z kozaków może utracił ojca, lub brata, śród własnej zagrody zamordowanego przez Tatarów, którzy się niejednokrotnie tam wkradają i wszystko ogniem i mieczem pustoszą, czego z sobą w góry unieść nie mogą. Teraz ta linia więcej zabez­pieczona od niespodziewanych napadów górali, przo­dowy bowiem łańcuch fortec utrzymuje ich w nieu­stannej obawie. Pojedyńcze tylko nieliczne oddziały przekradają się na tę stronę linii, gdzie znaczne wy-//16 rządzają szkody i drogę podczas nocy szczególniej, lub w porze mgły jesiennej czynią niebezpieczną.

Po Gieorgjewsku znaczniejsze po drodze miałem miasto Mozdok[15] słynne na linii kaukazkiej z handlu płodami i wyrobami niezbędnemi dla mieszkańców od­dalonych od okolic przemysłem się trudniących. Ca­łe ono prawie zamieszkałe przez Ormian, a w części przez górskich żydów[16].

Następuje potem Naur[17] i inne stanice, w rzędzie których Czerwlońska[18] i Szczedryńska[19] słyną z piękno­ści kobiet. Są to stanice nadterekskie, w których osiedlone są pułki liniowych kozaków Mozdocki i Grebieński, znanych ze swej waleczności.

Trudnią się oni wyłącznie prawie uprawą wina zwanego czychir, którego w wielkiej ilości dostarcza­ją do fortec, i po bardzo nizkiej cenie sprzedają. Do­starczają tam niemniej wybornych kawonów, melo­nów, moreli, brzoskwiń, jabłek, gruszek i innych do­linowych owoców. Uprawą roli chociaż się trudnią, lecz w tak małej ilości sieją zboża, że im ledwie wy­starcza na własną potrzebę. Zamiłowanie w winnych sadach zabija im cały czas potrzebny dla innych za­trudnień. Zboże nadto nie wszędzie dobrze im się udaje, a częstokroć szarańcza zupełnie pustoszy za­siewy.

Rzeka Terek[20] nader bystra jak wszystkie górne rzeki — dość szeroka i głęboka, odgranicza tę linię od drugiej linii przodowej składającej się z fortec i redutów po pod górami się ciągnących. Promem prze­-//17 prawiłem się przez tę rzekę pod redutą Amir-Adżi- Jurt.

Obecnie reduta ta zniesiona, ale za to w stanicy Szełkmoodzkiej[21], zbudowano piękny na palach most, ułatwiający przeprawę na tej rzece. Drugi podobnyż most prowadzący do fortecy Groźnej[22], w Małej Czeczeni[23] zbudowany na tejże rzece pod stanicą Mikoła­jewską[24], przez którą także przechodziłem.

Od Amir-Adżi-Jurta szedłem dalej z tak zwaną okazyą, czyli konwojem odprowadzającym podróżnych z jednego miejsca do drugiego, co odbywa się dwa lub trzy razy w tygodniu dla bezpieczeństwa przejeżdżających. Konwój podobny stanowi zwykle jedna lub dwie kompanie piechoty przy dwu armatach i kilkuna­stu kozakach, stosownie do okoliczności miejscowych. Bez okazyi nikt tu nie odważy się jeździć choćby do najbliższego miejsca z powodu niebezpieczeństwa, na jakie wystawiają się przejeżdżający. Każdy bez wy­jątku, tak cywilni jako i wojskowi podczas podobnej podróży, ulegają naczelnikowi czyli dowodzącemu oka­zyą oficerowi, bez względu na stopień i godność piastowaną przez siebie w tejże samej branszy.

Z taką to okazyą odbywałem dalej podróż po za Terekiem do twierdzy Wniezapnej przechodząc wciąż Kumykską płaszczyzną[25]. Droga cała stepem po pod górami. Ostrożność dowódcy kolumny i jego pod­rzędnych nie ustawała. Żołnierze tak w awangar­dzie jako i w aryergardzie, postępowali w szyku bo­jowym, gotowi w każdej chwili rzucić się i odeprzeć //18 nieprzyjaciela, gdyby ten otwarcie lub skrycie chciał napaść na kolumnę. Podróżni z wozami i całym ba­gażem pociągowym i pieszym postępowali w porządku pomiędzy aryergardą i awangardą eskortującego od­działu, zabezpieczeni z boków łańcuchem po parze postępujących żołnierzy. Na pierwszych wzgórzach widne były trzy niewielkie forteczki z białemi baszta­mi, w których jak mi wyjaśniono, mieściły się garni­zony wojsk strzegących granic od napadów nieprzy­jacielskich. Na jedną z tych forteczek na miesiąc do mojego tam przybycia Szamil wykonał silne porusze­nie. Mały jej garnizon broniąc się mężnie powstrzy­mał kilka gwałtownych szturmów silniejszego liczbą nieprzyjaciela; lecz padłby ofiarą jego zajadłości, jeże­liby nie podążyła mu pomoc pod wodzą znanego na Kaukazie z męztwa naszego ziomka pułkownika Rewieńskiego[26].

Około południa przybyliśmy do reduty, pod ta­tarskim aułem, Engel-Jurt[27] zwanym, usypanej, a przed wieczorem do fortecy Tasz-Kiczu[28], gdzie zostaliśmy na nocleg. Tasz-Kiczu, raczej reduta, niż forteczka, wznosi się nad rzeką Aksaj[29], z gór wypływającą. Po drugiej jej stronie ciągnie się rozrzucony auł jednego z rzeką nazwiska osiedlony przez Kumyków[30] i Cze­czeńców[31]. Pod samą fortecą leżał forsztat, czyli nie­wielkie przedmieście, oddzielnie wałem okopane, z bateryami najeżonemi w działa. Na forsztacie, gdzie cała nasza kolumna nocowała, mieściło się kilkanaście domków żonatych żołnierzy i oprócz żyda liweranta, więcej cywilnego towarzystwa żadnego tam nie było.

//19 Do posilenia się prócz pszennego chleba, obwarzaneczków i wódki nic więcej się nie znajdowało, lecz i te­go zapas wnet był wyczerpany i jeśli kto zawczasu czego nie zakupił, nie jadłszy musiał się spać położyć, na gołej ziemi, pod odkrytem niebem.

Na drugi dzień rano ze świtem, kolumna wystą­piła z Tasz-Kiczu do Wniezapnej pod ochroną wojsk zostających w garnizonie Tasz-Kiczyńskim.

O ile poprzedzający dzień był gorący do niewytrzymania, o tyle następny był zimny. Deszcz kropił od samego rana, i temperatura nadzwyczaj się zniży­ła. Czarne przyległe góry pokryte były massą gę­stej mgły, przez którą gdzieniegdzie widniały sterczą­ce wyniosłe skały nowym śniegiem ubielone. Bardzo często się tu zdarza, że w najgorętszą porę roku, gdy deszcz pada na dolinach, na górach sypie śnieg obfity. Wtenczas to biedni żołnierze w górnych wyprawach przenoszą i upał nieznośny i zarazem zimno nie do wytrzymania. W takich razach nader często się przytrafia, że niezaopatrzone w ciepłą odzież wojsko odmraża nogi, lub zupełnie marznie.

Przed wieczorem przybyliśmy do fortecy Wnie­zapnej. Leży ona na płaszczyźnie Kumykskiej, oto­czona górami, w wąwozie nad rzeką Aktasz. Nazywa się zaś Wniezapną, jakby od tego, że nie będąc wi­dzialną z oddalonych punktów, nagle przedstawia się dopiero wtedy, gdy wszedłszy na najwyższe wzgórze, zasłaniające ją ze strony północnej, spuszczać się przy­chodzi nad rzekę Aktasz. Obok fortecy rozciąga się //20 ogromny auł Kumykski zwany Andrejewskim, leżący między rzeką przed wzgórzem południowej strony.

Widok ten bliskiej fortecy pokrzepił mię upada­jącego na siłach, obiecując odpoczynek po tylomiesięcznych trudach. Tu był kres mojej podróży na Kau­kaz, gdzie miałem wiele lat przepędzić.

Strudzony całodzienną pieszą podróżą, przemo­kły i przeziębły do kości, mając pełne buty wody, gdyż po drodze rzeki: Aksaj, Jarak[32], Su i Aktasz wbród przechodziliśmy, spocząłem snem nieopisanym, w chat­ce żołnierskiej, gdzie mi tymczasowo dobrzy ludzie dali przytułek.

Nazajutrz, przedstawiwszy się miejscowej wła­dzy i pułkowemu adjntantowi, od którego bardzo uprzejmie byłem przyjęty, dowiedziałem się o mojem przeznaczeniu w nowej mojej żołnierskiej służbie.

Właśnie w tym czasie Namiestnik Kaukazu ksią­żę Woroncow[33] znajdował się na wielkiej wyprawie przeciwko Szamilowi przedsiewziętej w celu zburze­nia jego rezydencyi Dargo[34], Krasnym-Aułem zwanej. Pułk nasz prawie cały był w marszu, pozostawał jeden tylko jego batalion przy pułkowym sztabie w Wniezapnej dla przysposobienia na zimę zapasów, siana, kapusty i innej ogrodowizny. O wyprawie nic pewnego nie było wiadomo. Biegały rozmaite wieści; mówio­no, że Szamii ze wszystkiemi swemi żonami, dziećmi i miurydami wzięty do niewoli, i całe jego władztwo poddało się nowemu Namiestnikowi Kaukazu. Ra-//21 dość była niezmyślona z powodu tych wieści, szcze­gólniej między młodem żołnierstwem. Starsi jakoś nie tak dowierzająco przyjmowali te wieści; przeciw­nie rachowali cóś niepomyślnego dla wyprawy.

Prędko mi zeszły pierwsze dni mojego pobytu w Wniezapnej, słuchając różnych opowiadań starych żołnierzy o tutejszych ludach, o wyprawach przeciwko Górali przedsiębranych, lub zaprzątając się swojem obmundurowaniem i przygotowaniem sobie wszystkiego, co potrzebne do marszu. Starzy bowiem żołnierze naj­pierw mi radzili, abym zawczasu wszystko sobie przy­gotował, jeśli nie chcę zależeć od cudzej łaski. Tak więc prócz skarbowego umundurowania, posprawiałem sobie wszystko od płóciennej torby na suchary do wiel­kich z długiemi cholewami butów juchtowych i tak by­łem przygotowany jakbym w każdej chwili miał wy­ruszyć do boju. Jakoż wszystko to jakby przewidzia­ne wnet mi się okazało potrzebnem. Dwóch tygodni nie przebyłem w pułku, gdy pomyślne wieści zmieni­ły się w najniepomyślniejsze. Tatarzy Andrejewskiego aułu z jakiemś szyderstwem zaczęli spoglądać na naszą fortecę; zuchwałość ich posuwała się niekie­dy do wysokiego stopnia. Na targi do Aułu żołnie­rze nie inaczej udawali się, jak w znacznej liczbie, z bronią nabitą i to chyba około południa, gdy mie­szkańcy byli już zbyt zajęci drobnostkowym handlem. Niebezpieczeństwo zagrażało utratą życia.

Raptem otrzymaliśmy rozkaz być w pogotowiu do wymarszu z całym garnizonem Wniezapnej, na któ­rego zastąpienie tegoż dnia nadeszły inne wojska. //22 Pzeczucia starych żołnierzy sprawdziły się, lecz je­szcze nie było wiadomem do jakiego stopnia. Trzeba było pośpieszać na pomoc głównemu oddziałowi i to jak można najprędzej.[XVII]

 

Szybko przeminęła noc na ostatecznych przygo­towaniach do marszu po otrzymaniu rozkazu. Pierw­szy brzask słońca zastał wojska w pogotowiu do wy­stąpienia. Niebawnie cały nasz oddział złożony z je­dnego batalionu piechoty i jednej bateryi polowej artyleryi; ruszył szybkim krokiem drogą ciągnącą się po pod górami do sąsiedniej forteczki Gerzel-Auł[35]. Z każdą godziną upał wzmagał się do niewytrzymania. Rosa poranna odświeżała z początku strudzone­go żołnierza, lecz później około południa, marsz stał się nader uciążliwym. Wprawny do podobnych tru­dów żołnierz kaukazki nie zwalniał kroku coraz szyb­ciej postępując, jednego tylko pragnął, aby jak naj­prędzej stanąć nad Iraktu, by saspokoić palące pra­gnienie i odświeżyć zapiekłe usta.

 

Przed wieczorem stanęliśmy w fortecy Gerzel- Auł spragnieni odpoczynku i nocnego wywczasowania się po dziennych trudach. Lecz nadzieja nas ominę­ła. Dano rozkaz, po orzeźwieniu się czarką wódki, złożywszy w tej fortecy cały żołnierski pakunek, ru­szać w dalszą padróż.

//23 Po krętej drożynie wiodącej w góry, kolumna nasza szybkim krokiem postępowała wśród wieczornej ciszy. Uroczy panował spokój w wojsku postępującom drogą pokrytą jakby sklepieniem, liściem gęsto ścielącym się na rozłożystych gałęziach olbrzymich czynarów czyli buków. Oprócz głuchego echa kro­ków jednomiarowych żołnierstwa, nic więcej słychać nie było, a rozciągnione szeroko z obu stron po nad drogą gałęzie odwiecznych czynarów, przeplecione gę­sto pnącemi się od dołu po krzakach leszczynowych dzikiego winogradu krzewami, stanowiąc po nad wązką drogą żywe sklepienia, powiększyły posępność i zmrok wązkiej dróżki, po urwiskach i przepaściach prowadzącej w głąb Eczkiryńskich[36] lasów. Księżyc kiedy niekiedy przedzierając się przez sklepienia cie­mnej zieleni, odbijał się na bagnetach żołnierzy po­ważnie, w cichości w bojowym porządku postępujących. Raptem przed nami rozesłała się niewielka dolina, jak nieprzebytym murem otoczona massą posępnych lasów; na niej tysiące ognisk i stłumiony gwar żołnierstwa obozem leżącego. Był to oddział nowo jak i my przy­były pod dowództwem gen. Frejtaga[37].

W południowej stronie po za lasem na horyzon­cie szeroko rozścielały się kłęby dymu czerwonobrunatnego koloru, lub wznosiły się ogromnemi massami. Grupy żołnierzy z ciekawością w te strony patrzą­cych, ukazywały sobie nawzajem te znaki, wyjaśnia­jąc przy tem gdzie główny nasz oddział rozłożony, a gdzie ma swoje stanowisko wojsko Szamila. Pieśń wieczorna z muzyką zgodnym chórem dała się słyszeć //24 z za lasów, nad któremi krwawych ogni potoki ciężką czarną massą się rozciągnęły. W naszym obozie po­budka wieczorna odbiła się także o niebios sklepienie. Żołnierz z pochyloną głową, kładąc ręką krzyż pański na piersi, żegnał ten dzień w pokorze polecając się woli Najwyższego. Nie jeden z nich nie długo nie będzie już może świadkiem podobnej chwili. Zagrzmia­ły działa na dobranoc i echo gromu odbijając się o la­sy i przyległe skały, z łoskotem rozlało na wszyst­kie strony swoje potoki. Chórem odśpiewany Ojcze nasz, zakończył zwykłą żołnierza modlitwę.

Nocna cisza objęła pogrążonych we śnie żołnie­rzy, przygasły ognie nie podsycane więcej czuwającą ręką; zimna powłoka zgęszczonych tumanów pokryła okolicę, przejmując do kości strudzonych dziennym upałem i marszem żołnierzy. Jeszcze kiedy niekiedy brzmiały w powietrzu odgłosy przeciągłych pieśni wy­znawców Koranu, lub dziki krzyk Tatarzyna wzywa­jącego swych współbraci. Nakoniec wszystko umil­kło twardym snem ujęte, i tylko głuchy szelest kro­ków szyldwacha po zroszonej trawie przypominał obecność istot żyjących.

Jeszcze pierwsze promienie słońca nie ozłociły czarnych wierzchołków skał sterczących po za lasami, jak pieśni Mułłów, budząc drzemiące w ciszy porannej żywioły wzywały wiernych do modlitwy i boju. Pierwszy huk dział podniósł wszystko co żyje na nogi. Krótka była lecz szczera poranna modlitwa żoł­nierza. Polecając się Bogu każdy z nas gotów był śmiało zajrzeć w oczy nieubłaganej śmierci. W szyku //25 bojowym za pierwszem hasłem kolumny poszły śmiało do bitwy. Nieprzyjaciel znacznie w mniejszej liczbie, kryjąc się za drzewami szybko przed nami ustępował, rażąc rossyjskich żołnierzy celnemi wystrzały. Okrzyk hura! ze wszyskich stron się wznoszący, zlewał się z hukiem dział i ręcznej broni ani na chwilę nieusta­jącej. Kłęby czarnego dymu wzbijając się pod obło­ki ukazywały miejsce płonących w pożarach aułów. Po drodze naszej wszystko, co żyło lub stanowiło schronienie istot żyjących, ulegało zniszczniu ogniem i mieczem. Ludność aułów, ocalając życie, jak mro­wie rozsypała się po ścieżkach wiodących w lasy i skały, zostawiając swój dobytek na pastwę zniszcze­nia. Ogień szerząc się po aułach i chłonąc dojrzałe na niwach zasiewy, szerokim, czarnym szlakiem zna­czył swą drogę.

Obecny namiestnik Kaukazu książę Worońcow, pragnąc swe imię, w 12 roku już głośne, pokryć nową chwałą bohatera Kaukazkiego, przedsięwziął tę wiel­ką wyprawę przeciw Szamila i podległych mu poko­leń. Z początkiem już wiosny tego roku t. j. 1845 z fortecy Temir-Chan-Szura[38] od strony Dagestanu[39] w kroczyły rossyjskie wojska w liczbie około 20,000 w kraj niepodległych mieszkańców gór. Dzielność Kaukazkiego żołnierza w boju z góralami uwieńczyła z początku pomyślnym skutkiem tę wyprawę. Kaukazkie wojska kierowane ręką doświadczonych jene­rałów, pokonywały przeszkody przez samą naturę wzniesione, przechodząc lasy, góry i przepaści, prze­nosząc zarazem upał nieznośny i mróz jakby wśród zi-//26 my. Gdy bowiem jedna połowa omdlewa od znoju w dolinach i wąwozach, inna marzła na górach, lub odmrażała nogi i uszy. Lecz żołnierz wszędzie stawił mężnie czoło nieprzyjacielowi, pierzchającemu w nieła­dzie ogromnemi masami. Szamil powolny stawiąc opór, zebrał liczne tłumy swego narodu, lecz w tak zwanych wilczych wrotach, wiodących wązką drożyną między ścianami skał niebotycznych, nie mógł powstrzymać silnego natarcia naszego żołnierza. Wojska rossyjskie zdo­bywszy wilcze wrota i zająwszy panujące nad niemi skaliste góry, wstępowały do ziemi narodów Andyi w tej właśnie chwili, kiedy Szamil zapaliwszy Andyjskie auły, zabierał z sobą mieszkańców, gotowych przyjąć nas spokojnie, bylesmy ich zostawili w pokoju, oszczę­dzając zebrane trudami płody ich każdodziennej pracy.

Na górach Andyjskich Szamil zebrawszy stosy kamieni, zuchwale nas oczekiwał. Książe Bariatyński[40] posłany naprzód z jednym bataljonem Kabardyńskiego pułku, cudów waleczności dokazywał, wyparł­szy Szamila z jego pozycyi i zająwszy najwyższe punkta, na których on mógłby nowe dla siebie obrać sta­nowiska.

Z Andyi wojska rossyjskie zstąpiły w lesiste doliny Wielkiej Czeczeni po drodze wiodącej do rezydencyi Szamila — Dargo, krasnym aułem zwanej. Szamil z garstką już tylko swoich Miurydów wyprze­dził nasze oddziały; zapalił auł, wywiózłszy naprzód wszystko co było można. Strudzony żołnierz marsza­mi, widząc pożary nieprzyjaciela, którego ścigał, ręką //27 szerzone niewiele dobrego nadal sobie rokował. Dargo, czyli raczej niedopalone szczątki jego było zajęte bez wystrzału, co już samo przez się nie miało powa­bu dla wojowniczego umysłu kaukazkiego żołnierza.

Na domiar niepomyślności w oddziale Rossyan, niedostatek żywności coraz mocniej uczuwać się dawał i stary żołnierz nim włożył suchar do gęby dobyty z torby płóciennej, naprzód kilka razy go tęskliwie do koła obejrzał. Posiano z Andyi silny oddział do Temir-Chan-Szury po żywność, po drodze niedawno przez wojska oddziału naszego zajętej. A że to dro­ga nie mała i trudności po niej do pokonania ogromne, więc żołnierz doświadczony dobrze obliczał się z sucha­rami, jakie jeszcze miał w torbie i z czasem jaki był potrzobny na przejście kolumny tam i na powrót. Aby dać żołnierzowi zajęcie dopóki posłana kolumna nie wróci do głównego oddziału, tudzież aby się zamasko­wać przed czujnością nieprzyjaciela, zaczęto w Dargo niby budować fortecę. Lecz doświadczony żołnierz znał dobrze swoje położenie i wiedział, że od wielu okoliczności, wśród nieprzyjaciół, gór i lasów ze wszy­stkich go stron otaczających, zależała pomyślność ekspedycyi, o której już powątpiewać zaczynał. Szamil z garstką miurydów na górze przyległej zajął stano­wiska i jak sęp chciwy zdobyczy, patrzył z wysoka na obóz rossyjski. W krótce znalazły się jego działa. Trzeba go było rugować z tej pozycyi. Wojsko w tym celu posłane nie doznało oporu, lecz wracając do obozu, na wierzchołkach góry Asztelu[41], spotkane było tysiącem celnych wystrzałów z gwintówek.

//28 Huk dział Szamilskich był hasłem do boju dla Czeczeńców. Odtąd massy tego narodu krążyły dniem i w nocy, czatując na niemylną zdobycz. Niepomy­ślna wieść o oddziale wysłanym po żywność, z niepe­wnych źródeł, bo od szpiegów tatarskich chociaż w se­krecie otrzymana, raptem przeraziła wojsko gotowe we wszystkiem widzieć więcej niż było w rzeczywi­stości. Niedługo czekano i na pewniejsze wiadomości Od oddziału zwanego ,,ekspedycyą sucharną,“ wysła­nego po żywność, wyprawiono do głównego obozu kil­ku ochotników z doniesieniami więcej niż niepomyślnemi. Jeden z nich junkier Dlitowski przebrany za tatara od innych szczęśliwszy dostał się do głównego oddziału z uwiadomieniem, że kolumna z żywnością atakowana od nieprzyjaciela w lasach zupełnie rozbi­ta i szczątki jej robią sobie szańce z ciał poległych współbraci oczekując sukursu od nas. Natychmiast wojsko było wysłane na pomoc. Żołnierze kabardyńskiego pułku ledwie bagnetami przetorowali sobie dro­gę do wskazanego kresu. Lecz jakiż im okropny przdstawił się widok!

Massy ciał zabitych wysokiemi stosy leżały po lesie, czyniąc z siebie szańce dla tych co przy życiu zostali. Cały obóz rozgrabiony, lub porozrzucany po drodze, żołnierze bez naczelników, którzy polegli w boju, lub oficerowie bez żołnierzy, wśród ogólnego zniszczenia szukali miejsc bezpieczniejszych od nie­przyjaciela. Inni korzystając z nieporządku grabili szczątki żywności i napoju porozrzucane w nieładzie po drodze, dopóki celny wystrzał gwintówki, kindżał[42] //29 lub szaszka[43] tatarska nie położyły końca ich niepewności. Bandy tatarskie po całym lesie rozsypane każdej chwili szerzyły mordy między złamanemi szeregami. Śmierć na każdym kroku porywała swoje ofiary. Z wysokości drzew, z za kamieni, pniów i wzgórz grad kul sypał się na tych, co jeszcze opór stawiali. Tu poległ mężny generał Pasek[44], ozdoba Kaukazkiego wojska, liczący w rodowodzie między przodkami Pa­ska, autora Pamiętników. Tu wielu innych jego wspóltowarzyszów wiecznym snem spoczęło. Umie­rającym i ciężko rannym nie było komu podać pomocy i ten tylko z nich ocalał, kto własną siłą mógł jeszcze życie sobie ratować — inni zostali na placu boju. Nie było czasu, ani możności podać pomocy ranionym, lub zabrać choć w części żywność potrzebną; wszystko przepadło, ciągnąc innych wiele dla ekspedycyi niepomyślności. Do pogranicznych fortec naszych chociaż było niezbyt daleko, lecz droga przez góry obfita w la­sy była nader niebezpieczną. Odstąpienie przez góry drogą, po której szły tu oddziały, byłoby jeszcze trud­niejsze. Nieprzyjaciel w tej stronie na łupy w ekspe­dycyi sucharnej zebrany i świetnym powodzeniem ośmielony, zuchwale strzegł poruszenia wojsk naszych. Trzeba więc było nie tracąc czasu pierwszą drogę wy­bierać. Cicho, ostrożnie wojska nasze opuściły tak wielosłynne Dargo. Lecz nieprzyjaciel na wszystko czujny, natychmiast okrążył nasz oddział. Trzeba było pokonać wszystkie przeszkody, a przedewszystkiem głód straszliwie niszczący naszą armię. Wszel­kie zapasy wojenne i ciężar obozowy stały się zdoby­-//30 czą nieprzyjaciela. Żołnierz równie jak oficer om­dlewał z głodu i pragnienia.

Droga szła nad rzeką Aktasz i oddział niekiedy się do niej przybliżał, lecz każda kropla wody zdoby­ta, życiem żołnierzy się opłacała.

Wiele cierpień, trudów i głodu przenieśliśmy wszyscy w tej ekspedycyi. Życie Worońcowa nieje­dnokrotnie wystawione było na niebezpieczeństwo. Jego wyniosły wzrost stał się znajomym dla Tatarów. Ocalenie swe żołnierzom jedynie kabardyńskiego i kuryńskiego pułku był winien. Mężne to wojsko, trzy­mając ciągle straż przy nim, na własnych ramionach wynosiło go z pośród niebezpieczeństw, czyniąc wciąż ofiarę dla niego z swej liczby.

Nowy nasz oddział pod dowództwem generała Erejtaga[45] przybyły na pomoc głównemu oddziałowi, szybko postępując naprzód wśród nieprzyjaciół, około południa spotkał pierwsze awangardne szeregi „Woroncowców", jak ich żołnierze zwali. Okrzyk radości wzniósł się nad wojskiem upadającem pod ciężarem nieszczęść doznanych. Lecz czynnie podzielać takie uczucia nie było czasu. Tatarzy nalegając na osła­bionych żołnierzy, szerzyli mordy w ich szeregach. Odbijając ciągłe natarcia, zemdlony żołnierz bagne­tem tylko się bronił, gdyż ładownica jego równie jak torba w której suchary nosił, od kilku dni już była próżną.

Obejmując miejscowości przez strudzone wojska Worońcowa zajmowane, byliśmy świadkami okropnych widoków. Tu leżą nagie ciała świeżo ubitych trupów; //31 tam konający prosi pomocy, a tatarzyn jak sęp obdzie­ra z niego odzież; owdzie zemdleni trudem żołnierze ciągną się zwolna w kolumnie, nie myśląc bronić ży­cia własnego. Tu na stronie naszej okrzyk radości zwycięztwa i podanej pomocy potrzebującym, tam wrzask dziki tatarów gwałtownie na nas nacierają­cych i ich zaciekłość trudna do opisania.

Nakoniec noc ciszą swoją wszystko pokryła. Strudzona dzienną swą pracą natura w cichości no­cnej spoczęła. Wielkość uroczej chwili, majestatyczność potęgi Stwórcy głębokiem uczuciem napełnia­jąca serce, w całej potędze teraz tu się nam przedsta­wiła. Znikomość życia ludzkiego, marne zabiegi, tru­dy, starania, te ciągłe mordy wzajemne, jakże nizkiemi są wobec wieczności, która tak majestatycznie w dziełach Stwórcy nam się objawia. W takich to uro­czych chwilach, wobec tego poważnego obrazu uśpio­nej natury w całej jej okazałości, człowiek co się mieni jej kwiatem, unosząc się duszą ponad nią, uczuwa całą nicość marnych swych zabiegów. Wspania­łą i uroczą ciszę nocy przerywały tylko jęki umiera­jących, a dzikie krzyki tatarów otaczających nasz obóz, złowieszczem echem odbijały się w sercach żoł­nierzy zdwajających swą baczność na czatach.

Dnia następnego pod wieczór cały nasz oddział przybył nareszcie do fortecy Gerzel-Auł. Trzeba by­ło widzieć radość powszechną tych, co już stracili na­dzieję takiego szczęścia, aby pojąć uczucia, jakie ich wtedy przejmowały. Tysiące ognisk w około fortecy, płomieniem swoim rzucały łunę na niebiosa, a grupy //32 żołnierstwa uzbrojonego na teraz łyżkami, około swo­ich kociołków, chciwie posilały się strawą, od której dawno odwykły. Ranionym, chorym stosowna pomoc podana, kojąc ciężkie ich cierpienia, żywiąc nadzieją powrotu zdrowia i siły. Książęta, grafowie, inna uro­dzeniem znakomita młodzież, powabem chwały i na­gród częstokroć niezasłużonych, do tej wyprawy zwa­biona, wyniósłszy z niej smutne tylko wspomnienia trudów i cierpień, pośpiesznie opuszczała nasze szere­gi, uwożąc z sobą chwałę w salony i szerząc tam dla siebie podziwienie, jakiego niewinnie stali się przed­miotem.

Dalszy tryb naszego życia żołnierskiego po tru­dach tej expedycyi szedł zwykłą koleją. Zwyczajna praca nasza w fortecach była uprawa ogrodów warzy­wnych, ciągłe wycieczki po furaże, tak dla pułku jako i mieszkańców tam znajdujących się, sianokosy dla zaopatrzenia się w siano na zimę, okazye, czyli kon­wojowanie do lasu po drzewo, tudzież okazye dla utrzymania komunikacyi pomiędzy fortecami, ciągłe trwogi czyli alarmy i upędzanie się za Tatarami czy­niącymi wycieczki na trzody podwładnych nam mie­szkańców.

Z batalionem, do którego byłem zaliczony na służbę, znajdowałem się w fortecy „Taszkiczu“ nad rzeką Aktasz. Po tamtej stronie rzeki znajdował się tatarski auł Taszkiczu także zwany, liczący kilka ty­sięcy mieszkańców. Zamieszkały on był oddawna przez Kumyków, a w części przez Czeczeńców, naród //33 nam sąsiedni zostający naówczas po większej części pod władzą Szamila. Miast u ludów tamtejszych wca­le niema; lecz wsie ich zwane aułami bywają bardzo wielkie, zawsze nieczyste, brudne, smrodliwe, chociaż każdy dom oddzielnie, zawsze jest czysty, akuratnie zbudowany i wybielony. Domki te tatarskie budowa­ne są zwykle z tak zwanego „kirpiczu“, czyli cegły niepalonej. Jest to połączenie gliny, piasku i utar­tej na sieczkę słomy; co wszystko suszy się tylko na słońcu i jest dosyć trwałe, zwłaszcza jeśli taka budo­wla będzie otynkowana gliną z piaskiem i krowim na­wozem.

Ulice w aułach zwykle wązkie, rozmaicie pokrzy­wione i pozawalane różnego rodzaju nieczystościami. Na wiosnę i w jesieni niema podobieństwa przejazdu środkiem takiego aułu. Wtenczas chłopaki chodzą zwykle na wysokich szczudłach, w czem są bardzo wydoskonaleni. Starsi jeżdżą konno, lub „arbami“, do których wprzęgają po parę wołów. Arba jest to gatunek wozu o dwóch bardzo wysokich kołach; oś arby umieszczona po samym środku dla równowagi, u osady dość gruba, po końcach zaś bardzo cienka.

Piasty kół odpowiednio osiom wydrążenie we­wnętrzne mają stożkowate. Takie osie nie smarują się nigdy, przez co skrzypią niemiłosiernie, szczególniej pod ciężarami. Arby podobne są dosyć ładowne i do przewożenia ciężarów zwłaszcza po złych drogach kaukazkich bardzo dogodne.

//34 Podwórza około domów czyli sakiel zwykle są zawsze czysto w każdej porze roku uprzątnięte, rów­nie jak wnętrza pomieszkań. Sakle nie mają w sobie pokojów połączonych wewnętrznemi wchodami, lecz drzwi oddzielne z zewnątrz do każdej prowadzą izby i pod ogólny wychodzą ganek. Zwykle są wązkie lecz długie. Front każdej sakli ozdobiony gankiem przez całą jej długość. Okna małe zamykające się deskami nakształt okienic; zamiast szyb opatrzone pa­pierem stłuszczonym, lub błonami zwierzęcemi. Da­chy płaskie z ziemi sypane i uklepane, nieco spadziste na stronę przeciwną frontowej, aby przed gankiem błota nie było.

Powierzchowność mieszkańców, wcale nie odzna­cza się szczególną czystością i ochędóstwem. Nie­chlujstwo nawet rażące. Zwykła odzież mężczyzny: popacha, czyli ciepła barania czapka zimą i latem, z młodych powiększej części baranków, ze spiczastym sukiennym wierzchem, czerkieska[46] z patronami dla kul i prochu po obu stronach piersi, pod spodem beszmet[47] i koszula wypuszczona na szarawary; wązki rzemien­ny pasek mocno ściskający biodra, na nim kindżał przy boku. Za obuwie służą safianowe czewiaki bez podeszwy osobnej, a drugie innego koloru zastępują miejsce szkarpetek, krojem których są szyte. Resztę stroju stanowią pistolety, szaszka, gwintówka; rów­nież koń dzielny i siodło na nim obszyte dokoła srebr­nym galonem, jakowym się także czerkieska i beszmet zwykły obszywać.

//35 Strój kobiet nie mniej szczególny. Chustka wełniana lub jedwabna, z niechcenia zarzucona na głowę lub zawiązana około szyi, zwłaszcza podczas zimna. Baszmet jedwabny lub perkalowy na piersiach długiemi srebrnemi klamrami spinany. Szyja ozdo­biona drobną srebrną monetą nawleczoną na nitkę i opadającą na piersi. Koszula kolorowa, jedwabna lub perkalikowa szeroka, długa, z długiemi i szerokiemi rękawami. Szarawarki do ziemi około kostek ścią­gane. Czewiaki z safianu bez osobnych podeszew szyte krojem szkarpetek i drugie nakształt trzewików z ostremi noskami i nareszcie trzewików na wyso­kich cienkich obcasach z zadartemi do góry i ostremi noskami. Ubiór panien i mężatek jednakowy. Dla ozdoby jeszcze noszą kolczyki srebrne w kształcie du­żych płaskich kółek; na palcach także szebrne pier­ścionki prostej i grubej roboty.

Na przychylność górali do rządu, najmniej liczyć można; zawsze nienawistnem okiem patrzą na wojsko rossyjskie i wszędzie gdzie mogą szkodzą im i okazują nienawiść. Nic się nie skryje przed ich bystrem okiem, a mając stosunki z niepodległymi góralami, wyjawiają tym ostatnim każde wojska poruszenie i zamiar. Rzadko Tatarzyn dotrzymuje Rossyaninowi osobistej przyjaźni i najbardziej się przyjaźniący czy­ni to dla jakiejś korzyści i z wyrachowania. Zawsze gotów zabić przyjaciela, lub zaprzedać go w góry przy wydarzonej okoliczności, zwłaszcza jeśli mu odpowie­dzialność za to nie grozi. Chciwość srebra tak powszechna u narodów wschodnich, tu jest panującą //36 namiętnością. Ona też nam dostarczała na zawołanie szpiegów. Żaden krok Szamila nie był dla nas ukry­ty. Za zapłatę Tatarzyn prowadził nasze wojska na auły swoich współbraci i nie cierpiał wyrzutów su­mienia gdy ci ginęli od miecza, lub w płomieniach swoich pomieszkań.

Oto są główne cechy ludu, z którym Rossyą tak długą stacza tu walkę. Przytem wszystkiem jest to na­ród pod pewnym względem dzielny; naturalny jego rozsądek wielki. Przywiązanie jego do kraju i sta­rych swoich zwyczajów i narodowości nieograniczone. W stosunkach z Rossyanami nic od nich nie przejął, prócz tego co mu widoczną i dotykalną przedstawiało korzyść. Nawet oświata europejska wcale na niego nie działa, gdyż praktycznej dla siebie korzyści żad­nej z niej nie widzi. Podziwia niekiedy sztuki i kunszta, ale przyjąć je u siebie najmniejszej nie okazuje chęci. Wyroby ich rękodzielnicze nader ograniczone. Broń tylko sieczna i palna odznacza się swemi przy­miotami. Lecz fabryk na większą skale żadnych nie mają. Uprawa roli głównym jest ich przemysłem, Uprawiają w znacznej ilości roślinę farbierską — ma­rzannę. Handel ich ograniczony. Skóry, ziarno chlebowe, jaja, masło, miód a raczej powidła z wino­gron, ryż i inne rzeczy są przedmiotem drobnego ich handlu. Płócien nie wyrabiają, sukno proste jest rąk ich jedynym wyrobem; wszystkie inne tkaniny otrzy­mują z Persyi za pośrednictwem kupców rossyjskich, mianowicie Ormian przez Astrachań, Stauropol, Mozdok i Kizlar[48].

//37 Nad poznaniem otaczającej mnie społeczności i zupełnie nowych dla mnie obyczajów, dosyć znośnie spędziłem pierwsze miesiące w tej fortecy, poświęca­jąc nadto cały prawie swój czas na oswojenie się z obowiązkami służby wojskowej. Niewielkie przy fortecy przedmieście mieściło w sobie kilkadziesiątków lepianek żonatych żołnierzy stale tu zamieszku­jących, a liczących cię w konsystującym bataljonie. Nadto lubo nieliczne towarzystwo oficerów, lecz dość było dobrane; a to wszystko czyniło życie tutejsze mniej uciążliwem. W późnej jesieni dla urozmaicenia tej jednostajności w życiu urządzano amatorski teatr, aktorami którego byli junkrowie i młodsi z pomiędzy oficerów, występujący tak w męzkich jako i żeń­skich rolach. Tak to odpędzaliśmy od siebie nudy wszystkim nam dokuczające. Do żadnej wyprawy, jakie zwykle w zimowej porze bywają tu przedsiębra­ne, na ten raz nie mieliśmy należeć i całą zimę w forteczce zamknięci przebyć musieliśmy prawie bezczyn­nie. Raz tylko jeden uczyniliśmy wycieczkę na po­graniczne auły i tym się nasze działania na teraz ogra­niczały.

Dopiero z wiosną (1843 r.) otworzyło się nowe dla nas życie, którego treścią były ciągłe trwogi i  niepokoje. Szamil przedsięwziął nowe i niezwyczajne jakieś ruchy, a zuchwałe partye górali wdzierały się bezustanku w nasze linje. Nakoniec nadeszły wieści o wielkich siłach Szamila będących w pogotowiu do jakiegoś przedsięwzięcia. Podwojom została ba­czność w fortecach, a żołnierz czekał tylko rozkazu //38 do wymarszu. Podwładne auły groziły nieposłuszeń­stwem i w ogólności położenie rzeczy na całem lewem skrzydle stawało sie coraz trudniejszem. Niepewność i obawę zastąpiła wkrótce rzeczywistość, wypadkiem której mogły być najniepomyślniejsze dla Kaukazu skutki. Szamil z ogromną masą sił swoich wyruszył z Wielkiej Czeczeni[49], przeszedłszy w górach rzekę Argun[50], wkroczył do Malej Czeczeni, a otwarcie idąc między fortecami Wozdwiźeńskiem i Groźną, mijał inne nasze forteczki, z których wysłane wojska nie śmiały mu tamować drogi. Przeszedł rzekę Terek i już po starej naszej linii swój marsz odbywał, cią­gnąc do Kabardy, narodu nader dzielnego od kilku­dziesięciu lat podwładnego Rossyi. Zamiarem tak śmiałej Szamila wycieczki było połączenie się w Kabardzie — z pokoleniami prawego skrzydła, a potem ogólne działanie przeciw naszej linii poczynając od Stauropola. Szczęściem mieszkańcy gór prawego skrzydła, niewiadomo dla jakiej przyczyny nie stanę­ły zbrojnie na umówionem miejscu. Kabardyńcy nie polegając na sile jednego Szamila także mu odmówili swej pomocy, i opuszczony od sprzymierzeńców, mu­siał napowrót odstąpić. Trzysta wiorst przeszło ści­gany przez rossyjskie siły, potrafił jednak ujść niebez­pieczeństwa, szczęśliwie wróciwszy w swoje granice. Tem się skończyła wielka wyprawa wiosenna Szamila, która mogła od razu zniweczyć owoce tyloletnich tru­dów rossyjskiego wojska.[XVIII]

//39 Nie oswoiwszy się jeszcze z klimatem Kaukazkim, przy trudach dla mnie dotąd nieznanych uległem nieco na zdrowiu. Raptowne przejścia od upałów do zimna a następnie od zimna do upałów, szkodliwe na mnie wywarły skutki. W marcu po kilku dniach go­rąca prawie lipcowego, zimno i śnieg raptem nastąpiły. Taka nagła zmiana temperatury sprowadziła straszliwe febry a blask od śniegu zrodził pospolitą tu chorobę oczu. Jedna i druga słabość razem na mnie uderzyły. Ciężko przez parę miesięcy cierpiąc na oczy przeleżałem w szpitalu miejscowym, a przy wzrastających upałach oznaki szkorbutu silnie zaczę­ły się we mnie rozwijać. Przeciwne sobie choroby zapalenie oczu i szkorbut, wymagały przeciwnych środków leczenia. Aby jedno z drugim pogodzić zale­cono mi przechadzki po świeżem powietrzu i po rosie.

Pod samą fortecą ciągnęły się warzywne ogrody naszej załogi opasane dla bezpieczeństwa fosą. //40 Na około tych ogrodów rano i w wieczór używa­łem zwykle przechadzki na świeżem powietrzu, aby tym sposobem ustrzedz się od wpływu szkodliwego słonecznego światła na moje oczy. Ale przez to na­raziłem się na niebezpieczeństwo, którego wkrótce padłem ofiarą. Tatarzy naszego aułu, widząc mnie każdodziennie samego przechadzającego się dosyć odle­gle po za fortecą, podsunęli myśl znajomym swoim współziomkom w górach skorzystania z mej nieoględności. Ci wypatrzywszy dogodną porę. podkradli się ku mnie z nienacka i wzięli mnie do niewoli. Nie potrafię opisać tu mojego zadziwienia, gdy przecho­dząc w około ogrodu po zwykłej mej drodze, nagle uj­rzałem dwóch obszarpańców, którzy z gołemi kindżałami przyskoczywszy do mnie, zagrozili mi śmiercią, gdy będę czynił im opór[XIX]. W jednej chwili skry­li się ze mną do fosy, skąd nas nikt już z fortecy dstrzedz nie mógł. A gdy promienie słońca za góra­mi znikać zaczęły i mgły gęste rozpostarły się po nad doliną, związawszy mi ręce rzemieniem, powlekli mnie za sobą po drodze w góry wiodącej.

Ile przecierpiałem w tej nieszczęśliwej mojej po­dróży, trudno mi dzisiaj to opowiedzieć. Płaszczyzna //41 Kumykska, na której po fortecach nasze wojska konsystowały, leży między rzekami Suudżą[51], Terekiem i Sułakiem[52] do Kaspijskiego morza po złączenia się wpadającemi, od południowej strony zaś zamknięta pasmem gór Kaukazkich. Od fortecy Taskiczu do podnóża gór będzie wiorst przeszło dwadzieścia. Tę przestrzeń w ciągu nocy, po błotach, krzakach i wy­sokiej trawie, osłabiony długą chorobą, musiałem prze­być prawie bez odpoczynku i tylko śród gór wszedłszy w głąb lasów, moi przewodnicy chwilkę odpoczęli.

Przed pierwszym brzaskiem jutrzenki z gór zstą­piliśmy na dolinę i stanęli nad rzeką głębokim jarem płynącą zwaną Miczyk[53], z której poczerpnąwszy w dło­nie cokolwiek wody, odświeżyłem spalone usta i skro­piłem bolące mnie oczy. Znowu wszedłszy na góry, podziwiałem wspaniały widok doliny, wieńcem lesi­stych gór zewsząd otoczonej. Liczne auły, wśród cienistych leszczynowych gajów i żyznych niw tu się ścielących, pstrzyły się po całej przestrzeni białością swoich kominów kształtu kasków ułańskich.

Wielka Czeczenia, do której przeciwny los mój mnie zawiódł, jest najpiękniejszą krainą wśród gór Kaukazkich. Na wschód graniczy z Sałatawią[54], niedostę­pną z powodu nader lesistych gór i wąwozów. Las Eczkiryńaki znaczący potatarsku „Koziołki“ pamiętny jest dla rossyan klęską tu przez nich poniesioną w r. 1842, gdy Naib Szamila, „Szuaib-Mułła“[55] rozbił do szczętu oddział Rossyan podstępem przewodnika tu wprowadzony. Na południe góry przedandyjskie od­dzielają Czeczenię od gór Taulii (czyli górzystej czę-//42 ści). Z zachodniej strony rzeka Argun odgranicza Wielką, Czeczenią od Małej. Od północy zaś ciągnie się Kumykska płaszczyzna oddzielona tylko pasmem gór Kaczkałykowskich[56].

Długość całej tej doliny wraz z górzystą jej czę­ścią ma do 60 wiorst, szerokość zaś w różnych miej­scach jest rozmaita, nie przechodzi wszakże 40 wiorst, Rzeka Miczyk od południowo wschodniej strony gór do Czeczeni wpływająca, płynąc na zachód ku Terekowi, nader głębokim i urwistym korytem, pod Kaczkałykowskim pasmem gór lesistych, oddzielających Czeczenią od Kumyków była silną przeszkodą do attakowania z tej strony Czeczeńców. Inne rzeki przery­wające tę płaszczyznę są: Gansau[57], Gumsu[58], Dżałka[59], Gudermes[60] i pomniejsza zwana Szawdony[61]. Nadzwy­czajna żyzność tej ziemi, obfitość lasów, wód i past­wisk, stanowią prawdziwe szczęście mieszkańców. Obszerne niwy, zdrowe umiarkowane, powietrze i malowniczość natury są powaby, dla których, prócz innych realnych dogodności życia, mieszkańcy zamiło­wali tak bardzo siedziby w tej stronie.

Mała Czeczenia jest niejako dalszym cięgiem Wielkiej Czeczeni, oddzielona ze wschodu od tej ostat­niej rzeką Argunem. Na południe ma też same góry; na północ rzekę Sundżę, a na zachód Gołaszki[62], ziemię do narodu Kabardyńców należącą. Jest tak samo piękna, obfita w wody, łąki i lasy, z tą samą żyzno­ścią gruntu, jak pierwsza. W obecnym czasie, obie Czeczenie spustoszone przez nasze wyprawy. Ludność //43 w części się poddała, w części wysiedliła się w góry w mniej dostępne miejsca.

Czeczeńcy uważają, się za naród szlachetny, dzie­lą się, czyli raczej ród swój wyprowadzają ze szla­chetnych szczepów swych przodków, i lubo nie mają żadnych piśmiennych dowodów, lecz z ustnych podań, gorliwie w narodzie pielęgnowanych wiedzą dobrze, kto z jakiej szlachetnej familii, czyli „tajpy“, ród swój wyprowadza. Szacunek pochodzenia swego tak wielce tu jest ceniony, że najbiedniejszy Czeczeniec nie wyda za mąż swej córki, ani sam się ożeni choćby z najbogatszą, jeżeli ta nie jest ze szlachetnej jakiej tajpy czeczeńskiej, lub jeśli jej tajpa splamiła się nie­szlachetnym jakim czynem, albo tylko wejściem w związki z innym rodem nie mającym tajpy.

Czeczeńca charakter, lekki i wesoły, jak wiosen­ny poranek tej malowniczej strony, w której się uro­dził. Mając dosyć chleba bez wielkich trudów zebra­nego, nie dba o jutro, kiedy dziś mu jest dobrze. Ży­wiołem jego swoboda, mozolnej pracy i wszystkiego, coby mogło wolę jego krępować, nie cierpi. Władzę Szamila, równie jak i rząd Rosyi niechętnie nad sobą uznaje. Zarówno nie cierpi Rossyan, jak i innych gó­rali krwi nie czeczeńskiej. Kabardyńców jednych uważa za swych współbraci i nie pogardza nimi. Wzrost jego wzniosły, cienki, wysmukły, kibić kształ­tna, sprężysta i gibka, twarz sucha, ściągła, nos orli, oko czarne, lub czarnopiwne, bystre jak błyskawica i przenikliwe. Czeczeniec twierdzi, że rozum jego jest w oku. Chciwy rabunków i wojowniczej chwały, //44 gwałtowne, lecz skryte czyni napady. Czeczeniec, sławny szermierz z nieprzyjacielem, zręczny, uprzej­my ze swoimi, swobodny w gronie współbraci „bors“ (wilk) się nazywa. Czeczenkę zaś piękną, kształtną, żywą, wesołą, „dżud“ (suka) zowią. Takie indywidua powszechny w pokoleniu entuzyazm wzbudzają.

Gościnność Czeczeńca wielka, lecz na przyjaźń jego liczyć nie można. Zabić człowieka dla interesu nie wiele znaczy. Chciwy błyskotek, pieniędzy, pię­knej broni i dzielnego konia, gotów wszystko to odjąć przyjacielowi, kiedy sposobność będzie po temu. Zem­sta tylko za krew (kanty) wstrzymuje ten naród od grabieży i rozbojów. Raptowny w swym charakte­rze, w pierwszej chwili na wszystko gotów. Mści­wość w nim okrutna. Czeczeniec hańby nigdy nie zniesie — i chociaż czasy upłyną, on zemsty swej do­kona. Ale to samo właśnie wstrzymuje każdego od nieporozumień i zwaśnień. Ojciec w gronie rodziny poważny i rozsądny. Żonę swą kocha, szanuje, dosyć jest nawet pobłażającym w mniejszych okoliczno­ściach, lecz zawsze panem swej woli. Szacunek dla kobiet u nich powszechny. Młodzieniec nie ośmieli się skrzywdzić dziewczyny nawet słówkiem dwuznacznem, w czyjejkolwiek przytomności, bo natychmiast spotka go nieochybna od brata lub krewnego kara. W żartach ostrożny i przyzwoity, chociaż powszechna wesołość wszystkich będzie udziałem. Młodzieniec nie ośmieli się dziewczyny ująć za rękę, lub ukrad­kiem zerwać całus, albo uściśnienie.

//45 Ubiór Czeczeńca wspólny z innymi góralami naj­więcej jednak zbliżony do stroju Kabardyńców. Ob­szerne czerkieski z długiemi rzędami po obu stronach piersi ładunków z ukosa na dół do bioder spadających, z sukna własnego wyrobu, częstokroć z rozmaitemi łatami, których liczba każdodziennie się zwiększa. Rękawy czerkieski dosyć szerokie, u „kurdyszów“ czyli elegantów odwinięte za łokcie, i chociaż czasem strzępiaste i podarte, nie przeszkadza to jednak elegancyi. Beszmet czyli kaftan pod czerkieską noszo­ny bywa z jedwabnej materyi czerwonego zwykle ko­loru, lub różnokolorowy z perkalu. Szarawary z płó­tna granatowego koloru, zwężające się ku kostkom. Koszula z wierzchu na szarawarach. Popacha czyli czapka barania oryginalnie załamana na wygolonej głowie. Czewiaki podwójne, i nogawice czyli kama­sze sukienne. Szaszka w srebrze, pistolety, kindżał, gwintówka — główne ozdoby Czeczeńca, nadto dziel­ny koń szybkonogi, burka i baszłyk, czyli kaptur od deszczu.

Czeczeńskie dziewczęta są nader zręczne, wy­smukłe, wysokie i strojne, jak kotki zwinne, wesołe i niekiedy bardzo piękne. Bardziej ogniste, niż łago­dne i tkliwe. Kochają wiernie, gdyż zdrada serc ich jeszcze nie zepsuła. Zwykły ich strój, długa koloro­wa koszula, czerwona, żółta, lub biała, z szerokiemi długiemi rękawami. Na plecach i ramięczkach zaw­sze innego koloru. Szarawarki stosowne do koloru koszuli, białe, żółte lub czerwone, około kostek ścią­gane w fałdki. Beszmet obchwytujący kibić z klanu //46 rami srebrnemi. Chustka z kokieteryą na głowę za­rzucona. Włosy w drobne warkoczyki splecione. Lecz Czeczenki, równie jak wszystkie góralki nie zna­ją się na tej ozdobie płci swojej i zupełnie je noszą w nieładzie. Młoda Czeczenka bez beszmetu, w jed­nej kuszuli zręcznie z boków za szarawarki zetkniętej z miedzianym dzbanem na głowie podtrzymywanym jedną ręką, w tenczas gdy drugą kształtnie ujmie się pod boki, może rywalizować z idealną pięknością na­szych kobiet tak biegłych w sztuce przypodobania się i zawsze będzie pewną wygranej. Zwykle dojrzewa­ją zbyt wcześnie i po piętnastu latach prawnie wstę­pować mogą w związki małżeńskie. Dożywają lat sędziwych, otoczone licznem potomstwem nie znają niemocy i chorób dręczących nasze kobiety.

Ochędóstwo i czystość jest wyłącznie cechą ich pomieszkań i do zamożności zastosowaną. Chaty z chrustu i gliny lepione uprzątnione i wybielone. Piece im nieznane, zastępują je kominki kształtu ta­kiego jak po naszych staropolskich dworach. Trzon prawie równo z ziemią uklepany. Ogień kominkowy nigdy nie przygasa, szczególniej porą zimową; stąd zawsze powietrze świeże i zdrowe. Chaty takie bu­dowane na prędce, dla letniej tylko wygody. Utrata ich nie wiele im przynosi szkody.

Dzieci wychowywują zgodnie z naturą, dozwala­jąc im do kilku lat biegać zupełnie nago. Swobody ich niczem nie krępują. Matka chłopaka palcem ani trąci, aby mu przez to nic zaszczepić pogardzanej lę-//47 kliwości. Lecz swawola dzieci nie występuje z gra­nic przyzwoitości.

Czeczeniec najbiedniejszy równie jak najzamoż­niejszy jednakowo jest dumny i wielce swą godność ceni. Czoła nie zegnie przed nikim, choćby miał z głodu umierać, jeżeli własnym razumem radzić sobie nie umie. Dla starszych wiekiem wielkie ma uszano­wanie. Młodzieniec przy starszych nigdy nie usiędzie, dopóki ci go nie poproszą o to. Gospodarz przyj­mujący gości pierwszy sam nic nie weźmie, ani wody nawet nie wypije, dopóki innych nie uczęstuje. Cze­czeńcy w ogóle trudnią się uprawą roli, chowem by­dła i owiec. Robią też wyprawy na rossyjskie grani­ce, ile razy w tem upatrują korzyść. W boju są śmiali, a w lasach niezwyciężeni. W polu otwartem rzuca się góral na największy ogień, jeśli ma konia, któremu może zaufać. Zboża nie wiele uprawiają ga­tunków. Pszenica, proso, kukurydza „ażgiż“ zwana są zwykłem ich zasiewem. Pieką chleb kwaśny w po­piele lub piecach urządzonych stosownie do tego pod gankiem sakli. W tychże piecach suszą kukurydzę do mielenia. Mąkę mielą w młynach wodnych, lub w ręcznych żarnach. Lecz do tych udają się tylko w koniecznej potrzebie, gdy rzeki i strumienie poza­marzają. Zwykłym ich pokarmem chleb zwany „czurek“ z mąki pszenicznej, lub z kukurydzy; kluski psze­niczne zaprawione mlekiem, lub tłustością z baraniego ogona zwaną „kurdiuk“. Dla gościa stawiają świeży pszeniczny czurek z jajecznicą, twarogiem i świeżo //48 gotowaną baraniną, lub chinkały czyli duże z kuku­rydzy kluski nakształt małorosayjskich gałuszek.

Potrawy mięsne przygotowują się z mocnemi aromatycznemi przyprawami i słono. Polewkę z klu­sek jedzą łyżkami, inne zaś potrawy biorą w palce, krając poprzednio na równe dla wszystkich części nie wyłączając nawet dzieci. Kobiety za ogólnym sto­łem przy gościach nie siedzą i zadowalniają się tem co im od stołu mężczyzn pozostanie. Kobiece zatru­dnienia ograniczają się chodzeniem około domowego gospodarstwa, pielenie w ogrodzie i polu, tkają proste sukna i wązkie tasiemki do obszywania ubiorów szy­ją. Koszule noszą zwykle z bawełnianej tkaniny gru­zińskiej, „biaż“ zwanej, lub też z perkalików, które od Rossyan drogą handlu lub przemycaniem otrzymu­ją. Pieniądze kursują tylko srebrne rossyjskie. In­nej monety nie znają. Handel odbywa się zamianą jednych przedmiotów na drugie i tą drogą zaspokajają nader ograniczone swoje potrzeby.

Ponieważ jeszcze raz wypadnie mi mówić o tym narodzie, powracam więc do rzeczy. Najbliższy za rzeką Miczyk — auł jest „Ordeli“[63]. Weszliśmy tu jeszcze nocą, żywej duszy nie spotkawszy; tak wszystko we śnie było pogrążone. Dziwną mi wydała się podo­bna nieostrożność mieszkańców tuż pod bokiem swoich nieprzyjaciół zamieszkujących. Auł był wielki, cisza powszechna i tylko gdzieś w dali echo doniosło do mnie głos muezzina wzywającego z minaretu wier­nych proroka na modlitwę.

//49 Wprowadzono mię do jednej sakli, gdzie znużo­nemu długą i męczącą drogą, pozwolono wypocząć i snem się orzeźwić. Obaj moi towarzysze wyszli z sakli, zostawiwszy jakieś zlecenie starej czerkiesce, która zwinięta w kłębek siedziała w kącie sakli, w brudnej koszuli, z zakrzywionym jak haczyk, lub raczej jak dziób jastrzębi nosem, z pofałdowaną, su­chą, żółtawą twarzą, ocienioną siwemi kłakami wło­sów z pod brudnej szmaty sterczących. Wzrok ja­strzębich oczu we mnie wlepiła, jakby w kościstych suchych rękach nieco do góry wzniesionych, chciała mnie unieść przez komin na łysą górę. Cały jej obraz dziwnie mi przypominał jedną z tych czarownic, o ja­kich często w bajkach słyszałem niegdyś, a zarazem przypomniał okropną rzeczywistość, wśród jakiej się znajdowałem.

Za pierwszym znakiem mego przebudzenia się stara wydała jakieś chrapliwe tony jak świerszcz w popiele, gdy na żarzący węgiel natrafił. Niebawem pojawili się inni tej sakli domownicy i to w tak wiel­kiej liczbie, że dla mnie prawie miejsca już tam nie było. Nie mogłem wszystkim dobrze się przyjrzeć, gdyż inny przedmiot zajął moją uwagę, a mianowicie okowy które mi wbijano na nogi. Ze wszystkich stron zaczęto mnie oglądać, jak stary gałgan, chcąc się prze­konać, czy będzie jeszcze na co przydatny. Cieka­wość ta wszystkich wielce mnie zajmowała; dzieciaki zupełnie nagie i zasmolone pod sam nos mi podłaziły, oglądając mnie jakby bardzo wielką osobliwość. Po-//50 dano mi suchy kawał czureka, jakby chcąc doświadczyć czy mam dość mocne zęby, gdyż chleb ten nakształt ka­wałka mosiądzu błyszczał w odłamie. Nie chciałem okazać siły moich zębów; stara zatem sycząc jak sza­tan w gorącej smole dała mi czarkę mleka i nieco świeżego sera, co bez przymusu jedno i drugie spo­żyłem. Wtedy to dopiero zacząłem przeglądać ota­czających mnie; lecz tych co mnie tu przyprowadzili nie było. We wszystkich oczach starców i młodzieży, kobiet i mężczyzn przebijała się tylko ciekawość. Mó­wiono do mnie językiem, którego wcale nie rozumia­łem, potwierdzając słowa znakami. Dorosłe dziew­częta z większem spoglądały na mnie zajęciem; uśmie­chając się szeptały cóś pomiędzy sobą. Dzieci jak węgorze przesuwały się pomiędzy nogami starszych, nie mając innej drogi do przejścia. Starsi patrząc na mnie naprzemian, to poważną, to wesołą prowadzili rozmowę, cmokając zwyczajem tamtejszym i kręcąc głową niekiedy.

Wezwano nareszcie do mnie tłómacza, który miał być pośrednikiem pomiędzy mną i góralami. Był to jeden z żołnierzy rossyjskich wzięty podobnie jak ja do niewoli i od lat kilku tu zamieszkały. Okazało się, że i on z trudnością rozumiał mowę swych współ­mieszkańców, którzy go „Iwanem“ lub „sołdusem“ zwali. Wskazano mi wreszcie przyszłego mojego go­spodarza średniego wieku z chytrą i niegodziwą fizyonomią człowieka. Owa zgrzybiała kobieta była pra­babką jego.

//51 Zapytano mnie co umiem, kto jestem, do czegom zdolny? gdyż moja fizyonomia ukazywała im we mnie nie prostego żołnierza.

Odpowiedziałem, że jestem pisarzem z kancelaryi, ręcznej żadnej roboty nie umiem.

Na zapytania, czy mam tu krewnych, lub przyja­ciół, którzyby chcieli mnie od nich wykupić? odrzekłem, że wszystkiem dla mnie jest jeden Bóg tylko, że jestem a kraju bardzo dalekiego zwanego Polską.

Odpowiedź moja bardzo się podobała starcom, a słowo „poreng“ (polak) z podziwieniem było powta­rzane.

W końcu zapowiedziano mi, że zginę u nich, lub z głodu umrę, jeżeli mnie Rossyanie nie wykupią, i że mi łeb zetną, jeżeli pomyślę o ucieczce. Poczem sta­ra owa baba dała mi do rąk wielki dzban, a małe chło­paki powiedli mnie ku rzece po wodę, śmiejąc się z mnie, żem w żelazach chodzić nie umiał i dzban z wo­dą niosę nie tak jak oni noszą. Na ulicy mnóstwo lu­du zachodziło mi drogę opatrując ze wszystkich stron. Za powrotem do sakli ogolono mi głowę nożykiem od kindżała zlewając ją zamiast mydła wodą, którą przy­niosłem; potem odebrano mi wszystko odzienie do ko­szuli, a włożono na mnie stare i brudne łachmany, które nie wszędzie osłaniały mi ciało. Gospodarz ka­zał mi powiedzieć przez tłómacza, że zapłacił za mnie wielkie pieniądze. Lecz jak się później pokazało, da-//52 tylko jednego barana, gdyż byłem chory; że dane za mnie pieniądze muszę mu sto razy odrobić, jeśli znajomi moi jej nie wypłacą. Inaczej on mnie kindżałem porznie w kawałki, lub zaprzeda daleko w góry. Mój tłomacz uprzedził mnie, abym na te odgróżki, jak naj­mniej zważał, co też i bez tego czyniłem, cierpiąc fi­zycznie na oczy i moralnie, rozważając swoją niedolę. Praca moja dnia tego ograniczała się przyniesieniem, drzewa i zapędzeniem krów do chlewów.

Gospodarz mój, jak się zdawało był człowiek nie biedny, lecz bardzo skąpy. Przy tem targował on perkalikami, przez co miał znaczny dochód i stosun­ki z podwładnymi Rossyi Tatarami. Sakla jego dłu­ga starannie polepiona i wybielona mieściła cztery oddzielne izby z osobnemi wychodami na ogólny ga­nek przez długość całego domu ciągnący się, który zarazem ochraniał wnijścia od słońca i deszczu. Wnę­trza sakli były utrzymane w czystości. Wzdłuż ca­łych ścian poukładane były materace i pościel na pół­kach i dywanikami poprzykrywane, Pod półkami na przymurku ustawione były polewane misy i fajanso­we talerze w należytej czystości utrzymywane. Po­dłogi w saklach uklepane były z ziemi bez najmniej­szej rozpadlinki, i usłane plecionkami z rokiciny „czeret“ zwanemi, dość ładnej roboty. We wszyst­kich saklach kominy jednakowej budowy prosto od ziemi nad płaski dach wychodzące. Jedna tylko sa­kla połączona była z drugą małym prostokątnym otworem w ścianie poprzecznej; były to sypialne izby. męża i żony, w których i dzieci na noc się mieściły.

//53 Dwie pozostałe sakle służyły jedna za pokój gościnny zwany „kunacką,“ a druga za skład przedmiotów do sprzedaży.

Na noc mój gospodarz włożył mi naszyję ogrom­ny łańcuch, bojąc się zapewne, abym mu nie uciekł i koniec jego przez ścianę do drugiej izby przeciągnął.

Smutnie tę noc również jak tyle następnych spę­dziłem. Rzeszywistość w nocnej ciszy, gdym był własnym myślom pozostawiony, najsmutniej mi się malowała. Każde nieszczęście znośniejszem się staje, gdy jest współczuciem innych dzielone. Tu nikt nie czuł wspólnie ze mną wielkości mojej niedoli, a nawet mój smutek był przedmiotem szyderstwa.

Kilka dni już upłynęło mojej niewoli i cierpień tak moralnych jako i fizycznych. Już się dość na mnie napatrzono, niczyjej więcej nie obudzałem cieka­wości. Jedne dziewczęta w licznem gronie wraz ze mną chodząc po wodę okazywały mi niejakie zaintesowanie się moją osobą, ale zarazem i pogardę, która nawzajem obudzała we mnie wstręt ku nim.

Czeczenka dopóki panną i młoda w zwykłem swojem ubraniu, z miedzianym dzbanem na głowie, opierając jedną swą rękę na giętką kibić, pełna jest wdzięku i nader zajmująca. Koszula jej długa z przodu wzniesiona nieco, a po bokach zatknięta za szarawarki, spadając w swobodnych fałdach malowni­czo się draperuje. Często znużony ciężarem dzbana zapatrywałem się na grupy młodych Czeczenek jak polne kwiaty świeżych i lekkich. Ich poruszenia ni-//54 czem nie krępowane przy wrodzonej żywości i śmiało­ści ich ruchów, przy giętkości ich muskułów nader są powabne i wdzięku pełne. Nadzwyczajną tę zręczność i nieporównaną malowniczość poruszeń okazują szcze­gólniej w swym tańcu zwanym „lezginka“. Zabawy ich nader ograniczone. Więcej czas im schodzi przy zwykłych zatrudnieniach około uprawy roli, zbioru siana i niektórych roślin warzywnych. W jesieni tyl­ko zwykli się zbierać w liczne grona dla zbierania ku­kurydzy już zżętej. Wtedy oczyszczając głąby z łu­ski, wiążą je w wiązki i zawieszają dla suszenia na drzewach. Czynią to zwykle z wieczora i do późnej nocy. Młodzież przytem obecna zajmuje płeć piękną opowiadaniem zawsze dorzecznem, lub tańczy lezginkę pod muzykę o trzech strunach bałabajki i wybija­nie taktu na miednicy. Odbywa się to zawsze na dworze pod odkrytem niebem przy gorejących ogniskach. Z kolei każda dziewczyna rozdaje chłopcom sznurki kręcone z łuski kukurydzy do wiązania pę­ków kukurydzy. Przy tej okoliczności młodzież stosownemi odpłaca im grzecznościami.

Napojem zwykłym jest woda, wszelkie mocne trunki wzbronione. Czasami w użyciu bywa także „buza“ napój z mąki kukurydzy grubo mielonej, dość upajający i gęsty tak, że nim zarazem upić się i najeść można. Rzadko jednak się nim raczą i najczęściej pokryjomu. Mężczyźni zbierając się na buzę oręż od­dają kobietom, obawiając się, aby nie przyszło do krwi rozlewu, gdy miarka się przebierze. Kłótnie //55 wynikłe przy pijatyce załagadzają kobiety, którym wówczas mężczyźni są zupełnie powolnymi. Kobiety udziału w pijatykach nigdy nie przyjmują, brzydząc się napojem, który rozsądek im odejmuje.

Co do religii, nie są zbyt fanatyczni. Modlą się szczerze wiekiem podeszli, młodzież w tym względzie nieco za lekka. Kobiety do meczetów, ani z mężczy­znami, ani osobno nie uczęszczają, uważając za obrazę miejsca świętego znajdować się tam w szarawarkach, które mogą być niezupełnie czyste. Meczety tu dość zaniedbane, lecz czasem po kilka ich w jednym znaj­duje się aule. Smętarze utrzymują starannie, mogiły zmarłych zdobią kamienie z napisami wyrzynanemi i napuszczanemi różnobarwną farbą. Nad tymi, któ­rzy polegli w boju, wznoszą się wysokie chorągiewki kolorowe, co dodaje wiele malowniczości takim miej­scom. Umarłych nie chowają w trumnach, lecz obwi­nąwszy ciało w białą czadrę płócienną, czyli przeście­radło, kładą je do dołu starannie wykopanego, z wy­drążeniem od strony wschodniej. W to wydrążenie układają nieboszczyka z twarzą na wschód obróconą. Dół osłania się dokoła deskami na ukos nad ciałem ustawionemi; potem się zasypuje, czyniąc na wierz­chu z ziemi kształtną mogiłę. Cicha skromna modli­twa mułły i obecnych mężczyzn towarzyszy do wie­czności zmarłemu. Przy mogile, po ukończeniu ob­rzędu, wyprawiają skromne pominki, do czego zwykle służy czurek w miodzie smażony; a potem podzieliw­szy na równe kawałki płótno, w które zmarły był owi­nięty, rozdają je mulle i tym co modlitwy odmawiali. //56 Płótnem tem, gdy ciało spuszczają, do dołu, osłaniaj otwór, aby się piasek nie osypywał dopóki deski wo­koło ustawione nie będą. Kobiety przy grzebaniu umarłych na smętarzach nie bywają.

Każdy Czeczeniec zawsze jest uzbrojony; kindżała i pistoletu nigdy nie odejmuje od boku, a wyda­lając się z domu nabitą gwintówkę i szaszkę z sobą zabiera. Konni i piesi na drodze pilnują ściśle każdy prawej swej strony, nieznajomi naprzeciw siebie idący zawsze mijają się z ostrożnością. Zwykłem pozdro­wieniem są słowa z Koranu: „Salamu halajkium“ od­powiedź: „malajkium salem“.

Zatrudnieniem mojem na teraz było: noszenie wody i drzewa, pielenie kukurydzy i pszenicy, umiatanie podwórza i utrzymywanie go w porządku. Lecz z mojej pracy gospodarz widać nie był bardzo zadowony lub może zatrważało go słabe moje zdrowie. Nie­długo bowiem zaprzedał mnie w trzecie już ręce, Audyjcom[64], którzy przybywali tu z burkami po zboże.

Tęsknota mnie przejęła jeszcze większa, oddala­jąc się z aułu, gdzie już nieco się oswoiłem, gdzie mia­łem jeszcze chociaż małą nadzieję wyjścia z niewoli. Stara Czeczenka, o którą lękałem się, aby się we mnie nie zakochała, dała mi na drogę pszeniczny czarek i ser zwany „beszlek“.

Andyjscy kupcy sprzedawszy burki i napełniw­szy worki pszenicą i kukurydzą, spakowali je na swe „iszaki” czyli osły i wziąwszy mnie z sobą, ruszyli w swoje strony.

//57 Dzień był niezmiernie gorący. Szliśmy po wię­kszej części Iczkieryńskim lasem, po wąskiej drodze wąwozami poprzerzynanej. Pod południe upał wzmógł się do niewytrzymania; w lesie z wielką trudnością można było oddychać, a na wodę nie często natrafia­liśmy. Mój nowy pan, aby ulżyć w drodze, całą odzież swoją złożył na mój kark i osła za uzdę kazał prowadzić; sam zaś sobie przyśpiewywał rycząc olbrzymim głosem, jak to zwierzę, które drogą zwolna sobie stąpało. Długo nasza droga szła lasem. Ol­brzymiej wielkości „czynary“ (buki), rozprzestrzenia­ły rozłożyste gałęzie, tworząc wzdłuż drogi cieniste sklepienia. Najmniejszy powiew wiatru liści nie po­ruszał. Gdzie niegdzie po drodze walały się czło­wiecze kości. Była to pamiątka poległych tu jeszcze w r. 1843 Rossyan, gdy w odwrocie przez te lasy wie­le tysięcy tu grób znalazło. Grobowa cisza, której ża­den śpiew ptaszyny nie przerywał, wzbudziła we mnie jakiś strach niepojęty.

Już ku wieczorowi przybyliśmy do „Dargo“, zniszczonej stolicy Szamila. W rzece Aktasz[65] odświe­żyliśmy strudzone członki i pokrzepili żołądki suchym czurekiem. Dargo w pięknej dolinie wśród gór przed Andyjskich leżące, dziwnie mi się pięknym naówczas wydało. Pełna świeżości roślinność, szum wód Aktaszu, ciemna gajów zieloność i te lekkie obłoczki wie­czorne, powiewem wietrzyku po nad doliną zwolna posuwane, tkliwe uczucia wznieciły we mnie, a masy skał pokryte lasami, długi czarny cień rzucały na do­linę, przejmując uczuciem jakiejś trwogi i czci ku //58 Przedwiecznemu. Przeciągiem echem rozchodził się po skałach od aułów płynący głos Muezzinów, „Ukinganamar“ zabrzmiał po meczetach i nocna cisza nasta­ła. Po długich modłach, roznieciwszy ognisko nad rze­ką, górale układli się do snu mojej baczności powierzy­wszy cały dobytek. Sparłszy zmęczoną myślami głowę na worach z ziarnem na miękiej murawie złożonych, dłu­go patrzyłem w niebios sklepienia, unosząc się myślą w rodzinne strony. Widziałem znękaną matkę w gro­nie szczęśliwych dziatek, i ojca wspartego głową na dłoni i sadek pełen owocowych drzewek i nawet cie­bie, towarzyszko mych lat dziecinnych, na tym kurha­nie, kędym szczęśliwy zwykł z tobą siadywać. Wszy­stko to było tak miłe i takiem życiem dyszało, żem w tych marzeniach noc całą przepędził.

Znowu odgłos modlitwy zabrzmiał swym prze­ciągłym dźwiękiem po dolinie, i znowu wszystko nowem zabłysło życiem. Czyste perełki rosy błyszcza­ły ogniem brylantów na tysiącu polnych kwiatów. Zemdlone skwarem dnia upłynionego trawy i liście, kąpiąc się w świeżej mgle porannej, rzeźwym szele­stem igrały. Pieniąca się po skałach woda bystrzej i głośniej kipiała, odbłyskując czystszy, jasniejszy błękit.

Przeszedłszy dolinę Dargo, zwolna po skalistej drodze wstępowaliśmy na górę, chroniąc się przed, upałem w cieniu czynarów, winogradowemi krzewami oplecionych. Odwieczne skały gromadą wznoszące się jedne nad drugie, częstokroć wysuwające się urwi­skiem nad drogę, służyły nam nieraz za wygodne //59 schronienie przed palącemi promieniami słońca, a głę­bokie w tych skałach wydrążenia nakształt sal ob­szernych, nieraz jak tego widne były ślady, bywały schronieniem dla podróżnych przed deszczem i burzą, a nawet wygodnym noclegiem. Zastawaliśmy niekie­dy w takich pieczarach podróżujących Taulińców[66] lub Andyjców z liczną rodziną ich domowników, około stosów ogni, przy których w takich gospodach posiłek sobie gotowali, lub odpoczywali rozkosznie na miękkiem łożu suchych liści grubo na płaskiej plicie ka­miennej usłanych. Palące słońce ciemnoczerwonym kręgiem, wznosząc się nad skalistemi górami, połud­nia już dosięgało, gdy moi współtowarzysze, jakby nie czując ognia który nas palił, chociaż pot z nich kro­plami się staczał, szerokim krokiem szybko postępo­wali. Zmordowany do najwyższego stopnia niezwy­czajną dla mnie drogą po skałach, palony od słońca, nogi mając pokaleczone ostremi po drodze krzemykami, drapiąc się po rozpalonych plitach, ostatnich sił dobywałem, aby wydążyć za swym gospodarzem, któ­ry przodem ukazywał mi wąską drogę, przerzynającą massę skał czarnych, lub wijącą się po ich ścianie. Już nieraz omdlały padałem na rozpalone kamienie, pod któremi chętniebym chciał grób znaleźć, gdy w tem moim oczom na zakręcie drogi za skałą, przedsta­wił się widok, który mi siły i życie powrócił.

Z pośród ogromnej massy kamieni w amfiteatr ułożonych pod stromą ścianą granitu, pleśnią czy mchem zielonoszafirowym pokrytego, spadała dziwnej piękności kaskada, w której z ogromnym szumem roz­-//60 pryskujących się falach szerokim lukiem jaśniała od­bita tęcza. Na przeciwległych skałach rosnące rozko­sznej zieloności krzewy zdawały się chciwe wyciągać ramiona, ku tym rzeźwiącym falom kaskady rzucają­cym się do skalistego łoża zwanego „carskim kołodcem“[67]. Do tego to czarownego miejsca dążyli moi nie­zmordowani współtowarzysze, aby się orzeźwić po cięż­kich trudach podróży, wynagrodzić sobie sowicie ty­le męczarni. Upojony widokiem majestatycznie pię­knej, nieskalanej jeszcze niedołężną ręką człowieka natury, wzniosłem modlitwę do Stwórcy, a przejęty wielkością dzieł Jego, wstydziłem się i żałowałem za chwilową moję słabość.

Massy wód z górnej wysokości, w dziwnych kształtach do podnóża przeciwległej skały spadające, łączyły się w głębi szerokiego wydrążenia w półkole uwieńczonego szeroką girlandą krzewów, zwieszają­cych swe bujne sploty po stromych wysokich urwi­skach. A stąd jakby zduszone w ciasnem swem wy­drążeniu z burzliwym łoskotem w przeciwną rzucały się stronę, gubiąc się w przepaści własną ich siłą uformowanej.

W szerokiem półkulistem wydrążeniu, odświe­żywszy jacyś wędrowcy strudzone ciało, na rozesła­nych burkach, z twarzą na wschód zwróconą, odma­wiali „namazy“; lub wzmocniwszy swe siły skromnym pokarmem i zimną wodą, niedbale oddawali się spo­czynkowi. Przyłączyliśmy się do ich grona, rozjuczyliśmy nasze zwierzęta, które gwałtownie rwały się do wody, a odświeżywszy się rzeźwiącym jej kryszta­-//61 łem po zwykłych modlitwach oddaliśmy się także słodkiemu wypoczynkowi. Strudzone ciało, nabiera­jąc nowych sił, niosło zbawienną ulgę cierpieniom moim.

Dalsza podróż nasza również jak poprzednia, albo jeszcze bardziej była nużącą. Po rozpalonych płytach krętych ścieżek postępowaliśmy zwolna na niezmierną wysokość skalistej góry, zieloną trawą tylko gdzieniegdzie pokrytej. Po wielkich wysileniach weszliśmy na pierwszą dopiero wyniosłość; przed nami stała druga, trzecia i czwarta, każda trudniej­sza i ogromniejsza w swoich rozmiarach. Z czwarte­go tej góry ustępu zwróciwszy po za siebie oczy, wi­działem całą moją przebytą drogę. Lesiste góry, ster­czące skały zlewające się w dali w jednorodną ciemną massę zdały się być jedną tylko równią pochyłą. Da­lej leżała naga i pusta równina, po nad którą rozpalone promieniami słońca powietrze, drżąc i migocząc się w oczach, sprawiało złudzenie pieniącej się wody, której krańce obwodził wijący się po zieleni wązką błękitną wstęgą daleki Terek. Jeszcze chwil kilka i trochę wysilenia, i stanęliśmy oto na wierzchołku gór przed - andyjskich. Nagle wtedy rozwarły się przed nami paszcze ciemnych przepaści, a daleko w dole ciemny posępny wąwóz, podłużnie skały dzielący. Za wąwozem, czerniały gromady skał długie cienie po drodze naszej rzucających. Były to szczyty gór andyjskich[68], uwieńczone zielonością traw i mchów.

W głębi strasznego wąwozu wrzała tocząc się po kamieniach rzeka „Aktasz“[69], po nad którą wzdłuż //62 między skałami ciągnęły się auły Andii. Słońce skry­ło się za góry, od których wierzchołków odbite sypa­ły się jaskrawo jego promienie straszliwie rażąc nasze oczy. Niezgodne tony osłów i wołanie ich gospoda­rzy rozległy się wkrótce po wąwozie, do którego po wązkiej skalistej spuszczaliśmy się ścieżce. Zimny ostry wiatr pociągał na nas z wąwozu, który z każdą chwilą coraz straszniejszym się przedstawiał. Na każdym załomie ścieżki odkrywały się coraz posęp­niejsze nieprzejrzane jego przepaście, przejmujące ja­kimś strachem, jak gdybyśmy się w podziemia piekieł spuszczali. Wzmagająca się ciemność coraz truduiejszą drogę czyniła, aż nakoniec z za czarnych skał bły­sły przed nami rozproszone światła, które radosnym rykiem naszych leniwych współtowarzyszy powitane były. Jeszcze kilkanaście sążni niżej i kilka zało­mów skalistych po naszej drodze, i oto odkryły nam się w cieniach ponurych gór rozległe auły Andii[70]. Wnet czujne psy dały się słyszeć, a łoskot wód Aktaszu rozlegał się straszliwem echem. Niedługo obiły się o nasze uszy głosy ludzkie i z wysokości naszej dojrzeliśmy mrowiące się pod aułem tłumy jego mie­szkańców. Uradowany, że moje trudy dnia tego już się miały zakończyć, weselszy wstępowałem do aułu, gdziem się spodziewał użyć spoczynku.

Zdaleka od sakli, do której wiódł mnie gospo­darz, spotkała nas jego żona i mnóstwo dzieci czar­nych jak smoki. W dziedzińcu zaś przywitali nas starzy mieszkańcy, w wielkich brudnych kożuchach, których kołnierze długą czarną wełną na wierzch by-//63 ły odwrócone, a końce kołnierzy wełnistemi skrętami aż do ziemi sięgały. Leniwie na mnie spojrzawszy, zapewne o mnie wypytywali się gospodarza. Lecz ja spragniony spoczynku, padłem znużony na twardy kamień bez ciekawości przyjrzenia się nowym moim znajomym.

Znowu jak w poprzednim aule wystąpiła stara kobieta, podała mi kawał czerstwego czureku i dre­wnianą czarkę napoju na wpół z mlekiem i wodą pomięszanego.

W obszernej izbie kamiennej przy świetle ża­rzących się węgli na wielkim czarnym kominie usiadł mój gospodarz, a przy nim inni mieszkańcy sakli, wszyscy w długich tułubach i dzieci w różnych ru­pieciach bystro się mnie przyglądające. Stare i mło­de kobiety, wszystkie średniego wzrostu, z płaskiemi krótkiemi twarzami, przedstawiającemi plemię kałmyckie, z maleńkiemi bystremi oczkami rozciętemi na zukos, w stroju dziwnego kształtu na głowie, spu­szczającym się aż do ziemi po plecach w kształcie wązkich pikowanych kołder, krzątały się po ciemnej izbie, zbierając resztki posiłków, któremi się przed chwilą pokrzepiono. W ciemnym kącie drugiej izby ukazano mi miejsce spoczynku. Padłem jak martwy na stosy ułożonej tam wełny, i sen mnie ujął natychmiast.

Jakkolwiek ciężkim był mój spoczynek, gdyż przez noc całą snuły mi się po głowie wszystkie trudy dnia wczorajszego, ciemne pieczary i przepaści, to znowu jakieś potwory w kosmatych długich kożu-//64 chach, z brodami do pasa z szczeciniastym włosem na głowie, jedakże rano czułem się dość rzeźwym. Nogi tylko moje odrętwiały od spuchnięcia, a rany od ostrych kamieni pozapiekały się. Na głos gospoda­rza, który z pierwszym brzaskiem podniósł się na no­gi z pościeli, jeszcze nagi, gdyż jest zwyczaj u tata­rów dla oszczędności sypiać bez koszuli, zarośnięty szczeciną i w brudnej kołdrze wyglądający jak nie­dźwiedź, — zerwałem się z mego legowiska, lecz moje nogi odmówiły mi swojej usługi i z głuchym jękiem padłem napowrót na posłanie. Połowica mego gospo­darza, prawie we wszystkiem co do czystości do niego podobna wszystkich nas wyprzedziła. Ona pierwsza była na nogach i myśląc zapewne, że wszyscy spoczy­wamy, także bez koszuli, spokojnie stojąc nad wielką miednicą, oblewała się cała zimną wodą. Poczem przywdziawszy swój strój zwykły, składający się z szarawarków, koszuli i kołpaka z kołdry wszystko od brudu niewiadomego koloru, zaczęła krzątać się doko­ła izby. Podobnąż ceremonję obmywania odbył i mój gospodarz. Już u Czeczeńców obserwowałem ten zwyczaj, lecz tam czyniono to z pewną skromnością, na osobności.

Gospodarz mój przekonawszy się, że istotnie cierpiałem na nogi, podał mi tłuszczu baraniego wska­zując znakami, abym je nacierał, a potem ukazał na pościel i przyłożeniem swego ucha na dłoni dał mi znak do wypoczynku. Nie zamykając oczu, gdyż sen już od nich uleciał, przypatrywałem się izbie i sprzę­tom w niej znajdującym się.

//65 Izba była obszerna wielkim szerokim kominem, w którym nad żarzącemi się węglami na łańcu­chu wisiał duży żelazny kocioł. Ściany izby kamienne, akuratnie ułożone, lecz niczem nieotynkowane. czarne szczególniej około komina od dymu, a dalej od kurzu warstwami na nich zawisłego. Na ścianach wi­siały wielkie płaskie miednice i talerze fajansowe. Nad pościelą, gospodarza, która na gołych kamiennych płytach była usłana, wisiały pistolety, kindżał i szaszka. Innych ozdób nie było widać na ścianach. Ką­ty izby zawalone były czarną owczą wełną, burkami i wojłokami; kilka instrumentów drewnianych, użycia których nieznałem, w nieładzie walały się na ziemi. Kilkoro dzieci małych i większych wysypało się ra­zem z porozrzucanej wełny, nagich i brudnych jak pro­sięta, kiedy w kałużach się skąpią. Śmieszne to było grono dwunogich, kiedy bełkocząc wrzaskliwie zaczę­ły skakać około czureka im podanego. Każde z nich z izby wybiegło i za powrotem uszczęśliwione niosło, to szczapki lub patyczki, to nawóz krowi suchy, lub świeży. Później rzecz ta wyjaśniła mi się dokładniej. Dziecię, które zaczyna chodzić i pojmować, nie wprzód dostanie chleba, dopóki na to nie zapracuje. A że tu trudno o drwa, gdyż po nie stąd iść potrzaba po wczorajszej naszej drodze aż za kryniczne kaskady, dzieci więc o ile mogą zbierają na ogień wszystko co się popadnie pod nogi.

Brak zupełny drzewa tu i w wielu innych miej­scach gór często skalistych, zniewolił mieszkańców do //66 używania za topliwo suchego bydlęcego nawozu. Stąd dzieci chciwie i gromadnie snują się z łopatkami po aule około bydła na paszę z rana wychodzącego, aby ostatki, jakie po ulicach zostawia skwapliwie zebrać. Nieraz ja z łopatą kręciłem się około krowy, aby tem uczynić niespodziankę domownikom moim.

Gospodyni domu była dość młoda jeszcze kobie­ta i jak się później dowiedziałem, nie jedna u mego gospodarza, gdyż było ich trzy jeszcze, a każda w swojej oddzielnej izbie mieszkała. Dziwiłem się nie­raz zgodności ich z sobą i niczem nienaruszonej przy­jaźni. Gospodarz z kolei u każdej z żon przebywał i stołował się. Przekonałem się później, że żony wiernie i święcie pilnują tej kolei, która z nich ma mieć u siebie swojego męża, chociażby ten czas jak najdłuższy nie bawił w domu. Żony mają gospodar­stwo i pomieszkanie każda swoje oodzielnie; mogą się nawet nie znajomić z sobą, jeżeli to dla nich zda się być lepszem, lecz pokój niezamącony musi między nie­mi panować. Najpierwsza żona uważa się tu za naj­starszą, a inne jakby poboczne, lecz zawsze ślubne i prawne. Mąż dla pierwszej żony zawsze ma więcej poważania; a chociaż młodsze mocniej może kocha, je­dnakże w tem nader jest ostrożnym i powagą swą stara się dla wszystkich być zawsze jednakim. Zwy­czaj ten w małżeństwach u wszystkich tam narodów gór panuje.

Około południa zwlokłem się ze swojego legowi­ska, i chociaż mnie nogi jeszcze mocno bolały, nie //67 chciałem jednak nadużywać dobroci gospodarza, na czem mógłbym wyjść niekorzystnie. Wyszedłszy za próg izby, obejrzałem dwór gospodarski starannie opa­sany kamiennym murem i czysto utrzymywany. Inne izby były w jednym rzędzie z tą, w której nocowałem, wszystkie pod jednym dachem płaskim z ziemi usypa­nym i mocno ubitym. Gospodynie domu tego były rozmaitych lat i piękności kobiety, wszystkie jednako­wo ubrane, dość nizkie, przysiadłe, jak placki, która się nie udały. U każdej było po kilkoro dzieci, chociaż gospodarz jeszcze niezbyt starym wydał mi się czło­wiekiem.

Auł ciągnął się na pochyłości kamienistej góry ku rzece, za którą ogromnej wysokości skalista wy­niosłość służyła jakby za warownią broniącą wejścia do okolic Taulińskich. Szeroki wąwóz przerzynał w po­przek tę wyniosłość, po którym szła kręta droga w gó­ry Taulińskie. Po lewej stronie wąwozu w łańcu­chu gór widać było sterczące prostopadle urwisko ol­brzymiego rozmiaru skał, miejsce tak zwanych „wołczych wrót“[71], któremi w r. 1845 ks. Worońcow wkro­czył do Andyi, o czem wyżej było powiedziane.

Auły Andyi wyglądają jakby jeden wielki auł porozrzucany po nad wąwozem po skalistych załomach. Jeszcze wtedy nosiły one ślady wielkiego spu­stoszenia, pamiątkę 1845 roku. Trudność w dostawa­niu drzewa do budowli była na przeszkodzie odbudo­wywania się.

Andyjcy wszyscy prawie trudnią się wyrabianiem na wielką skalę sławnych andyjskich (burek i wojłoków; są oni ludem zamożnym, chowają wiele o //68 wiec po części uprawiają rolę. Charakteru są spokoj­nego i nader pracowici. Wyroby swoje rozwożą po wszystkich górach pod władzą Szamila zostających. Do boju stają pod komendą swego Naiba, księcia Łabazana. Do pojedynczych wycieczek i rozbojów ni­gdy nie należą. Ubiór mężczyzn prawie takiż sam jak wszystkich innych górali, lecz bardziej zbliżony krojem do czeczeńskiego, niż taulińskiego stroju. Po­chodzenia muszą być mongolskiego, co dowodzi skład wypukłych twarzy i małych na zukos rozciętych oczu szczególniej u kobiet. Wzrostu są średniego, budo­wy ciała dość silnej. Mowa odmienna od wszy­stkich innych dyalektów górali, śpiewająco-przeciągła. Dzieci i kobiety szczebiocą jak jaskółki. Poru­szenia leniwe jakby obmyślone. Kobiety, patrząc na nich z góry, wydają się jak karmione kaczkę, lub cza­ple przechylające się z nogi na nogę po sypkim piasku.

Klimat tu zwykle jak w górach, zdrowy, powie­trze zawsze świeże. W dzień upał dochodzi do bar­dzo wysokiego stopnia gorącości. Wieczory także i poranki nader zimne z powodu sąsiedztwa gór śniegowych, do których wspomniony wąwóz przylega.

Praca moja w Andyi przewyższała me siły i usposobienie, prawda że i obchodzenie się ze mną było nie najgorsze. Noszenie wody, przemywanie wełny, wożenie drzewa na osłach, obrabianie roli i pilnowa­nie owiec, oto były moje każdodzienne zatrudnienia. Na wierzchu góry Andyjskiej znajduje się dość ob- //69 szerne jezioro dostarczające chłodnej wody krynicznej. Około tego jeziora często przebywałem z trzodami baranów czarnych jak krucze pióro i kędzierzawych jak marynosy, z długą i miękką wełną. Owce andyj­skie sławne są w górach z powodu ich pięknej czarnej i kędzierzawej wełny.

Należą do rasy zwanej tu kałmucką odznaczają­cej się ogonami oblanemi tłuszczem znanym tu pod na­zwą „Kurdiuku”. Są dość długie i rosłe, lubo nie tak wielkie jak owce Kałmyckie chowane w stepach.

Z góry Andyjskiej przedstawiają się w całej okazałości śnieżne szczyty Taulińskich gór, od półno­cy zaś ciągnie się Czeczenia i płaszczyzna Kumykska. Ze strony południowo-zachodniej, przytykają góry Górnej czyli Wielkiej Czeczeni, wszystkie bezleśne, jakby ścięte i poprzerzynane w rozmaitych kierun­kach głębokiemi kamienistemi wąwozami.

Niedaleko od jeziora Andyjskiego, znajduje się na górach Górnej Czeczeni, drugie jezioro zwane Czaberlińskiem[72] od aułu czeczeńskiego Czaberli. Jezioro to nader wygląda malowniczo, ścieśnione trzema wielkiemi skalistemi górami w kształt krzyża bez wierz­chniej części, rozlane. Wody jego nader czyste wy­dają się zdaleka ciemno szafirowemi. Wielkość tego je­ziora dosyć znaczna; oba ramiona mogą mieć po parę wiorst długości, szerokość zaś nie większa nad pół wiorsty. Do trzech ramion jeziora wpadają wody niezbyt wielkich strumieni z pomiędzy gór wypływa­jących; lecz odpływu wody nie mają żadnego, skąd w //70 wnosić należy, że ono ma kommunikacyę wewnętrzną z innemi wodami. Pospolita ryba w obu jeziorach forela złotołuska. dzika, jak natura jeziora te otaczają­ca. Tatarzy ryb nie łowią; rosyjscy tylko żołnierze znajdujący się w górach pozwalają sobie niekiedy tej przyjemności.

Lubiłem nadzwyczaj przebywać około Czaberlińskiego jeziora. Wody jego dla mnie szczególniej­szą miały ponętę. Barany rozsypawszy się po skali­stych górach, dziwnie odbijały się w przezroczu jezio­ra, gdy tymczasem wśród całej tej ustroni powietrze rozlegało się przenikliwemi krzykami bażantów, der­kaczy i przepiórek.

Niekiedy znowu podróżowaliśmy z gospodarzem po górach, rozwożąc do rozmaitych aułów burki i woj­łoki. Trudna to nadzwyczaj była dla mnie podróż i za­razem nader zajmująca. Malowniczość widoków, ma­jestatyczna wielkość gór, skał i urwisk nie do opisa­nia, kaskady rzek dosyć nieraz szerokich pomiędzy ścianami gór z łoskotem lecących, przedstawiają się jakby nadprzyrodzone zjawiska oku wędrowca z nad brzegów płaskich Wisły. Masy wód z wysokości kil­kuset stóp w skaliste łożyska spadające, a łoskotem swoim mogące się równać z najstraszliwszemi burza­mi, jakież straszliwe i zarazem wspaniałe przedsta­wiają widoki! Tu potęga twórczej natury maluje się w całej swojej wielkości i majestacie. Przechodząc po skalistych ścieżkach, na których ledwie jakie śla­dy życia dostrzedz było można, po nad strasznemi //71 przepaściami, których głębi oko nie dosięgało, truchla­łem z przerażenia; lecz przekonanie o mej wyższości duchowej nad Tatarzynem, dla którego to wszystko zbyt było pospolitem, nie dozwalało mi nigdy się w tył cofać lub okazać najmniejszy pozór obawy.

Podróż nasza w celu zbycia towarów, bywała najczęściej pod śniegowe góry do Lezgii[73], i na granice Dagiestanu. Do Lezgii przybywaliśmy na piąty dzień po wyjściu z Andii. Lezgini, lud okrutny i najdzik­szy pomiędzy tamtejszemi ludami. Szczęściem mój gospodarz miał między niemi swoich „kunaków“, czy­li przyjaciół, w których domu doświadczyliśmy gościn­nego przyjęcia. Lecz za to w miejscach nieznajomych z trudnością zdawało się dostać kęs chleba, lub ja­kie schronienie na nocny spoczynek. Lezgini są sil­nej budowy ciała, wzrostu prawie olbrzymiego, w po­ruszeniach powolni lecz charakter mają okrótny i dzi­ki. Strój ich prawie niczem się nie różni od naszego staropolskiego. W domu ciągle zimą i latem noszą ogromne baranie tołupy z powodu chłodów powiewa­jących wieczorami, nocą i nad rankiem.

Domy budowane z kamienia z plaskiemi z gliny ubitemi dachami, na których oni jak krokodyle tarzają się wygrzewając się w dnie chłodniejsze na słońcu. Izby ich wszystkie kurne, nieczyste, lecz obszerne. Podczas pory zimowej, tłoczą sie w nich ludzie i zwie­rzęta. Na środku takiej izby zamiast komina urzą­dzone wielkie ognisko bez dymnika. Dym rozchodzą­cy się od niego śćiele się naprzód po ziemi, wypełnia //72 całą izbę; następnie otworem zrobionym w suficie wprost nad ogniskiem wychodzi na zewnątrz. Stąd mieszkańcy takich pomieszkań nie mogą czysto wy­glądać, po całych dniach, podczas zimna przesiadując około ogniska w obłokach dymu. Kobiety niektóre są bardzo piękne, twarzy rzymskich nader regular­nych rysów, lecz nadzwyczaj niechlujne. Szarawarek nie noszą, jedną koszulę z sukna krajowego noszą całe lato, a drugą ze skóry owczej przez ciąg zimy. Szczególniej u starych nieczystość ich rąk nadzwy­czaj obrzydliwa. Prawda, myją się one pięć razy dziennie przed każdą z pięciu modlitw, lecz susząc rę­ce nad dymem, bo niema tam zwyczaju obcierania się nieznanymi im ręcznikami, nigdy nie pozbywają się brudu, który coraz nowemi słojami narasta. Czasem te warstwy nieczystości pękają wraz ze skórą pod niemi ukrytą i formują rozpadliny i wąwozy podobne do tych, w których sami ci mieszkańcy żyją. A rów­nież te parowy na rękach nie są pozbawione istot ży­jących, jak i prawdziwe. Naczynia ich kuchenne, drewniane miski i łyżki nigdy się nie myją i trzeba dobrego chemika, aby zbadał, jakie pierwiastki je po­krywają. Można sobie wyobrazić jak smakują potra­wy ręką takiej gospodyni przyrządzone; ale do czegóż człowiek zmuszony okolicznościami nie przywyknie.

Moralność kobiet, jak u wszystkich narodów gór, wielka i niczem nieposzlakowana. Stąd to zapewne pochodzi, że delikatny wstyd zdobiący nasze białogło­wy jest im prawie obcy. Kobiety tutejsze z wyjąt­kiem niewinnych dziewic siadając na ziemi, według //73 zwyczaju wschodniego, bynajmniej się nie troszczą o to, jaką sobie nadać pozę, Iub jak się ułoży ich ubranie. I pod tym względem mieszkańcy gór nie różnią się wcale między sobą.

Lezgin dzielny do boju w fortecy, lub z za ska­ły; w wycieczkach okrutny. Młodzieniec pierwszy raz idący na zdobycz do Gruzyi, pierwszą ofiarę swej srogości morduje, odcina ręce, a przyniósłszy je do domu, przybija jednę z modlitwą na drzwiach meczetu, a drugą na drzwiach sakli swojego ojca i to jest dla niego obrzęd wstąpienia w świat mordów i wojny.

Podróże jakie odbywaliśmy do Dagestanu przez Taulją[74] i Awarją[75], również połączone były dla mnie z wielkiemi trudnościami, chociaż już byłem przywykł do chodzenia po urwistych skałach i po nad przepa­ściami. Awarja strona górzysta po nad Sałukiem aż do rzeki Koj-Su[76] ciągnącą się jest nader malownicza, i najpiękniejszemi górami urozmaicona. Ziemia tu płodna i starannie przez mieszkańców uprawiona. La­tem, kiedy zboża już dojrzewają, cała Awarja zda się pokryta nąjpiękniejszym perskim kobiercem. Taka tam jest romaitość zbóż i innej roślinności, którą ręka pracowitego rolnika uwieńcza pochyłości gór do naj­wyższych prawie ich szczytów. Awarja jest najwyż­szym punktem wśród łańcucha gór kaukazkich. Lecz góry jej po większej części płaskie. Nie rzadko jed­nak na wysokich skałach spotykałem auły w kształt amfiteatru pobudowane, a naokoło ciągnęły się łany różnych gatunków zboża. Najwięcej tu są uprawiane //74 pszenica, żyto, jęczmień, rzadko gdzie kukurydza,, proso, soczewica, konopie, a gdzieniegdzie widzieć mo­żna błękitne kwadraciki ziemi lnami pokryte. Sieją, tu różne gatunki zboża stosownie do gatunku ziemi; dla tego na małej nawet przestrzeni rozmaitość zasiewów nader bywa zachwycającą.

Nierównie dzikszą postać ma Dagestan; pełno tu miejsc niedostępnych, skalistych urwisk i przepaści. Ziemia przecież nader żyzna, lubo wymaga wszędzie ciężkiej i troskliwej pracy rolnika. Miejscowość nad Sułakiem[77], Koj-Su i Karąj-Su[78] cudownie piękna, oka­zała i majestatycznie malownicza. Tu wszystkie góry nagie, bezleśne, pokryte tylko gdzieniegdzie zielona kwiecistą powłoką traw i rozmaitą roślinnością zbóż, ziół i polnych kwiatów. Inne są skałami różnych ko­lorów, których wierzchołki wznoszą się aż za obłoki i tylko przy czystej jasnej pogodzie w zupełności by­wają widzialne. Często zjarzało mi się po utoro­wanej drożynie wstępować na wierzchołki najwyż­szych gór, wtedy gdy wszystkie wąwozy i przepaście zapełnione były gęstą masą białobrunatnawych obło­ków, a wierzchołki oświecone jasnem słońcem i obla­ne lekkiem, świeżem błękitnawego koloru powie­trzem. Obłoki wypełniające przepaście między gó­rami przedstawiają piękny widok niezmiernych jezior w skalistych ramach gór, wyskakujących nad ich po­wierzchnię. Obłoki podobne parte wiatrami w wą­wozach, ogromnemi masami wznoszą się w górę, kłę­bią się i rozbijają o skały, jak fale rozhukanego mo­-//75 rza, zalewając całe przestrzenie, wśród których gdzie niegdzie tylko sterczą skaliste szkielety gór, najzu­pełniej jakby wśród morza kołysanego burzą.

W jednej z takich podróży zbyt dla mnie ucią­żliwych, w których musiałem na własnych plecach po wąskich nad urwiskami idących ścieżkach przenosić ciężary, gdzie tylko nasze zwierzęta uwolnione od pa­kunków mogły przechodzić, zachorowałem od wysile­nia i byłem zostawiony w Tauli w aule „Floki“[79] do cza­su mego tam wyzdrowienia, za umówionem od gospo­darza mojego wynagrodzeniem. Długo nie mogłem przyjść do zdrowia i gospodarz mój wracając do Andyj, nader był niezadowolony, że nie mógł zabrać mnie z sobą.

Auły w Taulii i wszędzie w górach gdzie niema lasów bywają murowane z kamieni, prawie zawsze na pochyłościach gór i przedstawiają piękne widoki amfi­teatrów. Taulińcy i wszyscy górale, co z wielkim tru­dem mogą życie swe utrzymać, bardzo są uzdolnieni w sztuce budownictwa, a każde u nich narzędzie nosi piętno praktycznego rozsądku i prostoty. Mechanizm wszędzie najmniej złożony i niekosztowny. Myśl prosta walcząca z koniecznością i niedostatkiem.

Taulini, lud silny, rosły i pięknej budowy ciała. Twarze poważne, czoła wysokie i szerokie, głowa wielka, okrągła z licznemi wypukłościami czerepa. Charakter powolny, lecz stanowczy. Mówią mało, lecz gruntownie i praktycznie. Ciekawi do wysokie­go stopnia. Potrzeby ich ograniczone; o innym nad //76 swój bycie wyobrażenia nie mają. Stąd przemysł ich zawsze na jednym stopniu. Głównem ich zajęciem rolnictwo, lecz są między nimi dzielni majstrowie sie­cznej i palnej broni, wyrobów miedzianych, srebrnych i innych metalowych. Safian tauliński ma pierwszeń­stwo nawet przed rosyjskim. Dla braku pastwisk wielkich stad bydła i owiec nie trzymają. Konie ich wzrostu małego, lecz zręczne, wytrzymałe i szczegól­niej usposobione do biegu po skalistych górach i urwi­skach. Śmiało po skalistej ścieżce mijają przepaście, po nad któremi ledwie człowiek kroczy, byleby tyko ich wola nie była krępowana ręką niedoświadczonego jeźdźca.

Godne są podziwienia i zasługują na uwielbienie sady tutejsze. W najpierwszych miastach Europej­skich nic podobnego widzieć nie można. Na skalach, na gruncie częstokroć nanoszonym ręką człowieka, pielęgnowaną bywa najbujniejsza roślinność. Odwie­czne włoskie orzechy rozciągając olbrzymie swoje ra­miona nad niższemi owocowemi drzewami, pieczołowi­cie cieniem swych liści osłaniają je od palących pro­mieni słońca. Morele, brzoskwinie, gruszki, jabłka, czereśnie i wiele innych drzew owocowych wraz z wi-nokrzewem, zapełniają tutejsze ogrody, w najwięk­szym porządku i czystości utrzymywane. Zwykle oparkanione bywają jednym wspólnym wałem muro­wanym, poprzedzielane tylko na kwatery dróżkami, każda do oddzielnego właściciela należąca, lecz wszy­stkie jednej prawie wielkości i kształtu. Przez każdy taki ogród, sprowadzana woda z rzek, czysta i //77 świeża, przepływa w różnym kierunku kanałami sta­rannie z kamiennych płyt ulożonemi. Dróżki w ogro­dach urównane i czyste. Tarasy podparte kamienne, mi podmurowaniami obsadzone winokrzewem, brzo­skwiniami, lub morelami. Zbiorniki i tamy dla wo­dy wszędzie wykonane. Każdego rana, gdy tego po­trzeba wymaga, woda kanałami rozprowadza się po całym ogrodzie. Warzywa sieją nie wiele: rzepa, marchew czerwona jak buraki, pasternak i inne miej­scowe ogrodowizny bywają tylko pielęgnowane.

Meczety tutejszych górali dość okazałe, zawsze z kamienia starannie w płyty stosownej wielkości i grubości rzniętego, układanego bez wapna, lub innego akiego cementu, jednak tak szczelnie i akuratnie, że zdaje się kamień ten jednorodną stanowi masę. Wnę­trza meczetów zawsze czyste. Podłogi usłane świeżą, wonną trawą, i pokryte grubemi albo żóltemi wojło­kami. W przedniej oddzielnej części meczetu są urządzone do umywania dość obszerne z kamienia basseny, pełne świeżej przepływającej wody. Front me­czetu i miejsce wewnątrz gdzie staje mułła zdobione bywają stosownemi ustępami z Koranu rzniętemi wprawnie na kamieniu. Innych zresztą ozdób nie widać. Sklepienia opierają się na kamiennych fila­rach, jednakowej wielkości, formy i kształtnie wy­robionych.

Strój Taulińców podobny do lezgińskiego, tylko nieco kosztowniejszy. Broń najczęściej zdobna sre­brem. Czapraki szyte jedwabiem w różne wschodnie //78 desenie. Chitały, czyli trzewiki męzkie safianowe, szyte bywają na bawolej podeszwie z ostremi zakręconemi w górę nosami, na ostrych żelaznych podkówkach. Bogatsi noszą na zimę buty pilśniowe z długiemi do kolan cholewami w kształcie węgierskich wyszywanemi w desenie.

U górali tutejszych różnica stanów widoczniej­sza, niż pomiędzy Czeczeńcami. Tu są bogaci i bie­dni, chodzący po żebraninie. Biedniejszy z bogatszym nigdy nie jest na „ty“. Poddaństwa nie masz tu w całych górach, i tylko jeńcy wojenni z obcych naro­dów. utrzymywani są jako niewolnicy do posług. Szczególniej poszukiwani są Gruzini jako lud praco­wity i wytrzymały.

Chciwość górali na srebro i ich skąpstwo są gło­śne. Tatarzyn nabywszy pieniądz rzadko się już z nim rozstanie. Potrzeby swoje stara się zaspokoić za­mianą tylko własnych produktów na cudze. Stąd są niektórzy co wielkie posiadają pieniądze. Uzbierane ruble zwykli układać w plecionki z drobnych pręci­ków zwane sapetkami i kiedy taka sapetka zostanie napełniona do wierzchu, to niech sam Mahomet prosi o rubla, a zapewne nic nie otrzyma. Tatarzyn tem się wymówi, że gdy komu da rubla, to już ten drugi raz tam nie wróci. Takie sapetki chowają w dołkach które kopią w izbie pod kamiennemi płytami podłogi. Moneta tu kursuje rosyjska srebrna, lub złota, a rzad­ko perska, lub gruzyjska. Miedzi nie przyjmują, chy­ba jako materyał do jakich wyrobów. Wiele jest //79 miedzianych naczyń między góralami, jako to wielkich miednic do mycia, dzbanów i dzbanuszków. Skąd ta miedź tu pochodzi, nie wiadomo, gdyż kopalni żadnych nie mają.

Każda umiejętność wielce tu jest cenioną. Każ­dy rzemieślnik („usta“) chlubi się swą umiejętnością i zawistnie kryje przed innymi tajemnicę swej sztuki.

Mężczyźni wysoko sami siebie cenią, kobieta jest istotą podrzędną i niebo tylko otrzyma przez męża, wiernością ku niemu i posłuszeństwem. Poczciwość, przymiot powszechny. Góral tutejszy nikogo nie oszuka, ale i sam zbyt ostrożny, aby dał się oszukać. Nim oceni rzecz jaką udaje się po radę do drugich i dopiero odchodzi zadowolony, gdy kilkunastu ocenia­jących każdy oddzielnie zgodzą się na jedno. Tracić wyrazy na czczej rozmowie uważa za grzech. Mówi mało, lecz rzetelnie i gruntownie. Najlepsze chęci wyrażone w słowach za nic uważa. Czyn jeden jako urzeczywistnienie woli, jest dla niego wszystkiem. Proszony o co, jeżeli i nie odmawia, lecz nie spieszy z zadość uczynieniem. Długo i często trzeba ponawiać prośbę, zanim jej dopełni, lub wcale odmówi. I to jest wspólne wszystkim góralom.

Górale zabaw szczególnych i charakterystycz­nych nie mają. Młode dziewczęta niekiedy zbierają się w chóry i śpiewają pieśni zawsze smutne i posępne, jak skały wśród których wyrosły. Twarze kobiet po większej części miłe i łagodne, niekiedy nawet piękne, jeśli ich grube słoje brudu nie pokrywają. Mieszka­ //80 nia bez kominów, opalane najczęściej nawozem. Czy­stość, lub nieochędostwo nie wszędzie w jednakowym stopnia. Śród malowniczej i wesołej natury mieszka lud skrzętny i schludny.

W posępnych i skalistych wąwozach mieszka­niec zawsze brudny, ponury i niechlujny. Wogóle lud tutejszy umysłowo zdolny, ciekawy, postępów jed­nak w oświacie wielkich nie czyni, gdyż potrzeby je­go zbyt ograniczone. Dość mu czemkolwiek zaspoko­ić głód, a ciało okryć od upałów i zimna, wtedy zupeł­nie zadowolony. Panuje jednakże między Taulińcami pewien rodzaj elegancyi. Odzież ich bowiem by­wa częstokroć dość bogata. Sukno perskie albo gru­zińskie lamowane galonem srebrnym własnego bardzo pięknego wyrobu. Broń pod srebrem czernią gustow­nie kryta, niekiedy bardzo wykwintna, konie dzielne. Posiadają praktyczną biegłość w budownictwie i pro­wadzenia wody na wysokie góry. Każde najwyższe miejsce, gdzie tylko zamieszkują, orzeźwiają bieżącą wodą, którą sztucznie tam wprowadzają. Każdy pra­wie zamożniejszy Tauliniec posiada zegarek i kompas, któremi czas i kierunek południka przy codziennych swych modlitwach sobie oznacza. Są między nimi nawet tacy, co zegarki umieją zręcznie reperować i prawie każdy zna ich mechanizm, potrafi zegarek rozebrać i złożyć. Rzecz nieznaną z ciekawością, dokładnie opatruje, dopóki gruntownie nie pozna.

Żołnierze z nich nader bitni i wytrwali, lubo jak wszyscy górale walczą z zasadzek i z za kamieni. Na //81 nieprzyjaciół wypadają i nacierają masami, i biada je­śli w pierwszym zapędzie nie będą powstrzymani. Zdobyczą dzielą się sumiennie po równej części. Chci­wi rabunku przy sposobności biją się między sobą o rzecz częstokroć bez żadnej wartości i zwłaszcza przy nieładzie i zamieszaniu. Zabitych nieprzyjaciół ob­dzierają do naga, a czasem pogrzebane ciała poległych Rossyan wykopują, obnażają i pastwią się okrutnie.

Z aułu Tlok, skoro przyszedłem do zdrowia, od­byłem podróż do Ciemnogrodu; tem imieniem nazwa­łem miejscowość ponurą, zabudowaną na pochyłyłości skalistych gór przed „Kara-Koj Su.“

Ze świtem wybraliśmy się w tę podróż z mym gospodarzem i zaczęliśmy się spuszczać z wyniosłych gór Awaryi, z przyjemnością zapatrując się na cudo­wne widoki okolicznych szczytów obwianych lekkim błękitem świeżego powietrza, od których odbite pierw­sze promienie niewidzialnego jeszcze słońca, dziwnie łamały się w górnych przestrzeniach, nadając no­we wdzięki i nieopisane powaby całemu temu obra­zowi.

Rozłożył się nareszcie przed nami auł „Tilitli[80]“, opasany silną warownią skał prostopadłych, dziwnie odbijając od zieloności zbóż obficie tu uprawianych. Ogromne massy skał i kamieni formowały jego podnó­że, a wierzchołki ich uwieńczone były żywym wieńcem zbóż i polnych kwiatów powiewających w powietrzu, jakby mieszkania duchów w powieściach wschodnich opisywane.

//82 Zbyt utrudniająca była nasza droga, lecz co chwila zajmował nas nowy widok. Dziwne kształty skał i urwisk, lub niezgłębione wzrokiem przepaści, trwogą przejmowały duszę, lub napełniały serce od­wagą i męztwem.

W połowie góry, na którąśmy teraz wstępowali poprzek krętej ścieżki, wznosi się dwuśpiczasta wyso­ko stercząca skała nad przepaściami po prawej i lewej stronie, jak brama tryumfalna, sięgająca obłoków ostremi i zębatemi szczytami. Przez tę skałę prowa­dzi niepewna ścieżka. Po wyczołganych kamieniach trzeba z całą ostrożnością wstępować na próg tej bra­my, i biada kogo w tym razie omyli noga. W ciem­nych wnętrzach przepaści znajdzie grób dla zgruchotanych kości swoich. Tauliniec śmiałą nogą, z ukosa na mnie poglądając darł się na skałę giętkiem swem ciałem, ślizgając po niej chwytał ręką za zębate progi, lub czołgał się po gładkich stopniach skały, u wierz­chołka której wydrążony otwór prowadził wyżej i wy­żej. Za nim z trwożnem sercem zdążałem wlepiając wzrok w ścieżkę załamującą się po kamieniach. Wkrótce praca nasza pomyślnym uwieńczona była skutkiem. Obaj szczęśliwie stanęliśmy u otworu ska­ły, skąd nowy zajął nas widok.

Na pochyłości równi, obszernej i skalistej prze­strzeni opartej o ściany urwistej góry czerniała nie­zmierna ilość okrągłych kamieni, porozrzucanych każ­dy z osobna, wielkości najwyższych domów, formując jakby jedną masę kamienną, poprzerzynaną tylko uli-//83 cami jakby sieć jaką tworzącemi. Podchodząc bliżej widocznie te massy okazały się miastem kamiennem bardzo rozległem. Olbrzymie okrągłe bryły kamieni roztoczone po twardej skalistej przestrzeni, leżały jak stosy kul na placu boju. Liczne familie górali szuka­ły tam przytułku pod niemi, koczując około stosów w kierunku przeciwnym biegowi słońca, przed którego ogniem po za kamieniami szukały ochrony. Zdziwie­nie moje było nie małe, gdym ujrzał ludzi, tak mie­szkających pod kamieniami, nieznających innego schronienia jak sklepienia tych mas ogromnych po­rozrzucanych tu tak dziwnie nadludzką jakąś siłą. Lu­dzie tu mieszkający, byli to wychodźcy bogatych nie­dawno „Cudakarskich“[81] aułów, rossyjskiemu rządowi podwładnych, które Szamil świeżo mieczem i ogniem spustoszył za ich przychylność dla Rossyi. Nie wiem jakie nazwisko tej miejscowości. Ja nazwałem ją ,,Ciemnogrodem“ Nazwa ta podobała się samym mieszkańcom i stała się później powszechną.

O kilka wiorst poniżej od góry, na której zbudo­wany ten auł, przepływa z głośnym łoskotem rzeka Karakojsu ścieśniona skalistem łożem. Most przez nią oparty na skałach na sto przynajmniej sążni nad jej powierzchnią dowodzi jak ludzie w potrzebie ra­dzić sobie umieją. Chociaż czasami rzekę tę, gdzie do niej brzegi są przystępniejsze, wbród przechodzić można, jednak to nie zawsze jest możliwem. Szcze­gólniej przy cźęstem wzbieraniu wód od topniejących śniegów, kiedy silny pęd wody ogromne masy kamieni, porywa, most na takiej rzece stał się niezbędnym dla //84 minszkańców, którzy w tym razie poradzili sobie bar­dzo zręcznie. Na skalistych brzegach z obu stron rze­ki ułożono drewniane kloce nad powierzchnią wody. Na nich ułożono drugą warstwę kloców, powiązawszy je z tamtemi za pomocą drewnianych klamer, a końce wysunięto jeszcze dalej nad wodę od pierwszych. Itak następnie dopóki tak uformowane arki z obu stron rzeki nie zeszły się dość blisko końcami. Poczem po­łączono je z sobą plecioną z chróstu drabinką, po któ­rej można chociaż z wielką obawą z jednej na dragę stronę przechodzić. Końce kloców spoczywające na lądzie ciężarami kamieni przywalone są do skały, aby mogły dźwigać na sobie inne kloce nowemi warstwy na nich leżące.

Za powrotem z tej podróży do domu, zastałem mojego gospodarza Andyjca, który tu po mnie przy­szedł umyślnie. Mój tymczasowy opiekun potrzebo­wał wielkiego wynagrodzenia za te kilka dni, jakie u niego chory przebyłem. Stąd wynikła kłótnia i przyszłoby może do krwi rozlewu, jeżeliby nie zapobieżono temu rozłączeniem sprzeczających się, których do jam popakowano. Właściwa władza rozpoznawszy spra­wę uznała za winniejszego Andyjca, aniżeli Taulina, i oddała go pod sąd jego Naiba księcia Labazana[82] w Andyi mieszkającego. Rezultatem wszystkiego było, że dostałem się na własność Labazanowi, i odtąd stałem się jego niewolnikiem.

//85 Tytuł księcia pozostał tu w górach przy trzech tylko osobach, o których później wspomnę, i ci tym się nie mianowali. Każdy uważa ich na równi z inny­mi góralami, od których niczem się teraz nie różnią. Labazan bogaty dostatkami i szanowany, o ile przez swój charakter na to zasługuje, Naibem[83] jest dopóki kto godniejszy miejsca tego po nim nie obejmie.

Nie długo zostawałem u Labazana. Dostawione papiery do Szamila zabrane z rozbitej poczty na rossyjskiej stronie, były powodem, że mnie wydającego się ciągle za pisarza także do Szamila odesłano.

Szamil, po zniszczeniu Dargo, razem ze swymi Miurydami[84] przeniósł się do Wedeni[85]. Nowa ta jego rezydencya znajduje się na tej samej dolinie, co daw­niejsza, o dwananaście wiorst od niej na wschód i w tej samej odległości od Andyi. W tem miejscu gdzie założył tę nową siedzibę, od strony jej wschodniej od Dargo, dolinę przerzynającą dwie rzeki okala góra Arseńska, u podnóża której płynie pierwsza z tych rzek, zdaje się Gudermes zwana. Do drugiej rzeki, która wzdłuż doliny płynie ze strony zachodniej aułu, wpada głębokim wąwozem płynący potok. Prócz tego bronią z tej strony aułu nieprzebyte lasy, wzdłuż ca­łej doliny rosnące. Strona południowa aułu zabez­pieczona górami przed-andyjskiemi. W trójkącie mię­dzy drugą rzeką i potokiem, Szamil obrał sobie miejsce dla swej stolicy. Plac kupił od mieszkańców, do któ­rych należał, oczyścił go z lasu, a założoną tam sie­dzibę nazwał „Szamilskie Wedeni“, dla odróżnienia //86 od dwóch aułów czeczeńskich tegoż nazwiska leżą­cych tam w pobliżu, jeden nad pierwszą rzeką zwany „Wielkie Wedeni,“ a drugi nad drugą przy ujściu do niej potoku, zowiący się „Małe Wedeni“.

Z Andyi do Wedeni jechałem ciągle wierzchem w orszaku Labazana, który Miurydowie jego składali. Na połowie drogi znowu oglądałem niby ową kaskadę, którą podziwiałem idąc pierwszy raz do Andyi. Lecz nie była to taż sama kaskada, droga bowiem z Andyi do Wedeni nie więcej jak na 4-ej wiorście rozdziela się na dwie odnogi, jedna wiedzie do Dargo, druga do Wedeni. To tylko pewna, że jedne i te same wody tworzą obie te kaskady, z których ta druga jeszcze jest cudniejszą od pierwszej, chociaż miejscowość prawie jedna i taż sama. W kilku miejscach wody gwałtowne i w ogromnych massach z otworów kamien­nych wytryskują do góry, a w znacznej wysokości roz­sypują się w miliony brylantowych kropel i padają na pogruchotane wielkie odłamy kamienne, i znowu kaskadami spadają do ogólnego łożyska i uformowa­nej z nich rzeki, która półkolem opływa ściany gór przeciwległych, a następnie wybiega na dolinę Wedeńską widniejącą przez wąwóz siłą tychże wód ufor­mowany. I tu również przed kaskadą ponurem czo­łem wznosi się w obłoki od południa czarna ściana ol­brzymich skał prostopadłych, od strony pólnocno-zachodniej zatacza się wieńcem szereg gór skalistych obwieszonych różnobarwną roślinnością krzewów i kwiatów. Na wschodniej tylko stronie otwiera się przez zarosły lasem wąwóz malowniczy widok na //87 wspomnianą dolinę, po której z łoskotem i szumem to­czą się obszerną rzeką wody ku Wedenom.

Przed wieczorem przybyliśmy do aułu Szamila w porządku przyzwoitym. Naib i starszy mułła jechali przodem; orszak zaś cały za nimi, uszykowany rzędem po 4 konie i poważnie zgodnemi glosy śpiewając zwy­kłą pieśń z Koranu: „La illacha-il allachu“ zwolna postępował.

Auł Szamilski inaczej Miurydskim zwany, zabudowany w obszerny kwadrat i niczem nie różni się od zwykłych aułów czeczeńskich. Sakle drewniane, pra­wie jedna o drugą opierające się, przedstawiały zwyczajnie panujący tu nieporządek w budownictwie. Dwie główne ulice na krzyż przez środek aułu prze­chodzące, odznaczały się od innych wązkich i połama­nych obszernością i akuratnością. Auł dokoła oto­czony stojącemi deskami zębato u wierzchu zaostrzonemi. Dom Szamila stojący oddzielnie za aułem bli­żej wąwozu i rzeki z gór wypływającej, przedstawiał dosyć porządne zabudowanie w kwadrat, obwiedzione palisadą mająca na 4 sążni przynajmniej wysokości. W palisadzie zrobiona ogromnych rozmiarów brama do której wstępuje się po zwodzonym na blokach mo­ście. Brama ta zwykle zamknięta, a dla wejścia są inne drzwi w palisadzie urządzone, przed któremi Miurydowie straż dzienną i nocną trzymają. We­wnątrz palisady stoi w kwadrat budynek cały pod jednym dachem. Z zewnątrz do środka budynku pro­wadzi brama w pośrodku budowli na przeciw owej //88 bramy w palisadzie, zrobiona. Po jednej stronie tej bramy, mianowicie po lewej, wznosi się dosyć kształ­tny dom dwupiętrowy zwany „Kumuskira“[86], w którym mięszczą się skarby i kasa narodowa.

Po prawej zaś stronie stoi dom jednopiętrowy porządnie i mocno z ciosanych kloców zbudowany zwany „domem szarjatu“, czyli sądowym. W pośrod­ku kwadratowego dziedzińca, wznosi się piękny dom dwupiętrowy ze wszech stron kolumnami otoczony, z dachem europejskim kształtnie tarcicami kryty, wyłą­cznie do jednej osoby Szamila należący. Cały ten dom starannie z kloców zbudowany. Na jednej linii z domem Szamila, także przed aułem Miurydów wzno­si się ogromny meczet drewniany, o paręset kroków od głównej Szamilskiej bramy oddalony.

Na urwistym brzegu potoku w odległości nie więcej jak półtorasta sążni od aułu miurydskiego, wzdłuż po nad wąwozem ciągnie się „sołdacka słobodka", czyli osada żołnierzy rossyjskich w liczbie do 360 ludzi składających osobną komendę Szamila.

Na drugi dzień rano, Labazan i gospodarz u któ­rego on nocował, Miuryd Dżawrail Chadżjo[87], wziąwszy mnie z sobą, udali się na dwór Szamila do domu sądo­wego czyli Szarjatu. Tu u wchodu stał jeden z miurydów Szamila na warcie i od każdego, kto wchodził do Szarjatn, wszystką broń przyjmował. Mój gospo­darz także złożył tu swój kindżał, szaszkę i pistolety, i tak bezbronny wszedł wewnątrz Szarjatu. Ja po zostałem na pierwszem dziedzińcu, otoczony małymi //89 i starszymi obszarpańcami. Niektórzy jednak ze zbie­rających się do Szarjatu, byli ludzie porządni, powa­żni i wiele z miny obiecujący. Wkrótce otworzono bramę wewnętrzną domu Szamila i słowo „Szamil“ szmerem rozeszło się po tłumie.

Poprzedzeni od dorosłego mężczyzny z obnażoną szaszką, wyszli z bramy trzej inni, z których dwaj w ciemnych długich i szerokich togach, a trzeci w po­środku nich w białym jak śnieg tołubie, niedbale za­rzuconym na ramiona, z wielkim białym kołnierzem. Z początku rozumiałem, że ten strój jego był z atłasu, lecz biała wełna długiemi kosmykami na odwiniętych połach spływająca wywiodła ranie z błędu. Mężczy­zna ten zdał mi się być olbrzymiego wzrostu w tem odzieniu, które nadzwyczaj kształtnie i wspaniałe w licznych fałdach od ramion do ziemi spadało. Zamiast rękawów po obu stronach tołuba wisiały białe jak ła­będź długowłosiste skręty na podobieńskwo damskich z łabędziego puchu boa. Popachę czyli czapkę z czer­wonego sukna z dnem szerokiero, plaskiem i okrągłem z czarnym dokoła barankiem, opasywała biała jak śnieg czałma, której jeden koniec w tysiącznych nie­mal fałdach rozsypywał się po plecach prawie do sa­mej ziemi.

Z pod tołuba wyglądał jedwabny ciemnego kolo­ru beszmet i biała cienka koszula, wypuszczona na białe spodnie. Na nogach czerwone z kamaszkami czewiaki i zwykłe bez napiętek trzewiki na wysokich obcasach z zadartemi do góry noskami. Postawa te­go mężcyzny nader była okazała i poważna, lecz zara­-//90 zem skromna i łagodna. Na białej, otoczonej dużą rudawą brodą i pięknej twarzy malowała się dobroć, tak że od razu poznałem, że to właśnie musi być oj­ciec i władca tutejszych ludów. Jakoż nie omyliłem się, rzeczywiście był to Szamil. Dwaj drudzy jego starsi miurydzi Ąfendi Jussup[88] i Chadzjo, dzielni jak później poznałem swego narodu mężowie.

Szamil wchodząc do Szarjatu, pozdrowił tam obecnych słowy: „asalamu halajkium“. Ci powstaw­szy na nogi odrzekli: „halajkium salam.“

Wezwany przez gospodarza mego do Szarjatu, zastałem Szamila siedzącego poważnie na małej pro­stej roboty otomance, z podłożonemi pod siebie noga­mi. Długie jego rzęsy, leniwe w poruszeniu, opuszczo­ne były na oczy, a cała fizyonomia wyrażała wielkie zamyślenie. Czoło wysokie, białe, sfałdowane w gru­be zmarszczki; twarz wielkiego owalu, długa na pier­siach szeroko rozczesana broda. Była to postać we wszystkich swych poruszeniach prawdziwie patryarchalna, przypominająca wielkiego patryarchę żydow­skiego ludu Abrahama. Obecni w Szarjacie sędzio­wie i starszyzna, siedzieli po obu stronach Szamila na rozesłanych na ziemi wojłokach. Wprost przed nim leżało kilka wielkich jedna na drugiej ksiąg. In­ni obecni naprzeciw Szamila o kilka kroków na gołej podłodze siedzieli, zachowując największą cichość i powagę.

Osoby, których sprawy się roztrzygały, występo­wały naprzód przed Szamila i w postawie napół klę­czącej, siedząc zarazem na piętach, osobiście wyja-//91 śniały swoje sprawy. Szamil słuchał wszystkich z powagą, wpatrując się w twarz każdego dużemi błękitnawo-piwnemi oczami.

Wejrzenie Szamila chociaż bardzo spokojne i ła­godne, lecz tak głębokie i przenikające, że żaden wi­nowajca nie mógł go wytrzymać. Później nieraz by­łem świadkiem spraw roztrząsanych przez Szamila, na poparcie których nie było innych dowodów, jak je­dno głębokie Szamila wejrzenie na winowajcę, który nie mogąc znieść go, przyznawał się dobrowolnie do winy i tym sposobem unikał zasłużonej kary.

Po skończeniu sądów wychodzili interesanci, a pozostali sami tylko Miurydzi z Szamilem. Wtedy to wniesiono stos ogromny papierów. Mój gospodarz wyprowadził mnie na środek przed Szamila i szepnął mi, abym mu ręce ucałował. Poczem podano mi pa­piery i kazano czytać głośno. Obecny tłómacz treść ich opowiadał Szamilowi, który wpatrując się mi w oczy, poważnie schylał głowę, szepcąc zwolna słowa zwykłej muzułmańskiej modlitwy.

Po odczytaniu papierów, Szamil odchodząc, wy­rzekł parę słów mnie tyczących sią po taulińsku i w skutek tego zaprowadzono mnie z Szarjatu pod are­sztem prosto do jamy, gdzie zwykle więźniów trzyma­ją. Z takiej przemiany losu nie byłem bardzo zado­wolony, gdyż to mnie naprowadzało na myśl spodzie­wania się czegoś gorszego. W górach aresztowani zwykle bywają trzymani w dołach na kształt studni, dzbankowatej wykopanych, do których spuszczają ich //92 po drabinie, z wierzcha jamy takowe zamykają płasko leżącemi na ramach drzwiami. Szamilska jama niczem się nie różniła od wszystkich innych, w tem tyl­ko była dogodniejssą od innych, żenad otworem jej stał zrąb dachem pokryty, dokąd niekiedy więźniów wypuszczano. Głębokość tej jamy wynosiła przeszło wzrost dwóch ludzi; szorokość nie więcej nad 4 do 5 kroków w średnicy.

Za posłanie na gołej wilgotnej ziemi służyła nawpół zgniła słoma, a okrycie każdy ma z tego, w czemtu się dostał. W jamie zastałem jedną, tylko osobę, której dla ciemności z początku nie dostrzegłem. Zszedłszy do jamy po drabinie, którą zaraz wyciągnię­to do góry i otwór przykryto drzwiami, oszołomiony tem co mnie spotkało, długo nie mogłem przyjść do przytomności, sam swojemu nowemu nie wierząc poło­żeniu. Nakoniec znękany upadłem na mokrą smrodli­wą ziemię służącą za podłogę jamy, wydając jęki roz­paczy. Na moje głębokie westchnienie, odpowiedzia­no mi w drugim kącie jamy, długim przeciągłym ję­kiem co było hasłem do wzmocnienia sił moich;

Towarzysz mego nieszczęścia był dymisyonowany oficer jednegoż ze mną pułku nazwiskiem Dawi­dow. Służył jako komisant u brata swego bogatego kupca, przy połowie ryb na morzu Kaspiskiem, wzię­ty nstępnie do niewoli z całą służbą, a w parę lat do­stał się do Szamila. Ciężka jest niewola oficera u tutejszych górali. Chciwi wykupu trzymają ich cią-//93 gle w kajdanach, na noc zaś przykuwają do łańcucha, karmią i odziewają nędznie, aby smutniejszemi listami do krewnych przyspieszyć mogli wykup. Kto nie jest sam zamożnym i niema przyjaciół bogatych, wiele tu musi ucierpieć, nim władza wojskowa nie poda mu rę­ki pomocy oddając jeńców na wymianę, lub nim kole­dzy składką dobrowolną nie przyjdą mu w pomoc.

Dawidow przechodził tu także rozmaite koleje, Szamil wziął go do siebie, zapewniwszy wprzódy wy­kup tym, którzy go wzięli do niewoli. Sam żądał za niego 5000 rubli wykupu. Wielka to suma, brat jego mógłby ją był zapłacić, lecz chciał ją mieć sobie zwró­coną przez Szamchala Tarkowskiego[89], jenerała lejtenanta i księcia dagestańskiego, pod którego zarządem znajdował się rybny połów morza Kaspijskiego. Stąd między Dawidowa bratem i Szamchalem wynikł spór, który pogorszył położenie jeńca, coraz na większe wy­stawianego udręczenia ze strony górali.

 

Smutne i ciężkie wlekły się chwile w tem zam­knięciu na rozmowach i rozmyślaniu z moim towarzy­szem. Dozorca więzienia stary, kulawy Miuryd Mussa każdodziennie przynosił nam skromny posiłek składający się z kilku chinkał i dzbanka wody. Niekiedy pozwalał nam kilka chwil posiedzieć we zrębie nad jamą, gdyż mój współtowarzysz człowiek już lat po­deszłych cierpiał wiele na zdrowiu. Ciało jego po­kryte było całkiem od wilgoci i szkodliwego powietrza, //94 z braku światła i jego odmiany, ciemnemi piętnami, które się coraz mnożyły i rozszerzały.

Niekiedy przechodzący rzucali nam przez otwo­ry skromną jałmużnę z kawałków suchego chleba. Z liczby takich litościwych osób zajęła mą ciekawość drobna opalona od słońca rączka, która niekiedy prze­suwając się między nierówne belki zrębu, upuszczała świeże pszeniczne czureki.

Nie wiedząc do kogoby należała ta rączka, zaw­sze z utęsknieniem oczekiwałem jej pojawienia się i zarazem obawiałem się dostrzedz tę, do której ona na­leżała. Jednakże przeznaczenie nie dozwoliło mi po­zostawać długo w tej niepewności. Siedząc jednego razu w otwartych drzwiach naszego więzienia, ujrzeli­śmy w szparze ową dobrze znajomą nam rączkę poda­jącą czarek. Dziewczę nie więcej lat piętnastu prze­ciągnęło tę rączkę, lecz spostrzegłszy nas, zasłoniła zarumienioną twarzyczkę białą czadrą, podając czarek w ręce mojemu towarzyszowi.

Nie wiem dla czego, ale gdyby ten czarek z bia­łej rączki wprost dostał się był w moje ręce, wprzód umarłbym może z głodu, nim z nim pomyślałbym się rozstać. Wzrok jej w tejże chwili rzucony na mnie wyrażał podziwienie i żal zarazem, że już dla mnie nie miała mi co ofiarować. Mój współtowarzysz opo­wiadał mi, że dziewczę oddawna przynosi mu posiłek, oraz nadmienił, że dziecię to lubo zbyt jeszcze młode, ale już wkolebce spotkało się zwielkiem nieszczęściem, które w żaden sposób od niej oddalone być nie może. //95 Prosiłem więc, aby mi opowiedział o wszystkiem co tylko wie dotyczącego się tej biednej dziewczyny. Lecz sądząc po jej czystym kanausowym stroju nie można było przypuszczać, aby jej nieszczęściem była nędza, a tu innych nieszczęść, jeśli przy tem służy zdrowie, nie znają. Chętnie więc powtórzył mi wia­domości, jakie miał udzielone sobie od wartownika na­szego więzienia.

U tutejszych górali istnieje zwyczaj podobny jak u żydów zaślubiania młodych w ich jeszcze dzieciń­stwie. Zwyczaj ten wprawdzie nie zawsze, ale często praktykuje się. Nieszczęście właśnie odwiedzającego nas dziewczęcia w tym zwyczaju miało źródło, do cze­go dało powód następujące zdarzenie: Ojciec jej za­możny Czeczeniec z aułu Małe Wedeni podczas jednej wyprawy przeciw Rossyan, w walnej potyczce ciężko był raniony w nogę i w głowę i spadł z konia. Jego współtowarzysze silnie rażeni od Rossyan pozostawili go własnym siłom, sami ratując się ucieczką. Osman, takie było jego nazwisko, widząc grożące mu niebez­pieczeństwo, gdyż rossyjscy żołnierze zagrzani zwycięztwem krzycząc „hura“, biegli do niego, polecił swą głowę opiece proroka i słowami koranu żegnał się z tym światem. U górali nie dać pomocy rannemu, lub nie uwieźć jego ciała z placu boju, aby je ocalić od urągania niewiernych, uważa się za wielkie przestęp­stwo. Jeżeli okoliczności naglące dopełnić tego nie dozwalają, to znajomi zabitych uwożą z sobą przynaj­mniej odcięte ich głowy, aby tym sposobem usprawie­dliwić się przed ich krewnymi, że nie przez zapomnie­-//96 nie, lub obawę śmierci pozostawić musieli ciała za­bitych.

Religijnym nadto jest obowiązkiem zwrócić ko­niecznie rodzinom ciała poległych w boju, lub przynaj­mniej ich głowy. Stąd to w rossyjskich wojskach za­kradł się obrzydliwy i barbarzyński zwyczaj odcinania głów góralom poległym w boju. Do tego powodowa­ła ich najwięcej chciwość zysku i źle zrozumiana zem­sta. Porządny żołnierz nigdy się podobnego barba­rzyństwa nie dopuszczał, a zwykle to było dziełem pi­jaków i ludzi złych. Czasami sami oficerowie zachę­cali żołnierzy do tego, aby się poszczycić, że pod ich dowództwem tyle to głów góralskich zabrano, co mia­ło być niby dowodem tryumfu nad nieprzyjacielem. Teraz ten zwyczaj starają się wykorzenić, a przynaj­mniej w  publicznych pismach o tem nie wspomina się, co niegdyś także za chlubę przed światem gło­szono.

Osman widząc nad sobą własny swój kindżał którym mu ręka niewiernych miała już głowę oddzie­lić od ciała, policzył za cud, pojawienie się nad jego ciałem Czeczeńca, który chwyciwszy go za odzież ha­kiem powlókł go do pobliskiego lasu. Był to jego są­siad z Małych Wedeni, Ali, który z narażeniem wła­snego życia wybawił Osmana od śmierci i hańby. Przez wdzięczność za czyn tak szlachetny Osman chciał się spokrewnić z domem Alego, który chociaż był biednym, lecz prawym i uczciwym człowiekiem.

//97 Obadwaj mieli tylko synów, lecz córki u żadne­go nie było. Uczyniono więc umowę, aby ten kto pierwszy doczeka się córki, oddal takową za syna przyjaciela. Tym to sposobem Ezend, było to imię na­szej znajomej, nie będąc jeszcze na świecie, została juź jakby zaślubioną za syna Alego imieniem Mahmuda. Wkrótce potem rodzice Mahmuda odumarli, i on po­został, na opiece krewnych i ojca przyszłej swej żony. Już w dzieciństwie odznaczał się ponurym charakterem, w zabawach niezręczny, stronił od współtowarzyszów i nie zjednał sobie serca wesołej i miłej Ezendy. W dojrzalszych latach kiedy od młodzieńca starającego się podobać, wymagamy śmiałości i męztwa w boju, na którem mu zbywa­ło, nietylko nie umiał w swej narzeczonej wzbu­dzić żadnego ku sobie przywiązania, ale przeciwnie niezgrabnem postępowaniem i odrażającą postacią wstręt w niej jeszcze obudzał. Ezenda dojrzewa­jąc, z rozpaczą myślała o swej przyszłości z czło­wiekiem, którego kochać nie mogła. Tkliwe i ko­chające jej serce jeszcze bardziej cierpiało, gdy wi­działa, że stary jej ojciec wspólnie z nią się smu­cił. Ulubione jego dziecię po śmierci żony we wszystkiem mu ją przypominające, jedyna osłoda jego starości, musiała ginąć z winy własnego ojca. Miał on także syna imieniem Mustafę, który nie mniej od obojga cierpiał i gotów był odważyć się na wszystko, gdyby go rozsądek i wola ojca nie krę­powały.

//98 Oto wszystko, o czem dowiedziałem się z opo­wiadań mego współtowarzysza, i odtąd na chwilę nie rozstawały się moje marzenia z Ezendą.

Smutnie i tęskno czas upływał w cieniach na­szej jamy. Wielka to zawsze była dla nas radość, gdyśmy wychodzili na wierzch, gdzie można było odetchnąć świeżem powietrzem. Z jakiem szczę­ściem spotykałem tę rączkę, która odtąd dwa zaw­sze podawała nam czureki, kryjąc się za rąbkiem czadry[XX]  osłaniającej skromną postać.

Razu jednego, gdyśmy wyszli do zrębu wezwa­ny byłem do Szamila. Dano mi list do przeczyta­nia. Była to wiadomość ze strony rosyjskiej co do Dawidowa. Dawano za jego wykup tylko 2700 rubli; od reszty do 5000 wymawiano się niemożnością zebrania tak znacznej sumy.

Po przeczytaniu i wytłomaczeniu tego listu, za­pytano mnie, kto jestem i czy mam nadzieję być wykupionym. Opowiedziałem im całą prawdę, skre­śliwszy w kilku słowach swoją historyę i powody przeznaczenia mnie do służby wojskowej. Co do wy­kupu odpowiedziałem, że na to nie mam żadnej nadziei. Słuchano mnie z uwagą, i mogłem czytać w oczach obecnych współczucie i litość. Jednakże napowrót odprowadzono mnie do jamy. Dawidowowi opowiedziałem treść listu. Cieszył się biedny starzec nadzieją, że Szamil przyjmie za niego da­wany wykup; lecz jakże okropnie się omylił.

//99 W paro dni potem wszedł do nas kulawy Miu­ryd, wypuścił nas na wierzch za obręb zrębu, byśmy mogli odetchnąć świeżem powietrzem. Lecz zaledwie mój towarzysz ukazał się za drzwiami zrębu, Miuryd wystrzelił do niego z pistoletu, a potem wybiegłszy z zaściany przerznął mu gardło kindżałem. Razom z wystrzałom Miuryda posłyszałem krzyk rozpacz­liwy z młodej piersi wydobywający się. Wtedy to podskoczywszy do drzwi więzienia ujrzałem ten okropny widok. Góral przerzynał kindźałem gardło starcowi, z którym przed chwilą razem rozmawia­liśmy, o kilka zaś kroków przed nimi stała w osłupieniu młoda Ezend z wzniesionemi do góry rę­kami, z twarzą, na której malowały się przestrach i podziwienie. Jeszcze Miuryd nie zdążył dokoń­czyć Swego czynu, powtórnie wydawszy krzyk prze­rażenia, lotem strzały puściła się do aułu od tej sce­ny okropnego i krwawego widowiska.

Odurzony okropnością wydarzenia w oczach mo­ich dokonanego, nie mogłem zebrać mych myśli; a najpierwsza myśl była o tem, że podobny los jak mego towarzysza i mnie spotkać może. W jakiemś odrętwieniu stojąc we drzwiach mego więzienia, prawie nie spostrzegłem, jak drzwi przedemną zo­stały zamknięte. Przychodząc stopniowo do przy­tomności, uzbrajałem się w męstwo, aby spokojnym umysłem spotkać śmierć z ręki barbarzyńca, jakiej obecnie byłem świadkiem. Nie dostrzegałem jak czas ubiegł, w przeciągu którego byłem zostawiony włas­nym rozmyślaniom i przekonany, że lada chwila //100 będę straszliwym sposobem zamordowany. Myśli moje bez związku błądziły to po rodzinnej ziemi nasuwając mi szczęśliwsze chwile; zatrzymywały się nad szkolnym moim czasem, przypominając mi szczę­śliwszych moich kolegów i przyjaciół, którzy może w tej smutnej dla mnie chwili wspominali o mnie z politowaniem, lub może zapomnieli mnie jak się zapominają wszystkie rzeczy przemijające na tym zbyt niedoskonałym świecie; to wracały do smu­tnej rzeczywistości teraźniejszego mego położenia.

Ze smutnych moich marzeń byłem przebudzo­ny stukiem we drzwi więzienia, jakby ze snu cięż­kiego i z przerażeniem spostrzegłem we drzwiach gromadę górali obszarpańców, małych i starych, wskazujących mi, abym wyszedł z więzienia. Lecz jak przykuty do jednego miejsca kroku nie mo­głem uczynić naprzód. Zrozumiawszy moje położe­nie jeden z sędziwych starców, przystąpił do mnie z dobrodusznym uśmiechem, wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą z więzienia, pocieszając skwa­pliwie, że od tej chwili do niego należę i że się nic złego ze mną nie stanie. Postępując mimowol­nie za starcem, byłem gotów uderzyć na każdego, ktoby pierwszy sięgnął na moje życie. Jakaś szcze­gólniejsza rozwaga nieodstępująca człowieka w kry­tycznych jego położeniach, dyktowała mi, lepiej umierać w boju, chociaż nierównym, niż dozwolić się zakłuć, jak kurczę bezbronne. Z tą myślą wyrwa­łem kindżał najbliżej mnie stojącemu z zapasa, z szybkością myśli stanąłem napowrót w więzieniu //101 w najdogodniejszem do obrony miejscu. Ten mój niespodziany postępek najprzód zadziwił obecnych, na­stępnie wzbudził śmiech i powszechne oklaski, które mnie wróciły do zupełnej przytomności. Starzec pow­tórnie przystąpił do mnie mówiąc mi, że przez Szamila jestem mu na własność oddany i że mi się nic złego nie stanie, rozkazując zarazem, abym zabrany nieprawnie kindżał zwrócił przez niego właścicielowi i bez obawy udał się za nim do jego biednej i samotnej sakli. Gdym się jeszcze wahał, rozkazano rozpędzić gromadzącą się przed drzwiami więzienia hołotę, i wtenczas zrozu­miawszy sprawiedliwość słów starca, oddałem mu kindżał i śmiało poszedłem za nim do Miurydzkiego aułu.

Starzec zdał mi się poczciwym człowiekiem, gro­ził jak mógł swawolnej hołocie i odpędzał ją odemnie; lecz to nie przeszkadzało złośliwym szubraw­com chociaż z daleka straszyć mię kindżałami, lub mierzyć ku mnie z gwintówek i pistoletów. Te fi­gle przecie nie czyniły na mnie żadnego wrażenia, bo je pojąłem ze sposobu ich wykonania.

Przyszliśmy nareszcie do biednej pochylonej sakli. Wtedy starzec wskazując mi na liche po­słanie rzucone w kącie na gołej ziemi, podał mi czurek, kawałek bardzo słonego sera i miskę cze­goś podobnego do mleka. Posiliwszy się cokolwiek położyłem się na twardem posłaniu, a znękany dnia tego przygodami wkrótce twardym snem zasnąłem. Starzec tymczasem udał się na pacierze.

Sen mój tej nocy chociaż niespokojny, ale trwał //102 dosyć długo. Słońce nazajutrz wkradając się do biednej sakli przez szpary drzwi nieszczelnie za­mykających się i przez otwór zostawiony w miej­sce okna w ścianie, znalazło mnie dość rzeżwym i po­krzepiło na siłach

Mój gospodarz siedząc w kącie sakli z pacior­kami w ręku według powszechnego tu zwyczaju szczególniej u ludzi podeszłych, powitał mnie uprzej­mym uśmiechem. Poczciwy ten starzec, którego imię było Fahrydin, widząc mnie już z wieczora w śnie męczącym, całą noc przesiedział jak mi to później powiedział, około mojej pościeli, aby mi udzielić pomocy w razie potrzeby.

Odmówiwszy gorącą modlitwę do Stwórcy, co się bardzo mojemu gospodarstwu podobało, umyłem się naprędce świeżą kryniczną wodą, a posiliwszy się czerstwym z kukurydzy czurekiem, wyszliśmy ze starcem do Aułu, a ztąd do przyległego lasu. Po wydeptanej drożynie spuściliśmy się w głęboki wąwóz. Tu starzec ukazał mi źródło, z którego wszyscy czerpali wodę, do którego i ja miałem cho­dzić ile razy potrzeba będzie wody. W lesie zaś około źródła w najbliższej odległości od Aułu wska­zał mi suche gałęzie, które dla wspólnego na­szego użycia miałem znosić do sakli, aby bez wielkiego trudu i powoli przygotować opału na zimę.

Postępując zwolna wąwozem w cieniu czynarów (buków) osłaniających bystry strumień krynicznej wody ze wspomnionego źródła biorący początek, //103 doszliśmy do obszernej rzeczki okrążającej posiadło­ści Szamila.

Tu strumień stawał się coraz szerszym i jakby z gniewem wpadał do rzeki. Wszedłem na wynio­słość przy ujściu strumienia sterczącą i w niewiel­kiej odległości spostrzegłem smętarz muzułmański ubarwiony różnokolorowemi chorągiewkami, a za nim nieopodal niewielki auł z białemi jak śnieg kształtu ułańskich kaszkietów kominami, zwany Ma­łe-Weddeni. Przed nim malowniczo rozścielała się Weddeńska dolina, obramowana rzeką wijącą się po całej dolinie. Na prawo w większej nieco odle­głości przez wierzchołki drzew widać było drugi auł ciągnący się ponad inną rzeką, zwany Wiel­kie-Weddeni. Wprost po za doliną wznosiła się gó­ra zwana Arseńską, po której brunatno-czerwonych odłamach cieniutką wstążką wiła się wązka dro­żyna, prowadząca na szczyt góry, broniącej przy­stępu na dolinę Weddeńską od tamtej strony.

Po zburzeniu Dąrgo w 1845 roku, Szamil oba­wiając się aby Rossyanie nie zawitali powtórnie do jego stolicy Dargo, jako do miejsca raz już znanego, zakupił od mieszkańców Wielkich i Ma­łych Weddeni część lasów i u stóp gór przed-Andyjskich, na miejscach oczyszczonych przez jego miurydów i rossyjskich żołnierzy w jego komen­dzie znajdujących się, założył nową swoją rezydencyą, nierównie obszerniejszą i silniejszą od po­przedniej, mając zarazem to na uwadze, że obec­nością swoją w ziemi Czeczeńców powinien zapo-//104 biedz ich wrodzonej przedajności, i przechylaniu się na stronę, gdzie osobiste korzyści więcej im obiecywały.

Gdy tak byłem zajęty widokiem nowej dla mnie miejscowości, starzec strudzony chodzeniem po przykrej drodze, spoczywał sobie na murawie pod rozłożystym czynarem, pod którego cieniem przynajmniej batalion żołnierzy znalazłby schronienie. W tem doleciały mnie z wąwozu wesołe śpiewki i gwar pomieszanych głosów kobiecych. Nie wiem dla czego wtedy przyszła mi na myśl miła Ezend. Natężyłem słuch i wzrok w, stronę, z której głosy słyszeć się dawały, lecz wszystko napróżno; nie widziałem nikogo, chociaż głosy zdawały się wprost do mnie stamtąd dolatać. Spostrzegł starzec moje zdumienie, uśmiechnął się, a podniosłszy się nieco wsparty na łokciu, krzyknął donośnym górskim głosem: Ezend sowola okuzy, co znaczyło: Ezend pójdź tutaj.

To niespodziane wykrzyknienie i słowo Ezend, jakoś silnie wdarło się do duszy mojej. Za niem podobnyż odkrzyk Fachridin, jeszcze silniejsze na mnie wywarł wrażenie. Lecz to niczem było w porównaniu z pojawieniem się miłego dziewczęcia, które strzałą puściło się ku nam z za skały, biegąc szybko i zręcznie po krętej ścieżce na górę. Zdziwienie moje na widok dziewczynki nie uszło uwagi starca. Dziewczynka równie spostrzegłszy mnie w tem miejscu, w chwili gdy miała rzucić się w objęcia starca, z widocznem podziwieniem wstrzy-//105 mała się w pędzie, z ustami na wpół otwartemi, ze wzrokiem malującym to podziwienie. W in­nym razie, pośród Europejskiego społeczeństwa, rze­wna ta i naiwna scena wydałaby mi się może zwyczajną. Lecz tu przy towarzyszących okolicz­nościach, spotkanie istoty, do której przywiązywała mnie już wdzięczność, w miejscu okolonem majestatycznemi widokami natury, zdarzenie to niezwy­kłego dla mnie było znaczenia i pozostało na zaw­sze mi odtąd pamiętnem.

Rozmowa dziewczęcia ze starcem prowadzona w języku czeczeńskim była dla mnie niezrozumiała. Kilka słów powitania, radosnych z figlarną minką i z szybkiemi poruszeniami przemówiła do starca, gdy nagle stanęła, w postawie poważnej, z twa­rzą bladą jak płótno, ze wzrokiem smutno dzikim, rzucając przez łzy na czarnych rzęsach zawisłe spojrzenie przerażenia i zgrozy. Niezwykłem wy­dało mi się to przejście od usposobienia wesołego do tak groźnego. Zdało mi się widzieć przed so­bą anioła zwiastującego ludziom kary Przedwiecz­nego. Mała jej rączka, jak dziesięcioletnego dziec­ka, energicznie wzniesiona do góry wskazując na niebo, okazywała niezwykłą moc ducha i woli. Sta­rzec z pochyloną głową, z ręką na siwej brodzie, w zadumaniu słuchał słów tego anioła, a podniósł­szy się zwolna na nogi, przystąpił do niej i zło­żywszy drżące swe ręce na jej głowie, przerywa­nym głosem wymawiał słowa modlitwy i pożegna­nia. Ezend oddalając się od nas, żegnała nas //106 wzrokiem, w którym jeszcze widne było natchnie­nie, jakie ją przed chwilą ożywiało. Znikała przed naszym wzrokiem, jak cień, gdy słońce wyjrzy z zachmury, biegąc po krętej ścieżce. My zaś w mil­czeniu drogą przeciwną wracaliśmy do aułu Miurydów. Starzec zrozumiał myśli moje, lecz milczał, dopóki nie wydobył się z wrażenia świeżo dozna­nego. Nakoniec ciężko westchnąwszy, wymówił zwykłe słowa modlitwy: La Illacha Il Allaha, a przesuwając zwolna rękę po brodzie nagle przemó­wił do mnie:

- Ty znasz ją, ona mi to mówiła, jadłeś chleb jej ręką podany w więzieniu; ona była świadkiem śmierci twego towarzysza, w chwili, gdy śpieszyła z posiłkiem do was i zgroza morderczej śmierci nieszczęśliwego więźnia dotychczas trwoży niewin­ną jej duszę. Ona także nieszczęśliwa, chociaż jeszcze tak młoda. Straciła matkę w niemowlęctwie, ma tylko ojca sędziwego starca i brata, któ­rzy ją kochają nad życie, a wszakże odwrócić wy­rok nieubłaganego losu ciążący nad nią nie mają sposobu. Ona zaślubiona człowiekowi, do którego wstrętu przezwyciężyć nie może, a który teraz pa­trzy na nią jak na swoją własność i oczekuje chwi­li, gdy ta doszedłszy lat pełnoletnich, ma zostać jego żoną. Zaślubiona gdy jej jeszcze na świecie nie było. Biedne dziecię! Dobra i nad wiek swój rozumna.

Po tych słowach starzec nic nie wyrzekł. Zda­wało się, że ciężar smutku skował jego władzę mo­-//107 wy. Boleśnie brzmiała w duszy mojej ta krótka historya nieszczęśliwej Ezend. Nie wiem jakiem uczuciem powodowany, czy skłonności serdecznej, czy przez wdzięczność ku niej, od tej chwili cią­gle myślałem o Ezend; czułem się jakby rozdwo­jonym, jak gdyby dusza moja gdzieś przy niej wciąż pozostawała. Starzec więcej nie wznawiał już roz­mowy o tym przedmiocie, ja nie śmiałem badać go obszerniej, aby się nie wydać z uczuciem, w ja­kiem dla Ezend zostawałem.

Zwykle moje zatrudnienia dzienne były prawie zawsze jednakowe. Nosiłem starcowi świeżą kryniczną wodę, sakle jego zaopatrywałem suchym opałem, przygotowywałem wspólny nam posiłek, gotując chinkały (rodzaj wielkich klusków) z mąki kukurydzy, i piekąc z tejże mąki świeże czureki. Do tych zatrudnień nie naglono mnie, byłem pra­wie wolny. Starzec rad był ze mnie; inni zaczęli mi okazywać niejaki szacunek z powodu wiado­mości, jakich im udzielałem o innych krajach, przez mojego tłomacza starca Fachridina. Był on po­chodzenia z Tatarów Kazańskich[90], w młodości słu­żył w wojsku rosyjskiem na Kaukazie aż do cza­sów pamiętnego tam Jermolowa[91]. Następnie dezerterował w góry, i do czasu ogłoszenia w górach nauki Miurydyzmu przez Kazi-Mułłę[92] pierwszego Imama na­rodów góralskich lewego skrzydła Kaukazkiego, pozo­stawał w Sałlatawie. Opowiadania jego o pokoleniach śród których znalazł gościnny przytułek, o Kazi-Mulle, //108 Hamzat-Beku[93] i o Szamilu, jako zajmujące, zamierzam tu pokrótce przytoczyć.

Pasmo gór Kaukazkich od Kaspijskiego do Czarnego morza łańcuchem ciągnące się, od cza­sów niepamiętnych zamieszkiwane było przez róż­ne plemiona kaukazkiego i mongolskiego pochodze­nia. Dzielne te ludy zamiłowawszy ten piękny kraj, w którym osiadły, tchnące duchem wojowniczym, czyniły częste napady na ościenne kraje, już to pojedyńczo, juź to większemi lub mniejszemi ma­sami. Wycieczki te były zawsze niespodziane, gwał­towne, a często połączone z barbarzyństwem. To było powodem dla Rosyi rozpoczęcia wojny z tyle uprzykrzonym sąsiadem. Pierwsze wyprawy przed­siębrał Piotr W.[94], który od razu przewidział dalekie korzyści z podbicia Kaukazu. Dotychczas wskazu­ją pamiątki bytności Piotra W-go na Kaukazie. Nie doznał on jednak tam powodzenia w swych przed­sięwzięciach wojennych, z powodu niedostępnej miej­scowości i energicznego oporu ze strony pokoleń kaukazkich; musiał więc zaniechać swych planów, zostawiając wykonanie ich swoim następcom. W póź­niejszym dopiero czasie rozpoczęte na nowo dzia­łania przeciw narodom kaukazkim wyparły ich z równin przedgórnych w miejsca niedostępne. Staroobrazcy prześladowani za wyznanie od którego odstąpić nie chcieli, wychodzili z Rossyi na Kau­kaz, zamieszkiwali w leśnych przedgórzach, kunacząc się (przyjaźniąc) z tamtejszymi mieszkańcami, którzy w późniejszym czasie ustępując sile Rosyan, //109 przymuszeni byli odmawiać gościnności rosyjskim przychodniom.

Tym to sposobem ci zbiegi odpychani z jednej strony przez górali, z drugiej przyciągani obietnica­mi rządu rosyjskiego, zeszli z gór czyli grebni, osie­dli po nad Terekiem i uformowali pułk kozaczy zwany grebieńskim.

Kałmyki[95] i Nogajcy[96] plemiona koczujące wielkiemi ułusami w stepach przedgórnych, niebędąc w mo­żności przesiedlenia się w góry z stadami bydła, owiec i koni, dla których potrzebowali obszernych i wolnych pastwisk na równinach, przyjęli poddaństwo Rosyi. In­ne zaś, jak mówiłem, plemiona posuwały się w góry co­raz głębiej, każdą piędź ziemi oblewając krwią nie­przyjaciół i własną i zaludniając najniedostępniejsze miejsca.

Systemat prowadzenia wojny przez Rosyan na Kaukazie początkowo niezupełnie był trafny i czyniono wielkie ekspedycye w góry, i prawie bez żadnego skut­ku; opuszczone zaś miejsca przez rosyjskie oddziały, natychmiast były znowu zajmowane przez górali. Po­palone przez Rosyan auły szybko odbudowywały się na nowo, a obfita wegetacya wynagradzała poniszczone na polach zasiewy. Wprawdzie niepokojeni ciągłemi wy­prawami górale poddawali się częściowo, a nawet i całemi prowincyami rządowi rosyjskiemu, lecz przy pier­wszej sposobności lub niepowodzeniu Rosyan, na nowo powstawali i stawali się na długo strasznymi nieprzyja­ciółmi. Prawda, Rossyą w tyloletniej walce z góralami potrafiła zdobyć wielką prowincyę Dagestanu i inne //110 części Kaukazu, przecież teraźniejszy system prowadze­nia wojny, zależący na posuwaniu naprzód bojowej linii fortec razem z osadami kozaków liniowych, jest nieró­wnie pewniejszy. Daleko jednakże jeszcze od tego, aby wyrzec słowo: to moje, mając do czynienia z ludami świeżemi, dzielnemi i zdolnemi przenieść wszelkie cier­pienia i trudy fizyczne. Dopóki góral silną dłonią ści­ska broń nieodstępną, a tę odebrać mu można chyba tylko razem z życiem, wielkie dzieło zawojowania jeszcze niedokończone. Najmniejsza nieostrożność ze strony miejscowego zarządu, najmniejsze uchybienie w sposobie postępowania z ludem kaukazkim, wy­wołuje straszny i zgubny rokosz, jak to już nie­raz się powtarzało.

Kaukazkie plemiona prowadziły oddawna życie patryarchalne; rządzone od starszyn w swoich au­łach nie cierpiały nigdy silnej władzy, któraby ograniczała ich swobodę. Niepokojone duchem wo­jowniczym i chciwością łupów, napadały częstokroć na siedziby własnych współziomków i przywłasz­czały sobie ich mienie prawem silniejszego. Stąd wy­nikała konieczność opieki możniejszych nad słabszymi. Częstokroć auł uzbrajał się przeciwko sąsiedniemu aułowi, lub jedna prowincya, przeciw drugiej prowincyi. Możniejsi w tym razie przyjmowali zwierzch­nictwo nad słabszymi, prowadząc ich do boju, lub ukrywając się wspólnie z nimi w swoich aułach i niedostępnych basztach. Stąd wynikło, że pierwsi przybierali nazwę książąt i przyswajali sobie zwierzch­nictwo nad słabszymi, uważając ich za swoich len­-//111 ników i poddanych, którym obszerne swe ziemie w górach oddawali w dożywocie za pewien rodzaj pańszczyzny. Przy takim nieładzie mogli byli Rosyanie wiele korzystać w wojnie kaukazkiej, cho­ciaż najczęściej wspólny interes łączył zawsze nie­przyjaznych sobie górali. Często wojska rosyjskie daleko broń zanosiły w góry. Wtedy książętom nadawana była władza nad niższym ludem, skoro ci przyjmowali poddaństwo Rossyi, i ta władza opie­rała się na przewadze oręża rosyjskiego. Lecz ogół narodu przez takie poniżenie i zatarcie jego osobistości, temi bardziej zniechęcał się przeciw no­wym władcom. Korzystał z takiego położenia rze­czy znakomity Kazi-Mułła, który pierwszy powziął śmiałą myśl—stanąć na czele kaukazkich narodów, ogłaszając nową tu naukę miurydyzmu, której pod­stawą było ogólne powstanie wyznawców Proroka przeciwko niewiernym i nieprzyjaciołom wolności Ka­ukazkich ludów. Myśl religijnie i politycznie wiel­ka, wsparta wymownym słowem fanatycznych mułłów, szybkością błyskawicy rozniosła się pośród górali.

Wiele prowincyj już podwładnych Rossyi pod­niosło z kindżałami w ręku znamię Proroka. Woj­na straszliwa wybuchnęła z nowym zapałem. Kazi-Mułła przyjmuje na siebie godność Imana (oso­by świętej) i władcy wszystkich górali kaukazkich, otacza się znaczną liczbą wypróbowanych w wier­ności i męztwie Miurydów, a szerząc fanatyzm śród ludu, stacza zacięte walki z Rosyanami. Lecz nie­ //112 długo pomyślna gwiazda mu przyświeca. W jed­nej walce z Rosyanami, kończy życie pod bagne­tami, zdając swą władzę Hamzat-Bekowi, jednemu z dzielnych Miurydów.

Po śmierci Kazi-Mułły zbuntowane prowincye napowrót idą w poddaństwo Rossyi. Książęta znów odzyskują nad niemi zachwiane swoje prawa i rzeczy idą po dawnemu.

Hamzat-Bek, broniąc się przeciwko rosyjskiej armii, wprowadza znowu porządek zakreślony od je­go poprzednika, lecz doznaje oporu ze strony ksią­żąt i chanów. Napada więc na stolicę Awarskie­go chaństwa[97], Hunzak, prawie najsilniejszego w gó­rach, oblega auł, lecz nie mogąc zdobyć go siłą, ucieka się do zdrady.

Po śmierci Chana Awarskiego, pozostała po nim wdowa z trzema synami, oblężona w Hunzaku[98] przez Hamzat-Beka, silny mu stawia opór. Hamzat-Bek udaje, że chce wejść z nią w układy i dla prowa­dzenia takowych potrzebuje jednego z synów Cha­nowej do swojego stanu (obozowiska). Posłany syn zostaje zatrzymany w obozie. Chcąc się dowiedzieć o jego losie przybywa syn drugi, który także zo­stał uwięzionym. Nakoniec trzeci tymże sposobem dostaje się w ręce Hamzat-Beka. Dostawszy tym sposobem w swe ręce wszystkich trzech synów Cha­na Awaryi, Hamzat-Bek waha się dokonać na nich uknutą zbrodnię. Natenczas Szamil, który był miurydem przy Kazi-Mulle, a u Hamzat-Beka naibem, tu obecny wyrzeka stanowczo te słowa: „Kuj że-//113 lazo dopóki gorące.” To pobudza Hamzat-Beka do energji i synowie chana awarskiego giną morderczą śmiercią pod kindżalami[XXI]. Auł Hunzak zdobyty i cała Awarja uległa władzy Hamzat-Beka.

Hamzat-Bek, chcąc powściągnąć możnych górali, naraził swoją osobę na ich nienawiść i zemstę. Przy­chylny mu Szamil ostrzegał go, aby miał się na ostro­żności, lecz Hamzat-Bek czy nie mógł, czy też nie umiał odwrócić grożącego mu niebezpieczeństwa i zgi­nął morderczą śmiercią w meczecie, gdzie udał się na modlitwę. Mówią, że Szamil na ostrzeżenie go o spi­sku na jego życie, polecił się tylko woli Allaha i je­go Proroka, śmiało szedł do meczetu, powitał zebra­nych tam na modlitwę słowy: „Asalamu-Alejkium,” na co nie odpowiedziano mu zwykłem powitaniem: „rua-lajkium salam;” przeciwnie, wystąpiono przeciw nie­mu z natarczywością i wyrzutami o morderstwo mo­żnych górali i książąt, a jednocześnie jeden ze spis­kowych, Hadży-Miurat[99], pchnął go kindżałem w piersi i tym zbrodniczym czynem przeciął pasmo dni jego.

Po śmierci Hamzat-Beka, Imanem i naczelnikiem miurydyzmu obrany został Szamil, jako mąż doświad­czonego męstwa i dzielnego rozumu.

Szamil Tauliniec, urodzony w aule Gimry[100], z ro­dziców dosyć zamożnych, lecz prostego pochodzenia. Pierwiastkowe nauki pobierał wraz z innemi dziećmi w Gimrach, później zaś doskonalił się przyjętym w kra­ju zwyczajem, chodząc od aułu do aułu po meczetach, w których młodzież pobiera odpowiednie ukształce-//114 nie od miejscowych mułłów bezpłatnie, a nadto ma zaspokojone, przez dobrowolne ofiary mieszkańców, najpierwsze potrzeby życia, jakiemi są: pomieszkanie, stół i okrycie. Obdarzony od natury najpiękniejszą powierzchownością i obszernym rozumem, od razu był odróżniony od innych współtowarzyszów w samym początku pomyślnej swej fortuny. Przy pięknej po­wierzchowności młodzieńczość, wyniosła postawa, siła muskułów cudnie harmonizowały z piękną jego twa­rzą i giętkością poruszeń w całem ciele.

Przy smagłym wzroście, niezwykłej szerokości piec i silnej piersi, kibić miał tak wysmukłą, że prawie można ją było objąć dwoma piędziami. Twarz ściągłego owalu rozmiarami odpowiadała całej budowie ciała. Biała cera, nadzwyczaj delikatna, kolor włosów jasny blond, czoło wysokie, pełne ognia i energji, a zarazem czułej łagodności, przenikliwość oka stra­szna dla winowajcy, na którego je zwrócił; nos duży, orli, lecz proporcjonalny do całej twarzy, usta mierne, niezbyt pełne, dobrotliwie uśmiechające się, zęby białości kości słoniowej, broda ściągła, okrągława, z niewielkim podbródkiem; dodawszy do tego rę­ce z długiemi palcami, niezwykłej piękności, oto bę­dzie portret Szamila.

Poznałem go już w wieku około lat 40-u, ale ślady piękności jego były widoczne w całej postawie. Fizjognomja patryarchalna przypominała ojca ludu izra­elskiego, Abrahama; w tem tylko już się zmienił, że nieco utył, a majestatyczna twarz jego ocieniła się wielką brodą, którą, według powszechnego tam zwy­czaju, farbował na kolor ciemnobrunatny.

//115 Objąwszy rządy po Hamzat-Beku, obszernym ob­darzony rozumem, wsparty doświadczeniem obudwu swoich poprzedników, pojął odrazu jakiej polityki dla ustalenia swej władzy trzymać mu się wypadało. Działając w duchu Koranu, naprzód przemocą i zrę­cznością uczynił naród niezależnym od możniejszych swoich przeciwników, jakich mógł spotkać w książę­tach i możnych familjach, nieprzyjaznych swobodom narodu, których do szczętu wyniszczył, rozdając ich posiadłości pomiędzy biednych głoszących jego do­broć i mądrość, i wzbogacając narodową kasę, urzą­dzoną przy swej osobie. Powtóre, wszelkich postano­wień i urządzeń nie narzucał siłą, ale umiał tak rze­czy pokierować, że zdawało się, że one z woli narodu pochodzą. Na sejmach każdorocznie raz jeden zbiera­nych, na które zjeżdżali się naibowie, mułły i inni po­siadający szacunek i zaufanie u narodu, doświadczonej cnoty, szlachetności charakteru i dzielności umysłu; na tych to sejmach obmyśliwał środki obrony kraju na rok cały i uchwalał wszelkie inne potrzeby. Tam zręcznie przedstawiał narodowi niezbędną dla ogólne­go dobra wszelką reformę, którą sejmujący po ścisłem rozważeniu przyjmowali za stałe prawo krajo­we, stosując się w tem zawsze do zwyczajów, chara­kteru i zasobów mieszkańców. Tym sposobem rzecz uchwalona wpisywaną była do księgi praw i stawała się już obowiązującą. Podobną drogą Szamil nadał podwładnym swym prawo zwane Szaryatem, pod któ­re naród ugiął się dobrowolnie, jakoby je sam sobie ustanowił.

//116 Na jednem takiem zebraniu w r. 1838, w aule Ołtury[101], w Wielkiej Czeczeni, gdzie najczęściej zbie­rały się sejmy, Szamil przedstawił konieczność wy­brania po sobie następcy; w krótkich słowach skre­ślił wszystko, co dobrego dla kraju uczynił, kończąc swą mowę tem, iż pragnąłby, aby następca jego ró­wnież w duchu narodu, jak on postępował, aby roz­poczęte przez niego przy pomocy Boga i narodu dzie­ło szczęścia i pomyślnej przyszłości wyznawców pro­roka, w początkach swych nie upadło.

Posiedzenia zwykle odbywały się pod odkrytem niebem. Dla Szamila rozbijano namiot; inni tłoczyli się tuż koło namiotn, aby nie uronić ani jednego sło­wa przez Imana wyrzeczonego.

Po mowie Szamila, naród zebrany rozdzielał się na partje i w cichości rostrżąsał przedmiot podany do narady publicznej. Rostrząsania niedługo trwały. Daniel-Bek[102], pierwszy naib Szamila, w imieniu zgro­madzonych odezwał się do Imana w te słowa: „że zwyczajem jest po wszystkich państwach, aby starszy syn po ojcu dziedziczył władzę od Boga mu nadaną. Dla tego naród, w jedno państwo prawowierne dziś przez Szamila zjednoczony, pragnie, aby podobnyż zwyczaj stał się i dla niego niezachwianem prawem. W skutek tego naród następcą po Szamilu wybiera sobie drugiego z jego synów, Kazi-Muhameta, ponie­waż pierwszy syn Szamila, Dżemat-Edin[103], znajdował się jako zakładnik w Rossji.”

Wysłuchawszy tej mowy, Szamil sprzeciwiał się żądaniu narodu, dając za przyczynę, że on, będąc //117 złożony raz ciężką chorobą, pod niebłogosławieństwem zaklął swe dzieci, aby nie ważyli się przyjmować ża­dnych obowiązków publicznych, któreby ich wywyż­szały nad lud pospolity.

Natenczns Daniel-Bek, po krótkiej naradzie z sę­dziwymi starcami, odezwał się do Szamila, że „naród obierając syna jego następcą po nim, nie może zmie­nić swego postanowienia dla przyczyn przez ojca przy­toczonych; że nakoniec ojciec nie miał władzy wzbro­nić dzieciom służyć ogólnemu dobru, bo zwykłym po­rządkiem rzeczy, z początkiem już swego żywota za­ciągnęły obowiązki względem ogółu.”

Wtedy Szamil, przekonany o sprawiedliwych żą­daniach narodu, powstaje na nogi, wznosi ręce nad głową Kazi-Muhameta, dwunastoletniego chłopca, obe­cnego na tem zgromadzeniu, i rzewne łzy wylewając, mówi:

̶ Boże! Ty widzisz i słyszysz wolę narodu Twego; głos jego jest Twoim głosem i wola jego niech bądzie zgodną z Twoją wolą; Ty nią kieruj dla chwały Twojej świętej i dla szczęścia narodu Twe­go na wszystkie wieki. Amen.

Po tej krótkiej modlitwie, której obecni słuchając, rzewne łzy wylewali, przystąpiono do ucałowania re­ki następcy, na znak winnej mu odtąd podległości.

Pierwszy ucałował rękę Kazi-Mohoma Daniel-Bek, następnie starsi mułłowie, starcy, wszyscy inni tam obecni, a w końcu sam Szamil. Prawo następ­stwa wniesiono do księgi Szarjatu i wykonano przy­sięgę na dotrzymanie jego.

            //118 Energiczne postępowanie Szamila połączone z głę­boką polityką w urządzeniu kraju, wywołało czujną baczność ze strony Rossji, chcącej sobie zabezpieczyć miejsca, z wielkiem wysileniem zdobyte, i zamierza­jącej nadal prowadzić wojnę z góralami. Szamil re­zydencję swoją założył w Achulgo[104], na skałach i gó­rach najniedostępniejszych; dostępniejsze miejsca ba­sztami ufortyfikował i opasał wałem, spodziewając się, że tak się zabezpieczy przeciw Rossjan. Smutne doświadczenie przekonało go, że stało się przeciwnie. Liczny oddział wojsk rossyjskich otoczył 1839 roku warownię Szamila. Z obu stron bój był zacięty: Rossjanie dowiedli niejednokrotnie męstwa i śmiałości, lecz nie mniejszy był opór ze strony oblężonych.

Po wielkich z obu stron stratach, gdy już wa­żniejsze punkta i panujące wierzchołki przez Rossjan zostały zajęte, Szamil przystąpił do układów z głó­wnodowodzącym wojskami rossyjskiemi, jenerałem Hurko[105]. Widzenie się ich osobiste miało ten skutek, że Szamil oddał Rossji zakładnika syna swego, dwu­nastoletniego chłopca, Dżemat-Edina. Miał ustąpić z swem wojskiem z Achulgo i oddalić się w góry. Niewiadomo z jakiego powodu umowa została zerwa­na. Bój wznowił się z nową zaciętością. Szamil, nie mając znikąd nowych zasiłków i cierpiąc zupełny niedostatek wody i żywności, ustępował przemagającej sile Rossjan, ścieląc po za sobą krwawą drogę trupami nieprzyjaciół. Widząc zupełną niemożność pozostawania dłużej w swem obwarowaniu, gdy liczba jego obrońców, dręczonych głodem i pragnieniem, //119 z każdą chwilą się zmniejszała, nocną porą, potaje­mnie z żoną, dziećmi i kilku przy siłach jeszcze miurydami zszedł z góry, przekradł się przez rossyjskic pikiety, i związawszy wątły płot, puścił się na nim od nikogo niepostrzeżony po bystrej rzece płynącej u stóp Achulgo, polecając swoich współobrońców opiece Allaha.

Takim sposobem zdobyto Achulgo. Obrońcy je­go w znacznej jeszcze liczbie, z żonami i dziećmi do­stali się do niewoli; o Szamilu zaś nie było najmniej­szej wieści ni u Rossjan, ani między góralami. Zdo­byte Achulgo przedstawiało okropny widok zniszcze­nia i poniesionych cierpień od jego mężnych obroń­ców. Stosy ciał martwych walały się po aule niepogrzebione, tłumy ranionych i omdlałych z głodu i pra­gnienia starców, kobiet i dzieci zostawały bez ratun­ku. Niema słów na opisanie okropnego widoku, jaki się przedstawił oczom zwycięzców!

Podobna porażka Szamila, kosztująca Rossjan znaczną stratę wojsk i skarbu, zdawało się, zabez­pieczy na długo lewe skrzydło Kaukazu. Cała Awarja i cała prawie Taulja poddały się dobrowolnie; czcczeńcy również powściągnęli swe zuchwałe wyciecz­ki. W Hunzak, Ziraniach[106], Gergebilu[107] i innych wa­żniejszych punktach wzniosły się rossyjskie twierdze. Bezpieczna i swobodna komunikacja niczem prawie nie była przerywana i wojna z góralami zdawała się być już ukończoną.

Tymczasem Szamil w swojem ukryciu śród gór układał plany, jakby najpomyślniej odzyskać swą //120 wziętóść i podnieść godność narodu. Garść wiernych mu miurydów, nie odstępując go w niepowodzeniu, żywiła wciąż w nim nadzieje, a czas, pokonywający złe i dobre, nadewszystko wola Allaha, na którą Szamil zawsze się zdawał, dokonały reszty. Naród od wieków niepodległy, ceniący wysoko swą godność, nie mógł długo znosić poniżenia i urągań swych wrogów, nad których duchem i charakterem czuł się wyższym. Wiara jego w Szamila, lubo osłabła na krótko, ale nie wygasła. Nie było to tajemnicą dla Szamila i on postanowił z tego skorzystać przy wydarzonej chwili.

Wiedząc, jaką przewagę mają Rossjanie nad gó­ralami przez artylerję, przedsięwziął wprowadzić ją u siebie. Dosyć znajdowało się w górach Rossjan zbiegów, z liczby których był starzec mój Fahridyn. Z ich to pomocą wyszukał biegłych artylerzystów, a widząc, że górale ciemiężeni przez Rossjan, silnie pragną pozbyć się ich panowania, zaczął się powoli i w cichości przygotowywać do nowej i strasznej wy­prawy. Znaleziono gdzieś w górach pękniętą rossyjską armatę, zlutowano ją srebrem; drugą odleli tatar­scy majstrowie broni, lawety i okucia zbiegi porobili i to był początek artylerji Szamila.

Rossjanie, uważając górali za zupełnie pokona­nych, zaczęli nakładać na nich uciążliwe daniny, a na­wet przystąpili do odebrania nigdy nieodstępnej od nich broni. To było dla Szamila hasłem do powsta­nia. Zebrawszy dostateczną liczbę miurydów i do 400 rossyjskich dezerterów, w r. 1843 zrobił pierwszą pró­bę z swą artylerją w Górnej Czeczeni. Strona ta do-//121 tąd nikomu nie była podwładna, rządziły nią nieład i przemoc możnych książąt, którzy, mając w aułach warowne baszty, wytrzymywali napady sąsiadów i wła­snych współbraci.

Auł Czaberli pierwszy uległ przemocy Szamila. Baszty nie wytrzymały pocisków jego artylerji. Auł Czaberli wzięty. Cała górna Czccznia poszła pod wła­dze Szamila; książęta w pień wycięci, ziemie ich od­dano biednym, bogactwa poszły na skarb narodowy, a cała kraina, błogosławiąc Imana, poprzysięgła mu wierność.

Nie tracąc czasu, Szamil uderza na rossyjskie forteczki Taulji, zwycięża wojska, nie spodziewające się podobnego napadu, zabiera po forteczkach artylerję i zapasy, szerzy rokosz po całym kraju, i w jednym miesiącu odbiera Rossjanom to, co długiemi usiłowa­niami nabyli. Jedne fortece zabrane, a innych garnizony, jak z Gunzaku, zaledwie uciec zdołały. Zirany atakowane wytrzymało oblężenie przy największym braku żywności, aż póki zmorzonemu głodem garni­zonowi nie nadeszła pomoc; załoga wystąpiła, ale for­teca została w ręku Szamila; takiż los spotkał Gergebil i inne fortece. Słowem, kaukaskie wojska po­niosły we wszystkiem stratę i wiele przecierpieć mu­siały. Forteca Burnu, dziś Piotrowskie, wytrzymała silny szturm i w części tylko była zdobyta; lecz gó­rale, rabując prochownię, przez nieostrożność zapu­ścili ogień, część ich wyleciała w powietrze a część przez nadeszłą pomoc rozproszoną została. Timer-Chan-Szura również została oblężona, lecz przez nadeszłe //122 sukursa od oblężenia uwolnioną została. Cala Awarja, Taulja, gdzie Rossjanie utorowali obszerne go­ścińce dla przechodu swych wojsk, Szamil powznosił fortece, jako to: Gergebil, Kikuszy[108], Sałty[109], Sugratt[110], Czoch[111], Karahi[112] i inne pomniejsze, z których dopiero Salty i Gergebil przez Rossjan zniszczone. Od strony Czeczni lasy stanowiły naturalną, nieprzebytą grani­cę, w których wyrąbywanie dróg teraz cały czas zaj­mowało.

Oto krótki rys działań Szamila, który przy nie­dostatku wszelkich środków do prowadzenia wojny, pokonawszy naprzód niepodległy duch swych podda­nych, z narażeniem częstokroć własnego życia, jedną tylko silną wolą wielkiego człowieka i rozumem do­tąd mężnie się opierał wszelkim usiłowaniom Rossji, nie przestając śród największych przeszkód organizo­wać swój kraj, wprowadzając wciąż coraz nowszy po­rządek w administracji i prawodawstwie. Którykol­wiek z monarchów europejskich, jeśliby pokonał tyle przeszkód co Szamil, stojących mu na zawadzie do panowania, zyskałby imię Wielkiego, o Szamilu zaś dotychczas mało kto wie, choć mu się oddawna na­leży imię wielkiego i prawodawcy narodu.

Pobyt mój u Fahridina, jako niewolnika, był dość znośny i praca nie nader uciążliwa. Starzec ma­jąc dla swych opowiadań we mnie pilnego słuchacza, coraz bardziej się do mnie przywiązywał. Lecz tę­sknota za rodzinną ziemią, coraz silniej i silniej roz­wijając się we mnie, widocznie rujnowała moje zdro­wie; nie uszło to baczności dobrego starca, wyrozu­ //123 miał mnie z ojcowską dobrocią, i powodowany czy to fanatyzmem dla swego wyznania, czyli też życzliwo­ścią ku mnie, namawiał mnie, abym został wyznaw­cą Mahometa, wystawiając już tu na ziemi, już w przyszłem życiu wielkie z tego korzyści.

Religja Mahometa wzbrania mieć niewolników jej wyznawców. Przyjąwszy ją, uzyskałbym wolność, a tem samem większą możliwość wydostania się z nie­woli. Po gruntownem rozważeniu rzeczy, mając to na uwadze, że obrzęd i ceromonje modlenia się tam, gdzie to nie daje powodu do zgorszenia, nie ubliżają nauce Chrystusa i nie podkopują jej świętości, zgo­dziłem się na propozycję Fahridina, uczęszczania na modlitwę do meczetu. Ktoby mi to miał za złe, niech­by sam spróbował pójść w niewolę do górali kau­kaskich.

Nie wiele potrzebowałem czasu na wyuczenie się obrzędów i pierwszych modlitw wiary Proroka, nawet już w krótkim czasie mogłem płynnie czytać Koran. Postęp mój w tym przedmiocie zdziwił Fa­hridina i serce jego napełniał radością. Umywanie przed modlitwą stanowi ważny punkt obrzędów tej religji, czystość ciała i odzieży jest koniecznym wa­runkiem modlitwy. Człowiek, któryby odważył się stanąć do modlitwy bez dopełnienia obrzędu umy­wania, lub w odzieniu splamionem, czyni swą modli­twę i inną niegodną Allaha, i godzien za to kary śmierci, jeśliby to z umysłu uczynił.

Każdy mahometanin obowiązany jest każdodziennie modlić się pięć razy: rano przed wschodem słoń­-//124 ca, w południe, przed zachodem i po zachodzie słoń­ca, i spać się kładąc. Przed każdą modlitwą obowią­zany dopełnić obrzędu umywania.

W Taulji, gdzie świętość religji więcej jest prze­strzeganą, w przedsionkach meczetów porobione są dla kąpieli kamienne wanny z czystą bieżącą wodą. Czeczeńcy nietyle w tem są gorliwi. W podróży, gdzie nie będzie wody, umywanie można zrobić prochem ziemi, dotykając się jej powierzchni, jakby stojącej wody, forma umywania i w tym razie winna być do­pełniona.

Przy domowych zatrudnieniach i uczeniu się ob­rzędów mahometańskich, tak dla mnie jako i dla star­cu czas szybko upływał. Nieraz ze starcem chodzili­śmy na przechadzkę do blizkiego lasu, lecz ani razu nie doszliśmy do miejsca, gdzie spotkaliśmy Ezendę.

Na jednej z podobnych przechadzek nieznacznie skierowałem rozmowę, na przedmiot o spotkaniu pię­knej góralki, dodając, iż ojciec jej musi być bardzo nieszczęśliwy, nie mogąc zapobiedz nieszczęściu, jakie zagraża jego kochanemu dziecku.

— Prawda — odpowiedział starzec.— On bardzo jest nieszczęśliwy. A ponieważ niedaleko jesteśmy od małych Wedeni, moim więc zamiarem jest odwie­dzić starego przyjaciela, z którym się dawno nie wi­działem.

Ta wiadomość napełniła mnie żywą radością, lecz kryć się z tem musiałem przed starcem.

Przeszedłszy niewielki lasek, oddzielający auł Szamila od płaszczyzny Weddeńskiej i rzeczkę już wyżej wspomnianą, ujrzeliśmy się na czystej pla-//125 znie, szerokiej nie więcej jak wiorst 5 a długiej 7 lub 8. Auły Wielkich i Małych Wedeni, ciągnące się po nad rzekami, przyjemnie się bieliły śród żywej zieloności łąk i ogrodów. Wkrótce stanęliśmy przed niewielkim, czystym domkiem ojca Ezendy, który sie­dząc na ganku z koranem w ręku, pierwszy nas po­witał. Radość jego z powodu naszych odwiedzin by­ła bardzo wielka; po pierwszych powitaniach starca, pokazała się na progu jego córka, szczebiocząc i po­dając rękę starcowi, aby go do sakli wprowadzić.

Fahridyna posadzono na miękkich safianowych poduszkach, mnie wskazano miejsce obok brata Ezen­dy, zajętego srebrnemi wyrobami. Ożywiona rozmowa zawiązała się między starcem i gospodarzem, lecz dla mnie była ona niezrozumiałą. Ezendy, zajęta przygo­towaniem dla nas posiłku, przemówiła coś do brata, spoglądając na mnie figlarnie; ten natychmiast łama­nym ruskim językiem, zabawiając mnie, rozpoczął ze mną rozmowę, pokazując swoje dość piękne wyroby srebrne.

Postawiono przed nami na talerzu, na okrągłej drewnianej tacy, jajecznicę, ser, masło i świeży, go­rący czurek z pszenicznej mąki. Gdy biorąc jadło do rąk, przemówiłem zwykłą modlitwę: Bismillah Arrachman arranym[113], wszyscy wydali okrzyk podziwienia, co było dla starca powodem do wypowiedzenia po­chwał o moich postępach w języku arabskim. Musia­łem powtórzyć wszystkie, jakie już umiałem, modli­twy i czytać alkoran. Figlarna Ezendy to przeszka­dzała mi, to pomagała, jeślim się w czem pomylił.

//126 Po odbytych próbach obaj starcy podali mi dło­nie, a Ezend, porwawszy kawał czureku, do ust mi go przyłożyła, pobudzając wszystkich do śmiechu. Po­jąłem, że Ezend była ulubionem dziacięciem sędziwe­go ojca i drogą siostrą dla brata. Ona rozpędzała posępność ich z czoła; ciekawy byłem usłyszeć historję tej dobrej rodziny, jaka mogła zatruwać ich po­kój domowy.

Pożegnanie się nasze z rodziną Ezendy było prawdziwie przyjacielskie. Mnie proszono, abym czę­ściej ich dom odwiedzał, z czego byłem mocno zado­wolony; bywając tam, choć na pewien czas zapomi­nałem dręczących mnie myśli o rodzinie i mojem po­łożeniu.

Piątek, Ruzman[114], jest dniem świątecznym w ty­godniu u mahometan; dzień ten, równie jak inne uro­czyste święta Bajramu i Kurbanu[115], nie zwalniają ich od każdodziennych zatrudnień, i wypoczywają tylko podczas całkowitego obmywania się przed mo­dlitwą.

W tym dniu Szamil uroczyście występuje na mo­dlitwę do ogólnego meczetu miurydów. Miurydzi, któ­rych u Szamila jest do 200, zbierają się na czele swo­ich dziesiętników, przed bramą domu Szamila z gwintówkami na plecach i tworzą szpaler aż do meczetu. Szamil w towarzystwie kilku starszych swych miury­dów, poprzedzany przez setnika niosącego miecz obna­żony, między szpalerem miurydów przechodzi do me­czetu, przy odgłosie śpiewanej ogólnie pieśni przez miurydów: La Illaha, Ill Allahu[116]. W meczecie zebrany //127 lud powstaje, a Szamil wita go słowy: Azalemu halejkium[117], na co odpowiadają zebraniu: rualikium Salam. Szamil udaje się na zwykłe swoje miejsce, ja­ko najstarszy mułła, i wtedy rozpoczyna się zwykły obrządek modlitwy powszechnej. U górskich tatarów każdy mężczyzna uważa się za osobę duchowną i mo­że spełniać obrządki religijne. W aułach jednak prze­znaczają się na mułłów ludzie doświadczonej moral­ności i znani z nauki, lecz jeśli nadarzy się ktoś uczeńszy nad mułłę miejscowego, ten ustępuje mu pierwszeństwa przy modlitwie, bez względu na wiek i stanowisko zajmowane.

Z tego powodu i Szamil ustępuje swego miejsca jako mułła w przytomności Dżematdyna, który pia­stuje godność najwyższego mułły. Dżematdyn zaś in­nemu, jeśli ktoś uczeńszy nad niego przybywa. Taki sam szacunek dla nauki mądrości.

Obrzęd modlitwy jest wielce szczytny: w mecze­cie, w ścianie od strony wschodniej w samym środku jest niewielkie wgłębienie, jak na jednego człowieka, w którem staje starszy mułła; po za mułłą staje lud zebrany na modlitwę szeregami, o parę kroków jeden od drugiego odległemi, stosownie do wieku i godno­ści. Szeregi te muszą być wyrównane, jak żołnierzy w szyku bojowym. Starszy mułła zaczyna modlitwę, stając we framudze, ze zlożonemi na piersiach ręka­mi, w postawie skromnej, zwolna, głośno i dobitnie; lud w takiejże postawie słucha głosu mułły, wtórujcą myślą słowom jego. Koniec pierwszej modlitwy koń­czy się ogólnem Amiń, z cicha i przeciągle wymó-//128 wionem. Poczem lud też samą modlitwę odmawia po cichu. Następnie mułła, w pół ciała czyniąc pokłony, nachyla się ku ziemi; lud czyni to samo, jeszcze raz powtarza tę samę modlitwę i tym samym porządkiem. Poczem odmawiają jeszcze inną modlitwę, klęcząc, przysiadają na pięty i czyniąc pokłony czołem do ziemi; ta modlitwa powtarza się drugi raz w tymże porządku, a w końcu następuje ofiarowanie, co czyni się na klęczkach z podniesionemi w górę rękami i tem kończy się całe nabożeństwo. Lud rozchodzi się, w me­czecie pozostają tylko starcy, którzy usiadłszy pół­kolem naprzeciw mułły, wyśpiewują na rozmaite gło­sy przymioty Stwórcy i Proroka, powtarzając jedno słowo po kilka razy. Czapek z głowy nigdy nie zdej­mują. Kobiety do meczetów nie uczęszczają, gdyż do modlitwy musiałyby zdejmować szarawarki, w które zwykle stroją się. One zwykle odmawiają modlitwy pojedynczo w domu lub wspólnie z mężami i braćmi, którzy im miejsce mułłów zastępują.

Po ukończeniu modłów Szamil zwykle czas ja­kiś pozostaje w meczecie; tu przystępują ku niemu znajomi, zgrzybiali starcy i inne osoby, które dzieli­ły z nim niebezpieczeństwa bojow. Jedni witają się z nim poufale, całując go w twarz, lub ściskając się po przyjacielsku: inni całują go w ręce. On zaś jest ze wszystkimi uprzejmy i łagodny, bez obłudy, jak dobry ojciec ze swojemi dziećmi. Wszyscy siedzą na kobiercach lub wojłokach, któremi pokryte jest siano rozesłane po całym meczecie. Rozmowa, jeżeli niema ważnego przedmiotu, ciągnie się zwolna, każde słowo //129 ważone. Wogóle tutejsi górale, szczególniej starzy, skąpi są na słowa; lecz za to każde słowo mieści w sobie dojrzałą mądrość. Po większej części są mil­czący, siedzą, założywszy nogi pod siebie na krzyż i trzymając w reku ogromne paciorki, które przebie­rają w palcach i wymawiają słowa modlitwy, skła­niając zwolna głowę na prawo i na lewo.

Powrót Szamila z meczetu odbywa się w takimże porządku, jak było jego przyjście. Miurydowie, będący w ten dzień w meczecie dla straży przy Szamilu, otaczają go z bronią nabitą, stają we drzwiach i przy oknach, aby kto nie sięgnął na jego życie.

W taki dzień piątkowy poszedłem pierwszy raz z Fahridynem do meczetu, jako nowy zwolennik wy­znania Proroka. Pomieściwszy się w ostatnim rzędzie, byłem narażony na figle synów Szamila, którzy pod­czas modlitwy nasuwali mi popachę na oczy. A że w czasie modlitwy niewolno czynić najmniejszych po­ruszeń, a tembardziej, jako nowo wstępujący w ten obrządek, musiałem najściślej zastosować się do prze­pisów i z tego powodu wspomnione figle czyniły mi przykrość, wzbudzając tłumiony śmiech młodzieży.

Po modlitwie, Fahridyn przyprowadziwszy mnie do Szamila, wychwalał przed nim mój postęp w nau­ce Proroka i łagodność mojego charakteru, prosząc go o względy dla mnie i wyzwolenie ze stanu nie­wolnika, jako już wyznawcy islamizmu. Szamil ze zwykłą łagodnością przyjął prośby starca, podał mi rękę do pocałowania. Wkrótce potem nastąpiło roz­-//130 porządzenie Szamila w tym względzie i byłem odda­ny do Szamilowskiej komendy, a Fahridynowi dano na moje miejsce żołnierza, wziętego do niewoli.

Zmiana w mojem położeniu, szczególniej w po­czątku, była dla mnie nader uciążliwą. Tak zwana „Szamilowska komenda” składa się z rosyjskich żoł­nierzy różnej narodowości, zbiegłych lub wziętych do niewoli. Liczba ich dochodzi do 300 i więcej; są to po większej części rzemieślnicy i artylerzyści. Odzia­ni zupełnie po tatarsku i uzbrojeni, mieszkają od­dzielnie od miurydów, w tak zwanej „sołdackiej słobodzie,” po kilku lub pojedynczo w własnych domkach. Od Szamila otrzymują odzież i żywność, żołdu nie odbierają żadnego. Każdy zajmuje się swojem rzemiosłem przy artylerji lub przy budowlach skarbo­wych, podczas zaś wyprawy pełnią służbę artyleryj­ską. W roku 1843, kiedy Szamil zdobywał fortece, ludzie ci wielką byli mu pomocą, wdzierając się za­wsze pierwsi na wały i ośmielając tym sposobem gó­rali; lecz Szamil uwolnił ich od tego, dając za po­wód, że nie są obowiązani przelewać krwi w obronie obcego kraju, jedynie za dany im przytułek.

Są tam między nimi żonaci z rosjankami, wziętemi do niewoli, lecz te związki są prawie bezślubne. Szamil sobie życzył, aby dostać chrześcijańskiego księdza, aby nie żyli jak bydlęta, lecz takowy do niewoli się nie dostał, a dobrowolnie żaden się nie znalazł, któryby się na to poświęcił. Cała komenda stoi pod zarządem jednego z miurydów, który nazy­wa się naibem komendy i jest zarazem naczelnikiem artylerji.

//131 Komenda, dzieli się na dziesiątki, każda pod za­rządem dziesiętnika wybieranego z jej grona, a nad tymi stoi starszy. Do tej to komendy i ja byłem za­liczony. Początkowo wiele tu przecierpiałem, już to od ciężkiej pracy, już od grubijańskiego obchodzenia się ze mną tego żołdactwa. Tu poznałem, do czego może być zdolny żołnierz ruski, jeśli karność woli jego nie krępuje: staje się on wówczas zdolnym na wszystko złe i dobre, a zręczny i energiczny więcej niż góral; przeznaczany wspólnie z innymi do ciężkiej pracy fizycznej, nic mogłem w niej podołać. Sołdaci za mnie musieli pracować, a za to nieraz dostawało mi się od nich po karku. Jednakże łagodnością moją zniewoliłem ich ku sobie, a z czasem nietylko że mi nie czynili przykrości, lecz przeciwnie okazywali po­szanowanie, a nawet często nieśli pomoc przyjaciel­ską. W oczach ich uchodziłem za człowieka wyższe­go, i nieraz ci ludzie, skazani na wieczne tułactwo w obcej ziemi, zasięgali mojej rady. Niemniejsze po­szanowanie zjednałem sobie i u tatarów, a szczegól­niej u miurydów, gorliwem wypełnianiem obrzędów ich religji. Starsi miurydowie za przykład mnie sta­wiali swym synom co do pobożności i moralności. Dano mi nowo imię Abubeker, (tak się nazywał pier­wszy zwolennik nauki Mahometa).

Po pewnym czasie byt mój znacznie się polep­szył; żołnierze przez życzliwość ku mnie wybudowali mi „saklę” (chatę). Przyjąłem jednego z nich do sie­bie za wspólmieszkającego i do pomocy w zatrudnie­niach domowych. Nauczyłem się piec chleb z kuku­-//132 rydzy lub z pszenicy, solić i suszyć mięso dla prze­chowania na zimę. Prowiant dawano nam mąką z ku­kurydzy lub pszenicy, a jeśli udawało się pograni­cznym naibom zdobyć u Rosjan sól, to i tej nam udzielano. W jesieni bito kilkadziesiąt sztuk bydła i mięso dzielono między nas, na każdy dziesiątek oso­bna porcja, następnie losowaliśmy pojedyńczo na ka­żdego. Trzymałem kilkadziesiąt kur; masło kupowa­łem od żon Szamila lub od żon miurydów. Żołnierki rosjanki wytłaczały wino z winogron z Taulji spro­wadzanych i pędziły wódkę; tatarzy nie używają tych trunków, i tylko ruscy mieli dozwolenie używania ich. Tatarzy nie jadają także wieprzowiny, lecz ja, zaja­dając u żołnierzy jajecznice, nic zważałem, czy ta była na maśle, czy na słoninie smażona. Musiałem jednak mieć się na ostrożności, aby nie być dostrze­żonym przez górali, mocno przestrzegających przepi­sów swej religji.

W liczbie żołnierzy, składających komendę Sza­mila, kilkunastu lub więcej było niewolników. Byli to niebezpieczni i niegodziwi ludzie; niejednokrotnie dla przypodobania się tatarom, zdradzali swych ziom­ków i kolegów, i stawali się przyczyną ich śmierci, czego sam byłem świadkiem wielokrotnie. Tych lu­dzi bałem się najbardziej i w niczem się nic odkry­wałem przed nimi. Z początku cieszyłem się nadzieją ucieczki, lecz smutny los innych żołnierzy, szukają­cych tą drogą uwolnienia się z niewoli, nauczył mnie, że nieinaczej tą drogą można się ratować, jak wtedy, gdy zupełną mieć będę pewność, że się to uda. //133 Uzbroiłem się więc w cierpliwość i postanowiłem wy­trwale nieść ten krzyż, dopóki się to Bogu podoba. Czas i okoliczności dopomogły mi do tego nareszcie.

Jako wyznawca wiary Proroka i przykładny je­go zwolennik, jak już mówiłem, miałem szacunek między starszynami miurydów szamilskich i wstęp do wszystkich innych mieszkańców Wedyni; jednakże nie wychodziłem nigdy z granic ostrożności, pod ka­żdym względem mnie potrzebnej, przez co w nikim najmniejszej nie wzbudzałem zawiści.

Stary Fahridyn zadowolony był zawsze z mego postępowania, i pragnąc mię widzieć szczęśliwym we­dług swego pojęcia, częstokroć odzywał się o wyszu­kaniu mi żony, co zawsze przypominało mi moją ma­łą Ezend.

W Szamilskiej komendzie znajdował się czło­wiek, trudniący się reparacją zegarków, nieco więcej od innych wykształcony; z nim jako tako mogłem czasem kilka swobodnych chwil przepędzić. Przyja­źnił się on z wieloma porządniejszymi miurydami z li­czby rzemieślników, i innymi mieszkańcami poblizkich aułów, których interesa częstokroć do niego spro­wadzały. Brat Ezendy, Mustafa, młody, przystojny mężczyzna, sławiący się srebrnemi swojemi wyroba­mi, był jednym z przyjaciół wspomnionego zegarmi­strza; kilka razy go u niego spotykałem, i jako re­komendowany mu raz przez Fahridyna, nie przesta­wałem szukać jego ściślejszej przyjaźni. Mustafa po­lubił mię w krótkim czasie jak brata, a ułatwiając mu rozmaite interesa między rzemieślnikami żołnie­-//134 rzami, stałem mu się niezbędnie potrzebnym i tem po­czątkowo najwięcej wpłynąłem na jego ku mnie przy­chylność.

Przesiadując u zegarmistrza w czasie swobodnym od robót zwykłych, które tu ograniczały się po wię­kszej części w lecie na przygotowaniu węgli dla kowalów, belek dla traczy i znoszeniu desek z tartaku, na nasypywaniu ziemi na wierzch nowo wykończo­nych budowli, tudzież na uprawie gruntu na kukury­dzę, sianą dla pociągowych koni Szamila i t.p.; za­jąłem się nieco sztuką zegarmistrzowską i drobniejszemi wyrobami srebrnemi. Byłem wkrótce w stanic odczyścić zegarek Mustafy i zrobić podarunek Ezendzie ze złotych pierścionków i kolczyków własnej ro­boty. Z tego odnosiłem dwojaką korzyść: raz wyda­wałem się tatarom nader zdolnym do wszystkiego, a powtóre, ujmowałem sobie ich serca nic prawie dla mnie nieznaczącym sposobem, gdyż materjał do tego dostawałem od zegarmistrza darmo, ile razy chcia­łem. Własnoręcznej roboty podarki, czynione żonom szamilskich miurydów, dostarczały mi obficie produ­któw do codziennego użytku, a oprócz tego zjedny­wały mi zaszczyt, że panie te stroiły się w moje wyro­by, słowem, wszędzie zjednałem sobie przychylność, a przez to do Szamila szły o mnie najchlubniejszc pochwały.

Niezawodnie policzyliby mnie do miurydów sza­milskich, lecz tego prawo im wzbraniało. Miurydem z obcego narodu może u nich być tylko późniejsze pokolenie, które w zupełności wejdzie w ogólną ca-//135 łość narodowego ciała. Lecz mniejsza o to, ja prawie nic na tem nie traciłem. Mając ustaloną opinję, nie mogłem pozostać bezinteresownym.

Celem wszystkich moich usiłowań było powró­cić do miejsc, z których byłem porwany, lub też so­bie zapewnić byt niezależny. Pierwsze było nader niebezpieczem, do drugiego zaś Ezend miała mi słu­żyć pomyślną gwiazdą. Ponieważ drugie było możliwsze, chwyciłem się więc myśli zostania mężem Ezendy, licząc na czas i nieprzewidziane okoliczności. Oj­ciec jej, sławny w górach majster broni palnej, mógł mi odkryć wszystkie sekreta swoje za przywiązanie do córki, całą umiejętność swoją oddać w moje ręce. Brat jej, słynny majster wyrobów srebrnych, mógł mnie wykształcić do wysokiego stopnia w tej sztuce. Otrzymawszy rękę Ezendy, mogłem być dzielnym majstrem broni palnej i quasi jubilerem górskim, tym sposobem byt mój się ustalał, czyniłem się niezależnym a nawet bogatym; mogłem żyć pomyślnie, szczęliwie wśród obcego mi narodu, lecz myśl o kraju, przywią­zanie do ojczyzny stawało na zawadzie tym wszyst­kim planom, ono silniejszem było od wszystkich in­nych uczuć!

Doznając szczerej przyjaźni w domu Ezendy od jej ojca i brata, a od niej samej nieco więcej niż pro­stych względów, uczęszczałem tu często i wkrótce sta­łem się domownikiem. Stary ojciec lubił gawędzić ze mną o rozmaitych nieznanych mu rzeczach; podzi­wiał kunszta nasze, zwyczaje i ustawy; co dobrego chwalił, a wiele i ganił, lecz zawsze bardzo trafnie, //136 zawsze wskazując złe, które w oczach jego poniżało ród ludzki, Ezend przy opowiadaniach moich prawie zawsze była obecną, jeśli tylko domowe zatrudnie­nia nic odciągały jej od nas; lekko wsparta na ra­mieniu ojca, pilnie słuchała poważnej rozmowy, lub śmiała się jak szczęśliwe dziecię, gdy co w moich opowiadaniach dziwacznem się jej zdawało. Brat, za­jęty robotą, zawsze czynny brał udział w naszej roz­mowie i wesołością charakteru wielce się przyczyniał do przyjemnego spędzania czasu, który mi tu szybko schodził.

Historja mego życia, a szczególniej ostatnich wypadków, jako to: pobytu w cytadeli, podróży na Kaukaz, służby wojskowej i dostania się do niewoli, nieraz zjednywały mi coś więcej niż proste jej spoj­rzenie, niekiedy w jej oczach i łezka zabłysła, szcze­gólniej na moje wspomnienie opuszczonej rodziny, przyjaciół i rodzinnej ziemi. Inne okoliczności cier­pień moich wzbudzały w niej uśmiech żartobliwy, po­łączony z litością lub szyderczą ironją, stosownie do tego, co najwięcej dla siebie dolegliwem w opowia­daniu mojem wystawiałem.

Raz z tej okoliczności zapytałem jej, czy podo­bnie żartowałaby sobie z rodzonego brata, lub innej niezbyt obcej jej sercu osoby, gdyby ta podobne przy­gody życia swego jej opowiadała. Ezend, poważnie spojrzawszy mi w oczy, odpowiedziała bez namysłu:

Każdego mężczyznę, któryby z przygód swo­ich tyle sobie co ty czynił boleści, uważałabym ra­czej za siostrę, którejbym ja była szczerą opiekunką, //137 aniżeli za mężczyznę, przeznaczonego na obrońco swo­jej żonie, dzieciom, rodzeństwu i krajowi!

Słowa te, poparte energicznem poruszeniem i bo­haterską postawą, przypomniały mi chwile, w obec Fahridyna nad strumykiem spędzone. Zrozumiawszy te słowa, porzuciłem użalający się a bolejący ton roz­mowy, a przybrawszy stosowny wyraz w całej po­stawie, przemówiłem do niej tonem ostrym, jakim zwykle mężczyzni w mniej ważnych rzeczach przema­wiają tam do kobiet:

̶ Czy śmiałabyś powiedzieć coś podobnego szczerze kochającemu cię bratu lub ojcu, którego czo­ło smutek przezemnie dostrzeżony ciągle otacza, gdy­by powróciwszy po ciągłych utrapieniach i nieszczę­ściach, jak ja, opowiadali ci swe przygody? Cobyś o nich pomyślała, gdyby rozłączeni z tobą przeciwnemi losy, w obcym kraju, między obcymi ludźmi nie wyleli ani jednej łzy po tobie i po kraju, w którym się rodzili?

Jeszcze chciałem coś mówić, lecz gwałtowne łka­nia, wyrwane z piersi Ezend, wstrzymały mnie od tego, rzuciła się na piersi ojca i brata, a skrapiając je Rzewnemi łzami, prosiła przebaczenia za jej mimo­wolnie dotkliwy dla mnie postępek. Ojciec, cału­jąc ją w czoło, a brat, biorąc obie drżące jej ręce w swe dłonie, uspokoili ją zupełnie; a potem, wycią­gając ku mnie swe dłonie i nazywając mnie synem i bratem, ściśnieniem rąk swe słowa potwierdzili. Na koniec ojciec rzekł: //138 Ezend! córko moja jedyna, dobra i tkliwa, lecz zarazem jako czeczenka tajpy najpierwszej na­szego narodu, jesteś obdarzona, jak na kobietę, zbyt silną duszą i zbyt mocnem sercem, aby w mężu podobało ci sic coś niewieściego. Przeczuwam, że przez twój charakter spadną nieszczęścia na ciebie i na moją siwą głowę. Allah, co rządzi losem człowieka, przed przyjściem na świat tej biednej dziewczyny na­kreślił jej drogę zbyt ostrą na tej ziemi. Ty nie mo­żesz wspólnie z towarzyszkami cieszyć się nadzieją wspólnego szczęścia, do którego pod każdym wzglę­dem miałabyś prawo. Twa przyszłość wiadoma dla cię, od kolebki napełnia goryczą duszę moją, bo gotuje jej przyszłe a nieuchronne nieszczęście, które grób proroka niech jak najdłużej przed nią ukrywa!

Potem zwracając się do mnie, dodał:

- Dziś jestem nazbyt znękany gorżkiemi wspo­mnieniami i mówić nie mogę; drugą razą jak będziesz opowiem ci historję biednej Ezend, a sam zrozumiesz jak wiele cierpieć powinno kochające ją serce stare­go ojca!

Pożegnałem w smutku pogrążoną rodzinę, i na nieszczęście, na dłużej niż się spodziewałem...

Około tego czasu przybył do Szamila, jako de­zerter, oficer wojsk rosyjskich, polak. Przyjmowano go dość wspaniale, gdyż salutowano nawet z armat, lecz ostrożność nakazywała tatarom mieć go na ba­czności. Nie mając tu nikogo, z kimbym mógł podzie­lić swoje cierpienia i wylać niejako cały smutek du­szy mojej, przywiązałem się do tego oficera z całym//139 popędem bratniej tkliwości; on nawzajem rad byl, że znalazł towarzysza, z którym mógł dzielić smutne chwile samotności. Mieszkaliśmy razem w mojej sakli. Zdołałem tyle wpłynąć na żołnierzy, że mi chętnie wybudowali domek, stosownie do życzeń moich urzą­dzony, z ogródkiem i gankiem ocienionym dzikim wi­nogronem. W domku tym mieszkaliśmy czas niejaki z tym oficerem dość spokojnie, i jak na podobnego rodzaju okoliczności, dość szczęśliwie. Był to człowiek dobrego serca, lecz zbyt niedojrzałego charakteru, młody z wyobraźnią nazbyt bujną, niepowściąganą w dzieciństwie umiejętną radą, a która go do zguby doprowadziła.

Nazwisko jego Rusiecki czy Rusalski, dzieckiem oddany do kadeckicgo korpusu, gdzie wyśmiewany jako polak od swoich współtowarzyszy, uroił sobie zemstę za obelgi i wyśmiewanie się kolegów, przez wsławienie się jakim bohaterskim czynem. Z korpusu jako oficer wysłany na Kaukaz, powziął myśl speł­nienia swych marzeń i w tym celu dezerterował. Ra­dy moje, aby był ostrożnym i skromnym, na nic mu się nie przydały, nawet okropne przykłady, jak np. śmierć żołnierzy, zabijanych najokropniej za najmniej­sze podejrzenie zdrady, nie mogły go na drogę roz­sądku naprowadzić. Spostrzegłem, że towarzystwo je­go zgubnem dla mnie być może; powiedziałem mu to otwarcie, lecz to na nic się nie przydało.

Zajęty myślą wsławienia się, często nastręczał się Szamilowi z najńierozsądniejszemi projektemi, nie wiedząc, że ściągał przez to najokropniejsze podej-//140 rzenia. Wypadek okropny w komendzie szamilskiej był powodem, że na zawsze się z nim rozstałem.

Czterech żołnierzy komendy zmówiło się uciekać, naznaczyło sobie dzień ucieczki i miejsce schadzki. Jeden z nich, przerażony myślą nieudania się zamia­rów, wszystko naibowi komendy odkrył. Wysłani miurydzi na miejsce wyznaczonej schadzki połapa­li nieszczęśliwych, w zupełności przygotowanych do ucieczki. Goniono ich naprzód przez rózgi, potem ka­zano im uciekać, gdzie który może, a za nimi zgraja miurydów puściła się z kindźałami jak na polowanie: jedni strzelając, drudzy rąbiąc nieszczęśliwych, kry­jących się między innymi żołnierzami komendy, do­póki wszyscy nic polegli.

Ten wypadek wywołał okropne wrażenie na Ru­sieckim, lecz na nieszczęście uczynił go bardziej nie­roztropnym. Przez bojaźń, aby nie uległ podobnemu, jak ci nieszczęśliwi, losowi, zaczął się wychwalać, że może udoskonalić fabrykę prochu na wzór angielski, odkryć kopalnie srebra i innych metalów w górach, nakoniec ufortyfikować granice od strony Rosji, że Rosjanie nie dostaną się już nigdy do szamilskiej ziemi. W tem wszystkiem ukazywał na mnie, jako na głównego swego pomocnika, przez co bardzo wiele biedy mi narobił; musiałem się tłómaczyć z przyzna­wanych mi przez niego umiejętości. Radziłem Szamilowi, aby kazał mu objaśnić, w jaki sposób wszystko to ma uskutecznić, a następnie tłomaczyłem Szamilowi, że wskazane sposoby są niedorzecznością obłąka­nego umysłu. We wszystkiem udało mi się przekonać //141 Szamila, co do jednego tylko pozostała wątpliwość, a mianowicie co do odkrycia kopalni. Szamil, jakkol­wiek przekonany o mylności zdań Rusieckiego, pra­gnął jednak, aby w tym względzie probował szczę­ścia warjatów i szalonych i w tym względzie posłał go w góry do naiba Daniel-Beka, dezertera wojsk rosyjskich, generał-lejtenanta władcy Elisujskiego, zaś mnie przykazano za radą Rusieckiego pisać do kole­gów moich, w służbie rosyjskiej będących, o chemję mineralogiczną, z której miano czerpać potrzebne do odkrycia kopalń wiadomości.

List mój do jednego z kolegów[XXII]  oddany został dla wręczenia naibowi w Małej Kabardzie[118], który, słu­żąc zarazem Szamilowi i Rosjanom, wręczył takowy generałowi Wrewskiemu[119]. Zawezwany przez generała mój kolega, W. D[120]., usprawiedliwiał się z podejrzenia o     stosunki ze mną, lecz o mnie na stronie Rosjan dwu­znacznie mówiono.

Dręczony nowemi wypadkami, nie uczęszczałem do ojca Ezendy. Brat jej, bywając w komendzie, wi­dywał się ze mną i podzielał niebezpieczeństwo, w jakie nierozwaga szaleńca mnie wprowadziła. W tym czasie u Szamila pojawili się nowi awanturnicy, dwaj derwi­sze perscy czy tureccy. Starszy z nich wymówił się, że jego towarzysz umie robić pieniądze, zapewne fał­szywe, lecz Szamil zrozumiał, że tu była mowa o oczy­ //142 szczaniu rud srebrnych i przykazał mu przystąpić do pracy. Biedny derwisz wymawiał się jak mógł od tego nieznanego mu zatrudnienia, lecz nic nie pomogło. Zasadzony do jamy jako więzień, umyślił użyć fortelu.

Oświadczył, że do robienia pieniędzy potrzebny mu jest koniecznie płyn nader kosztowny, którego ni­gdzie dostać niemożna; polecił, aby na ten mniemany płyn zrobiono mu cylinder, taki, któryby wytrzymał parcie pary wodnej w nim zawartej, i któryby do czerwoności rozgrzany w ogniu, wody obróconej w pa­rę z siebie nie wypuszczał. Wzięto się do roboty, zro­biono cylinder należytej grubości, i po nalaniu weń wody, otwór czopem żelaznym zatknięto. Próba je­dnak w ogniu nie udała się: cylinder pękł gwałto­wnie, oblewając zebranych miurydów ogniem, parą i popiołem.

Opaleni i poparzeni tatarzy pobiegli na skargę na biednego derwisza, przypisując mu oszustwo; Szamil skargę ich przyjął ze śmiechem i radził nadał w nieznanych rzeczach być ostrożniejszymi, a doświad­czenie kazał ponowić, będąc przekonanym, że próba tylko z powodu nieumiejętności rzemieślników się nie udaje.

Nie wiem, co się stało z derwiszami, lecz, jak mi mówiono, prowadzący ich do Szamila zabił ich w drodze, a to dla tego, aby gdzieindziej nie opo­wiadali tego, co się dzieje u Szamila. Smutny ten wy­padek posłużył mi do tego, że niedorzeczności Rusiec­kiego poszły cokolwiek w niepamięć, i ja byłem swo­bodniejszy od podejrzeń, jakobym ukrywał się ze zna­ //143 jomością rzeczy mogących przynieść korzyść Szamilowi.

Odetchnąwszy cokolwiek, poszedłem do ojca Ezendy; brata jej nie było w domu, lecz na zwykłem jego miejscu siedział jakiś gość nieznany mi, ze spu­szczoną głową i w niedbałem ubraniu. Na moje po­witanie ojciec w milczeniu podał mi rękę, Ezend ja­koś nieśmiało przemówiła do mnie: „Marszu ałła”[121] — i jakby przyciśniona ciężkim smutkiem, prowadziła dalej rozpoczętą kanwową robotę. Gość nieznajomy, młody człowiek ponuro-głupowatej miny, nie podniósł się nawet według zwyczaju na moje powitanie a zmie­rzył mię tylko groźnym wzrokiem, na co mu pogardliwem odpowiedziałem wejrzeniem. To wszystko nie uszło baczności Ezendy, jej wzrok jak błyskawica przebiegł po nas obudwóch, na ustach bolesny poja­wił się uśmiech i raptem wszystko do pierwotnego wróciło usposobienia.

To wszystko niezmiernie mnie zdziwiło, przeczu­cie niekorzystnie się odzywało względem nieznajome­go; byłem jakoś nie swój, nie wiedząc, co mówić. Gdy wszyscy milczeli, zapytałem się o brata Ezendy, mó­wiąc, że mam do niego pilny interes. Ezend na to od­powiedziała mi półgłosem, że brat jej więcej mi jest potrzebnym, aniżeli to pojąć mogę. Słowa te zaledwie przezemnie dosłyszane, chociaż prawie przy niej sta­łem, dziwnemi mi się wydały. Instynktem wziąłem za kurek od pistoletu i zwodząc takowy, trzaskiem stąd wynikłym rozbudziłem z dumań ponurego gościa, spoj­rzał na mnie, wykrzywił złośliwie wargi, a podniósł­szy się powoli, nic nikomu nie powiedziawszy, wy­szedł z sakli.

//144 Zdziwienie moje coraz się zwiększało; widzia­łem, że człowiek ten postępował jak we własnej swej rodzinie, a nikt mi o nim dotąd nie wspomniał. Za­jęty tą myślą, badawczym wzrokiem spojrzałem na Ezend, która wpół żartem, pół serjo szepnęła:

- Pytaj o wszystko ojca, on ci wszystko opowie.

Zwróciłem się więc do starca, siedzącego w za­myśleniu; na zapytanie, co znaczy wszystko co widzia­łem, uderzył parę razy młotkiem po kowadle, pogła­skał powoli siwą brodę, i podniosłszy na mnie oczy, rzekł:

- Abyś zrozumiał to, coś widział i na co wiele lat już patrzę, siądź synu przy moim boku i pilnie słuchaj tego, co ci będę opowiadał.

Słowo syn, po raz pierwszy wymówione przez starca, przyjemnie zabrzmiało w mych uszach, oczy moje mimowolnie zwróciły się na Ezend, która śmie­jąc się szczerze, nazwała mnie swym bratem; ojciec, przykazując swawolnicy nie przeszkadzać, mu w roz­mowie, tak dalej mówił:

W młodym wieku wiele rozmaitych przenio­słem nieszczęść, lecz te bardziej duszę moją zaharto­wały, niż pomyślność i szczęście, których także kie­dyś doznałem. Dziedzicząc po ojcu sztukę robienia broni, wiele temu zajęciu poświęcałem czasu; gwintówki moje i teraz sławne w całej Czeczeni. Nigdy strzał, z ręki mojej puszczony, nie popsuł prochu i ołowiu, bo będąc słynnym majstrem, byłem i niela­da strzelcem. Wówczas Jermołow wiele nam czynił szkody, lecz i my stawiliśmy mu opór niemały. Kazi-//145 Mułla, opowiadając miurydyzm, zjednoczył mieszkań­ców gór przeciw Rosjanom; będąc pierwszym do walki w liczbie; czeczeńców, zjednałem sobie ich chwałę po­dwójnie: jako' dzielny dżygit i najpierwszy pomię­dzy nimi majster. Szczęście mi prawie zawsze sprzy­jało. Choć nieraz raniony, długie chwile w bezczyn­ności pędziłem, lecz za to, za powrotem do zdrowia, znów mnie mój dzielny koń nosił pod szeregi Rosjan.

Raz w bitwie około Giermenczuka[122] raniony kulą  w głowę, spadłem z konia, a będąc, daleko od swo­ich, nie mogłem być przez nich ratowany. Nacisk nie­przyjaciół, był silny, nasi pierzchnęli w rozmaite stro­ny, a ja na placu boju zlozony śmiertelną raną, nie miałem przez kogo przesłać żonie pożegnania. Raptem krzyk Rosjan, "hurra" i tysiące kul przeniosły przeniosły się nademną, a w tem poczułem jakąś siłą wzniesionym w powietrze. Nie pamiętam co się dalej ze mną działo, upływem krwi osłabiony, omdlałem.

Przebudziłem się już  we własnym domu, w gro­nie moich przyjaciół. Powitano mnie radośnie. Niebezpieczeństwo minęło i; teraz tylko dowiedziałem się, żem ocalenie swoje  winien sąsiadowi, Alemu, który narażając śwe życie, wyrwał mnie z rąk nieprzyjaciół i uniósł pomyślnie w nasze auły. Śłabość moja trwała dość długo; wśród niej nieraz myślałem, czem się wywdzięczyć Alemu za jego męztwo w mojej obronie. Pragnąłem być krewnym. Obaj byliśmy młodzi, w jednym wieku i żonaci, i obaj nie mieliśmy córek; stąd przyszła mi myśl aby synowie nasi nie mieli //146 innych żon, jak z naszych przyjaźnią połączonych do­mów. Zaproponowałem to Alemu, przyjął z radością i stanęła miedzy nami umówa, że kto pierwszy bę­dzie ojcem córki, ten powinien wydać ją za syna dru­giego; umowa ta zrobiona była publicznie wobec mułły i sąsiadów, więc tembardziej stała się świętą i nienaruszoną. Wkrótce potem Ali został zabity, cia­ło jego wyniosłem z pośród nieprzyjaciół i teraz ono spoczywa na naszym cmentarzu. Żona Alego umarła z żalu po śmierci męża, wziąłem więc syna ich Machmuda do domu na opiekę.

Niedługo po tych wypadkach żona powiła mi córkę, którą nazwaliśmy Ezend, i ona to właśnie ma być żoną Machmuda, który tu był przed chwilą. Te­raz on mieszka w domu rodziców i rządzi gospodar­stwem, które mu po śmierci rodziców dochowałem.— Ezend, wychowywana od młodych lat z Machmudem, jako jego narzeczona, nie lubiła go od dzieciństwa. Myślałem, że z czasem to się przemieni, lecz omyli­łem się srodze: Ezend z każdym rokiem pojmując więcej, coraz więcej odrazy okazywała Machmudowi. Wstręt jej do niego przewyższa wszystko; żona mo­ja, gryząc się tem, ze zmartwienia umarła, moja zaś broda posiwiała przed czasem...

Oto jest historja, która mąci pokój mej duszy! Machmud z natury jest tępego umysłu, przytem gwał­towny, niewyrozumialy i ponury, jak przestępca na śmierć skazany. Nie ma on szlachetnych przymiotów duszy i męztwa swego ojca, jest obojętny i do naj­wyższego stopnia uparty. On wie, że Ezend cierpieć //147 go nie może, lecz to właśnie najwięcej go powoduje do nieustępowania praw swoich do niej. Ona musi być jego żoną. Wiem, że będzie z nim najnieszczę­śliwsza, a ja, patrząc na to, złemu zawczasu zaradzić nie mogę, wiąże mnie bowiem przysięga; w każdym innym razie uwolniłby siostrę od podobnego rodzaju napaści, lecz tu musi być powolny moim rozkazom i szanować dziecię wybawcy swego ojca. Ród mój, niczem nieskalany, pochodzący z najpierwszej tajpy czeczeńskiej, pragnąłby zachować dla dzieci syna mo­jego; lecz gdybym mógł zapewnić szczęście mojej Ezend, to gotów bym przenieść niesławę, jakaby pa­dła na siwą głowę moją z połączenia domu mego małżeńskim związkiem z innym niższego pochodzenia.

Starzec spuścił głowę na piersi i tak pozosta­wał nieruchomy, szepcząc zwykłą modlitwę. Ezend niemniej zasępiona, trzymając w ręku robotę, nie na­ruszała powszechnego milczenia. Szanując ich smu­tek, pochodzący z przyjacielskiego wylania się przed cudzoziemcem, wstałem pocichu i wyrzekłszy zwykłe słowa pożegnania, oddaliłem się od nich, pogrążony w dumaniach nad historją Ezendy i nad dziwnym zbiegiem tyczących się mnie samego okoliczności.

Ojciec Ezendy, szanowany od wszystkich sta­rzec, zapewnił mi swoją osobą bezpieczeństwo od nie­sprawiedliwych a mogących się łatwo wydarzyć na­padów jego rodaków.

Jako dzielny majster broni, mógłby mnie wyu­czyć swojej umiejętności i tym sposobem zapewnić mi na przyszłość byt niezależny. Brat Ezendy, jako //148 majster wyrobów srebrnych, mógłby mi także udzie­lić swoich wiadomości, byłem młody i zdolny, widzia­łem, że Ezend nie jest względem mnie obojętną; pojąwszy ją za żonę na powyższych warunkach, mógł­bym być szczęśliwy; o ile by to się dało na obcej ziemi. Krewnych Szamila a nawet i jego osobę mia­łem za sobą; zdawało mi się, że pozwolenie na ślub łatwo uzyskam. Czeczeńcy nader szanują godność i nieskazitelność swego rodu, w każdym innym razie o podobnem ożenieniu nie mógłbym pomyśleć, jako cudzoziemiec nie mający u nich żadnego znaczenia. Lecz uprzedził moje zamiary, ułatwiając mi swojem wyznaniem możność dojścia do celu.

Pozostało mi wywiedzieć się, jakby inni uważać to mogli przyjaźni mi miurydzi; i jedno i drugie pomyślnem dla mnie być się zdawało.

Kazi i Efendi szamilscy zapewnili mnie, że zobo­wiążą Szamila do rozwiązania pierwszych ślubów Ezendy; znajomi czeczeńcy chętnie mnie jako gościa zawsze przyjmowali. Wywdzięczając się im za ich ku mnie przychylność, nieraz napomknąłem im, że po­liczyłbym sobie za szczęście pozostać, na zawsze ich współbratem; oświadczenie to moje zawsze przyjmo­wali ze szczerością i obiecywali mi swoją opiekę.

Starając się z jednej strony; pozyskać jak mo­żna najwięcej przychylnych w mieszkańcach Wedeni, a z drugiej zjednać sobie umysły sędziów szamilskich, przedsięwziąłem naprzód w zupełności zape­wnić się, nim otwarcie przystąpię do rzeczy, jak da­lece Ezend jest mi przychylną. W tym celu częściej //149 bywałem u jej ojca, częściej starałem, się z nią spo­tykać, lecz nigdy najmniejszego podejrzenia o moich zamiarach nie dałem, zawsze starając się okazywać jej obcym i obojętnym. Widziałem, że się to jej nie podobało. Mój opór często ją niecierpliwił, lub wpro­wadzał w zamyślenie, co na własną tłumaczyłem ko­rzyść. Ojca jej i brata stosownie ująć umiałem, przywykli do mego towarzystwa i zdawali się zawsze ra­dzi mieć mnie pod swoim dachem.

Obejście się czeczenców z kobietami jest pełne gruntownego poszanowania: nigdy młodzieniec nie za­pomni się wobec dziewczyny, i ta zawsze umie zrę­cznie przypomnieć mu jego względem niej obowiąz­ki, jeżeli tego znajdzie się potrzeba. Starałem się w tym duchu być względem Ezend, chociaż ona, po­dając mi rękę, dozwalała sobie nieupowszeohnionej tu między kobietami wolności; tłómaczyło to się tem, że byłem dla nich zupełnie obcym i należała mi się od nich tym sposobem okazywana litość. To właśnie było powodem, że pomimo widocznie okazywanej mi przychylności, nie byłem pewny gruntownych wzglę­dem mnie uczuć Ezendy.

Pogarda obcych narodów; rozpowszechniona u czeczeńców, najbardziej mnie wprowadzała w wątpliwość co do tego, aby Ezend zamieniła człowieka swojej krwi, choćby najbardziej nienawistnego, na człowieka z obcego narodu, który w powsżechnem ich mniema­niu, daleko niższego od nich jest pochodzenia. Oko­liczności te zdawały się najbardziej stać mi na prze­-//150 szkodzie i o ich rzeczywistości postanowiłem się w jak najkrótszym czasie przekonać.

Około wspomnianego wzgórza, na którem z Fahridynem spotkaliśmy Ezend, (które to wzgórze stało się dla mnie ulubionem miejscem przepędzania czasu), znajdowało się źródło, z którego czeczenki rano i wie­czorem zwykły były brać wodę.

Lubiłem się przypatrywać gronom młodych czeczenek, lekkich i zwinnych, biegnących po krę­tych ścieżkach, z miedzianemi dzbanami na głowach do krynicy po wodę. W liczbie ich prawie zawsze i Ezend się znajdowała; ich niewinne swawole, oble­wanie, się wodą, uganianie się o pierwszeństwo poczerpnienia wody i różne wesołe śpiewy, to ogólnym chórem, to solo, niewypowiedzianie mnie zajmowały. W tem to właśnie miejscu zdawało mi się, że najwy­godniej będzie wyrwać wyznanie uczuć z ust Ezendy; trzeba było tylko zrobić to jak najostrożniej i w spo­sób jak najprzyzwoitszy. Obrzęd modlitwy miał mi w tem być głównie pomocą;

Mężczyzna, gdy potrzebuje wody do umycia się przed modlitwą, czyni wielki honor i niejaką zasługę przed Bogiem dla kobiety, jeżeli zażąda, aby ta po­dała mu takowej wody. Potrzeba mi więc tylko było niby przypadkiem znajdować się u krynicy w chwili, gdy dziewczęta przyjdą czerpać wodę, i tam spełnić obrzędy zwykłej przedwieczornej modlitwy. W tym celu, około wzgórka, ściąłem ogromnej wielkości ja­wor w zamiarze użycia go na deski, do budowli, sakli. Robota była ciężka, dzień gorący, strumienie potu-//151 lały się ze mnie. Nadeszła chwilą stanowcza, wesołe śpiewy odezwały się za ścianą wąwozu i wkrótce ukazały się dziewczęta.

Rzuciwszy pracę, z toporem w ręku podszedłem do nich wesoło, powitałem żartobliwie, i ocierając pot z czoła, prosiłem, by mi pozwoliły odwilżyć spa­lone usta wodą kryniczną i uczynić umywanie do nad­chodzącej modlitwy. Spojrzały się na mnie zrazu ze zdziwieniem, a potem parsknęły serdecznym  śmie­chem, szyderczo i nieco pogardliwie patrząc na mnie, jak na osobę, która tu nie inaczej, jak iwany lub ha­nak jest zwaną. Oburzony niespodziewanem przyję­ciem, z energją wymówiłem słowa modlitwy:

Amsubiłłaczy mine szajtany radżym, co znaczy: „Odstąpcie nieczyste siły!” — i powtórzyłem moją prośbę, lecz już w ten sposób; „Która modlitwą mo­ją wspólnie ze mną pragnie stanąć w raju, niech mi obmyje ręce i nogi przed tą modlitwą. ”

Osłupiałe temi słowy swawolnice natychmiast zniknęły, Ezend zaś podała mi dzban napełniony wo­dą. Gdy inne czeczenki oddaliły się, rzekłem do Ezend poważnym głosem:

— Czy tak samo oddałabyś mi swoją rękę na moją prośbę, jak to teraz uczyniłaś z wodą?

— Ręką moja i ja sama — odpowiedziała—in­nemu przeznaczone, lecz dusza moja i serce są wol­ne, bądź ich nadal tak godnym jak dotąd, a ja ci je z radością oddam.

Idż więc — rzekłem — w pokoju w dom ojca twego i tam cierpliwie czekaj na wyroki Ałłacha. //152 Szamil i przybliżeni do niego szacują mnie i do ich serc także drogę odszukam.

Poczem, stanąwszy do modlitwy na rozesłanej burce, odmawiałem ją zwolna i głośno, oddzielając prawie każdą syllabę według przyjętego zwyczaju.

Tak rozjaśniła się moja wątpliwość. Odtąd postanowiłem stanowczo starać się o rękę Ezend i w tym celu naprzód działanie moje zacząłem od brata. Po­czciwy ten młodzieniec, kochający swą siostrę, pra­gnął jej szczęścia, więcej niż własnego lecz moje pochodzenie główną było przeszkodą. Chcąc zarazem rozstrzygnąć wątpliwość, przy pierwszem mojem spot­kaniu się z Mustafą, odezwałem się do niego w te słowa:

Historja twojej, siostry. jest, mi znaną, ona jest bardzo nieszczęśliwa, a będzie nią jeszcze bar­dziej, jeżeli wyjdzie za Mahmuda; czy brat jej od­dałby mi jej rękę jeżelibym na to u Szamila wyje­dnał pozwolenie?

Szczęście mojej, siostry — odpowiedział—jest mojem i ojca mego życzeniem; Ezend nie cierpi Mahmuda, a tobie Ezend, sprzyja więcej może aniżeli po­winna; ja widzę to, alę nic już jej za to nie mówię, nie chcę bowiem, aby i z tego jeszcze powodu cier­piała. Znajome, ci są nasze obyczaje: oddając ci rękę siostry, ciężką poniosę ofiarę, lecz jeżeli Ezend zgo­dzi się na oddanie ci swej ręki, to ja nazwę cię bra­tem moim.

Tu opowiedziałem zdarzenie przy krynicy i oby­dwa poszliśmy do domu ojca Mustafy. Starzec przy­-//153 jął mnie z radością. Ezend, jakby przeczuciem wie­dziona, podając mi rękę, była bardzo poważną. Mu­stafa, nie tracąc czasu, zaraz po przywitaniu cel od­wiedzin moich ojcu wyjawił. Starzec z początku za­sępił się nieco, lecz potem cała postać jego przybra­ła wyraz godności patryarchalnej i odezwał się do nas w te słowa:

Idzie tu o trzy rzeczy: o rozwiązanie uczy­nionych przezemnie ślubów, o szczęście Ezend i nie­skazitelność rodu naszego. Jam już stary i rzecz osta­tnia nietyle mnie, co ciebie Mustafo dotyczy, drugą rzecz Ezend rozstrzygnąć może, a zaś pierwsza to od Ałłaha zależy, bo przyrzeczenie jemu było czynionem.

Po tych słowach Mustafa odezwał się, że dla szczęścia Ezend on gotów na wszystko. Ezend także wyrzekła, że gotowa loś swój z moim złączyć, jeżeli błogosławieństwo ojca otrzyma, pozostała rzecz pierwsza tylko do załatwienia. Opowiedziałem, jak ją miałem za­łatwić. Starzec przyrzekł dać błogosławieństwo, jeżeli otrzymam od Szamila pozwolenie na ślub z Ezend, a do tego czasu, rozkazał nam być sobie zupełnie oboję­tnymi, szczególniej przed obcymi, i czekać cierpliwie rozstrzygnięcia, tej sprawy; przyrzekł także wyuczyć robienia broni i wewszystkiem dopomódz do ustale­nia mojego bytu, jeżeli zostanę synem jego. Zdawa­ło mi się, że wszystko idzie jak najlepiej, pozostało tylko do załatwienia rozwiązać śluby, uczynione z obu stron przez rodziców.

W tym względzie liczyłem na czas, przyjazne okoliczności i przychylność miurydów szamilowskich. //154 Tego niemożna było czynie pośpiesznie, lecz zwolna, ostrożnie i w tajemnicy przed Mahmudem, który nie­zadowolony był ze zwłoki co do oddania mu ręki Ezend. Czas i cierpliwość główną miały mi być po­mocą.

W tym czasie przedsięwziął Szamil wyprawę przeciw Nazranowcom[123], narodowi pokolenia kabardyńskiego, zostającemu pod władzą Rossji. Dowódzcą naznaczony był Efendi, dyplomata dobry, ale wojo­wnik nieszczególny. Dowódzcy oddziałów, a szczególniej naib szamilskich żołnierzy, który dowodził całą artylerją, bardzo byli niezadowoleni z głównego do­wódzcy; można więc było przewidzieć, że wyprawa się nie uda. Żołnierze szamilscy, a w ich liczbie i ja przeznaczeni byliśmy do obozu przewozowego z juka­mi. Mnie dostał się koń objuczony namiotami, z czego rad byłem, gdyż przy takim ładunku mniej potrzebo­wałem zachowywać ostrożności niż przy jukach z na­bojami.

Przed ekspedycją poszedłem pożegnać się do Osmana. Ezend darowała mi białą czałmę, sama mi ją zawinęła na głowie; a rozstając się z nimi, po­czułem całą moc przywiązania mego do tej rodziny. Uściśnieniem rąk wynurzyliśmy sobie wspólne nasze życzenia, Ezend była bladą i drżącą; żal mi się było z nią rozstawać, lecz pożegnać ją musiałem jednem uściśnieniem dłoni.

Aby ją raz jeszcze dnia tego widzieć, przed wie­czorem poszedłem modlić się do krynicy. Nie omyli­łem się. Po skończonej modlitwie spostrzegłem Ezend, //155 bladą, w długiej odzieży, wspartą o skałę, z dzbanem u nóg pełnym wody. Oczy jej, pełne tkliwej boleści, zwrócone były na mnie i malowały mi jasno jej uczu­cia. Szanując jej niewinność w miejscu samotnem, nie przystąpiłem do niej, aby ją raz jeszcze pożegnać, a tylko wznosząc rękę ku niebu, odmówiłem głośno na znak pożegnania modlitwę Bismillahi i potem wska­załem jej na miejsce, w którem się modliłem, na znak, aby w modłach swoich o mnie pamiętała i na dom jej ojca. Wszystko to było zrozumiane. Ezend z twa­rzą ku mnie obróconą, wzniosła obie ręce do nieba

odpowiedziała mi taż samą modlitwą, poczem wzią­wszy dzban, znikła mi z oczu, i tylko kiedy niekiedy na krętej ścieżki załomach odzież jej ujrzeć zdołałem. Długo stałem nieruchomy na temże miejscu, a wraca­jąc do swojej sakli, przebiegłem całą historję mego życia.

Wypróbowana artylerja Szamilska na drugi dzień równo ze świtem, wyciągnęła na wzdłuż Wedeńskiej doliny, a za nią cały obóz na wiukach. Przy pierw­szej przeprawie artylerji jeden z artyleryjskich jeźdź­ców upadł pod konie i potłukł się niebezpiecznie; je­go miejsce zajął jakiś człowiek będący na posłudze w artylerji, a mnie kazano zająć miejsce tego ostatnie­go. Takim sposobem przeniesiony zostałem do konno-artyleryjskiej służby Szamila. Miejscem zebrania się wojsk był auł Ołtury w W. Czeczeni, na rzece Gamzie. Tegoż dnia przez wąwóz Wedeński pomyślnie doszliśmy przed wieczorem do doliny W. Czeczni, a na drugi dzień przed południem byliśmy już w Ołturach.

//156 Tu wojsko już było w części zebrane: na ob­szernej płaszczyźnie, wśród bujnych, zielonych łąk powiewały różnokolorowe chorągwie, oznaczające od­działy, a mniejsze oznaczające sotnie. Gdzie niegdzie bielały sztandary, ostawione dokoła sztandarami kolorowemi i zbroją, jako oznaki kwater naczelników oddziału, a około nich szałasy z gałęzi, liści i trawy, osłaniające wojowników od skwaru słońca. Pozycję dla artylerji obrano w najpiękniejszem miejscu nad bystro płynącą rzeką. Nasi żołnierze, Orzeźwieni czy­stą atmosferą rozległych nad rzeką łąk i pięknością malowniczej natury, gdzie oko z przyjemnością na ty­siącach przedmiotów spocząć mogło, oddani ogólnej wesołości panującej w całym obozie, napełniali lekką atmosferę pieśnią narodową.

Trzy dni tu staliśmy, zanim się całe wojsko ze­brało. Co chwila nowe przybywały hufce na zwin­nych, niewielkiego wzrostu koniach, w różnobarwnej odzieży, z dzirytami w ręku. Przy ogólnej wesołości narodu, niekrępowanego żadną wojenną dyscypliną, wszystko to zachwycający stanowiło widok. Znowu przybywające oddziały piesze i konne, ceremonjalnym marszem przechodziły około namiotu Effendi, poprze­dzone dżygitami, ze znakami i sztandarami, którzy śpie­wali jednostajnie powtarzane słowa: „La Illahu Illalahu,” a cały oddział, zbliżając się do naczelnego wodza, witał gó trzykrotnemi wystrzałami ręcznej broni, poczem odchodziły na wyznaczone sobie miejsca, gdzie każdy urządzał się tak, jak mu było najdogodniej.

Na trzeci dzień rano ruszyliśmy w stronę Małej //157 Czeczni. Przeszedłszy rzekę Argun, pod górą Han-kała[124], na wierzchołkach której można było widzieć swobo­dne jeszcze auły miedzy fortecami Groźna i Wozdwiżynsk[125]. Oddziały lekkiej kawalerji wysłane były na zwiady w stronę wspomnianych fortec, dla ubezpiecze­nia się od niespodziewanego napadu wojsk rosyjskich. Fortecę Wozdwiżynsk, nad rzeką Argun wznoszącą się, można było od nas dobrze widzieć. Z niej cały nasz oddział dobrze był obserwowany, lecz wojska z fortecy przeciwko nam wystąpić nie śmiały. Tą ra­zą nocleg był na rzece Urus-Martan[126], gdzie w rok po­tem, Rosjanie wybudowali fortęcę.

Na drugi dzień ruszyliśmy dalej w głąb Małej Czeczni, i przeszedłszy na półtora armatniego strzału pod fortecę Oczhaj[127], stanęliśmy obozem w lasach Gojty[128], jeszcze wtedy nie zniszczonych przez Rosjan. Ra­no na drugi dzień, okrążywszy lasami Oczhaj, z dru­giej strony tej fortecy domyśliliśmy się; że nasz ma­newr był dla ukrycia zamiaru napadnięcia na Zakan-Jurt[129], forteczkę o 18 wiorst od fortecy Groźnej odle­głą. Dnia następnego nad świtem napadliśmy na wspomnioną fortecę, lecz się nam nie udało. Effendi nie chciał przyjąć w pomoc artylerji, aby po zwycięztwie naczelnik jej nie przypisywał sobie chluby zwycię­stwa; a ten, znów wiedząc, że bez artylerji nic się nie uda, rad był, że chwała Efendi przez zarozumiałość jego zbiednieje, i tak pierwsza próba tu się nie udała. Ranionych chociaż było nie wiele, lecz pierwszy za­pał wojsk już przez tę niepomyślność ochłonął; stąd napowrót ruszyliśmy na Oczhaj, okrążając tę fortecę //158 lasami. Nocleg, nasz był w Bomucie[130], gdzie istnieję, teraz, forteczka rosyjska tegoż nazwiska.

Na wyniosłych wzgórzach, pokrytych ciemnemi lasami niewielka przestrzeń, mieszcząca w sobie szczątki warstw kamiennych, na wpół rozwalonych, świadczyła, że niegdyś tu istniał zamożny auł Bomut, mieszkańcy którego, dla większego bezpieczeństwa, opuściwszy to miejsce przed ruskimi, jako nie dość zabezpieczone, udali się w głąb gór Czeczni Górnej, tylko w 1843 r. pod władzę Szamila podbitej. W tem to właśnie dziwnie posępnem miejscu obóz nasz, oświe­cony wśród ciemnych lasów stosami ognisk, spoczy­wał w cichości po pierwszej porażce i całodziennych trudach; niekiedy tylko jęki stłumione świeżo ranio­nych słyszeć się dawały.

Wśród tak uroczej ciszy, obwinięty andyjską burką od przenikliwej rzęsistej rosy i zimnych leśnych wyziewów niezaludnionych w sąsiedztwie gór śnie­żnych, z opartą głową o jawor, przed dogorywającym ogniem oddany marzeniom, rozbudziłem się niespo­dzianie za pojawieniem się Rusalskiego, zwanego tu Eskender-Bek. Cała postać jego była nader znękaną, twarz wybladła, odzież sponiewierana, słowem, poło­żenie jego przedstawiało się tu w najsmutniejszym stanie; koń jego nie mniejsze od pana swego okazy­wał ślady zniszczenia: pobity, pokaleczony, wychudły i najokropniej podbity na nogi.

Przerażony podobnem zjawieniem się Eskender-Beka, wyskoczyłem na jego powitanie; opowiedział mi w krótkości smutne swoje powodzenie w górach, //159 pochodzące z nietaktownego postępowania, Chcąc za coś wyższego uchodzić w oczach górali, wszystko ga­nił co tylko widział przed oczyma, opowiadając naj­dziwaczniej, najmniej zrozumiale dla, mieszkańców i w zupełności niepraktycznie, jak powinni sobie postą­pić, aby ich długoletnie i moralne prace były według niego pożyteczne; takim sposobem ganił fortece Szamila, radząc przekształcić według swojego widzimi­się, nie zważając na środki i inne okoliczności do tego; stąd z początku uważano go za warjata, nakoniec za szpiega. Namawiano wodza, aby kazał go za­bić, lęcz ten wziąwszy go od Szamila, nie śmiał tego uczynić, a kazał go dostawić Szamilowi takim, jakim, go znajduje. Tym sposobem był on powrócony z gór, gdzie doznał najjawniejszej nieprzychylności; a do­wiedziawszy się o zebranych wojskach w Bumucie, przybył tu, niby połączyć się z nimi.

Na drugi dzień oddział rozdzielił się na dwie, części: kawalerja poszła płaszczyzną Małej Czeczeni, a piechota i artylerja tamże górami Górnej Czeczni. Lecz i tu doznawszy niepowodzenia od rzeki Osy[131], oba oddziały cofnąć się musiały napowrót. Nieostrożna kawalerja na Osie natrafiła na niewielki oddział Ro­sjan, a porażona niespodzianie kartaczami, utraciwszy kilku jeźdźców, cofnęła się w nieładzie i połączyła się napowrót w Bomucie z piechotą, uprzedzoną już o       tej niepomyślności.

Takim sposobem zakończyła się owa ekspedy­cja z radością dla nieżyczliwych Efendi. Z Bomutu powracaliśmy starą drogą z ekspedycji; pod Oczeka-//160 jem oddział lekkiej kawalerji naszej starł się mężnie z garnizonem fortecy.

Eskeńder-Bek, powodowany niby ciekawością, przyłączył się do oddziału i stamtąd uciekł do Ro­sjan, gdzie był sądzony, jako dezerter, na śmierć, lecz umarł, na cholerę. Wieść o jego ucieczce doszła do wiadomości naszego nąiba Jachjechodzio.  Oburzo­ny tym jego postępkiem natychmiast kazał przywo­łać mnie do siebie i objawił mi, jak sobie postąpił mój, jak on jego nazwał, przyjaciel. Słowa, wymó­wione stłumionym głosem i ze złością jawnie mi tłumaczyły, czego mam się obawiąć. Rezultat natych­miast się okazał: naprzód tem, że mi odebrano konia wierzchowego z obawy, abym na nim nie przeszedł za przykładem. Iskender-Beka, a za przybyciem, do Wedenia, wtrącony  byłem powtórnie  do szamilskiej jamy.

Smutne moje tu było położenie; zdawało mi się że śmierć mnie oczekuje. Na trzeci dzień wypuszczo­no mnie z jamy nie objaśniając powodów, dla któ­rych  byłem zasądzony. Szamila, nie było, i w komen­dzie pozostało nader mało ludzi, gdyż wszystko poszło znów ku morzu, w góry pod Gengebiel, gdzie Rosjanie podeszli ze swoim oddziałem.

 Przerażony tym wypadkiem i czując nad sobą wielkie; niebezpieczeństwo, jak się domyślałem z po­wodu prześladowania Eskender-Beka, przedsięwzią­łem być na wszystko bacznym i z, komendy, nie wy­dalać się ani kroku. Chęć widzenia się z Ezend mu­siałem odłożyć do pomyślniejszych wypadków; przez brata wiedziała ona o mojem nieszczęściu i biegła, //161 aby mię ratować, lecz ją od tego powstrzymywano wiedząc, że tym wieleby mi zaszkodziła; z bratem nawet widywać się niezupełnie było bezpiecznem, gdyż czeczeńcy przez Szamila uważają się za naród podejrzany.

W nieobecności Szamila, miejsce jego zastępo­wał Dżanold, piastujący tu najwyższą władzę ducho­wną, człowiek bardzo rozsądny, wielce szanowany i nader poczciwy; ja byłem jego ulubieńcem, nieinaczej mnie nazywał jak swoim synem. W tym czasie wypadł post całomiesięczny, zwany „wiaza”[132], rozpo­czynający się na nowiu, a kończący się za miesiąc, po pojawieniu się nowego księżyca. Zależy on na tem, że każdy człowiek od świtu do pojawienia się pierwszej gwiazdy wieczorem, nie może przyjąć ża­dnego posiłku, ani napoju, nawet kąpieli, z obawy, aby woda nie stała się posiłkiem dla kąpiącego się w niej wyznawcy Mahometa. Za to każdy posilać się może ile chce w nocy; post ten wielce jest obserwo­wany u Taulińców, lecz Czeczeńcy więcej pozwalają sobie w tem swobody.

Jest on nader uciążliwy dla roboczego ludu, je­żeli przypada podczas uprawy gruntów. Zawsze wy­pada miesiącem wcześniej od zeszłego roku, tak, że w przeciągu dwunastu lat kolejno przejdzie przez wszystkie miesiące, i z początkiem trzynastego roku nową kolej miesięczną zaczyna. Miurydzi szamilscy post ten fanatycznie obchodzą. Matka karmiąca dzie­cię, cały dzień nie da mu piersi, od wschodu słońca aż do pojawienia się pierwszej gwiazdy wieczorem.

//162 W większy dzień z upragnieniem oczekują głosu muezyna, wzywającego na wieczorną modlitwę. Masy zebranych około meczetu, starych i małych, wyglą­dają pierwszej gwiazdy, mnąc w ręku łakome owoce i podnosząc je z chciwością do ust, któremi do pierw­szego głosu muezyna posilić się nie można. Po skoń­czonej wieczornej modlitwie, zebranym w meczetach podają się suche zakąski z cienkich pszenicznych czureków, masłem nacieranych, a niekiedy i co gotowa­nego mniej więcej na rzadko, np. fasolę, lub kaszę z kukurydzy.

Pokarm ten jako ofiara znosi się do meczetów przez mieszkańców, i tu dzielony jest na równe czę­ści, akuratnie podaje się każdemu, i rozumie się, by­wa w mgnieniu oka konsumowany.

Ponieważ mi wiele zależało na poprawieniu za­chwianej o mnie opinji, post ten ściśle obserwowa­łem, uczęszczając regularnie na wszystkie pięć mo­dlitw do głównego meczetu; nadto o północy muezyn w minarecie odśpiewuje szczególne na tę uroczystość modlitwy, starałem się więc, aby mnie o tej porze widziano na modlitwie. Lubiłem wśród nocnej ciszy, przy bladym blasku księżyca, rzucającego długie cie­nie sąsiednich skał na dolinę, przysłuchiwać się śpie­waniu muezyna, którego dźwięczny, srebrzysty głos, przeciągłej i smętnej nuty, odbijając się o przyległe skały, szczególniejszem uczuciem w serce wpadał. Słuchając tych śpiewów, nieraz unosiłem się w świat marzeń, które myśli moje daleko od ziemskich trosk unosiły.

//163 Niekiedy w zamyśleniu przenosząc się w rodzin­ne strony, wspominałem o przeszłych szczęśliwych chwilach życia mojego, o rodzinie i przyjaciołach, o smutnym i znękanym stanie ulubionej ojczyzny, któ­ra tu na obcej ziemi przedstawiała mi sie jak naj­tkliwsza świętość na ziemi dla człowieka. Niekiedy, wracając do rzeczywistości, przebiegałem smutne ko­leje życia mojego w niewoli, malując sobie smutniej­szą tu jeszcze przyszłość, i wtedy to Ezend w bia­łej swojej osłonie, wsparta na skale u krynicy, ja­wiła mi się tkliwem, lecz zarazem bolesnem widze­niem; męczyła mnie myśl, jeżeli zostanę jej mężem, utraty zupełnej nadziei powrotu na łono ojczyzny. Je­żeli nie otrzymam jej ręki, cóż się wtenczas z nią stanie? Obraz jej też z każdą chwilą rzeczywiście mi się przedstawiał: tak bolesne i błagalne było jej spoj­rzenie, że często zrywałem się w zapomnieniu i bie­głem na jej powitanie, lecz zwodnicza mara unosiła się nadludzkim cieniem odemnie na lekkich war­stwach okalającej go mgły, ginąc w nocnej ciszy nad doliną, między skałami.

Cały miesiąc tego postu był nacechowany dla mnie najściślejszem życiem klasztornem: ciągłe modły i            śpiewy nabożne tylko o uszy się obijały, na twa­rzach mieszkańców nie widać było najmniejszego śladu radości, wszystko, jakby grobową ciszą okryte, przedstawiało coś majestatycznie świętego.

Pozostałe żony miurydów przez niepewność o swo­ich mężów i synów na wojnie będących, smętnie i błę­dnym wzrokiem poglądały z swoich lepianek na czoł­-//164 gające się dzieci u drzwi, przez ich ojców opuszczo­nych. Większe dzieci, przed każdym wieczorem ze­brane pod kolorowe chorągiewki, obchodziły procesją kilkakrotnie auł, śpiewając pieśni nabożne, na znak prośby zwycięztwa i pomyślnego powrotu swych oj­ców z boju. Późnym wieczorem kobiety i dzieci, dzie­ląc się każde na dwa oddzielne chóry, w czterech częściach aułu też pieśni do późnej nocy powtarzały.

Nakoniec nadszedł dzień świąteczny po skończe­niu postu, Bajeram zwany. Po uroczystych modli­twach porannych, w głównym meczecie całe zebranie modlących się, a w ich liczbie i ja, udało się na dwór szamilski, gdzie oczekiwała ich uczta, według zwy­czaju przygotowana. Pozostali w domu, z przygoto­wanych kotłów na dworze szamilskim roznosili w ró­żnych gatunkach mięsa przybyłym gościom, którzy mieszcząc się w maleńkich izbach domu Szamila, po ile można było, zjadali przyrządzoną ucztę, chciwie biorąc mięsiwa z ogólnych, wielkich, miedzianych, po­bielanych półmisków rękoma, gdyż tu widelce nie są w użyciu. Bajeram, a na nowiu następnego po nim miesiąca Kurtan, są dwa najuroczystsze święta.

Pierwsze po poście, nie wiem na jaką pamiątkę, lecz drugie zapewne na pamiątkę ofiary Abrahama, gdyż tu czyni się także ofiara ze zwierząt, jak np. bydła rogatego, baranów lub kozłów. Na każdą sztu­kę wołu, krowy, lub jałowicy naznacza się pododno dwunastu ludzi, ofiarę tę razem składających, a na barana lub kozła po trzech czy też po czterech.

//165 Zwierzęta te zarzynają mułłowie przy odmawia­niu właściwej modlitwy; wspólnie ofiarujące osoby przed zarżnięciem zwierzęcia czynią właściwą modli­twę. Mięso z takich zwierząt uważa się niejako za święte, i takowem ofiarujące osoby dzielą się z tymi, którzy nie byli w stanie uczynić od siebie podobnej ofiary. Te święta, również jak i każdy piątek w ty­godniu, uważany tu jest za dzień świąteczny Razman.

Nie obowiązują one wyznawców Mahometa w gó­rach do zupełnej bezczynności od pracy! owszem, zwykle każdy oddaje się swym każdodziennym zatru­dnieniom, jeżeli nie gości u kogo, lub nie przyjmuje drugich u siebie, co się u nich, szczególniej w Taulji, rzadko zdarza.

Po świętach Bajeramu otrzymano radosną wieść z oddziału Szamila, że pobito Rosjan w znacznej ilo­ści pod fortecą szamilską Gergibiel, lecz zarazem, że Rosjanie z pod Gergibiel udali się pod Sałły i tako­wą fortecę ze wszystkich stron okrążyli. Szamil z wedeńskiego parku zapotrzebował bojowych patronów i przy tej okazji Dżanold kazał mi się złączyć z od­działem Szamila.

Ze świtem, na trzeci dzień po świętach Bajera­mu trzy dni tu obchodzonego, ruszyliśmy w drogę z kilkoma miurydami, udającymi się do oddziału dla zmiany innych. Dla mnie pod wierzch naznaczoną była „kadra,” gatunek połączony osła i konia, zwie­rzę najzdolniejsze do odbywania dróg po niedostę­pnych górach. Podróż do Andji, po znajomej mi dro­dze była teraz przyjemnem wspomnieniem mężnie tu //166 przecierpianych niegdyś trudów; lecz dalej, w górach skalistych, przejeżdżając po obrywach nad przepa­ściami, przykre wrażenie strachu początkowo mocno mnie dręczyło. Puściwszy cugle mojemu rumakowi, za przykładem miurydów, zasłaniałem sobie oczy, że­by spojrzeniem w przepaść nie dostać zawrotu głowy i przez to na siodle nie stracić równowagi.

Moja kadra zdawała się być pogrążoną w śnie letargicznym: ze spuszczoną głową i ze zwieszonemi uszami, unosiła się po wązkich skalistych ścieżkach tak równym krokiem, że nie czułem najmniejszego wstrząśnienia, i przytem chód tak był pewny, jakby po najrówniejszej drodze postępowała.

Późno wieczorem, przejeżdżając skaliste góry, posłyszeliśmy gdzieś wysoko nad nami mocny trzask kamieni, jakby od wystrzału armatniego pochodzący. Kadra moja rzuciła się naprzód z szybkością kozy dzikiej i o mało nie upadłem w przepaść, gdzie zapewneby i śladu ze mnie nic zostało, lecz, dzięki Bogu, utrzymałem się w siodle, a ochłonąwszy z pierw­szych wrażeń przestrachu, posłyszałem za sobą po drodze, którąśmy przebywali, masę kamieni spadają­cych w przepaść.

W górach skalistych nierzadko się zdarza, że się obrywają skały, i spadając, pędem swoim spychają za sobą massę innych kamieni, i wtenczas górale al­bo uciekają, albo kryją się pod wystające nad ścież­kami skały, jeżeli te są w bliskości.

W Andji zajechaliśmy do Łabazana, gdzie by­liśmy gościnnie przyjęci. W Tłokach także widziałem //167 się z moim starym gospodarzem, który radośnie mnie powitał i gościnnie nas przyjął. Przejechawszy Sułak, Kojsu awarskie, Kara-kojsu wjechaliśmy w oko­lice Sult. Obóz tatarski widać było, po rozmaitych miejscach porozrzucany. Na pierwszym wstępie przy­byliśmy na pozycję parku szamilskiego, gdzie od żoł­nierzy i kilku miurydów radośnie powitani, puścili­śmy się na drugą pozycję, na której sam Szamil i na­szej komendy naib się znajdował. Gdym się przed­stawił naibowi, ten radośnie mię powitał i wprost wy­rzekł te słowa:

Wielki twój Bóg! że ty przy życiu zostałeś; podejrzenie na ciebie było wielkie, żeś był w zmowie do ucieczki z Eskender Bekem, a przynajmniej wie­działeś o zamiarach jego ucieczki. Szanuj swą głowę, bo jak ci ją zdejmą, to na temże miejscu druga nie wyrośnie.

Odpowiedziałem, że o żadnych zamiarach ucie­czki Eskender-Beka nie wiedziałem; że gdybym był wiedział, tobym mu pierwszy kulę w łeb wsadził. Je­żeli to podejrzenie padło na mnie z powodu, żem się przyjaźnił z Eskender-Bekiem, to niesłusznie.

Lubiłem jego towarzystwo, to prawda, gdyż z nim jednym mogłem tylko w rozmowach czas we­selej przepędzić, zresztą uważałem go za pozbawio­nego naturalnego rozsądku, i nie jemu mnie, ale mnie jego uczyćby należało, jak żyć powinien, aby włosy na głowie jego doczekały się siwizny.

Rozśmiał się na to wszystko Jachchodzio i roz­kazał mi iść za sobą do namiotu Szamila. Ten, wy­-//168 prowadzony naszem przybyciem z zamyślenia, powi­tał najprzód naiba, a potem powinszował mi pomyśl­nego przybycia do oddziału, dodając, że Dżanold bar­dzo wiele przysyła mi pochwał o mojej osobie, i dla tego pragnął mię widzieć tu w obozie.

Na tem skończyło się moje przedstawienie Szamilowi. Pozostałem w oddziale bez naznaczenia mi czynności. Z szamilskiej pozycji widać było fortecę Sałty jakby masę kamieni, i dziwnie mi było patrzeć na obóz Rosjan, bez przerwy strzelających ze wszyst­kich stron do takiej fortecy, gdy stamtąd tylko kiedy niekiedy, wśród gruzów i kamieni pokazywał się błę­kitnawy dymek wystrzału armatniego: lecz przy ba­cznej uwadze spostrzegłem, że dymek ten porywał w szeregach wojsk rosyjskich swoje ofiary, sądzić zaś o tem można było z zamieszania się ludzi w tem miej­scu, gdzie kula padała.

Każdodziennie do południa wojska Szamila wy­stępowały na linję bojową pod Sałty, aby oblegają­cym w robotach przeszkodzić; wystrzały z tej strony czynione przez Szamila z sporych armatek, przyczy­niły wiele szkody robocie Rosjan.

Droga pod Sałty z drugiej pozycji Szamila szła między dwoma pasmami niezbyt wyniosłych gór, pod których skrzydłami podchodziła pod obóz rosyjski szamilska piechota; częstokroć Rosjanie zmuszeni byli przeciw takowym wojskom wysyłać oddziały dla od­parcia ich natręctwa. Wtedy przykry widok pzedstawiał się nam, stojącym z artylerją między wspomnianemi górami: rakiety rosyjskie, obficie puszczane na //169 nieprzyjaciela, zwykle spędzały go w nieładzie z zaj­mowanych pozycyj; uciekający w doliny, częstokroć chroniąc się przed rakietami, spadali z gór, tocząc się jak kłęby do ich podnóża, lecz to nie przeszka­dzało im, za odstąpieniem Rosjan, powracać na swo­je miejsce, li tylko aby tychże podrażnić, jeżeli im nic więcej zrobić nie mogli.

Rosjanie taktycznie prowadzili oblężenie fortecy, pokonywając wszelkie przeszkody, chociaż cierpieli wiele od cholery i niedostatku. Tatarzy ze swej stro­ny uporczywie się bronili, naśladując w tem Rosjan. Niepokoili nieprzyjaciela nocnemi wycieczkami z for­tecy, podprowadzali miny, a gdy wał był wzięty i ty­siące ręcznych granatów było rzucone za wał kamien­ny na oblężonych, to bardzo często granaty te bywały Rosjanom zwracane, i to więcej czyniło szkody oble­gającym, niż oblężonym.

Z pozycji bojowej Szamila do Sałty szła droga głębokim wąwozem, między prostopadłemi ścianami przyległych skał. Na wierzchu tych skał rosyjskie oddziały pilnowały przejścia do fortecy wspomnionym wąwozem od strony Szamila, lecz to wiele nie prze­szkadzało z początku, aby tatarzy nie zasilali swego garnizonu.

Przy mnie raz okazała się potrzeba prochu w for­tecy i takowy nocą należało przeprowadzić wąwozem. Nasz naib sam przedsięwziął tego dokonać. Objuczy­wszy dostatecznym zapasem kilka kadr, z których je­dną i mnie powierzono, ruszyliśmy o zmierzchu w stro­nę wąwozu ze stosownym oddziałem, jak można naj­-//170 ciszej. Przy wejściu do wąwozu oddział pozostał dla ochrony, jeżeliby takowa była potrzebną, przed niespodzianem napadnięciem, a my puściliśmy się z kil­koma miurydami i naibem, trzymając się o ile mo­żna było pod zasłoną skał, aby nas z wierzchu wi­dać nie było. Zdarzało się, że ukryć się tym sposo­bem wcale nie można było, wtedy kilka ręcznych granatów puszczonych z góry oświecały nam niezbyt bezpieczną drogę.

Na głos naiba odwalono kamienie z przeciwnej strony i weszliśmy do fortecy, czyli raczej pod skle­pienia mass kamienistych. Woń zaraźliwa uderzyła nosy nasze, lecz to niczem było w porównaniu z wi­dokiem znędzniałego garnizonu. Cienie, nie ludzie, zdawało się, zamieszkały te podziemia: wybladłe twa­rze, zapadłe, świecące się oczy i uroczystość poświę­cenia się tych bohaterów, mimo nieprzyjemnego pier­wszego wrażenia, głęboki szacunek dla niego wzbu­dzały. Wkrótce po naszem przybyciu, blady księżyc wzniósł się nad stosami kamieni, powrót zatem był niepodobny i pozostaliśmy do drugiej nocy.

Naib chciał obejrzeć całą fortecę. Wązkiemi podziemnemi schodami doszliśmy do pewnego punktu w for­tecy, gdzie otworem rozwalonych kamieni wyszliśmy na świeże powietrze, jeśli tu mogło ono nosić to nazwi­sko. Przy bladem świetle księżyca przedstawił mi się okropny widok zniszczenia, gdzie niegdzie tylko wi­dać było szczątki ścian budowli kamiennych, reszta wszystko w massie rozwalone leżało, a po nad tem //171 niekiedy wznosiły się ludzkie postacie, a raczej wi­dma nieziemskie.

Ze strony Rosjan perjodycznie były puszczane bomby, aby oblężonym nie dać nocnego spoczynku, lecz tu, oświecając jaskrawym blaskiem miejsce zni­szczenia i przerażającego widoku, szkody rzeczywistej garnizonom nie przynosiły. Podszedłszy pod wały fortecy, przekonaliśmy się o czynności obu stron prze­ciwnych: Rosjanie z za wału przez strzelnice niekie­dy strzelali na los szczęścia do fortecy, tatarzy, pod wałem ukryci za drewnianemi balami, pochyło spartemi o wał kamienny, nic sobie nie robili z rosyjskich wystrzałów, czatując tylko, jakby odrzucić napowrót ręczny granat, lub odebrać karabin niebacznemu żoł­nierzowi, jeżeli ten zadaleko wysadzał łufę przez otwór w strzelnicy.

Nocleg nasz był u naczelnika garnizonu, syna naiba Tilleti, Kibyli Mayhomy[133], który mieścił się tu w podziemnej sakli, w dość dobrym stanie jeszcze będącej, i gdzie w przyległej jamie, pod massą ka­mieni park się znajdował. Długo nie mogłem użyć spoczynku z powodu duszącego i zaraźliwego powie­trza, pochodzącego z wyziewów ran gnijących ranio­nych ludzi w garnizonie, jak również z pobitych tru­pów, pod kamieniami zachowanych, i zamkniętego pod kupami kamieni powietrza.

Lecz znużenie wzięło górę. Sen pokonał przykre wrażenia i tylko senne marzenia rozbujałej imaginacji przerwały mój wypoczynek. Zdawało mi się, żem podróżował po nieprzebytych przepaściach: skały pę­-//172 kały nad moją głową, obsypując mię naokoło masa­mi kamieni, z pod których z trudnością mogłem się wydobyć. To znów widziałem pole bitwy, pokryte ciałami poległych w boju, nad któremi palące się ra­kiety przelatywały; to nakoniec ujrzałem się w Sal­tach nad masami kamieni, w przepaściach których okropnie poranione trupy o ratunek u żyjących dla siebie się dopominały.

Nakoniec, zmęczony ciąglemi trudami, poczułem okropne pragnienie, wszystkie moje wnętrzności pali­ły mnie niesłychanie; omdlony, padłem na ostre ka­mienie, ból pochodzący z uderzenia się ciała, powró­cił mi przytomność umysłu.

Podnoszę się osłabiony, rzucając w koło siebie błędne wejrzenie, i widzę przy bladem świetle księ­życa oświeconą jakąś białą postać przed sobą, przy­glądam się pilniej i poznaję w niej Ezendę, z dzba­nem wodą napełnionym. Radośnie wyciągam do niej ręce, lecz siły mnie opuszczają, gdy w tem płomień nas oświeca, gorejąca kula, jak palące słońce w pu­styni, unosi się nad głową Ezendy, pęka gwałtownie i ta zbroczona krwią, martwa pada na skały. Krzyk tem widzeniem wydobyty z piersi moich, budzi mnie nagle i jeszcze teraz słyszę przerażający grzmot bom­by, rwącej kamienie nad naszemi głowami!

Była to bomba jutrzenki (z fortecy odpowiedzia­no na nią granatem), która przeniosła się z żałosnym świstem ponad fortecą i pękła nad obozem nieprzyja­cielskim. Od tej chwili ogień z rosyjskich bateryj stał się tak częstym i rzęsistym, iż niepodobna było //173 z pod ziemi wychodzić. Spodziewając się szturmu, tatarzy śpieszyli do wałów, przechodząc wąskie pod­ziemia i chroniąc się za massy kamieni przed wy­strzałami. W jednej narożnej części wału wznosiła się kamienna baszta, opierająca się wszelkim usiło­waniom nieprzyjaciela; do niej szły przekopy Rosjan, lecz grunt skalisty utrudniał ich pracę. Naib nasz z wysokości baterji, na gruzach tu urządzonej, obej­rzawszy tę basztę, przykazał garnizonowi natychmiast z niej wystąpić, i zaledwo rozkaz jego był wykona­ny, z przerażającym trzaskiem wyrzuconą była w po­wietrze. Łzy i cierpienia ginących bez śladu zginęły w otchłani łez i cierpień ludzkości.

Wyrzucona minami w powietrze baszta na chwi­lę zaćmiła blask słońca; masa kamieni, z okropnym trzaskiem wzniósłszy się w górę, rzęsistym gradem opadła wśród dymu i masy kurzu, zapełniającego prawie całą fortecę. Okazało się, gdy dym i kurz opadł, że tylko zewnętrzna część baszty była zerwa­ną, a wewnętrzna cześć uszkodzoną i takową działa­mi tylko zburzyć można było, i to nic łatwo, gdyż nadzwyczajnym pociskom oprzeć się były w stanie; zawsze jednak teraz ten punkt był jednym z najsłab­szych, więc całe usiłowanie garnizonu było zwrócone na to, aby się w nim zabezpieczyć. Praktyczność ich w tem im pomogła, chociaż na czas niejaki. Pod ba­sztę znoszono kamienie, tworząc z nich nową zewnę­trzną ścianę należytej grubości, aby w przypadku, gdy baszta będzie zupełuie rozbitą, utworzyła się massa kamieni, tamująca swobodny przystęp do fortecy.

//174 Rosjanie, korzystając z wrażenia, jakie wywarli na oblężonych przez zerwanie baszty, rozpoczęli sil­ny ogień z moździerzy: bomby kilkopudowe, granaty i kule armatnie ćmiły blask słońca nad fortecą, na­pełniając ją straszliwym trzaskiem i duszącym dy­mem; dzień ten dla mnie przedstawił się dniem sądu Pańskiego. Lecz w garnizonie niewiele ofiar padło od tego huku.

Przywykli do tej muzyki w fortecy, prawie nic sobie z tego nie robili, naśmiewając się z wściekłej bezsilności straszliwych bomb, padających na gruzy porozwalanych domów. Niedostatek wódy i pokarmu daleko był straszniejszych dla oblężonych, niż śmierć męczeńska, po której każdy z nich miał świętą wia­rę osięgnąć raj Mahometa.

W fortecy znajdowało się źródło wody, nadto jednak małe, aby mogło wystarczyć potrzebom garni­zonu; woda zaś w rzece przed fortecą, zawalona na­wozem i rozmaitemi nieczystościami przez Rosjan, stała się niepodobną do użycia. Dowóz produktów był nader trudny, aby mógł wystarczyć oblężonym. Oblężeni więc, wytrzymując straszliwy ogień oblega­jących, walczyli zarazem z głodem i pragnieniem, palącem ich wnętrzności wśród okropnego znoju i ze­psutego powietrza.

Chwała wam, mężni obrońcy Sałt! historja nie będzie opiewała waszych walecznych czynów i pa­mięć o was pogrzebioną zostanie na zawsze pod gru­zami fortecy, której tak wiernymi byliście obrońcami!

            //175 Nocy następnej wyszliśmy z fortecy tąż drogą przez wąwóz: noc była dość jasna, jakkolwiek księ­życ nie świecił. Garnizon, stojący nad drogą, gorli­wie spełniał swe obowiązki. Wszędzie nas spotykały granaty, gdzie tylko można było nas dostrzedz. Je­dna kadra nasza została mocno ranioną, prowadzić jej nie było można, więc ją dorźnięto, a mięso pokra­jane na sztuki, złożone na jukach, było przysmakiem w tych naszych trudach. Wróciliśmy do obozu po­myślnie, spotkani u wyjścia wąwozu nowym obserwa­cyjnym oddziałem.

Oblężenie Salt trwało do późnej jesieni i naj­pewniej niepomyślnie skończyłoby się dla Rosjan, gdyby garnizon po jednym wielkim ich szturmie, nie był opuścił fortecy, ratując się z niej w nocy ogólną ucieczką. Ten postępek splamił ich nieugięte męztwo i pozbawił Szamila korzyści, jakieby mógł odnieść nad Rosjanami, gdyby ci po tak mozolnych usiłowa­niach przymuszeni byli do odstąpienia od Sałt.

Po wzięciu Sałt obie strony odstąpiły spokojnie, nie czyniąc względem siebie dalszych zabiegów. Po­wrót Szamila wzbudził w mieszkańcach tkliwe uczu­cia. Przed aułami naród wybiegał tłumnie na jego powitanie: ciśnięto się do rąk jego, do sukni, całując nawet konia, na którym jechał; słowem, nigdy naj­czulsza rodzina nie spotykała tkliwiej powracającego z długiej podróży ojca, jak ci mieszkańcy gór ka­mienistych witali chrobrego Ymana. Do Wedeni przy­byliśmy pięknego dnia jesiennego.

//176 Korzystając z ogólnej radości powrotu Szamila i innych wojowników, cichaczem przynajmniej pra­gnąłem zwiedzić miejsca, gdzie otrzymałem wyznanie Ezendy. Pośpieszyłem na pamiętny wzgórek przed krynicą, i jakież moje było zdziwienie, gdym ujrzał Ezend jak niegdyś o skałę opartą.

Czułem niewymowną radość i uczucie wdzięczno­ści za okazaną mi tym sposobem pamięć i takie przy­wiązanie.

Poskoczyłem z szybkością strzały ze wzgórza do krynicy i omdlałą prawie Ezend uścisnąłem w obję­ciu, nie mogąc do niej słowa przemówić, usta nasze złączyły się długim pocałunkiem i łzy radości wspól­nie nam twarze oblały. W tej samej chwili na wzgór­ku, przed krynicą, błysnął ogień między drzewami w ciemności, rozległ się strzał i kula z świstem prze­biła mi wierzch u popachy.

Przerażona Ezend, jakby siłą elektryczną odrzu­cona odemnie, oniemiała i stanęła w postawie, ozna­czającej gotowość na wszystko. Szybciej niż myśl wypadł strzał z mojej broni w stronę, gdzie jeszcze blady obłoczek dymu z pierwszego wystrzału, drżąc przy wstrząśnieniu powietrza, w górę się unosił. Po­śpiesznie wziąwszy Ezend za rękę, szybko ją popro­wadziłem do krynicy po ścieżce w skale do Wedeni wiodącej.

Wychodząc na płaszczyznę z ciemnego wąwozu, spotkałem Mustafę, śpiesznie w tę stronę biegnącego; oddałem mu siostrę na ręce, jeszcze nieprzytomną, a sam nabijając gwintówkę, puściłem się lotem strzały //177 polem w stronę krynicy, zkąd wystrzał był do mnie skierowany. Obiegłem wszystkie drzewa do koła, wszystkie kamienie i krzaki, lecz śladu żyjącej istoty znaleźć nic mogłem. Znużony próźnem poszukiwa­niem puściłem się znów w stronę Małych Wedeni i tu powtórnie spotkałem brata Ezendy. Był blady z zaciętemi od złości ustami, wzrokiem mię tylko za­pytał o skutku mych poszukiwań i na niemą moją także odpowiedź, skinął ręką w stronę krynicy, a sam pędom pobiegł przez wąwóz w przeciwną stronę. Zrozumiałem jego zamiary, na około krynicy poszukiwania czynić trzeba było, biegłem o ile sił mi starczyło, lecz napróżno. Okrążywszy wspólnie krynicę zeszliśmy się z Mustafą w tem samem miej­scu, gdzie przed chwilą siostrę jego spotkałem. Tu opowiedziałem jak się stało, nie tając swego i jej zapomnienia się w pierwszej chwili spotkania, nie myśląc wcale w jaki sposób on to mógł przyjąć. Bladość jego twarzy i nieporuszoność rysów, malo­wały gwałtowność duszy i ciężką boleść, która go okrutnie dręczyła.

Po chwili milczenia stłumionym głosem, zrobiw­szy wprzód zwykłe Czeczeńcom wykrzyknienie, je­dyny świst tylko wydające, wyrzekł: „Biedna dzie­wczyna! oddawna nie zna pokoju w duszy, ani ojca, ani moje perswazye nic mają do jej serca przystępu, ciągłe smutna, nic nie mówiąca jakby jej mowę od­jęło, z dniem każdym więcej blada i wynędzniała, gaśnie widocznie w oczach naszych, inne dziewczęta //178 nasze widząc jej głęboki smutek, z politowaniem spo­glądają na nią; odchodzą w milczeniu od krynicy, zo­stawiając ją tam opartą o skałę oddającą się wła­snym myślom i dumaniu. Często nazbyt długo ona ztąd nie powracała; wtedy biegłem po nią i gwał­tem odrywałem ją od skały, na której bezwładnie się opierała, niewiedząc co by ją tu przywiązywało. Mahmud śledzący za nią, także odkrył jej tu schro­nienie i jak cień nieodstępny, chociaż przez nią nie widziany, był tu przy niej, ile razy się tu znajdowała. Dzisiejszy wypadek objaśnił mi wszystko, lecz po­wiedz mi szczerze, dlaczego właśnie to miejsce a nic inne wybrała na poświęcenie myśli o tobie” ? Powtó­rzyłem mu co tu zaszło między nami, a zapewnienie moje, żem się nie stał występnym względem niewin­ności Ezendy, na chwilę spędziło posępne chmury z jego czoła. Dalej on wyrzekł jakby do siebie: „A teraz pojąłem postępowanie Mahmuda, on nie dla Ezendy, lecz dla ciebie przychodził nad krynicę i masz szczęście, że nie jest dobrym strzelcem.”

Śród rozmowy zbliżyliśmy się do cmentarza Ma­łych Wedeni, na którym w ciemności smutnie powie­wały chorągiewki, a nadgrobki z białych kamieni, przedstawiające postacie ludzkie, jak widma zdawały się wychodzić z pod ziemi. Nakoniec rzekł Mustafa podając mi rękę:

̶ Idę ukoić moją Ezend. A ty co dalej po­czniesz?

//179  ̶ Pójdę do Kazy, jeszcze nie późno i będę prosić jego pomocy, a jutro w tej sprawie stawię się w Szarjacie przed Szamilem.

̶ Dobrze, odrzekł, lecz przygotuj się na wszystko złe — Mustafa jutro i ojca i ciebie obwini w Szarjacie, i zdaje mi się, że biedna Ezend tu pokój i szczęście przez was obydwóch, znajdzie.

To mówiąc wzrokiem wskazał mi na cmentarz, i ścisnąwszy mnie za rękę, spiesznie oddalił się ścieżką do Wedeni wiodącą.

Znękany powracałem do swej chaty. Podcho­dząc pod żołnierską Słobodkę, posłyszałem wesołe pieśni żołnierzy, hucznie obchodzących swój powrót z Sałtyńskiej wyprawy. Nic chcąc wpaść między nich w mojem smutnem położeniu, udałem się. wprost do Miurydzkiego Aułu. Kazy sędzia, człowiek pię­knych przymiotów głowy, duszy i serca, przyjął mnie uprzejmie i pierwej nim się zapytał o cel mego przy­bycia w niezwykłej porze, podał mi wprzód kałmyckiej herbaty czarkę z świeżym pszenicznym czurekiem, prosząc abym się posilił. Przyjmując od niego ten posiłek, opowiedziałem zamiary moje względem Ezend, zgodność na to jej ojca i brata, oraz prze­szkody, jakie były w dojściu do tego celu. Słuchał mnie pilnie poważny sędzia, nieprzerywając ani razu, a gdy wyjawiłem mu, że w nim największą pokła­dam nadzieję, że lepiej w Bogu niż w ludziach ufność pokładać. Zganił moją porywczość, lecz aby zarazem mię uspokoić przyrzekł swą pomoc. Cokolwiek uspo­-//180 kojony obietnicą Kazego, powróciłem do swej sakli, lecz znając dobrze naturę tatarów, nie mogłem zupeł­nie polegać na słowie danej mi obietnicy. Tatarzy zwykli obiecywać proszącym ich o cokolwiek, lecz w spełnieniu obietnicy nie skorzy: potrzeba albo bar­dzo długo ich prosić, albo też zobowiązywać czem innem, skuteczniejszem. Mnie pozostała li tylko prośba i płonna nadzieja w ich dla mnie życzliwość.

Na drugi dzień Szajat nie był otwarty, z po­wodu nie wywczasowania się Szamila. Miałem więc czas być w moim interesie u Efendi i u samego Dżamałdyna; wszędzie otrzymywałem solenne przyrzecze­nia pomocy z ich strony. Czem pokrzepiony udałem się do ojca Ezond, już mocno zmartwionego tym świe­żym wypadkiem, którego ja byłem przyczyną przez mą nierozwagę, już to stanem zdrowia samej Ezend.

Mahmud tegoż dnia gwałtownie upominał się u ojca o rękę córki odgrażając się w przeciwnym razie odstraszyć ją w szarjacie o tajemne stosunki ze mną, a ojca o niedotrzymanie przyrzeczonych ślu­bów i o pobłażanie córce w gorszącem jej postępo­waniu. Zmartwił się biedny starzec wiadomością o postępkach córki, w brudnych kolorach jemu przez Mahmuda przedstawionych, i chociaż całą tę rzecz przedstawił mu syn jak ona była w rzeczywistości, jednak go to nie wiele pocieszyło. Przybycie moje, nowe chmury na czoło jego sprowadziło. Umiałem czytać w duszy jego i odrazu odgadłem jakie go myśli trapiły. Czując się w zupełności niewinnym, //181 ukłóło mnie to niezasłużone przyjęcie, odezwałem się więc w te słowa: „Napróżno ojcze pokrywasz czoło cieniem gniewu w chwili mojego tu przybycia; wiel­kie twoje cierpienia, lecz miłość twoja dla kochanego dziecięcia jest wielka; czyż gniew twój ma ją prze­wyższyć wtedy, kiedy Ezend znękana swem nieszczę­ściem najwiecej łask twoich potrzebuje? Spojrzyj na nią okiem kochającego ojca i powiedz czy spostrze­żesz dziś w jej twarzy choć kroplę krwi, która nie­gdyś tak szczodrze ją ozdabiała; czyż ta martwość w jej rysach, nic ci nie okazuje, że ona już teraz nawet do istot żyjących wcale nie należy? O Osman! ukój niewczesny żal duszy twojej, a pospiesz osło­dzić te smutne chwile dla twojej Ezendy, gdyż prze­ciwnie niedługo mieć ją będziesz przed swemi oczyma; ona zawsze jest tak niewinną jak w chwili, gdy ją na świat wydała jej matka nieszczęsna, której ty za nią kiedyś będziesz musiał zdać rachunek.”

Rzewne łzy biednemu starcowi płynęły po dłu­giej siwej brodzie, podniósł się z swojego miejsca, poszedł chwiejącym się krokiem do Ezend i skrył ją w swych objęciach. Łkania biednej dziewczyny na piersiach starca ulżyły jej cierpieniom. — Podając starcowi poduszkę przed rozpalonym kominkiem, dość silnym, chociaż drżącym głosem wyrzekła: „Daruj ojcze, że mojem cierpieniem zatruwam ci pokój dni twoich, ja biedna dziewczyna skazana wyrokiem. Nieba, przed przyjściem mem na świat podzielić los nienawistnego mi teraz człowieka; nie mogę ukryć //182 cierpienia mego przed twoim wzrokiem w stanowczej chwili, przyrzekam jednak we wszystkiem ci być po­słuszną, lecz zarazem upewniam, że chociaż związaną będę na nowo małżeńskim ślubem z Mahmudem, żoną się jego nie stanę i prędzej śmierć z rąk jego niż nienawistne mi łaski od niego przyjmę.

Ręką moją rozrządzać możesz mój ojcze według danych ślubów rodzicom Mahmuda, lecz serce i du­sza moja należą do ciebie! To mówiąc podała mi swą rękę zimną i drżącą a w wejrzeniu jej malo­wała się na nowo silna moc duszy i niczem nie zła­mane postanowienie. Tu opowiedziałem im moje za­biegi i przyrzeczenia jakie mi uczyniono; lecz nadzieje moje nie trafiły do ich przekonania. Ojciec przy­najmniej udawał, że wierzy w możliwość przemiany rzeczy na lepsze, lecz Ezend wprost odrzekła, że przeczuwa duszą swoją moję niepomyślność.

Na czwarty dzień po powrocie Szamila z pod Sałtów, szarjat został otwarty. Przed drzwiami szarjatu mnóstwo się osób cisnęło powodowanych wła­snym interesem lub też tylko ciekawością. Mahmud w ich liczbie się znajdował. Gdy dano znak wejścia interesantom do szarjatu, wszyscy rzucili się spiesznie, aby w pierw przedstawić swą sprawę na sąd Szamila. Dwóch miurydów stojących przy drzwiach, odbierało broń wchodzącym do szarjatu i nieznajomych ściśle rewidowali, czy niema kto z nich ukrytej broni. Ma­hmud podległ ścisłej rewizyi, co jako Czeczeńcowi, jak zauważyłem, nie bardzo się podobało. Odemnie //183 odebrano kindżał i pistolety i bez żadnych trudności wpuszczono do szarjatu. Szamil siedział poważnie na wysokiej prostej otomance z podwiniętemi pod siebie nogami, okryty atłasowym pięknym, długim tułubem. Po prawej jego strome znajdował się Dy- wir-Chodżjo Kady główny sędzia szarjatu Szamila, a z lewej strony Ezend Mułła uczony i przyjaciel Szamila. W półkole przed Szamilem stała straż z czterech miurydów złożona z obnażonemi szablami. Już rozpoczęły się sprawy stron stawających, gdy do szarjatu wszedł Osman z córką i z synem, na ich obliczach dziwne uczucia niepewności, trwogi i na­dziei się malowały; powitaliśmy się tylko wejrzeniem. Z kolei Mahmud wystąpił z swą sprawą — zawsze ponury nie miłe musiał uczynić wrażenie na otacza­jących go sędziach, lecz z przytomnością i pewnością wygrania sprawy, zaczął mówić najprzód o wyrzą­dzonej przysłudze przez jego ojca Osmanowi, później o ślubach wzajemnie uczynionych między jego i Ezend rodzicami, następnie oskarżył ojca Ezendy o uchyla­nie się od tych ślubów; mnie o tajemne stosunki z córką Osmana, w skutek czego nie chce wyjść za niego za mąż, w czem jej brat i ojciec pobłażają.

Ostatnia skarga padła ciężkiem na mnie i na Ezend obwinieniem, moralność tu między osobami płci różnej nadzwyczaj jest przestrzegana. Wszelka niemoralność śmiercią bywa karana. Dziewczyna po­sądzona o niemoralne prowadzenie się i nieprawy stosunek, bywa aresztowaną i trzymaną w jamie, do­ //184 póki nie wykarmi swojego dziecięcia, poczem bywa śmiercią karana. Najczęściej takie ofiary kamienują; lecz one dopóki są w areszcie, mogą wyjść zamąź i tym sposobem uniknąć zasłużonej kary; co wszakże rzadko im się udaje. Już za mnie był okrutny przy­kład śmierci żony Efendi, przez podejrzenie męża o jej niewierność. Biedna kobieta obwiniona przez męża o stosunki z żołnierzom rosyjskim będącym w niewoli u jej męża, na śmierć skazaną została. Przyprowadzono ją do komendy żołnierskiej i kazano ją żołnierzom zadeptać. Ci przez litość najprzód ją zabili, a potem zadeptali nogami. Pod taką to karę Mahmud chciał podwieść mnie i swoją narzeczonę, od ręki której nie chciał się usunąć i tu przy podobnem już obwinieniu żądał u Szamila, aby Ezend jeżeli nie będzie skazaną na śmierć, była mu oddana w jego prawa małżonka. Obwinienie to okropne wrażenie zrobiło na Szamilu, sędziach i wszystkich obecnych; po chwili grobowego milczenia wezwano ojca obwi­nionej. Biedny starzec trząsł się z przestrachu jak liść osikowy, lecz jego sędziwość wieku i powaga z godnością utrzymana, wzbudziły powszechny szacu­nek. Wystąpił powolnym krokiem przed Szamila na środek sali, a powitawszy go zwykłem słowem salamu, przysiadł na podłodze na piętach w skromnej postawie, co zwykle tu czynią wszyscy i drżącym lecz poważnym głosem przemówił: że Mahmud ma we wszystkiem słuszność oprócz ostatniej skargi do­tyczącej się mnie i Ezend o tajemnych między nami //185 stosunkach. Powtórzył słowo w słowo wyświadczoną mu usługę przez ojca Mahmuda, w skutek czego nastąpiła między nimi umowa połączenia domów swo­ich familijnemi stosunkami; nadmienił o śmierci ro­dziców Mahmuda, o opiece jaką miał nad tym czło­wiekiem w jego małoletności, opisał jego okrutny charakter i niezdolność do wszelkich czynów męstwa i szlachetności przez co najwięcej Ezend znienawi­dziła go sobie; wyrzucał sumiennie swoją słabość w pobłażaniu Ezendzie pod względem jej nienawiści do Mahmuda; lecz zarazem oświadczył, że on przez przywiązanie do swego dziecka to czynił, w nadziei, że Ezend przyszedłszy do pełnoletności, może prze­mieni się w uczuciach względem jej narzeczonego; nakoniec dodał, że widząc w niej wstręt nieprzełamany do Mahmuda, poświęceniem swojej godności chciał zapewnić szczęście swojego dziecka wydając je za mnie, powszechnie słynącego tu za najgodniej­szego z ludzi obcego w ich ziemi narodu, byleby Szamil rozwiązał pierwsze przez niego śluby w imieniu dziecka jego uczynione. Co do przychylności Ezend względem mnie nadmienił, że on sam znajdując mnie godnym wejścia w stosunki familijne z jego domem, starał się widzieć mię częściej u siebie, aby tem le­piej poznać i ocenić i że ja zawsze znajdowałem się u niego w domu i wszędzie względom jego córki z jak największym szacunkiem. Tu Mahmud powo­dowany gwałtownością, odzywa się niezapytany, że //186 widział mnie i Ezend u krynicy, sam na sam, w dzień powrotu Szamila z pod Sałtów.

Wezwano mnie na środek, śmiało wystąpiłem tamując zapalczywość w piersi względem Mahmuda, któremu już tu w tej chwili poprzysiągłem zemstę, jeżeli usprawiedliwię się z jego zarzutów. Siadłszy według zwyczaju przed Szamilem, zdaleka rzecz swą prowadziłem, aby tym sposobem przekonać słuchają­cych dostatecznie o prawości mojego charakteru. Opi­sałem o ile mi pozwalała na to znajomość mowy taulińskiej, udając się dla dokładniejszego objaśnienia rzeczy do tłómacza; w jaki sposób, pragnąc stać się godnym synem swojej ojczyzny, popadłem w tera­źniejsze moje nieszczęścia. Wiele mówiłem o mojem przebywaniu tu w niewoli między nimi, odwołując się do sędziów i obecnych miurydów, czy mogą mi uczynić jakikolwiek bądź zarzut? Dodałem, że polu­biwszy kraj ten, jego mieszkańców i religję, powzią­łem myśl, kiedy taka będzie wola proroka, połączyć się tu związkami familijnemi, a że w tym zamiarze doznawszy prawdziwego przywiązania w domu Os­mana, pragnąłem być jego synem, gdyż to mi zabez­pieczyłoby pomyśłną przyszłość przez udzielić mi się mającą majętność od ojca i syna. Nadmieniłem, że pragnąc być mężem Ezend, właśnie tem samem pragnąłem dostać ją taką, jaką ją Allach tu na świat zesłał i wszelkie oszczerstwa Malimuda są powie­dziane przez złość, aby ukarać Ezend za to, że jego cier­pieć nie może, co już dowodzi, że on obwiniwszy ją //187 tak okrutnie, jeszcze nie cbce wyrzec się względem niej praw swoich.

Dodałem wreszcie, że chcąc się przekonać czy Ezend chętnieby za mnie poszła, zapytałem się ją o to u krynicy przed modlitwą, do której mi podała wodę, aby i w tym razie była daleką odemnie wszelka myśl ziemska. Spotkanie się powtórne u krynicy za powrotem z pod Sald objaśniłem w sposób jak ono się stało, nie czyniąc wzmianki o pokuszenie się na moje życie Mahmuda, gdyż za to osobiście z nim czułem się być w prawie pokwitowania.

Zapytano Ezend, czy ona przypadkiem, czy umyślnie spotkała się ze mną u krynicy. Wystąpiła dość śmiało na środek sali, z twarzą bladą, ze wzrokiem pełnym dzikiego entuzjazmu w białej ko­szuli objętej czarnym beszmetem spiętym na piersi srebrnemi klamrami; z pod odrzuconej białej zasłony czarne pukle jej włosów na skroń padając rażącym sposobem powiększały nadprzyrodzony efekt jej fi­gury, zgięła się przed Szamilem i tem poruszeniem okrywszy twarz swoją zasłoną, drżącym srebrzystym głosem wyrzekła: „Mahmuda potwarcę mej niewin­ności niechaj nie spotka raj obiecany, jeżeli w tem życiu nie zatrze plamy, jaką się tu przed tobą Ima­mie skalał swą złością. Nie cierpiałam go od pierw­szych chwil życia mego, nie cierpię i cierpieć nie będę dopóki on prawo swoje do mnie rościć będzie. Szanując śluby ojca, jego wolę wypełnię gdy rozka­żesz Imamie, lecz nie on wprowadzi mię do raju obie­-//188 canego. Oddając mu rękę, nie oddam duszy, bo ta należy do innego.

U krynicy Abutokar[134] zapytał mnie czym gotowa, przeszedłszy z nim pasmo życia naszego wejść z nim do raju obiecanego. Jemu powierzyłam na wieki te­raźniejsze i przyszłe me życie. W jego nieobecności w tejże porze każdego dnia stawałam w krynicy, patrząc na miejsce, na którem on modlił się za mnie. Tu on mnię znalazł i ja w nim powitałam mą duszę, która odtąd przy nim nierozłącznie się znajduję. Karzcie mnię, jam gotowa na śmierć, bo to mię roz­wiąże z Mahmudem”.

Obłąkana! cichym głosem wymówili sędziowie i Szamil wznosząc w górę dłonie wymówił fakycha[135], wyraz po którym następuje modlitwa Bizmillachy na podziękowanie Bogu za ukończenie jakiej sprawy lub jakiego dzieła, albo nawet modlitwy, poczem o rze­czy wzmiankowanej już się więcej nie mówi, a należy ją uważać jako zupełnie ukończoną.

Tak się ukończyło oskarżenie rzucone na mnie i na Ezend przez Mahmuda. Uznano niewinnem wszystko przez obłąkanie Ezendy, jakie w niej widocznem być się zdało. Wszelkie ludzkie nieszczę­ścia, jak ułomność cielesna i obłąkanie są tu u gó­ralskich narodów w wielkim szacunku, dla tego też i Ezend uznana za obłąkaną, odwróciła od siebie i odemnie najpewniejszą karę śmierci. Przystąpiono do roztrząśnienia głównego punktu, a mianowicie pierwszych ślubów przez rodziców Mahmuda i Ezendy //189 uczynionych. Kazy, ten sam co mi przyrzekał swą po­moc, otworzywszy księgę szarjatu, odszukał stosowne w niej punkta i taki wyrok przeczytał: „Jeżeli strony które zawarły jakie przymierze lub śluby religijne, kiedyś wypełnić się mające, są i zgodne na rozwią­zanie podobnych ślubów, Ałłach niech im w tem bło­gosławi, według ich życzeń i woli; nieobecność choć jednej osoby do takich ślubów lub przyrzeczeń nale­żącej, lub niezezwolenie czyje na ich rozwiązanie, pociąga za sobą konieczność ich wypełnienia”. Po tych słowach Szamil wyrzekł: „Ezend ma być jutro żoną Mahmuda" i znów podnosząc rękę, wymówił wyraz fakycha wśród ogólnej modlitwy w myśli przez każdego z obecnych tu powtórzonej.

Biedna Ezend! ostatni raz tu ją widziałem, wsparta na ramieniu brata, wyszła w cichości z szarjatu. Ojciec pożegnawszy Szamila i sędziów, chwie­jąc się na nogach od starości i od wzruszenia, po­szedł za nimi.

Nie śmiałem przemówić słowa, ani się nawet przybliżyć do nich; ciężki smutek ich trapił, a ja czu­łem się niejako w tem winnym. — Z szarjatu udałem się wprost przed krynicę i tam ukryty w lesie dzień cały przebyłem, miotany rozmaitemi uczuciami; wszystko, co mogłem najlepszego uczynić, to poświę­cić siebie dla oswobodzenia Ezendy od Mahmuda, chociażby kosztęm własnego życia. Z tą myślą w cie­mności nocy udałem się do domu Mahmuda. Obsze­dłem saklę jego dokoła i zapukałem we drzwi, lecz //190 odpowiedzi nie było. Ukryty w cieniu ziemianki, długo napróżno przesiedziałem, a nakoniec zniecier­pliwiony przeszedłem ostrożnie pod saklę Osmana, tu przez drzwi nieszczelnie zamknięte posłyszałem głosy mówiących, a między innemi i głos Mahmuda. Przy­słuchawszy się lepiej, poznałem, że w tej chwili wła­śnie odbywał się obrzęd ślubny. Krew mi w żyłach zastygła, lecz opamiętawszy się, oddaliłem się po ci­chu, przez nikogo nie widziany, tak samo jak tu przybyłem, unosząc z sobą tę myśl pocieszającą, że może Ezend uległszy konieczności, oswoi się z poło­żeniem i z czasem będzie szczęśliwą, bo jej los przedewszystkiem mnię niepokoił. Z tą myślą wróciłem do swej sakli, a na drugi dzień byłem wystawiony na tysiączne śmiechy i grube żarty moich natenczas współtowarzyszy, lecz słowa ich nie uczyniły mi ża­dnej przykrości, odbijając się od moich uszu jak groch surowy od ściany.

Moi protektorowie Miurydy starali się mnie po­cieszać nowemi obietnicami wyszukania mi innej żony, która pięknością miała pod każdym względem prze­wyższać piękność Ezendy.

Przyjmowałem to będąc kompletnie moralnie martwym i spokojność moja zdawała się zadawalniać moich słownych przyjaciół. Byłem im wdzięczny już za samą chęć ich pocieszenia mnie.

Obrzęd ślubny u górali odbywa się przy pro­stych ceremoniach, niewiasta przy tym obrządku nie jest obecną, miejscowy mułła pyta się pana młodego //191 kogo pojmuje za żonę i na jakich warunkach, a otrzy­mawszy jego odpowiedź, posyła dwóch świadków do panny młodej, którzy uwiadamiają ją o ślubnych wa­runkach i zapytują, czy ona zgadza się na nie i czy na takich warunkach chce wyjść za takiego za mąż. Po otrzymaniu zezwolenia ustnego na wszystko panny młodej, świadkowie powracają do mułły z re­zolucją i następuje właściwy obrządek ślubny nie w meczecie ale prosto w sakli. Mułła z panem mło­dym siedząc na ziemi, na piętach naprzeciw siebio, trzymają się wspólnie za ręce i pan młody powtarza wyraz za wyrazem głośno modlitwę mówioną przez mułłę, po skończeniu której, mułła wymawia fatychmę i wszyscy świadkowie płci męzkiej; kobiety przy tym obrzędzie tu się nie znajdują, siedzą podobnie jak mułła, kładą wskazujący palec obu rąk osobno na swoich kolanach i odmawiają modlitwę Bismillachi, i tem ceremonia się kończy.

Podają gotowaną baraninę a przedewszystkiem kurdiuk z chinkałami i skromna weselna uczta tem się kończy.

Jest tu zwyczaj jak i wszędzie u wyznawców Mahometa płacić rodzicom za żonę, co nazywa się Kałym[136]. W innych miejscach kałym bywa dowolny stosownie do zamożności i wymagań rodziców panny młodej, dochodzi on do kilkudziesięciu, do kilku set, lub i kilku tysięcy tiumieni, dziesiątków rubli sre­brem, gdyż tu rachuba pieniężna idzie na szaki, co znaczy pięć kopiejek srebrem, moniet —jeden rubel //192 srebrem i tiumień dziesięć rubli sr.; lecz u Szamila, aby najbiedniejszy, był w możności ożenienia się, kalym szarjatem postanowiony płaci, ko-som 3 rs., czyli po taulińsku, chlebus moniet, co na jedno wy­chodzi.

Jeżeli kto z rodziców za córkę swoją weźmie od zięcia więcej nad 3 rs., a Naib, w którego naibstwie to się działo, dowie się o tem, to kałym od takowych rodziców odbierze i jeszcze pociągnie ich do większej na korzyść swoją odpowiedzialności.

Jest tu jeszcze zwyczaj, szczególniej w Taulii praktykujący się, ślubów przymuszonych, które na tem zależą: Szamil, aby ludność zmniejszająca się przez ciągłą wojnę w kraju, była wynagrodzoną no- wonarodzonemi, wzbrania szarjatem pozostawania długo bez związków małżeńskich wdowom i płci obojej pełnoletnim, w tym celu dwa razy do roku po aulach robi się rewizja. Pełnoletnich niezamężnych sadzają do jam, osobno kobiety a osobno mężczyzn. Wybadawszy obie strony z osobna, czemu nie są w związkach małżeńskich, łączą najprzód tych, któ­rzy znają się z sobą i pragnęli się połączyć, lecz mieli w tem jakie przeszkody; a później mężczyźni wprowadzeni do kobiet z zakrytemi twarzami, muszą wybierać sobie żony jaka komu wypadnie i w takim razie Kałymu za swoje żony nie płacą.

Ponieważ tu rozwody są dozwolone, więc posta­nowiono rozmaite prawa na przypadek, jeżeli żona będzie przez męża oddaloną z powodów słusznych //193 lub tylko niechęci ku niej męża; lub gdy żona sama odejdzie od niego z powodów słusznych lub przez niechęć ku niej męża.

W pierwszym razie, jeżeli mąż wygania od sie­bie żonę, np. bezdzietną, lub z powodu jakichś jej ułomności, to nie jest obowiązany wynagrodzić ją za czas z nią przeżyty. Jeżeli te powody okażą się nie­słuszne, to obowiązany jest mąż wszelkie umowy przedślubne dopełnić.

To samo dotyczy się żony samowolnie opuszcza­jącej męża. W obu razach kobieta pragnąca wyjść powtórnie zamąż, musi prosić u miejscowego mułły o rozwód w taki sam sposób uskuteczniany, przez odczytanie pewnej modlitwy jak przy ślubnym obrzę­dzie, z tą tylko różnicą, że mułła nie trzyma kobietę za rękę i świadkowie nie są obecni.

Mężczyźni nie potrzebują rozwodu, gdyż tu trwa stan wielożeństwa; każdy mężczyzna może mieć żon po dwie, po trzy i po cztery, jeżeli jest w stanic zdrowia i możności ich utrzymania.

Biedny tatarzyn pojmując żonę, płaci za nią rodzicom jej trzy ruble, a przyszłej żonie w rodzaju wyprawy daje chustkę na głowę, koszulę i szarawary, co go drugie trzy ruble srebrem kosztuje. Oddalając żonę, jeżeli nic ma na to słusznych powodów, musi darować jej wspomnioną wyprawę i nadto według przedślubnej umowy zapłacić jej jeszcze kilka lub kilkanaście rubli, za czas jaki ona przy nim zosta­wała; jeżeli zaś sama żona odchodzi od męża bez //194 słusznych powodów, to oprócz wyprawy, jaką mężowi zostawić winna, musi mu powrócić kałym i jeszcze według umowy coś więcej zapłacić.

Chociaż tu wolność rozwodu wielka istnieje, je­dnak rzadko się zdarza, aby mąż oddalał od siebie żonę, lub by żona opuściła męża, chyba w ważnych przypadkach.

W ogóle małżeństwo żyje tu przykładnie, mąż nie nadużywa zbytecznie swej powagi, a żona też nie zapomina się prawie przed mężem. Jeżeli mąż ma kilka żon, to każda mając oddzielne gospodarstwo i saklę, może się nawet nie komunikować z innemi. Wszelkie jednak spory mogące wyniknąć między żo­nami, lub są praktycznem życiem już przewidziane i usunięte, lub też mąż swoją powagą poróżnione żony godzi, używając niekiedy i więcej przekonywających środków.

Jeżeli u nowożeńców będzie dziecię, to matka matki tego dziecięcia dopóty nie zapyta się o swego wnuczka zięcia, dopóki ten nie da jej rubla srebrem za wychowanie jego żony. To tylko ma miejsce przy pierworodnem, inne dzieci nie podlegają tej opłacie. Dzieci niezbyt czują przywiązanie do swych rodziców. Matka nie ma prawa ukarać syna za nic, aby nic wzbudzić w nim pogardliwej tu bojaźni.

Szamil szarjatem zabezpieczył starość rodziców, którzy niekiedy porzucani przez swoje dzieci z jał­mużny nieraz żyć musieli. Teraz córka musi mieć przy sobie matkę, a syn ojca, jeżeli tego wyniknie potrzeba. Wogóle młodzież jest z szacunkiem dla //195 podeszłego wieku. Młodzieniec nigdy nie siądzie w obec starca, dopóki ten go nie zniewoli swoją prośbą.

Wstydliwość dziewcząt tu jest zwykła, jak i u innych kaukazkich narodów; lecz mężatki nie są zbyt skromne.

Moralność kobiet oprócz wrodzonej, pochodzi po większej części z bojaźni kary. Kobieta chętnie upa­dnie w swojej niemocy, jeśli zdarzy się do tego sto­sowna okoliczność, lecz z tego korzystają tu najwięcej ludzie z obcego narodu, jako podlegli z tego powodu większemu niebezpieczeństwu, a tem samem obowią­zani ściśle trzymać się w sekrecie.

Niebezpiecznie jest namawiać słowy kobietę do względów, chyba będąc przekonanym o jej szczególnem do siebie przywiązaniu; inaczej ona nie żenuje się oskarżyć kusiciela przed całym światem, którego za to spotka śmierć niezawodna.

Wszelkie zabawy przy obrzędach i uroczysto­ściach familijnych tu się zabraniają w tem rozumie­niu, aby naród ciągle miał li tylko Stwórcę na pa­mięci i jego błagał o pomyślność kraju i o osobiste przyszłe zbawienie. Jednak zwyczaj silniejszy nad prawo pisane i z tego powodu bywają i tu zabawy przy wydarzonych okolicznościach, chociaż nie nazbyt publiczne.

Przy ślubach zwykle młodzież zbiera się i tań­czy lezginkę[137], a niekiedy dziewczęta szczególniej w Taulii chórami na cześć nowozamężnej pieśni śpie­wają, przepowiadając jej szczęście małżeńskie i chlubę //196 przyszłych synów, których bohaterskie czyny i smu­tny zgon na wojnie naprzód opiewają, aby tym spo­sobem oswoić nową matkę obrońców kraju, z jej przyszłem położeniem szczęścia, chluby, lub rozpaczy.

Czeczeńcy więcej oddają się tańcom, mając za muzykę tak zwany: pandur[138], bałałajkę[139], dżurmę[140], lub miedziane naczynia i nawet niecki głośliwe, w które pod muzykę pięściami takt djabelski wybijają.

Jest tu zwyczaj, że po ślubie zaraz pan młody oddala się ze wsi, w której ma mieszkać ze swoją żoną, na trzy dni. W tym czasie panna młoda ma się pożegnać z swojemi towarzyszkami, nie przyjmu­jąc udziału w ogólnych zabawach młodzieży, — sie­dząc w sakli okryta zasłoną, przyjmuje powinszowa­nia swoich rówiennic i nauki od starszych; tu każdy kto ją znał poprzednio, ma prawo być z nią bez świadków czas niejaki, aby nie była wystawioną na wstydliwość lub żarty niewczesne, które tu miejsca mieć nie powinny.

Na trzeci dzień wieczorem, pan młody powraca do swego domu, zastaje swą saklę gotową do przy­jęcia nowej gospodyni: pościel składającą się sto­sownie do możności, z dywanu rozesłanego na ziemi, materaca wełnianego, poduszek i kołdry; ogień na kominku rozpalony, dzban wody i gąbka z miednicami do obmywania się koniecznego.

Panna młoda bywa prowadzoną pieszo, jeżeli jest w tym samym aule, lub wiezioną wołami z in­nego aułu do sakli męża, wprowadza się z pieśniami //197 i przemocą bywa wpychana do oczekującego na nią męża. Drzwi za nią się zamykają.

Mąż wita ją pocałowaniem ręki, czego każda kobieta pierwszy i ostatni raz tu dostępuje. Poczem staje się niewolnicą, zdejmuje obuwie z nóg mężowi.

Młodzież zebrana w około sakli wyprawia sere­nadę licznemi wystrzałami ręcznej broni, lecz to musi się dziać nie późno w nocy, inaczej wystrzały te są zabronione, gdyż one wtenczas służą jako znak trwogi i niepomyślności.

Biedna Ezend, weselna jej zabawa podobniejsza była do grobowej niż małżeńskiej, odwiedzający ją więcej z nią wspólnie płakali niż się cieszyli jej pomyślnością.

Nie miałem mocy widzieć ją osobiście, lecz pro­siłem jej brata aby pożegnał ją odemnie, obiecując jej wiecznie mieć ją w pamięci.

Ostatni obrzęd wprowadzenia nowej małżonki w dom jej męża, był tu więcej podobnym do obrzędu grobowego. Żadnych oznak radości słychać tu nie było. Towarzyszki, czyniące jej w tem usługę, smu­tne wróciły do swych domów i nie znalazły się tu oczy, któreby mogły bez łez bawić się szczęściem nowych małżonków.

Trzy dni po wprowadzeniu Ezend do domu jej męża, nie miałem o niej żadnej wiadomości, wiedzia­łem, że ona dla mnie stracona bezpowrotnie, lecz nie mogłem być spokojnym, jak gdybym oczekiwał cze­goś niespodziewanego.

//198 Nie mogąc sobie wytłómaczyć mej niespokojności, wieczorami z gwintówką na plecach, krążyłem około źródła, jakby około niemego świadka uśmiechającego mi się niegdyś tu szczęścia.

Na trzeci wieczór będąc jakby w stanie gorącz­kowym, wyraźnie słyszałem jęki Ezend, wzywające mojej pomocy; natężywszy słuch, usłyszałem głuchy wystrzał w aule.

Wstrząsłem się cały, jak gdyby mi kula pierś przeszyła. Po wystrzale słyszałem w imaginacji prze­ciągły jęk, jakby konającej Ezend.

Biegnę do aułu, nie myśląc więcej, że to oma­mienie i słyszę na nowo wystrzał głośny i krzyk męzki, który po tysiąc razy echem się odbił o skały.

Przybiegam wprost do sakli Mahmuda i o Boże! co za okropny widok!

Ezend w ślubnem ubraniu leży wśród sakli bez duszy, krwią własną zbroczona; jej mąż blady i osłu­piały, z pistoletem w ręku, stoi w kącie sakli, rzu­cając błędne spojrzenie na swą ofiarę i na coraz to więcej przybywających tu ludzi.

Pierwsza błysnęła mi myśl zemsty za krew nie­winną; z szybkością błyskawicy gwintówką moja wzięła na cel Mahmuda; ogień błysnął na panewce, kula z świstem wpadła do sakli; lecz obca ręka, której nie czułem, wystrzał mój gdzieindziej skiero­wała. Pochwycono mię siłą i wprowadzono w dom Osmana, gdzie zastałem wściekłością miotanego Mu­stafę, w ręku jego przyjaciół i starego ojca Ezendy, gorzkie łzy wylewającego.

//199 Na trwogę zbiegli się zewsząd mieszkańcy aułu liczni miurydzi. Mahmud ujęty przy trupie swej żony, skrępowany jako zbrodzień, wrzucony był na­tychmiast do jamy; dla Ezendy pomoc medyka oka­zała się już zbyteczną. Biedna ofiara zwierzęcej namiętności Mahmuda, ugodzoną została w samo serce kulą, która wyszła przez plecy i głęboko w ścianie sakli utkwiła.

Gdy Mahmuda uwięziono, Mustafa z ojcem oswo­bodzeni z rąk przyjaciół, rzucili się z gwałtownością do biednej Ezend; ich rozpacz rozdzierała serca obe­cnych, i musiano na nowo wyprowadzić ich stamtąd.

Na drugi dzień Ezend zwykłym obrzędem obmyta, zawinięta w cienkie, białe płótno ze związanemi błę­kitną wstążką nogami, zamiast całuna okryta z głową błękitną jedwabną materją, była złożona na czystych nowych deskach, ułożonych na nizkich dwóch ławe­czkach.

Osman, Mustafa i ja weszliśmy do sakli, w któ­rej Ezend krwią męczennicy pościel oblała. Za przy­byciem ojca nieboszczki, zasłona ukrywająca ją była odsłonięta i twarz nam jej pokazano. Biedne dziecię spoczywało jak we śnie, po całej twarzy rozlana sło­dycz, czyniła ją podobną do pańskich aniołów.

Ojciec w głos rozpoczął modlitwę za umarłych; Mustafa i ja stojąc za nim, powtarzaliśmy w myśli słowa jego. Tu prawdziwie szczerze pomodliłem się za duszę Ezendy, czyli raczej prosiłem ją o opiekę nadenmą.

//200 Po skończonej modlitwie ojciec pożegnał się z nieboszczką pocałowaniem ją w czoło i zakrył jej twarz. Dopiero teraz spostrzegłem, że cała sakla ubrana była polnemi jesiennemi kwiatami. Przyja­ciółki i rówienniczki Ezendy, uczyniły jej tę poże­gnalną i ostateczną usługę.

U tatarów podległych rządowi rossyjskiemu jest zwyczaj najmowania płaczek, które towarzyszą do grobu umarłemu najstraszliwiej wykrzykując roz­maito lamenta. Tu zaś wzbroniony niestosowny żal po umarłym, jako przeciwny Bogu.

Kobiety nie towarzyszą do grobu umarłym, bo przeznaczeniem ich wychowywać żyjących a nie grze­bać umarłych. Odwiedzają one cmentarze, ale pry­watnie i bardzo rzadko. Około Ezend nie było żeń­skiej przysługi w obecności mężczyzn, ale one znaj­dowały się w przyległej sakli i czyniły jej wszelkie pogrzebowe usługi. Dziewczęta i mężatki -tu się ze­brały, oczekując odejścia mężczyzn i wtedy w ich nieobecności napełniały saklę Ezendy kwiatami zroszonemi łzą szczerej żałości.

Tegoż dnia Ezend była wyniesiona na cmentarz. Towarzyszył jej cały auł młodych i starych. Kobiety dziewczęta pozostawały się przed aułem wylewając obficie w cichości łzy pożegnania. Mężczyźni zaś i mąż zabójca Ezendy, oswobodzony z jamy, aby był obecnym tej ceremonji pogrzebowej, przeprowadzili ją aż do mogiły, niosąc ciało na deskach złożone, na swych ramionach. Spuszczono biedną dziewczynę w mogiłę starannie wykopaną; wierzchnie pokrycie //201 rozpostarto nad mogiłą, dopóki ciało nie było ułożone, stosownie do obrzędów religijnych, w oddzielnem wy­drążeniu i zastawione szczelnie mocnemi dębowemi deskami, w taki sposób, iżby umarła w grobie swoim wstać mogła swobodnie, poczem dół zasypano staran­nie ziemią i na grobie usypano kształtną mogiłę. Po ukończeniu tej pracy odmówiono w cichości pożegnalną modlitwę, podarto nakrycie Ezendy na drobne jedna­kowej wielkości kawałki i rozdano je na pamiątkę wszystkim tu obecnym, oprócz Mahmuda, który przez cały czas obrzędu pogrzebowego był zawsze nieczynny i jednako ponury.

Ceremonja obrzędu zakończoną została skromną ucztą z czureków w miodzie smażonych. Natychmiast od grobu Ezendy, Mahmuda poprowadzono do szarjatu Szamila. Szedł on zupełnie swobodny w towarzystwie ojca, brata nieboszczki i kilkunastu innych sąsiadów zwykle tu poważanych.

W szarjacie przed Szamilem oskarżono Mahmuda o zabójstwo żony na trzeci wieczór po ślubie. We­zwany Mahmud tak się tłómaczył: „Ezend została moją żoną tylko przez obrzęd ślubny, jej nieposłu­szeństwo woli mojej, jako woli męża, wolą Allacha przez moje ręce zmyte jej krwią własną; Ezend w pierwszej chwili przybycia jej w dom mój, okazała mi niezłomne nieposłuszeństwo w stosunkach pożycia. Pierwszy dzień i drugi napróżno rozkazywałem jej być mi posłuszną; nie nakarmiła mię chlebem jej ręką przygotowanym, zgłodniały w mej sakli obok niepo­słusznej żony, sam sobie dla posiłku chleb przyspo­-//202 sabiać musiałem. Na trzeci wieczór umyśliłem wymódz posłuszeństwo Ezend postrachem i w tym celu proch z panewki mego pistoletu zsypawszy, chciałem ją nastraszyć, grożąc jej śmiercią. Gdy na wszelkie prośby i rozkazy została mi również nieposłuszną, przyłożyłem jej pistolet do piersi i grożąc śmiercią, żądałem posłuszeństwa mi należnego, lecz i to nie po­mogło; wtedy spuściłem kurek z pistoletu, będąc naj­pewniejszym, że takowy nie wystrzeli; lecz wola Al­lacha zapewne była inna, gdyż Ezend we krwi upa­dła, wydawszy jęk przedśmiertny z przebitej piersi. Oto jest wszystko, co opowiedziałem tyczące się śmierci Ezendy i mojego postępku.”

Rozkazano podać na szarjat pistolet, którym Ezend została zabitą, okazało się, że panewka była czystą, a lufa pokrytą świeżą warstwą osadu prochu wewnątrz niej spalonego; to potwierdziło, że na pa­newce prochu nie było i że wystrzał nastąpił nie umyślnie, a tylko przez zapalczywość i nierozwagę, tłómaczącą winnego tym sposobem, że on nie mógł dłużej znosić bezkarnie nieposłuszeństwa żony.

Mahmuda uniewinniono, potępiając i tu Ezend, jako nieposłuszną żonę, godną zasłużonej kary. Osma­nowi i Mustafie uczyniono srogie zastrzeżenie, aby nie szukali zemsty krwi pod karą śmierci na nich i na wszystkich ich krewnych; i znów słowo „fatycha” posiedzenie zamknęło.

Tegoż dnia wieczorem, przez nikogo nie obser­wowany, stałem nad mogiłą Ezendy, usłaną polnemi kwiatami, modląc się szczerze o zbawienie jej duszy, //203 chociaż nie chrztem, lecz krwią niewinną obmytej z grzechu pierworodnego.

Brat Ezendy zajął się postawieniem kamienia grobowego.

Tu zwykle stawiają kamienie płaskie sztorcem, wysokości na dobry wzrost człowieka. Kamienie te starannie odrobione z napisami z liter wypukłych, kolorami napuszczanych; u wierzchu kończą się w kształcie głowy i szyi człowieczej.

Mustafa biegły w tem majster, podobny kamień cudownej piękności postawił swej siostrze, jako wie­czną pamiątkę i znak braterskiego przywiązania. Na kamieniu różnokolorowemi wypukłemi literami opi­sane było życie Ezendy i historja jej śmierci; godło kobiece hieroglifami oznaczone obejmowało brzegi na kształt ramki kamienia; — u wierzchu i u spodu ma­lowniczo wypisane były modlitwy z koranu, stosowne do okoliczności.

Po zupełnem ukończeniu wszystkiego, Osman i Mustafa opuścili swój auł Małych Wedeni, nie mo­gąc tu przenieść świeżej pamięci o śmierci Ezendy, i udali się na płaszczyznę Wielkiej Czeczni w auł „Osman-Jurt[141].” Żegnając się Osman podarował mi gwintówkę, która przeznaczoną była dla Ezendy, upe­wniając mnie o jej dobroci, ostrzegł, abym się miał na baczności przed Mahmudem; zrozumiałem jego po­darunek i poczuwałem się tym sposobem do podwój­nej wdzięczności.

U Czeczeńców jest zwyczaj czynić przez ojca córce wychodzącej za mąż prezent z broni palnej lub //204 siecznej, którą to broń kobieta obowiązana zachować dla swego pierworodnego syna. Podobne podarunki czynią tylko możniejsi, a Ezendy ojciec do takich właśnie należał. Podarowaną mi gwintówkę otrzymał on od swojej matki jako syn pierworodny i broń ta, jak on opowiadał, wiele lat przechodziła takim spo­sobem od ojca do córki, a od córki do jej syna w ich familii. Nieszczęście chciało, aby tak droga familijna pamiątka, po przecięciu się domu po kądzieli, prze­szła zupełnie w obce ręce.

Smutnie pociągnęły się następne chwile niewoli u Szamila, zobojętniaiemu na wszystko, życie stało mi się niemiłem; wypadki okrucieństw dopełnianych nad żołnierzami pod bokiem Szamila, nie czyniły już więcej na mnie żadnego wrażenia. Kilka ofiar padło najokrutniejszą śmiercią za to tylko, że ośmielili się samowolnie odejść z komendy bez pozwolenia naiba. Nieszczęśliwych najprzód przywiązywano nago do slupów wśród najokropniejszych upałów, odcinano im uszy, nos i inne członki; następnie przeprowadzono przez rózgi, a potem strzelano do uciekających jak do zajęcy.

Na to wszystko martwym się stałem, życie dla mnie nie miało żadnego znaczenia, nic nie czyniło wra­żenia na moją duszę; gotów byłbym stać się sam najokrutniejszym z mieszkańców, między którymi się znajdowałem, gdyby na wspomnienie rodzinnej krainy nie budziły się we mnie uczucia szlachetności i go­dności człowieka.

//205 Wkrótce po śmierci Ezendy, naib komendy Szamilskiej, Jachji Chadzjo[142], był oddalony za jakieś nie­porozumienie, czy też wprost przez zazdrość starszych otaczających Szamila; miejsce jogo zajął Ali-Muchamet[143], gruzińskiego pochodzenia, człowiek okrutny i nie­ludzki do najwyższego stopnia, dusza jego odpowia­dała zupełnie powierzchowności — czarny jak murzyn, oczy zawsze prawie krwią zaszłe, średniego wzrostu, otyły, zimny czyli raczej martwy jak głaz, okrutny jak szatan. Żołnierze przywykłszy do swobody za jego poprzednika, z przerażeniem spotykali człowieka, którego obraz malował najdokładniej wszelkiego ro­dzaju okrucieństwa; nic dziw więc, że starali się ucie­kać od Szamila, kryjąc się w najodleglejszych górach jego państwa. Wyśledzeni lub pojmani w ucieczce, ginęli najokropniejszą śmiercią.

Nie zabrakło nikczemników, którzy dla zjedna­nia sobie łaski nowego naiba, donosili na swoich braci słusznie i niesłusznie. Wogóle trwoga napeł­niała wszystkie serca, a skargi na nadużycia wnieść do Szamila nie było możności.

Spotykając się z Ali-Muhametem, zawsze czułem największy wstręt do niego; musiał on to zrozumieć, bo fizjognomia jego zawsze stawała się czarniejszą, jeżeli to tylko być mogło, i oczy pałały ogniem jak żarzące się węgle pod miechem kowala. Szczęście moje, że zanadto z dobrej strony znany byłem Szamilowi i otaczającym go miurydom, aby mógł bez widocznej przyczyny uczynić coś okrutnego ze mną, ograniczał się tylko przeznaczaniem mnie na najcięższe //206 roboty, które akuratnie dla własnego bezpieczeństwa wykonywałem. W czasach swobodnych, wieczorami odwiedzałem potajemnie grób Ezendy, gdzie swobo­dnie oddychałem, czując w sobie zawsze jakieś tkliwe odrodzenie się czyli raczej przebudzenie się uczuć w piersi mojej obumarłych.

Nieszczęśliwa istota padła ofiarą okrucieństwa z mojej winy, w kwiecie młodości nie doznawszy szczęścia, do którego była stworzona. Ile razy byłem na jej grobie, zawsze tam łzę żalu uronić musiałem; wspomnienia o jej mordercy nie tyle mnie męczyły, gdyż czułem konieczność przebaczenia jemu winy, jak pragnąłem, aby mi moja była przebaczoną, przez którą chociaż niewinnie, stałem się przyczyną śmierci bie­dnej istoty.

Nie tak się działo ze mną gdym się znajdował samotnie gdzie przy pracy, lub używając nocnego spoczynku w mej sakli; wtedy gdyby się był ukazał Mahmud, śmierć jego zmyłaby najniezawodniej winę śmierci Ezendy.

Z wiosną 1848 roku Szamil zebrał według zwy­czaju sejm w Ołtorach, na którym obrano następcą syna jego Kazy-Muhameta i prawo to ma być nie­wzruszone dla późniejszych pokoleń, jeżeli władztwo ich nie będzie zniesione przez Rosjan.

Wkrótce potem wystąpiono pod Gergebiel jedną z fortec Szamilskich od strony Dagestanu, gdzie Ro­sjanie podstąpili z wielkiemi siłami. Forteca znajdo­wała się w oblężeniu przez parę miesięcy; nareszcie Rosjanie ją zdobyli.

//207 Nieukontentowanie Szamila było wielkie, lecz szkoda nic tak wielka, gdyż obok Gergebiel pozostała się druga forteca, silna Kikuny, która broniła wtar­gnięcia nieprzyjaciela wewnątrz kraju.

Za powrotem do domu, Szamil znalazł pociechę w narodzeniu mu się syna pierworodnego z żony Szuazanet, Ormianki, urodzonej w Mozdoku i wziętej do niewoli. Z tej okoliczności radość jogo była wielka, strzelano z armat i ręcznej broni prawie przez dzień cały. Szamil oswobodził wszystkich niewolni­ków i niewolnice, będących na usługach przy jego dworze, z prawem przebywania w kraju jego gdzie się im podoba.

Korzystając z tej okoliczności, przedsięwziąłem prosić Szamila o podobne oswobodzenie. W tym za­miarze udałem się najprzód do starszych miurydów Szamila, prosząc o wstawienie się ich za mną u Imana. Powody przedstawione przezemnie do tego uznano za słuszne i po modlitwie w głównym meczecie, były nasz naib Jochij-Chadżjo podprowadziwszy mię do Szamila prośbę moją o uzyskanie wolności w krótkich i dobitnych słowach przedstawił Szamilowi; dając za powód, że jako młody człowiek, pragnąłbym w kraju Szamilowskim znaleźć sposoby do życia własnemi siłami i przemysłem, aby w każdym razie zabezpieczyć tu swą przyszłość niezależnie od nie­przewidzianych wypadków, spotkać mogących mię w teraźniejszem położeniu.

Szamil z łagodną gotowością skłonił się na moją prośbę, a wystawiwszy mi trudności, na jakie się od­ //208 ważałem, dając mi na kawałku papieru własnoręcznie skreśloną swobodę i zatwierdzoną jego pieczęcią, do­dał, że w każdym razie we wszystkiem mogę się udać do mego i zawsze znajdę go gotowym i skłon­nym na moją prośbę. Ucałowawszy rękę Imana, po­żegnałem się ze wszystkimi obecnymi tu w meczecie miurydami jego, dziękując mu za łaskawe dla mnie względy i nieobłuduą przychylność. Starzec Fahrydin, żegnając się ze mną, ściskał mnie w swoich obję­ciach ze łzami w oczach, szepcząc mi coś na ucho o śmierci Ezend i o obowiązku jaki przez nią zacią­gnąłem na siebie, względem jej rodziny.

Po tem wszystkiem jużem nie był w żołnierskiej swobodzie w liczbie szamilskiej komendy. Szamil darowując mi wolność, polecił zarazem, abym w miej­scu obranem przezemnie do zamieszkania, przedstawił się miejscowemu naibowi i imieniem Szamila prosił go o radę i opiekę.

Mając na celu wydostanie się z niewoli zupeł­ne, oświadczyłem Szamilowi, że pragnę mieszkać w wielkiej Czeczeni, gdzie jest nierównie łatwiej o kęs chleba, a jeżeliby mi się tam niepodobało, to udam się do Taulji. Cały kraj zostający pod zarządem Szamila, podzielony jest przez niego na okręgi zwane naibstwami. Każdy taki okręg ma swego naczelnika zwanego naibem. Naiby są wybierani przez Szamila, z pomiędzy mieszkańców, odznaczających się męstwem w boju i roztropnością w radach krajowych. Każdy naib ma prawie nieograniczoną władzę nad mieszkań­cami swojego naibstwa, może za wykroczenie karać //209 go według swego zdania, nawet karą śmierci. W każdym naibstwie znajduje się sędzia zwany Kady, który rozstrzyga sprawy narodu bezpośrednio od in­nej władzy lub z rozkazu naiba albo też z nim wspól­nie. Naib i bez kadego ma prawo rozsądzać sprawy, lecz porucza jemu takowe dla niemożności zadość uczynienia wszystkim osobiście, lub dla okazania swo­jej bezstronności. Sprawy jednak, które mogą mu przynieść osobiste korzyści, najczęściej pozostawia swemu sądowi i w niektórych tylko razach porozu­miewa się z kadym i dzieli się z nim zyskiem, jeżeli ten jest mniej sumiennym i zdolnym do niesprawie­dliwości. Rozumie się, że naród jako wolny nie po­przestaje niekiedy w swoich sprawach na zdaniu i sądzie swojego naiba i kadego, a udaje się na szarjat do Szamila, lecz to czyni się zawsze oględnie, aby nie popaść zbytecznie w niełaskę naiba, który z czasem mógłby mścić się za to. Mniej ważne spra­wy rozstrzygane bywają przez miejscowych mułłów w aulach będących, lub przez ludzi sędziwych, mają­cych poważanie, lecz tylko wtenczas, gdy nieporozu­mienie między przeciwnemi stronami potrzebuje wy­jaśnienia przez sędziwych i wiarogodnych ludzi.

Gdy naib zanadto ugniata naród niesprawiedliwemi wymaganiami, wtedy zbierają się w naibstwie ludzie godniejsi poważania i udają się ze skargą na naiba do Szamila, prosząc, aby takowy był usunięty w skutek jego nadużyć, lub aby był przez Szamila o to napomniany i nie nadużywał swej władzy. Szamil stosownie do okoliczności skłania się na prośbę //210 narodu, lub odmawia ich prośbie, przytaczając do tego słuszne powody.

Jeżeli niekiedy po kilkakrotnych skargach na naiba, Szamil takowego nie oddala, to czyni albo dla tego, że naib jest dzielnym wojownikiem, a tem sa­mem na rękę Szamilowi, albo też wyczekuje stoso­wnej pory dla jego zmiany. Nierzadko zdarza się, że do tak oskarżonego przez naród naiba, niespodzia­nie zjeżdżają miurady Szamila, otaczają jego dom, zabierają całą jego majętność zebraną z narodu nad­użyciami i zostawiają mu, wprowadzając na jego miejsce innego naiba naznaczonego sekretnie uprze­dnio przez Szamila, to co miał do czasu swojego naibstwa; niekiedy nawet karzą go i śmiercią. W obu razach zadowolnieni zupełnie pozostają i Szamil i na­ród — naród, że prośby jego uzyskały pożądany sku­tek, a Szamil, że tym sposobem pozyskał korzyści, nie narażając się przed narodem na utratę dobrej opinji. Teraz to prawie nie praktykuje się, gdyż naibowie zrozumiawszy politykę Szamila więcej są ostrożni — albo nie czynią zbyt jawnych nadużyć, lub w przeciwnym razie, zawczasu ratują się ucieczką do Rosjan, uwożąc z sobą swoją majętność. Naibo­wie i sędziowie nie otrzymują płacy za swoje w kraju usługi, a muszą się kontentować tem, co im przypa­dnie od narodu za załatwianie rozmaitych interesów i z wycieczek czynionych na nieprzyjacielską stronę. Pograniczni naibowie, którym dozwolone jest czynić napady na Rosjan, obowiązani są płacić część ze swoich dochodów Szamilowi do ogólnej narodowej //211 kassy, stosownie do wielkości i korzystniejszych do­chodów naibstwa; po rs. 600 rocznie mniej więcej. Naibowie w środku kraju będący, znacznie mniej plącą.

Podobne prawa są głównym źródłem narodo­wych skarbów, oprócz tego od narodu pobiera się tak zwany podatek zakat, czyli dziesięcina z produktów roślinnych, co idzie na utrzymanie miurydów szamilskich, komendy i na utrzymanie tabuna koni artyle­ryjskich i wszelkich pociągów bojowych, które na zimę rozsyłają się po taulińskich aułach.

Pobiera się tu i mały podatek pieniężny od młynów i fabryk solnych. Dochody z ziemi opuszczo­nej w Taulji przez mieszkańców, którzy potajemnie przeszli na stronę Rosjan pokryjomu, w części idą na korzyść ogólną, a w części na korzyść Szamila.

Sam Szamil i jego miurydzi otrzymują żołd z kassy narodowej, lecz nader ograniczony. Miurydom wydaje się prowijant ziarnem po dwie saby na osobę, nie wyłączając od tego całej familji miurydów. Saba odpowiada naszej ćwierci i ilość dwóch sab na­der jest dostateczną na utrzymanie miesięcznie jednej osoby, nadto daje im się sól i odzież na czas wyzna­czony, oraz na utrzymanie konia i krowy jeden tiumeń, t. j. 10 rs. rocznie.

Mięso wydaje się miurydom podobnie jak i szamilskiej komendzie żołnierzy, wtedy tylko, kiedy szczęście posłuży jakiemu pogranicznemu naibowi od­bić jaki dobytek na nieprzyjacielskiej stronie i to dobytek odbity u tatarów podwładnych Rosji nie //212 może służyć za pokarm dla miurydów Szamila, jako krzywda wyrządzona współbraciom jednego wyzna­nia; takowy dobytek można spieniężyć i nabyć za pieniądze inny, który religijnie nie będzie podlegać skrupułowi.

Naród szamilski również jak i każdy inny kaukazki mięso końskie używa na pokarm, odrzucając świninę. Szamil samowolnie nie może rozrządzać kasą ogólną, a używa jej na przedmioty ogólnym sejmem uchwalone, zdając najściślejszy rachunek przed narodem; oprócz pensji jaka mu jest przezna­czona, pozwala mu się jak i miurydom brać zakat na utrzymanie domu i oznaczoną pensję na wydatki przyjęcia u niego gości czyli tak zwane stołowe. Osobisty majątek dość znaczny w Taulji w rozmaitych miejscach, z którego on pobiera dochody, a przedewszystkiem w Gimrach, w miejscu jego urodzenia. Majątek ten ogranicza się na posiadłościach ziemi rolnej, ogrodów fruktowych i winogradnych, a również na dobytku, jako to: bydła, koni i owiec.

Naibowie także pobierają od narodu zakat dla siebie i na swoich miurydów, którym płacą także pe­wną ilość do 5 rs. pieniędzmi. Oprócz dochodów wyżej wymienionych, naibowie mają znaczny dochód od naczelników partji, czyniących wycieczki na ro­syjską stronę; ci obowiązani płacić dwudziesty pro­cent z swoich dochodów na korzyść naiba.

Sądownictwo dostatecznie powyżej opisane, skła­da się z najwyższej władzy Szamila, z pośredniego naibów i z kadych naibskich. Prawo jest pisane za­ //213 sadzające się na ustawach koranu zwane Szarjatem i rozprzestrzenione przez Szamila i prawo zwyczajowo zwane Adat. Apelacji po zapadłych raz wyrokach Szamilskich nie ma żadnej, lecz gdy się rzecz jakim­kolwiek sposobem inaczej wyjaśni po zapadniętym wyroku, sprawę wznowić można i winowajca, jeżeli się nie usprawiedliwi z fałszywości, ciężko odpowiada. Śledztwa i badań tu nie używają, świadkowie stano­wią całą ważność w sprawach na sądy wytoczonych. Krzywoprzysięstwo rzadko się tu zdarza i śmiercią bywa karane.

Szkoły, jak to wyżej było opisane, upowszech­nione po całym kraju zwyczajem udawania się do meczetów w Taulji, gdzie młodzież znajduje dla sie­bie odpowiednie pomieszczenie, wikt, odzież, książki i nauczycieli w miejscowych aułacb.

Oświata zasadza się na tłómaczeniu koranu, szarjatu i innych ksiąg religijnych; nauk europejskich wcale nie znają i trudnoby co wprowadzić w tryb zwykłej ich oświaty. Czytać i pisać prawie każdy umie, lecz tlómaczenie z arabskiego zwykłych każdodziennych modlitw do wyższej chwały się liczy. Do pisania każdym djalektem używane są litery arabskie. Księgi ich religijne i szarjatne są pisane naśladowa­niem druku, który tu nie jest znanym. Do pisania używają kammyszu (trzciny), atrament wyrabiają z pol­nego prosa. Za kalendarz służy księżyc, bieg jego zastępuje im kalendarz pisany.

Siłę zbrojną stanowi każdy z płci męzkiej, kto zdolny broń nosić. Kobiety chociaż nie obawiają się //214 brać do ręki wszelkiej broni, jednakże tu ich prze­znaczeniem jest odpowiedzieć w zupełności swojemu powołaniu, z tego powodu kobiety nie unoszą się tu heroizmem, wszelako w razie konieczności kobieta zarówno staje się niebezpieczną jak mężczyzna. Re­gularnego wojska nic ma u Szamila, w potrzebie od­dają się rozkazy przez Szamila naibom, aby ci w swo­ich naibstwach zebrali wojsko, tak konne jako i pie­sze w ilościach oznaczonych i na taki to czas stawili się przed nim w oznaczonem miejścu. Żywność w cza­sie marszu i ekspedycji każdy żołnierz musi mieć własną, podobnież i ładunki bojowe. Ranni leczyć się muszą na własny koszt.

Medycy w leczeniu ran są nader praktyczni; w ostatecznościach używani są niekiedy przez rosyj­skich oficerów do wyleczenia ran nader niebezpiecz­nych i zawsze prawic udaje im się to dobrze. W le­czeniu górali zdaje się, że sama natura im wiele po­maga w tem, gdyż naród świeży, czystej i nie zepsu­tej krwi, łatwiej przenieść może wszelkie cierpienia fizyczne niż każdy inny. Sztuka lekarska w ogóle tu na najniższym stopniu, jedna praktyczność zastę­puje wszelką naukowość. Naród w ogóle nie podlega prawie żadnym chorobom, oprócz febry i gorączki niższego stopnia, dla tego medycy oprócz zręcznego leczenia ran, prawie żadnej innej choroby leczyć nie są w stanie.

Umiejętność akuszerską posiadają kobiety z do­świadczenia, lecz nader często się zdarza, że rodząca bez obcej pomocy zupełnie się obejdzie.

//215 Ranni, w czasie bitwy są bezpieczni, gdyż przy­jaciele unoszą ich z pola bitwy i starają, się odsta­wić krewnym do miejsca urodzenia. Żadne straty w wojnie niczem im się nie wynagradzają. Zwykle gdy kto z nich raniony, natychmiast go otaczają jego towarzysze i unoszą z pola bez dalszego pozwolenia i często sami już nie powracają. Porzucić rannego lub zabitego w boju, uważa się za zniewagę i górale tego bardzo się strzegą już i dla tego, aby każdy z nich w razie nieszczęścia, miał sobie wyświadczoną podobną usługę. Z tego powodu przy wielkiej licz­bie ranionych zmniejsza się znacznie i liczba wojo­wników, gdyż przyjaciele unosząc rannego lub zabi­tego z pola bitwy, sami już nie powracają.

Bardzo często się zdarza, że nie są w stanie za­bierania ciał zabitych lub ranionych ludzi i takim sposobem ci dostają się w ręce Rosjan; wtedy kre­wni starają się wykupić ciała lub przynajmniej głowy poległych w boju, co żołnierze czynią nader chętnie. Stąd weszło w zwyczaj na Kaukazie ucinanie głów tatarom poległym a nawet i lekko ranionym, jeżeli nastręczy się do tego sposobność, gdyż żołnierze są pewni otrzymania wykupu za głowy, i przytem ucięta głowa jest zarazem wojennym tryumfem zwycięzców, co nawet nierzadko i w publicznych pismach gło­szono, że tyle a tyle głów w takiej to bitwie zdo­byto i nadto z odciętą głową dla żołnierzy mniej jest ambarasu, niż z ranionym niewolnikiem, którego trzeba pilnować i który zdoławszy uciec, wystawia na odpowiedzialność pilnujących go żołnierzy. W ogóle //216 w bitwach górale są nader oględni, nie można o nich powiedzieć, żeby byli bojaźliwi, gdyż czasem na oślep na śmierć się rzucają; lecz nie można ich nazwać i mężnymi, gdyż czasami pierzchają jak ostatni motłoch. Ich męstwo lub bojażń zależą od okoliczności. Gdy im szczęście raz posłuży, są do zarazumiałości zuchwali, dopóki nie doświadczą z tego złych skut­ków. Wpływ moralny silnie na nich działa; pomyśl­ność lub niepomyślność w boju podnieca ich zapał prawie do szaleństwa, lub niweczy wszelką w nich energję. Raz pobitych nie ma się co obawiać, na największe tłumy śmiało się można rzucać, byleby im była odkryta droga do ucieczki; w przeciwnym razie niebezpieczeństwo wróci im energję i z pierzchliwych mogą się stać nader niebezpiecznymi. Prawie nigdy w odkrytem polu nie stają do walki, chyba gdy niespodzianie zaścignięci, zawsze starają się mieć swobodną drogę do prędkiego odwrotu. W miejscach dla nich dogodnych, jako to w lasach lub między skałami; są w swoim żywiole i umieją zręcznie ko­rzystać ze swego położenia. Ponieważ to jest bar­dziej wojna partyzancka, przeto każdy żołnierz w cza­sie bitwy sam sobie wybiera miejsce najdogodniejsze i napada lub strzela w sposób zupełnie zależny od niego.

Oprócz głównego naczelnika Naiba, są i po­mniejsi, jako to: dziesiętnicy, setnicy, pięciosotni i tp., którzy są naznaczani przez naibów. Ci wszyscy urzę­dują w czasie walki przykładem osobistym oraz z mułłami starają się wpływać na ogół. Czeczeniec w la­-//217 sach, tauliniee w górach odpowiednio jest mężnym. Taulińcy więcej działają masami pieszo i konno, szcze­gólniej przy obronie lub napadach na fortece; czeczeniec działa pojedynczo więcej a gwałtowniej jak sokół, jednakowo są chytrzy tak przez wrodzoną do tego cechę, jakoteż i przez zdrowy rozsądek; je­dnakże czeczeniec mówi, że u niego rozum w oku, a tauliniec chwali się, że u niego głowa nie pusta, lecz napełniona olejem, pełna rozumu.

Gdy ekspedycja, przy obronie fortec lub przy innych okolicznościach trwa długo, żywność dla woj­ska podwożą z aułów, każdy dla swojego żołnierza, rozumie się, składają się wspólnie z kilku domów dla łatwiejszego transportu. Gdy tego okoliczność wymaga, wojska zamieniają się nowemi, w taki spo­sób, że przybywają nowe partje i zmieniają tych, którzy byli poprzednio.

Gościnność ich jest szczera bardzo podobna do słowiańskiej i charakter ich ma w sobie wiele sło­wiańskiego. Taulińcy z charakteru i fizycznej bu­dowy są podobni do malorosjan, a czeczeńcy i kabardyńcy swą nieuległością, swobodą, wspaniałomyśl­nością i lekkością charakteru przypominają Polaków. Okoliczności tę charakterystykę zmieniają, lecz pier­wotne cechy są jeszcze nie zatarte i dosyć świeże. Tatarzy góralscy mają jeszcze i tę piękną cechę, że w krytycznych okolicznościach dzielą się najmniej­szym kąskiem chleba ze swymi towarzyszami. Jeżeli ich będzie np. kilku a u jednego z nich znajduje się kawałek chleba, koniecznie ten chleb musi być Roz-//218 dzielony na tyle części równych, ile ich się znajduje i każdy z nich część swoją otrzyma. Podobna rzetelność zachodzi w podziale zdobyczy. Proch sami wyrabiają i ten byłby bardzo dobry, gdyby saletra oddzielaną była od soli kuchennej, inaczej łatwo w czasie niepogody wilgotnieje. Armatnie bojowe ładunki i granaty, artyłerzyści ruscy znajdujący się w szamilskiej komendzie przygotowują gdy mają wszel­kie potrzebne do tego materjaly. Czego niema u Szamila w kraju, dostaje się z Rosji przez tatarów jej podległych. Kopalni niema żadnych odkrytych u Szamila w kraju, przeto ołów dostaje się z Rosji. Arma­tnie kule, granaty i kartacze mają po części z zabra­nych fortec przez Szamila, zresztą niedostatek zapełnia się zbieranemi kulami i granatami po każdej potyczce obficie tam rozsiewanemi przez Rosjan.

Domowe pożycie górali rozmaite, względnie do prowincji. W ogóle jest to naród rolniczy i wojowni­czy, jak niegdyś byli nasi przodkowie słowianie.

Fabryk na wielką skalę niema żadnych prawie. Andyjcy tylko wyłącznie zajmują się wyrobem burek. Niektóre auły wybrane przez Szamila, wyrabiają proch na cały kraj. Poprzednio każdy sam sobie proch robił, lecz Szamił dla zapobieżenia utraty materjałów, gdyż proch takim sposobem wyrabiany był rozmaitej dobroci i nawet po części niezdatny do użycia, wypróbował dobroć prochu rozmaitych aułów i niektórym tylko w Taulji takowy wyrabiać dozwo­lił. Teraz u Szamila jest fabryka prochu, który się wyrabia za pomocą młyna wodnego. Saletra i siarka //219 znajduje się tu w rodzimym stanie, spirytus sami żoł­nierze wyrabiają, również i olej z konopi.

Podobnym sposobem jak proch, trudni się kilka aułów wywarzaniem soli. Zresztą dla domowych po­trzeb, kobiety umieją tkać sukna, z których tauliń- skie mają zaletę pod względem cienkości i równości nici, jak również sposobu tkania, cynowarem zwa­nego.

Majstrowie wyrobów srebrnych i miedzianych są słynni pod względem gustu i umiejętności. Srebrne wyroby pod czerń (emalję) zwane, są bardzo gusto­wne i w europejskich kunsztach niepoślednie miejsce by zajęły. Broń palną sami wyrabiają; zresztą maj­strowie broni w górach słynni z umiejętności, robią takową nie masami, a pojedynczo.

Wyroby safijanu i skór na podeszwy, oraz suro­wych na popręgi do siodeł, uzdeczki i kańczugi (plet), które tu dziwnie pięknie wyplatają, są pożądanej dobroci. Płócien nie wyrabiają, chociaż w górach dzikie konopie są rzadkiej dobroci, a korzystają z per­skich i gruzińskich bawełnianych wyrobów zwanych mirzaj. Przemysł handlowy ograniczony niewielkiemi domowemi potrzebami. Odbywa się powiększej części przez zamianę produktów lub wyrobów. Pieniądze kursują rosyjskie, w ogóle srebro w takiej wartości jak i w Rosji. Złoto przyjmują tylko kupcy, którzy tu w każdym aule mają swoje małe sklepiki, z niektóremi rosyjskiemi materjami, jak to z perkalami[144], płócienkami, z perskiemi kanausami[145] i mirzajami[146]. W tych sklepikach dostać można innych koniecznych //220 w życiu drobnostek, jak: igieł, nici, jedwabiu przędzonego. Sami gdzieniegdzie trzymają gąsiennice i wyrabiają jedwab przędzalny dla własnego użytku, na wrzecionach. Nadto naparstki, nożyczki, zwier­ciadła i inne praktyczniejsze drobnostki mieszczą się w tych sklepikach. Kupcy przyjmują i bankocetle rosyjskie dla zysku przez wymianę, i miedź w połowie jej wartości; lecz naród nie bierze ani bankocetli, złota ani miedzi. Trudniący się takim handlem, za­pełniają swe sklepiki potrzebnemi materjami pota­jemnie przez stosunki z podwładnemi Rosji góralami.

Domowe życie górali nader skromne, żywią się czurekami z kukurydzy lub pszenicznej mąki pieczonemi w popiele w kominku, lub ozdobniej w piecy­kach osobno do tego na dworze lub pod ganeczkami urządzonych, które to piecyki służą głównie do su­szenia kukurydzy. Niekiedy pozwalają sobie zbytku robiąc czureki tak zwane słojowe, układane z ciastka pszenicznego rozwałkowanego do cienkości zwyczaj­nego papieru; pieką takie placki w jamach przez ogień wypalanych tak jak zwykłe nasze piece. Ściany tych jam obrzucają kawałami ciast przyrządzonemi, wtedy, kiedy jama dostatecznie opalona i od drzewa pozostały się w niej węgle żarzące, przykrywają jamę i przysypują ziemią. Mięso przyrządzają na rozmaite rodzaje naszych marynat nader słono i aromatycznie, a najczęściej prosto gotowane, zawsze świeże, lub solone na sucho i suszone na słońcu, lub maczane w rosole solonym. Z pszenicznej mąki robią rodzaj makaronów i jedzą je razem z wodą zabieloną mle­-//221 kiem, lub okraszoną kurdiukiem lub masłem krowim; jak nasze zwykłe kluski wiejskie. Z kukurydzanej mąki robią chinkały, kluski wielkości pięści lub mamałygę. Jajecznica, twaróg i ser tak zwany beszłek, niekiedy miód świeży służy zwykle dla przyjęcia gości.

Do jedzenia używają łyżek drewnianych z długiemi trzonkami, półmisków drewnianych toczonych, lub glinianych polewanych; noże i widelce nie są w użyciu. Mięso kraje się nożem na tyle części ró­wnych, ile osób znajduje się przy jedzeniu, nie wy­łączając i dzieci. Chleb lub czurek gospodarz łamie na części; jedzą, siedząc na skórzanych poduszkach lub wprost na gołej ziemi, obsiadłszy na około miskę dużą napełnioną potrawą. Kobiety przy gościach nie zasiadają do jedzenia, a posilają się osobno tem co zostało, lub przyrządzają sobie osobne jedzenie. Go­ści przyjmuje się wykwintniejszą potrawą, w rodzaju zakąski na prędce: świeżym czurekiem, jajecznicą, masłem lub twarogiem i serem. Gotowany kurdiuk tłuszcz z ogona baraniego uważa się za specjał. Stół składa się zwykle z jednej gotowanej potrawy, do której jeżeli jest mięso, dodają się świeżo gotowane chinkały. Gotowana baranina, do niej czosnek tarty z solą i wodą i świeże chinkały także są pewnego ro­dzaju przysmakiem. Głównie jedzą obiad, a śniadanie składa się z czureka z kwaśnogorzkim, tęgości alko­holu, mlekiem, które do beczułki, codziennie od pozo­stałego udoju, zlewa się w ciągu roku i tym sposo­bem samo się kwasi i spirytyzuje; podobnież i kola­-//222 cja. Mięso jadają rzadko, chyba bogatsi, gdyż na pograniczu Rosjanie dobytek odbijają, a w środku gór niewiele trzymać go można dla niemożności przy­gotowania paszy na zimy, które tu bywają nader śnieżne i mroźne. Przed jedzeniem, równie jak i przed rozpoczęciem każdej czynności, odmawia się modli­twa Bizmillachy Arrachinau Arrochym, a po jedzeniu, lub po ukończonej czynności: Alchamdulillachy rabul halamina[147].

Zwracam się teraz do dalszego opowiadania własnych wypadków w czasie mojego tu pobytu. Ma­jąc uwolnienie Szamila w ręku i rozporządziwszy swe małe gospodarstwo na korzyść dobrze mi życzących żołnierzy, ruszyłem z miejsca mojego pobytu u Sza­mila, do wielkiej Czeczeni, po drodze zupełnie mi nie­znanej. Żegnając się z miejscowością Wedeni, uro­niłem łzę szczerego żalu na grób Ezendy i przecho­dząc wzdłuż Wedeńską doliną często się oglądałem na bielejący się kominek opustoszałej sakli Osmana, aż dopóki gaje i lasy nie zakryły mi jej przed oczyma.

O milę od Wedeni znajduje się czeczeński auł Guni[148], na jednej prawie linji z aułem Ezseni[149] na paśmie gór z północnej strony wedeńskiej doliny, w którym to aule znajdował się niewolnik żołnierz znany mi z do­brej o nim opinji; do niego pragnąłem się dostać li­cząc, że mi będzie przewodniczył w mojej podróży. Droga do aułu Guni nie była mi znaną, lecz kieru­nek takowej został mi wskazany. Na los szczęścia puściłem się ścieżką prowadzącą w las olbrzymich czynarów i rozmaitych gęstych zarośli, w nadzieji, //223 że ta ścieżka uboczna wyprowadzi mię gdzieś na czy­ste góry, z których wymiarkuję położenie. Lecz na nieszczęście, czem dalej się zapuszczałem w głąb lasu, tem mniej wyraźną ścieżka się stawała, aż nakoniec zupełnie mi znikła. Odszukując takowej w gęstwi­nie w rozmaitych kierunkach, zupełnie ślad jej utra­ciłem, i już nie mogłem natrafić na nią, aby nazad tą drogą powrócić. Ruszyłem więc w zarośla i wą­wozy na los szczęścia, pot kroplami lał się ze mnie przy szybkim chodzie i pokonywanych przeszkodach.

Gałęzie gęstych zarośli, dziki winograd wiążący siatką gęstych swych łodyg częstokroć do grubości nogi dochodzących i sięgających wierzchołków naj­wyższych czynarów; — gałęzie tychże czynarów i za­razem przyległe krzaki drzew gęsto las zarastających, na każdym kroku tamowały mi drogę, czepiając się to za broń moją, to za burkę, która swym ciężarem tłoczyła mi ramiona.

Po długich i ciężkich usiłowaniach, wyszedłem na niewielką płaszczyznę spadzistą w głąb wąwozu, zarosłą wysoką trawą powiązaną jeżyną, przez którą, wznosząc się na palcach, zaledwo mogłem dostrzedz przeciwny brzeg wąwozu. Odpocząwszy nieco i pokrzepiwszy się świeżem powietrzem na odkrytem miejscu, zacząłem przedzierać się przez trawę, rozci­nając kindżałem szpilkowate nici jeżyn, które nielitościwie rznęły mi ręce, nogi, a nawet i twarzy się dostawało.

Spuszczając się w głąb wąwozu, spostrzegłem przed sobą ogromnej grubości leżące czynarowe drzewo //224 na wpół zgniłe, Przedzierając się do niego z pospie­chem, raptem byłem ogłuszony rykiem i trzaskiem łamiących się gałęzi czynaru. W przestrachu chwy­ciłem za gwintówkę, wziąwszy poprzednio kindżał w zęby i byłem gotów do obrony, lecz dzięki Bogu do walki nie przyszło. Niedźwiedź spoczywający w chłodzie pod czynarem, zbudzony ze snu moją obe­cnością, ryknął z przestrachu i uciekł w głąb wą­wozu.

Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia i zrozu­miawszy rzecz jak była w istocie, spocząłem około legowiska wypłoszonego zwierza i dałem sobie dosyć czasu do wypoczynku dla dalszej podróży.

Niedźwiedzi i dzików tu dosyć dużo, lecz jak pierwsze tak i drugie nie są niebezpieczne; innych zwierząt drapieżnych prawie wcale niema w górach. Pewien rodzaj lampartów w górach skalistych się znajduje, lecz nie licznie. Zresztą dzikie koty, wilki i szakale dosyć są liczne. Jelenie, dzikie kozy, za­jące, lisy; a z ptactwa: bażanty, kuropatwy, kwi­czoły, łabędzie, kaczki, gęsi i żurawie w wielkich ilościach znajdują się w przedgórzach kaukaskich. Górale nie polują, biją tylko większą zwierzynę, jako to: dzikie kozy, sarny i jelenie dla skóry; gdyż mięsa wtedy tylko wolno im używać, kiedy zwierzę nie zu­pełnie zabite można dorznąć ze zwykłą modlitwą. Z tego powodu ptactwa wcale nie biją, bo też w sa­mych górach prawie wcale go niema, oprócz bażan­tów i kuropatw; leśne ptactwo w lasach górnych zu­pełnie się tu nie znajduje.

//225 Po wypoczynku ruszyłem dalej; niedźwiedź uczy­nił mi przysługę utorowaniem ścieżki w głąb wąwozu i następnie na wierzch na drugą stronę polany, po której łatwiej mi było postępować i z mniejszem utru­dzeniem. Przeszedłszy na drugą stronę wąwozu i wstą­piwszy w las na wyniosłe miejsce, wdrapałem się na czynar, z wierzchołka którego rozpoznałem okolicę. Auł Guni rzeczywiście był niedaleko, lecz trzeba było przejść kilka wąwozów i wzgórz, aby się dostać do niego. Zebrawszy siły swoje, pokonałem trudności i chociaż zmęczony najokropniej, wyszedłem przecież z lasu na czyste miejsce, z którego auł był widziany. W aule dopytawszy się o osobę, do której udać się miałem, spotkałem jeszcze i tę przeciwność, że jej nie było w domu. Wszelkie moje nadzieje na posi­łek, wypoczynek i przewodnictwo do dalszej podróży, przepadły. Lecz trzebaż było czemkolwiek sobie ra­dzić; udałem się więc do modlitwy. Po zwykłem umywaniu się przed modlitwą, rozpocząłem takową z wielką godnością i powagą w głos, według wszel­kich przepisów i zwyczajów. Obecni tatarzy z zadziwieniem spoglądali po sobie, znalazłszy we mnie tyle niespodziewanej oświaty, zaczerpniętej z koranu. Za­pewne modliłem się szczerze, gdyż modlitwy moje przyjete zostały. Po skończonej modlitwie, gdym jeszcze nie zdołał powstać z kobierca, na którym się modliłem, postawiono przedemną płytką, toczoną dre­wnianą misę z postumentem z jednego z nią kawała drzewa toczonym, zwanym tu kara-agacz[150], służącą zwy­kle za tacę, a na niej w talerzach jajecznicę, ser, //226 masło i świeży, jeszcze ciepły czurek pszeniczny. Gospodarz połamał chleb, kładąc takowy przedemną i zachęcał do posiłku, dając sam przykład gościnnej grzeczności. Nic wiele on miał usiłowań do zachę­cania mię w tym względzie, głód mię ośmielił nateraz. Prawdziwie ze smakiem i w zupełnej dostateczności posiliłem się, rozmawiając z otoczającymi mię ludźmi. Ciekawością zdjęte kobiety z zajęciem przy­słuchiwały się naszej rozmowie, uważałem, że między niemi były niektóre niepospolitej piękności. Wesoły charakter Czeczeńców nadaje i ich kobietom wiele powabów, przeciw którym niebezpiecznie jest wal­czyć.

Podziękowawszy za gościnność, ruszyłem dalej do aułu „Aszeryszki[151]”, gdzie miałem znajomego mi także żołnierza Polaka żonatego. Dwóch malców chętnie podjęło się pokazać mi drogę przez las, a za­razem być mi niejaką obroną w razie niebezpieczeń­stwa, gdyż moja odzież i broń powabna, mogła wzbudzić pożądliwe chęci do nabycia jej najtańszym ko­sztem. Przeszedłszy przez kilka wąwozów pokrytych lasem, chłopcy ukazali mi drogę przez czyste pola, które miały mię doprowadzić do Aszeryszek. Żegna­jąc się ze mną radzili, abym zawsze broń miał w po­gotowiu. Szczęściem w Aszeryszkach znalazłem całą familję znajomego mi rodaka. Radzi byli widzieć mię u siebie i po gościnnem przyjęciu wskazali mi pościel do nocnego wypoczynku, obiecując nazajutrz przeprowadzić mię dalej.

//227 Żołnierz ten był w Szamilskiej komendzie jako garbarz, zajmując się tam swem rzemiosłem; na parę dni przed mojem wyjściem, załedwo zdołał unieść życie swoje. Zapewne przez niedozór lub złe materjaly, przepaliła się jedna skóra bawola, wyprawiona na podeszwy; nie chcąc sam brać na siebie winy, przyrzekł ułagodzić ten interes swemu koledze i współ­pracownikowi. Rzecz się wykryła i obaj o mało ży­ciem tego nie przepłacili. Zbici najokrutniejszym spo­sobem, wydalili się z komendy i mój przyjaciel tym­czasem zatrzymał się u familji swojej żony, najgo­dniejszej w świecie kobiety.

Na drugi dzień po rannem śniadaniu wyruszy­liśmy we trzech do wielkiej Czeczeni, przez ostatnie pasmo gór oddzielające czeczeńską dolinę od miejsc górzystych. Droga szła ciągle lasem przez góry i wą­wozy; około południa zmęczeni w najokropniejszy sposób, ujrzeliśmy z wysokości gór u ich podnóża wspaniałą i obszerną dolinę wielkiej Czeczeni.

Łzy mi w oczach mimowolnie stanęły na widok wspaniałości obszernej doliny, od którego oko moje odwykło. Przestrzeń zupełnie płaska otoczona jakby wieńcem no 30 wiorst, a wzdłuż przynajmniej na dwa razy tyle, przerznięta licznemi rzekami, wijącemi się po niej w rozmaitych kierunkach; cienistemi gajami i w obfitej ilości wspaniałemi aułami, tchnąca roz­koszą dziewiczej słodyczy, malowniczo ukazała się wzrokowi strudzonemu widokiem wyniosłych gór, od­wykłemu od lekkich pejzaży. Błogosławiona ziemio Czeczeni, mlekiem i miodem płynąca kraino! Nielito-//228 ściwy topór obciął z pól twoich urocze wieńce cieni­stych gąji, niwy twoje zarosły burzanem, a miejsca twoich szczęśliwych i rozkosznych aułów pokryły głogi i pokrzywy. Nie czerpią więcej ze źródeł twych wody piękne, wesołe Czeczenki, ani mgły lekkie uno­szące się nad tobą nie powtarzają ich pieśni; obca ciężka noga depcze twe bujne trawy a w rzekach twoich nocną tylko porą Czeczeniec dżygiti, śledzący obroty giaurów, konia swojego napoji i u ich nad­brzeża „ukinga-namaz[152]” odmówi.

Zstąpiwszy z gór na równinę, u ich podnóża przy samej drodze auł Szarzen-Kotor był miejscem naszego odpoczynku. W aule tym mieszkał bogaty kupiec czeczeński Abduła, wielki przyjaciel Szamila. Syn jego był w zmowie z Pawłowem, w zamiarze uprowadzenia z gór oficerów zostających w niewoli u Szamila z 1843 r. Kupiec ten znał mię osobiście, przyjął nas gościnnie i namawiał, abym jako gość przy nim pozostał, obiecując mi swoją opiekę i po­moc we wszystkiem. Podziękowałem mu za jego uprzejmą życzliwość, gdyż to miejsce dosyć odległe od granie rossyjskich posiadłości, nie odpowiadało w zupełności moim zamiarom. Z Szarzen-Kotora[153] uda­liśmy się do Zakan-Jurtu, gdzie mieszkał naib Giecha, któremu musiałem się zameldować jako uwolniony od Szamila, w zamiarze pozostania w jego naibstwie. Następnie w południe tegoż dnia przyby­liśmy do aułu Kurczeli[154] do znajomych moich towa­rzyszy, gdzie spotkała nas szczera uprzejmość i go­ścinność. Przed samym wieczorem przeszedłszy w po­-//229 przek całą płaszczyznę wielkiej Czeczeni od gór przedandyjskich do gór Kaczkałykowskiego pasma, w stronę forteczki Umachan-Jurt, w rozległości wiorst 30, przy­byliśmy do aułu Ceky-Kotor[155] już po zachodzie słońca, gdzie mieszkali krewni żony mego przyjaciela.

W aule spostrzegliśmy jakieś szczególniejsze po­ruszenie, na dworze krewnych mego przyjaciela znaj­dowało się mnóstwo narodu; wkrótce przyczyna wy­jaśnioną została: przed samym wieczorem w lasku niedaleko od aułu, zamordowano 2-ch żołnierzy tru­dniących się w tym aule bednarstwem, w skutek czego oburzony naród zbiegał się i rozprawiał o nowym wypadku, złorzecząc złoczyńcom, którzy się dopuścili zabójstwa. Przybycie nasze było nader w stosowną porę, potrzeba było pochować ciała, aby je zwierzęta nic rozszarpały, do czego niechętnie brali się mie­szkańcy. My więc przyjęliśmy na siebie obowiązek tej ostatniej posługi zamordowanym. Dano nam arbę w parę wołów zaprzężoną; opatrzywszy broń naszą, ruszyliśmy z aułu dróżką , prowadzącą do lasu przy­ległego. W parę wiorst od aułu wyszliśmy na polanę nieznacznej obszerności, na której sterczały stogi nowo skoszonego siana, następnie znów dróżka, wijąc się, weszła w gęsty ciemny lasek, którego drzewa łącząc się sklepieniem nad dróżką, zasłaniały nam przed­mioty i przeszkadzały do rozpoznawania. Okoliczność wymagała wielkiej baczności, aby nie popaść w nie­szczęście; tu blisko czat rosyjskich rozboje bardzo się praktykowały, gdyż w każdym razie przestępcy ucieczką do Rosjan mogli się ratować w razie, jeśli //230 występki ich były wykryte. Przebijając się gdzie niegdzie przez gęste gałęzie i liście drzew, promienie księżyca, blaskiem swym drżącym od lekkich poru­szeń liści, rzucając niepewne światło na wązką cie­nistą dróżkę, powiększały urok nocnej ciszy w miej­scach tyle niebezpiecznych i zarazem tyle powabnych. Świeżość nocy i lekkie krople losy spadając zlekka na nasze twarze przez dotknięcie gałęzi i gęstych li­ści, przyjemnie orzeźwiała duszę i nadawała mocy do spełnienia chrześcijańskiego czynu, na jaki zgo­dziliśmy się z narażeniem własnego życia. Postępu­jąc dość długo wązką wśród gąszczy lasu drożyną, raptem spostrzegliśmy promieniami księżyca oświe­cone leżące na drodze ciała twarzą do góry zwrócone. Fizognomje ich wyrażały silne, energiczne dusze, które je opuściły. Drżące kropelki rosy zawisie na liściach gałęzi ocieniających smutny obraz nieboszczy­ków, zdawały się być łzami jedynych przyjaciół, ja­kich znaleźć tu mogli dla siebie. Ciała w wielu miej­scach były pokrajane kindźałami, widać, że musieli się bronić, chwytając za ostrza kindżałów swych mor­derców, gdyż ręce były porznięte; piersi i brzuch także pokrajane. Zasadzka była zrobiona z dwóch punktów oddzielnie, gdy nieszczęśliwi weszli między zabójców. Wtenczas zapewne napadnięci byli z tyłu i z przodu, dowodem tego były rany nieboszczyków, jak i połamane krzaki, gdzie złoczyńcy się ukrywali. Złożywszy ciała na arbę, powróciliśmy do wspomnionego aułu.

//231 Na polanie, o której wyżej wspomniałem, spo­tkaliśmy jeźdźca Czeczeńca na ślicznym białym koniu, w białej odzieży, który tu wśród stogów siana, oświe­cony blaskiem księżyca, nadziemską istotą nam się wydawał. Koń jego, strzygąc uszami i sypiąc iskry z bystrego wzroku, zwolna, lecz nader śmiało i ma­lowniczo postępował, jakby każdy swój krok obmy­ślał. Jeździec, od zbrój i którego odbite promienie światła bladego padły na trupów, zmierzył nas w zupełnem milczeniu długiem, badawczem wejrzeniem, błyskając czarnemi oczyma z pod białej baraniej czapki; każdy z nas ścisnął broń w ręku, będąc go­towym powitać gościa, lecz ten spokojnie jak widmo nas minął i skrył się w gęstwinie, z której my wy­szliśmy poprzednio. Pod samym aułem na kraju lasu wykopaliśmy dół pod czynarem, w którym złożywszy ciała, po krótkiej modlitwie, przybyliśmy do aułu, do oczekujących z niecierpliwością na nas krewnych mego towarzysza.

Posiliwszy się w milczeniu podaną nam strawą, udaliśmy się na spoczynek pod wpływem wrażenia, jakiegośmy doznali z świeżego wypadku. Długo sen nie zamykał mi powiek; rozmaite myśli i obrazy snuły mi się przed oczyma, a kiedym zasnął, ścigały mię ciała pomordowanych i ów biały jeździec, uka­zując mi się w ciemnych lasach, to na przepaściach, to na cmentarzach gór taulińskich.

Świeży jesienny poranek po nocnym wypoczynku, orzeźwił nieco mój umysł; nocne przygody pierzchły przed dziennym blaskiem i na nowo wzmocnieni na //232 siłach, po rannej przekąsce, pożegnawszy dobrych go­spodarzy, poszliśmy wzdłuż kaczkałykowskiego pasma gór, po nad rzeką Mieczyk.

Przed wieczorem tegoż dnia, przeszedłszy ró­wninę Giermenczuk po nad rzeką Działną, a następnie przez rzeki Gudermes i Guman, przybyliśmy do Mieczykowskich aułów, gdzie w Ordeli mieliśmy nocleg u znajomych tam moim towarzyszom żołnierzy. Po rekomendacji tychże żołnierzy, ja w aule wybrałem sobie gospodarza, przy którym, pod jego opieką, mia­łem tu zamieszkać.

Auł Ordeli był ten sam, do którego przyprowa­dzony byłem jeńcem przed trzema blizko laty; teraz do tego stopnia się przemieniłem i mój wyraz twarzy przybrał tyle tatarskiego podobieństwa, że mieszkańcy aułu nie mogli mię odróżnić od swoich współziom­ków. Ta szczęśliwa przemiana była mi na rękę, przez to nic tyle podlegałem niebezpieczeństwu. Wkrótce przykładnem, taktownem postępowaniem, zjednałem sobie względy pierwszych mieszkańców aułu; zawsze i wszędzie przyjmowano mię uprzejmie i ochoczo. Moje opowiadania o europejskich zwycza­jach, zjednały mi szacunek starców. Młodzież cie­kawością powodowana, pilnie przysłuchiwała się na­szej poważnej rozmowie, zachowując wszelkie usza­nowanie dla podeszłego wieku i dla mnie, jako dla gościa między nimi zamieszkałego. Niekiedy ko­biety i młode dziewczęta wyciągały mię na słówka dla zaspokojenia swej ciekawości. Znając ich cha­rakter, z łatwością mi przychodziło zadość uczynić //233 ich żądaniom, tak, że zawsze były zadowolone i rade czas wolny od zwykłych zajęć ze mną podzielać.

Lubiłem jesienną porą bywać na ich wesołem bełchisz[156]; tu rzeźwa młodzież zawsze umiała czas uprzy­jemnić na korzyść ogólnej zabawy i pożytku. Deli­katność w ich wzajemnem obejściu się, prawdziwie była dla mnie budującą. Żadne dwuznaczne słówko nie wyrwało się ani razu żadnemu młodzieńcowi, któreby nieprzyjemnem brzmieniem wywołać mogło ru­mieniec na twarze słuchających go młodych Czeczcnek. Zabawa ich w tem zebraniu była zawsze pod odkrytem niebem i częstokroć trwała do późnej nocy; nigdy jednak nie zbrakło czasu do przyzwoitej, we­sołej rozmowy. Dziewczęta podając kijki młodzień­com do wiązania kukurydzy, zawsze słyszały od nich przyzwoite komplementa, na które w odpowiedziach swoich nie mniej bywały zręczne i odpowiednio uprzej­me. Mój gospodarz był człowiek młody, śmiały, dzielny i zręczny pod każdym względom, słowem je­den z tych, których tu nazywają w domowem poży­ciu bors (wilk) a pod względem waleczności dżigit (mężny).

Pod względem bytu materjalnego był on jednym z biedniejszych mieszkańców aułu Ordeli-wielkie (Jochun-Ordel); przyległy auł ogrodem tylko od pierw­szego oddzielony, nazywał się Dzymenik Ordel (mały Ordeli); lecz ja wybrałem go za swojego opiekuna z powodu słynnej o nim wziętości u mieszkańców, jako człowieka dzielnego i prawego; mogłem pod każdym względem zapewnić sobie przy nim bezpie­-//234 czeństwo mojej osoby. Takiego człowieka nie lada kto ośmieli się narazić sobie, którego męstwo nie po­zwoli puścić płazem wyrządzonej mu choćby naj­mniejszej obelgi. Podobny gospodarz, jak ich tu na­zywają, w znaczeniu opiekuna przyjmuje obowiązki pokrewieństwa osoby, która powierzyła mu nad sobą opiekę li tylko od napaści złych ludzi: daje mu miej­sce na odbudowanie mieszkania i ziemię dla uprawy roli za zezwoleniem całego aułu, czyli raczej mie­szkańców starszych wiekiem i poważaniem. Czyni to tylko dla honoru, gdyż osoba, która się oddaje pod opiekę gospodarza, nie jest obowiązaną względem niego żadną powinnością; przez jedyną wdzięczność może mu pomagać w gospodarczych zatrudnieniach.

Mój Chadżjo (gospodarz) bezżenny człowiek, syn poczciwej staruszki wdowy, nazywający się Kane, miał dorosłego, młodszego od siebie brata Dudarka i dwie prześliczne siostry, starsza lat 18 imieniem Zelbika, a młodsza Elbika nie więcej jak lat 12.

Poczciwa ta rodzina przyjęła mię do swego grona jak rodzonego brata; a z czasem dziewcząt ina­czej nie nazywałem jak siastrami (isze), a one mię swym bratem (worze). Tem więcej jeszcze polubiły mię, gdy jednego razu Mustafa, brat Ezendy, odszu­kawszy mię w tem ustroniu, opowiedział im nieszczę­śliwą historję swojej siostry; to niejako zjednoczyło mię nietylko z przybraną mą rodziną, ale nawet z całą czeczeńską ludnością; ciężył jeszcze na mnie wielki obowiązek, który w ich przekonaniu wypełnić przedewszystkiem byłem winien.

//235 Z Mustafą musiałem odwiedzić ojca jego Osmana w ich teraźniejszem mieszkaniu Osman-Jurcie. Auł nad rzeką Gumen w nader żyznem i malowniczem miejscu, między gaikami leszczynowemi był siedli­skiem ojca i brata mojej nieszczęśliwej Ezend. Zgrzy­biały starzec ze łzą w oku wzniósł drżące ręce, aby mię przyjąć w swoje objęcia. Pierwsza chwila na­szego spotkania była nader rozrzewniającą; uroniłem kilka najczystszych łez na siwy włos brody strapio­nego starca, po tak opłakanym zgonie jedynej jego córki. Chwila wspólnego milczenia poświęcona była pamięci nieboszczki; poczem starzec rozpytywał się mnie szczegółowo o oswobodzeniu się od Szamila i o zamiarach, jakie miałem względem siebie nadal; czas przepędzony w rozmowie wydał się nam bardzo krótkim.

Żegnając się z mymi przyjaciółmi, obiecałem często ich odwiedzać, przyczem oni dawali mi obja­śnienia, ile winienem być ostrożnym w tych miej­scach, gdzie na moją broń i ubiór bardzo wielu zna­leźć by się mogło amatorów. Starzec przy pożegna­niu się ze mną wziął podarowaną mi przez niego gwintówkę, obejrzał w niej proch na panewce, a po­znawszy swój jeszcze nabój, przelotne zadowolenie przebiegło po jego zmarszczkami pokrytem czole.

W Osman-Jurcie mieszkał wuj starca, zwany Taram, słynny z napadów i rozbojów czynionych w posiadłościach rosyjskich. U niego zawsze znaj­dowało się kilku niewolników oficerów lub linjowych kozaków w oczekiwaniu na wykup. W tym czasie //236 jak tam byłem, znajdował się w niewoli Klinger, ofi­cer podobno jeneralnego sztabu. Chęć poznania okru­tnego Tarama a jeszcze bardziej Klingera spowodo­wała, żem zaszedł do mieszkania pomienionego Cze­czeńca. Taram człowiek lat więcej niż średnich, na­der nieprzyjemnej fizjognomji ukazał mi swego nie­wolnika w nędznej sakli leżącego w kajdanach, pra­wie na gołej ziemi, przykrytego czadrą białą nader zabrudzoną, zamiast kołdry, chociaż zimno było dość silne, gdyż to było zimową porą. W kominku paliły się szczapy zgnilaków, powiększając swym dymem nieprzyjemności biednego jeńca i odrażającą powierz­chowność małej ciemnej, zakopconej jak psia komofa sakli. Taram chciał, abym rozmawiał z Klingerem, który od niejakiego czasu ani słowa do nikogo nie chciał przemówić. Zrozumiawszy położenie i zamiary jeńca, upewniałem Tarama, że on nie przez upór, ale przez zbytnie osłabienie mówić nie może, że stan zdrowia jego niebezpieczny, że lada chwila kajdany znajdujące się na jego nogach nie będą mu wcale potrzebne. Nie wiem czy Taram rzeczywiście posłu­chał słów moich, lecz jeszczem nie zdołał wyjść z aułu, a sługa był już posłany do fortecy Groźnej z warunkami wykupu Klingera. Oficer ten w krótkim czasie został wykupiony i Taram cieszył się, że za wpółumarłego wziął przyzwoity wykup. Lecz omylił się, dziś ten oficer jako pułkownik dowodzi na Kau­kazie batalionem strzelców 20-tej dywizji piechoty i cieszy się jak najlepszem zdrowiem, a z aułu, w którym Taram mieszkał i śladu nie pozostało.

//237 Pora jesienna, a następnie przedwczesna zima, dały mi wiele swobodnego czasu do obmyślenia pla­nów i uskutecznienia zamiarów moich, główną rzeczą było wydostać się na stronę rosyjską, co nawet w tem swobodnem mojem terażniejszem położeniu, nie tak to jeszcze łatwem było do wykonania.

Doprowadziwszy interesa moje, przez uzyskanie od Szamila wolności, do pomyślnego stanu, słusznie byłem ostrożnym i oględnym na wszystko, aby pod koniec jakim nierozważnym postępkiem nie zniwe­czyć na zawsze kilkoletnich moich usiłowań. Naj­krótszą rzeczą była ucieczka nocna lub dzienna, gdyż byłem swobodnym od nadzoru; lecz doświadczenie mię nauczyło, że ten środek właśnie mógłby mię zgu­bić na zawsze. — Znałem dobrze kierunek fortec ro­syjskich od strony Mieczyka, mogłem udać się instyn­ktem w ich stronę i zawsze wyszedłbym do rosyjskich posiadłości, tembardziej, że odległość była nie więcej jak na dobrą tylko milę; lecz trzebaby było iść przez lasy, wąwozy, słowem przez miejsca mi nieznane, za które nic mi nie ręczyło, czy wydołałbym w swoich usiłowaniach — mógłbym zabrnąć w lasy i wąwozy, z którychbym nic wyszedł, lub spotkałbym urwisów czeczeńskich, którzyby śmiałość moją srodze ukarali, odebraniem mi życia. Mogłem nocną porą udać się drogami utorowanemi, które wyprowadziłyby mnie do fortec bez wielkich ze strony mojej usiłowań; lecz cóż mi ręczyło, że nie spotkam się z kim na drodze, po której nocną porą prawie ciągle się snują górale, //238 to ich współrodacy, krewni i przyjaciele, będący pod władzą Rosjan?

Słowem, ani pierwszy, ani drugi sposób nie był pewnym do spełnienia mych zamiarów, w obu razach wystawiłbym życie swoje na los ślepego szczęścia, co byłoby nieprzebaczonym błędem z mojej strony, po­stanowiłem więc rozpoznać rzeczy gruntowniej i dzia­łać na pewno.

Na pograniczu, gdzie się znajdowałem, było kilku żołnierzy, żyjących swobodnie, trudniących się wycieczkami na granice rosyjskie w celu rabunku, co stanowiło ich zwykły sposób do życia. Tacy żoł­nierze dla zdobyczy puszczali się sami lub w towarzystwie górali małemi partjami po kilku ludzi, za Terek na linję, a nawet pod Kiżlar i dalej.

Na burdiukach[XXIII] przepływając rzeki, w dzień kryją się w obszernych nadterecznych skamyszach (trzcinie); a pod wieczór i w nocy udają się na drogi, pod kozackie stannice lub do tabunów, uprowadzają w góry bydło, konie a nawet i ludzi, słowem wszystko, co można spieniężyć, lub za co można okup otrzy­mać; po drogach napadają na poczty lub na wolno przejeżdżających podróżnych. Zdobycz przeprawiają przez Terek kiedy pomyślnie uda się im obejść miej­scowe pikiety; w razie odkrycia ich, uciekają w lasy lub kamysz ze zdobyczą lub sami, gdzie wyczekawszy stosownej pory, powracają w góry najczęściej po­ //239 myślnie. Tacy żołnierze, naród nader ryzykowny, przebrani wchodzą do stanic wśród białego dnia, a niekiedy do fortec, wypatrują dla siebie tam zdo­bycz, nocą przekopując wały dla uprowadzenia do­bytku, uchodzą częstokroć bez szkody. Rozumie się, że każdy z nich wcześniej czy później wpadnie w ręce sprawiedliwości, gdzie go oczekuje kara śmierci, szu­bienica lub rozstrzelanie; lecz to ich bynajmniej nie zraża, oraz to upewnienie przesądne, że co się ma stać komu, to go nie minie.

Takich to żołnierzy powziąłem myśl użyć dla mego wyswobodzenia się, lecz trzeba było przystąpić do tego z wszelką ostrożnością, aby nie wykryć się im przedwcześnie z zamiarami, gdyż inaczej najgor­sze następstwa mogłyby wyniknąć. Potrzeba się było zbliżyć do tych żołnierzy, oszukać ich ostrożność, wprowadzić ich w kabałę, która zniewoliłaby ich sa­mych do uskutecznienia mego zamiaru.

Miałem dosyć czasu, aby uskutecznić to z wszelką akuratnością. Nie znajomiłem się z nimi odrazu, owszem stroniłem od nich i traktowałem ich z wy­soka, aby ich tym sposobem wprowadzić w błąd, że nimi pogardzam i w to upewnienie, że sam kiedyś szukać będę ich łaski, a głównie aby nie ściągnąć na siebie jakiego podejrzenia ze strony Czeczeńców.

Gdym spostrzegł, że plany moje dosyć mi się udają, po długich ceremonjach z mojej strony, zaczą­łem niby spuszczać z tonu względem wspomnianych żołnierzy, lecz zwolna i nie odrazu, aby tembardziej wprowadzić ich w przekonanie, wyrażone w przysło­ //240 wiu: „przyjdzie koza do woza.” W początkach mego przybycia przestawałem li tylko z tatarami, aby ich przekonać, że ich tylko jednych cenię.

Zabierałem liczne znajomości w aułach, prawie nigdy nie siedziałem u siebie w domu, zawsze cho­dziłem w rozmaite strony w Czeczeni, której znałem miejscowość, a dla podobieństwa z mojej fizjognomji do Czeczeńców, nie bałem się z ich strony grożących mi niebezpieczeństw.

Auły Ordeli wielkie i małe, Mazglanki[157], Oken-Jurt, Szamil-Jurt, Katen-Jurt, Majertup[158], Indy-Jurt, Itali-kotor, Sułtan-Herli-Kata, Kwoczel-Jurt, Geidygen[159], Uzman-Jurt, Ołtóry, Szerzeń-Kotor, Mary-Kotor, Cecy-Kotor, Germenczuk, Szali[160], Chorczy-Czermny, Elstanzy, Szarcowcy, Dargo, Bałliety, Arżeni, Ażbety, Guni, Aczeryżki, Sezoni, Szuni[161], Bilky[162], Miszkiety[163], Almaki, Dylów, Acihi-Dzubutty, Andja, Bwitunaj, Mieticlty, Tłoki, Muni, Koczaty, Ajmaki[164], Ahulgo, Cicaberli-Szuty, Szuboty i t. d. w czasie mojej niewoli, stały mi się wraz z ich miejscowościami dokładnie wiadome. Zi­mową porą, gdy mrozy silne powymrażały rzeki i o młyny było trudno, zwykle była niemożność miewa, co moim gospodarzom i góralom dotkliwie uczuć się dawało.

Mąki czas długi nie było, już i to zmuszało mnie szukać sobie pożywienia, gdyż własnego gospo­darstwa tu jeszcze mieć nie mogłem, lecz to najmniej mię interesowało. Do pierwszego lepszego aułu za­szedłszy, wszędzie wyjednałem sobie porządny posi­łek u znajomych mi gospodąrzy, a ponieważ takowych //241 miałem dużo, więc nikomu z nich nie mogłem stać się uciążliwym — jednakże tę porę uznałem za naj­stosowniejszą do zbliżenia się ze wspomnionymi żoł­nierzami, i teraz, niby zmuszony głodem, starałem się o ich znajomość, pod pretekstem korzystania u nich z posiłku.

Jak przewidziałem, z początku bardzo ozięble i z góry mię traktowali, zaszedłszy do którego z nich, nigdy nic słyszałem ochoczego słowa, zawsze ozię­błość, niekiedy grubjaństwa i szyderstwa mię spoty­kały; gościnność zawsze mi była odmówioną. Znosiłem to niby z cierpliwością i od czasu do czasu na­wiedzałem ich niby z konieczności i okazując niejako żal, żem poprzednio był względem nich oziębłym; gdy już sądzili się być dostatecznie pomszczonymi, zaczęli jawniej wyśmiewać się ze mnie, z poprze­dniego mojego względem nich postępowania, dając mi do zrozumienia, że już koza sama przyszła do woza. Przestali odmawiać mi swej gościnności, którą przyjmowałem niby z upokorzeniem i żalem za moje uprzednie stronienie od nich.

I tak po trochu, niby nieznacznie, poddałem się ich litości, zaspakajając zupełnie swojem upokorze­niem ich obrażoną dumę.

Po niejakim czasie, wyznałem im wdzięczność, że mię wyratowali od głodnej śmierci, a zadowolniwszy ich tem zupełnie, stosownem z nimi postępo­waniem, mogłem już śmiało starać się o ich zaufanie. Gdy i to pozyskałem, przystąpiłem śmielej do reszty; okoliczności mi pomogły: u jednego z mieszkańców //242 Mazgłanek mieszkał od lat kilku żołnierz niewolnik, dobrze mu się działo, był zadowolniony z gospoda­rza a gospodarz z niego, gdyż był nader wiernym i pracowitym sługą. Poderwawszy się robotą, zachorował mocno. Gospodarz pielęgnował go jak dziecię własne, spodziewając się, że przyjdzie do siebie i znów pracować będzie gorliwie dla niego. Lecz choroba bardziej się wzmagała i gospodarz nie widząc na­dziei wyzdrowienia swego niewolnika, nocną porą wy­wlókł go za nogi do poblizkiego lasu i tam porzucił w wąwozie, aby prędzej skonał.

Okrutny ten postępek oburzał żołnierzy do naj­wyższego stopnia. Korzystając z tego, dałem im do zrozumienia, że obowiązkiem ich być powinno, uła­twiać ucieczki niewolnikom, aby niewierni nie past­wili się nad nieszczęśliwymi chrześcijanami; że śmierć nieszczęśliwego ściąga ciężką winę na ich głowy i wołać będzie o pomstę do Boga. Podobne moje upomnienie, poparte chęcią zysku, gdyż w fortecach za każdego niewolnika z gór wyprowadzonego nazna­czano zapłatę dziesięć rubli, otrzymało pożądany sku­tek; żołnierze porozumiawszy się z jednym z Cze­czeńców, wyprowadzili z gór wspomnianego starca, który tu był w niewoli lat kilkanaście. Doprowa­dziwszy go do fortecy, żołnierze pozostali przed for­tecą w ukrytem miejscu, a tatarzyn z niewolnikiem udał się do fortecy, gdzie od komendanta otrzymał oznaczoną płacę i powróciwszy nazad, podzielił się nią ze swoimi współtowarzyszami. Niektórzy górale sami powodowani chęcią zarobkowania, ułatwialiby //243 żołnierzom ucieczki z gór do fortec, lecz trudno, aby żołnierz starający się uciec z niewoli, zdecydował się zwierzyć z tem tatarowi, choćby największemu przy­jacielowi, dla tego też w tym razie pomoc żoł­nierzy jest konieczną. Tacy żołnierze są tu rękoj­mią bezpieczeństwa uciekającego z gór niewolnika, eskortują sami do miejsca bezpiecznego, a obecny przy tem tatarzyn konieczny jest, aby takowego niewolnika wprowadził do fortecy, dokąd żołnierze zbiegli wejść nie mogą, i otrzymał za niego place. Tym sposobem w przeciągu miesiąca wyprowadzonych było z Czeczeni do dwudziestu niewolników.

W każdym razie, dla uniknienia paść mogących na mnie podejrzeń, zawsze dnia tego, w której na­stępnej nocy miano kogoś z gór wyprowadzić, ucho­dziłem, albo do Szamila w Wedeni, albo do miejsco­wego naiba, lub też do takich osób, któro w razie potrzeby mogłyby świadczyć moją w tych interesach niewinność.

Gdym doprowadził myśl moją do takiego stano­wiska, pragnąłem przed ukończeniem własnej sprawy, wywiedzieć się co o Mahmudzie, mężu Ezendy.

Odwiedzając Wedeni, dowiedziałem się, że po­gardzony od współmieszkańców, opuścił ich auł i błą­kał się jak pies zgłodniały bez gospodarza. Opuszczona przez niego sakla, nosząca jeszcze ślady po­pełnionej zbrodni, z zawalonym kominem, sterczała wśród innych bielejących się domów, jak widmo zbro­dni w niej popełnionej, nad którem ciążyła ręka zem­-//244 sty. Mogiła Ezendy z kamiennym nadgrobkiem ja­śniała wśród innych mogił urokiem błogiego przy­bytku, odwiedzałem ją, lecz zawsze potajemnie. Wedeni od płaszczyzny Małej Czeczeni oddzielone lesistemi górami i wąwozami, jedna tylko prowadziła do nich obszerniejsza droga korytem rzeki wypływającej z wedeńskiej doliny, po której Szamil zstępował na doliny ze swoją artylerją; droga ta z gór na płaszczy­znę wychodziła około aułu do rzeki Argun i dalej w Małą Czecznię, inne drogi dla pieszych i konnych nierównie bliższe, były przez Eczkiryński las na Batliety[165] od strony Sułtan-Kali i od strony Arguńskiego wąwozu przez Eczkiryńskie lasy. Wszystkie są na­der niebezpieczne, ciemne, głuche, poprzerzynane wą­wozami, a ostatnie nader błotniste, szczególniej na wiosnę i w jesieni, gdyż słońce nie łatwo tu przebija się przez niebotyczne lasy. Przechodząc temi dro­gami, narażałem się na okropne niebezpieczeństwa, przy największej ze strony mojej ostrożności.

Na takiej samotnej drodze z łatwością można być zabitym; częste stosy gałęzi i kamieni świad­czyły mi o popełnionych na drogach tych zbrodniach. Jest tu zwyczaj, gdzie zbrodnia była popełnioną, rzu­cać na te miejsca z przekleństwem na zbrodniarza kamienie lub gałęzie. Kilka razy trafiały się zemną zdarzenia, z których jedynie moja przytomność mnie ocaliła.

Idąc raz po Eczkiryńskiej drodze do Wedeni, wśród najokropniejszej zawieruchy i burzy łamiącej gałęzie i wierzchołki lasów, raptem na załomie skały //245 z gęstwiny lasu, staje przedemną, jakby z ziemi wy­rosła postać w łachmanach okrytych słojami śniegu, z wymierzoną ku mnie gwintówką. Lecz pierwej niż myśl błysła w mojej głowie o grożącem mi niebez­pieczeństwie, gwintówka moja błysnęła ogniem i dwa z lasu wystrzały rozległo się straszliwym echem wśród burzy, w miejscach bezludnych. To był Mahmud, ścigany wyrzutem popełnionej zbrodni.

Żegnam cię kraju, w którym przeniosłem wszyst­kie cierpienia duszy i ciała, po którym opiekuńczy mój anioł prowadził mię cierniową drogą doświad­czeń, nakreślonych mi ręką Przedwiecznego. Osy­pany śniegiem, zmęczony równie przebytą drogą jak i           wypadkami dnia tego; późno w nocy powróciłem do Ordeli, zrobiwszy wiorst kilkadziesiąt bez wypoczynku i posiłku. Szczęściem zastałem żołnierzy zebranych u jednego z ich kolegów, około dzbanów, napełnio­nych buzą i wódką. Moja obecność, w niezwykłej porze i zatrważająca lizyognomia przywróciły im przy­tomność. W rysach twarzy mojej wyczytali coś nie­zwykłego, chociaż starałem się być jak można naj­więcej spokojnym, gdyż tu oprócz żołnierzy, zastałem kilku czeczeńców, sprowadzonych ciekawością widze­nia zabawy rosyjskich żołnierzy, a zarazem sposobną okolicznością zakosztowania zakazanego napoju, gdyż wesoły ich humor wymownie o tem świadczył.

Nie tracąc przytomności, oświadczyłem żołnie­rzom, że jeden z ich kolegów, mieszkający ztąd w do­syć odległym aule, prosi ich na wszystko, natych­miast przybyć do niego w nader ważnym dla nich //246 interesie. Ukradkiem dwuznacznie rzucane moje spoj­rzenia na żołnierzy, jeszcze wymowniej do nich prze­mówiły; wszyscy odezwali się jednozgodnie iść na­tychmiast, co i wypełnili zabrawszy z sobą resztki buzy i wódki i pożegnawszy się z Czeczeńcami, niechetnie opuszczającymi ich wesołą kompanię.

Gdy wyszliśmy za auł na taką odległość, że nas nikt nie mógł podsłuchać, nagle ich zatrzymawszy, objawiłem im, aby każdy z nich pomyślał o swojem bezpieczeństwie, z powodu jakoby wykryto wyprowa­dzanie przez nich żołnierzy niewolników, do rosyjskich fortec. Jakkolwiek rzucony przestrach przezemnie był wymyślonym, jednakże poniekąd był sprawiedliwym, nie wiedziałem ja wprawdzie, czy powzięte było gruntownie przekonanie przez naiba o postępkach tych żołnierzy, jednakże podejrzenie na nich padało wiel­kie. Naib poczynił kroki do śledzenia za nimi i wspól­nika ich, jednego Czeczeńca, rozkazał aresztować. Nie wiele brakowało do rzeczywistego wykrycia rze­czy i ja ostrzegłem żołnierzy o grożącem im niebez­pieczeństwie nader w stosowną porę. Trzeba było wybrać krok stanowczy, miejsca w górach dla nich do schronienia się nie było; gdzieby się tylko udali, zawsze wcześniej czy później, mogli być wyśledzeni i kara okrutnej śmierci, zawsze by ich spotkać mo­gła. Tak więc, jedyną dla nich ucieczką było, udać się wraz zemną na stronę rosyjską.

Jeszcze przed tym wypadkiem, przez nich pisa­łem do komendanta fortecy, do której wyprowadzali żołnierzy, aby mi przysłał kilka słów, któreby skło-//247 niły ich do wyjścia z gór. Komendant przesłał mi rozkaz księcia Woroncowa z 1845 roku, którym upe­wniono żołnierzy zostających w górach, aby wycho­dzili napowrót do wojsk rosyjskich bez obawy kary za ich zbiegostwo. Rozkaz ten miał swoją moc tylko w 1845 roku, lecz była pewność, że i teraz zabezpieczy ich od odpowiedzialności, jeżeli stawią się do­browolnie do fortecy. Tembardziej, że już mają za­sługę za oswobodzenie innych kilkudziesięciu z nie­woli żołnierzy.

Nic lepszego nad moją propozycję im nie pozo­stało, wyjście z gór było dla nich koniecznem, tu dopiero zrozumieli moje z nimi postępowanie i ostro­żność, jaką zawsze przedsiębrałem względem siebie przy ich wyprowadzaniu do fortec żołnierzy. Będąc sam główną w tym względzie przyczyną, zabezpie­czyłem się w zupełności na wszelki wypadek pod względem odpowiedzialności przed góralami, mogli mnie oskarżyć o namowę do tego postępku, lecz ja mając za sobą naiba i inne znakomitości miejscowe, byłem bezpieczny od podobnych pozorów, nadto nikt by im nie uwierzył, abym miał podobnego rodzaju z nimi stosunki, nie przyjmując od nich korzyści, ja­kie czerpali ze swoich postępków.

Słowem, im zagrażała tu śmierć męczeńska, a mnie kosztowałoby tylko trochę strachu i amba­rasu, ich w każdym razie naib miał sam prawo uka­rać, a ja, jako należący do Szamila, byłem wyłą­czony z pod władzy naiba. I tak radzi nie radzi, //248 przyjęli moją propozycję i opuściwszy Mieczyk, skryli się w lasach kaczkałykowskich.

Wszelkie drogi i ścieżki były im najdokładniej do fortec wiadome, lecz dla większego bezpieczeń­stwa musieliśmy wprost iść przez lasy i wąwozy, aby nic być dościgniętemi na drogach przez pogoń, mo­gącą się udać za nami. Było nas siedmiu i dobrze wszyscy uzbrojeni, nie lękaliśmy się bardzo napa­dnięcia na nas, lecz zawsze ostrożność była konieczną, gdyby nas dognano, mógłby kto z nas być zabitym w potyczce, lub w razie zatrzymania nas w ucieczce, mogła by się zebrać partja w takiej ilości, że byli­byśmy okrążeni i drogi do fortecy mieli sobie prze­cięte. Jakoż dobiegłszy pierwszej reduty forteczki zwanej Kuryńską a po tatarsku Ojsenyur[166], wyzwawszy straż w niej będącą, byliśmy uwiadomieni, aby mieć się na baczności, gdyż w tej samej chwili konna par­tja czeczeńców przeleciała po drodze między lasem a fortecą. Pod obroną wystrzałów z reduty i własnej ostrożności, dostaliśmy się pomyślnie do fortecy przed świtem tegoż dnia, w którym opuściliśmy góry.

Przywykłszy do ludzi wolnych, żyjących wśród gór, lasów i dolin Czeczeni, gdzie wszystko oddycha swobodnem życiem natury nieskalanej nieumiejętną ręką człowieka, gdzie twórczość majestatyczna przej­muje uroczystą powagą duszę, wznosząc na skrzy­dłach wielkości przed tron Przedwiecznego; gdzie kwieciste błonia nieskażone nogą cywilizacji, żyzne niwy wydające obfite i rozkoszne zboże mieszkańcom, których całą dążnością jest zachować pierwotną swą //249 czystość, napawają czystą i rzeźwą słodyczą serca ludzkie, nie zepsute jeszcze przewrotnością życia świa­towego; o jakże mi się pokazało martwem i niedołężnem życie mieszkańców forteczki, do której przy­szedłem; zdało mi się, że się znajduje na cmentarzu, którego mieszkańcy z pochyloną głową, z wybladłą twarzą, bez życia, bez energji błąkają się wśród swo­ich mogił, w oczekiwaniu dalszych wyroków Przed­wiecznego, nie mając woli powrócić ani do życia, ani do rzeczywistej śmierci.

Długo nie mogłem oswoić się z nowym sposo­bem życia ludzi skrępowanych zarówno uświęcconemi zwyczajami tak zwanej cywilizacji, jako też ustawami przepisującemi im tryb życia powszedniego. Równie żołnierze jak i oficer pokazali mi się istotami nader upośledzonymi i znękanymi nienaturalnym stanem ży­cia; śmieszną mi była przepisana im forma życia, stroju, każdodziennych zatrudnień wśród ciasnego obrębu forteczki; oburzałem się na ich niezgrabność w poruszeniach, która dodaje powabu góralowi, tak bogato przez naturę uposażonemu. Ileż razy myślą zwracałem się do mieszkańców gór tyle wyższych w swem życiu pod każdym względem, od tych na wpół martwych i znękanych nienaturalnem życiem ludzi, między którymi na nowo losy mię postawiły. Jakże obrzydliwemi i nizkiemi pokazały mi się tu­tejsze kobiety, wyzute z naturalnej ich płci skromno­ści i wstydu. Jak to wszystko okropnie oddziałało na mnie, przywykłego widzieć ludzi czystych oby­czajów. Mody tatarskie niczem mi się pokazały w po­ //250 równaniu z bezwstydem jaki tu spotkałem, nawet między ludźmi ukształconymi. Zaliczony powtórnie do tegoż pułku kabardyńskiego jako szeregowiec, długo musiałem cierpieć mą niedolę, nim zostałem awansowany na stopień oficera; otrzymałem takowy w początku 1854 r. Zdawało się, że teraz szczęście przeważyło się na moją stronę.

Zostałem adjutantem I bataljonu, koledzy mię lubili, starszyzna szanowała. Lecz złe jeszcze mię nie porzuciło. Wojna sebastopolska[167] była powodem, że odebrano mi zajmowany przezemnie obowiązek; nie zrażałem się tem jednak, bom czuł wartość swoją.

Dla usprawiedliwienia się w tym punkcie, do­dam, że niepomyślne okoliczności doprowadziły ich do stanu godnego opłakania; dziwię się temu i nie wiem, jak o tem sądzić? Z doświadczenia wiem tylko, że cierpienia wzmacniają ducha człowieczego, potęgują naturalny jego porządek pojęć, czynią go dzielnym, roztropnym i energicznym. Lecz tu było przeciwnie: cierpienie osłabiło ich ducha. Byli wpra­wdzie i tu ludzie godni uwielbienia, lecz liczba ich była nader ograniczona i wpływ ich na ogół słaby. Ogół był prawie żaden, bo ogólna myśl była rozprzężona bez narodowej jedności, a to samo niweczyło wszelkie szlachetne usiłowania osób pojedynczych, bo i środki do tego nie były wstanie wywołać jakiej spójni i to przeszkadzało rozpierzchłe siły skupić do jednego ogniska narodowej jedności. Aby dojść do tego, potrzeba podźwignąć siłę moralną, jako główną sprężynę całej budowy społeczeństw ludzkich.

//251 Jeszcze się zwracam w stronę Kaukazu, aby go pożegnać na zawsze, dokończyć zarazem treści moich opowiadań. Jako żołnierz z bronią w ręku wiele przebyłem w tych, tak dla mnie pamiętnych stronach. W styczniu 1852 roku wojska nasze przechodząc po­raz pierwszy cala dolinę w Czeczeni od Arguna przez Uman Jurt[168] i Majertup do Mieczyka, naznaczyły całą tę stronę zniszczeniem. Odbywając razem tę wy­prawę, trafunkiem w Uman-Jurcie ujrzałem dom ojca Ezendy; był pusty i śladów bytności ludzkiej w nim nie było widać. W tymże czasie raniony w głowę za Urus-Martanem, aby mieć udział w całkowitej ekspedycji, musiałem przenieść nadludzkie cierpienia; jednakże usiłowania moje zostały uwieńczone, byłem nadgrodzony na placu boju krzyżem S-go Jerzego, co było dobrą zapowiedzią, że otrzymam pozwolenie mi powrócić do stron rodzinnych. Latem tegoż roku by­łem w nabiegach na Mieczykowskie auły; w Ordelach widziałem dom ostatniego mego gospodarza, z którego pomyślnie uszedłem na rosyjską stronę.

Silny opór mieszkańców w aule nie dopuścił ogólnego zniszczenia, musieliśmy cofać się z wielką stratą i trudnościami. Za to 1855 roku auł ten i wiele innych po rzekę Mieczyk do szczętu były zniszczone, za którą ekspedycję będąc w niej na nowo ranionym w rękę, otrzymałem stopień oficera. Mieszkańcy stron Mieczykowskich nic mając możności utrzymania się w Czeczeni, przeszli na stronę zwycięzców i zostali osiedleni około Kuryńska w Irti-su[169] pod ochroną wojsk rosyjskich.

//252 W tym czasie jako adjutant bataljonu znajdo­wałem się w Groźnej, gdzie mój bataljon zajmował miejsce wraz z innym garnizonem tej fortecy. W 1854 r., napadnięcie Szamila na wyśledzonych zbiegów mie­szkańców Irti-su spowodowało, żeśmy wystąpili na odsiecz. Za przybyciem do Irti-su zastaliśmy już tylko jedno pobojowisko świeżą krwią zbroczone gdzieniegdzie ciała poległych w boju Faulińców[170], Szamil z wielką stratą był odparty, auł Irti-su także od górali wycierpiał nie mało. Zabitych i ranionych miał dosyć. Ulokowawszy się tu obozem, natych­miast mieliśmy mnóstwo gości wdzięcznych nam Ir­tyszyńców; wielka liczba ich była mi znaną. Spotkawszy niewielkiego chłopca, który się nazywał ta­tarakiem imieniem Abubeker, zaprosiłem go do swego namiotu i po stosownem przyjęciu, zapytałem się o          moich dawnych znajomych. Gdy mię zawiadomił, że mój ostatni gospodarz także wyszedł na rosyjską stronę i mieszka w Irti-su, a do tego jeszcze w te­raźniejszej potyczce ciężko raniony, prosiłem, aby mnie natychmiast prowadził do niego, co i uczyniliśmy pośpiesznie.

Nowo osiedleni wychodźcy Czeczeni, sformowali nie wielki auł na północnej stronie gór Kaczkałykowskich w blizkości gorącego źródła wód mineral­nych zwanego u tuziemców Irti-su (gorąca woda). Dla zabezpieczenia ich od napadów niepodległych górali, władza naznaczyła im osobny garnizon wojsk, który mieścił się w małym bastjonie po za aułem wybudo­wanym i po części w samymże aule. Mimo to Sza-//253 mil podszedłszy z wielką masą górali, wdarł się do aułu, porobiwszy wyłomy w wale auł dokoła opasu­jącym, mieszkańcy aułu z sakli swoich mężny stawili opór góralom; wielu z jednej i z drugiej strony po­legło, a jeszcze więcej było ranionych. Mój kunak (przyjaciel) mieszkał około wału i naprzeciw jego sa­kli zrobiony był jeden z wyłomów. W obronie swo­jej własności został ciężko raniony, lecz zamknąwszy się w sakli, uniknął gorszego następstwa. Wszedłszy na podwórze jego domu. spostrzegłem staruszkę matkę z inną kobietą, wynoszącą kuferki ze stajenki, gdzie widać były schowane przed napadem. Z razu sta­ruszka nie zwracała na mnie żadnej uwagi, lecz gdym zapytał, odwracając się od niej, aby twarzy mej nie widziała, o ranionego jej syna, poznawszy mnie po głosie, rzuciła się do mnie z najszczerszem macierzyńskiem uczuciem, wymawiając ze łzami imię moje Abubeker. To miało miejsce na samym progu sakli. Chory, posłyszawszy moje imię, radośnie odezwał się wewnątrz sakli, głos jego zwrócił mój wzrok ku nie­mu ; jakiż rozrzewniający widok mnie uderzył. Chory leżał rozciągnięty na pościeli z rozbitym ramieniem, nie opatrzony żadnemi zaradczemi środkami, usiłujący podnieść się na moje powitanie. Około niego dziecię leżące bez najmniejszego okrycia na gołej ziemi, z zadartemi do góry nóżkami i rączkami, a którym przed chwilą ojciec bawić się musiał, zdawało się uśmiechem swoim przywoływać ranionego ojca do nowych sił i do życia. Ile prawdziwej rozkoszy ten //254 obraz przedstawiał w tej chwili, słowami tego opisać niepodobna; pojmie to tylko mieszkaniec natury.

Po pierwszych chwilach wspólnego uniesienia dowiedziałem się, że starszy syn mojej byłej gospo­dyni umarł w górach, córka starsza Zelbika wyszła za mąż w górach i tamże pozostała przy mężu, młod­szy syn Duderka, którego teraz oglądałem ranionego, ożenił się i został ojcem dziecięcia, z którym się ba­wił przed chwilą; młodsza córka Elbika była jeszcze panną, lecz znajdowała się natenczas u znajomych w aule pod redutą Kuryńską.

Wkrótce cała sakla napełniła się mieszkańcami Irti-su, wszyscy witali mię z oznakami najszczerszej radości, kobiety lat podeszłych w twarz się ze mną całowały, a dziewczęta nie wstydziły się ściskać me dłonie, wszystkich radość była nie do opisania; ty­siące posypało się rozmaitych zapytań, każdy rad wiedzieć historię dalszych moich przygód, gwar, śmiech, radość napełniły odrazu ubogą saklę, której w tej chwili nie zamieniłbym na najwspanialsze pa­łace, w których rzadko gości podobna szczerość.

Wśród podobnego chaosu, raptem jeszcze raz w progu imię moje wymówione i kobieta z dzieckiem w ręku rzuciła mi się w objęcia, wymawiając przez łzy, tamujące oddech, niezrozumiałe imiona: Osman, Mustafa i Ezend. Łkania jej na mojej piersi wśród powszechnej ciszy, chwilę się przedłużały, obecni prze­jęci poszanowaniem w milczeniu oddalili się z sakli, a ja pozostałem wśród rodziny pierwszy raz widzia­nej przezemnie kobiety, lecz gdy ta otarłszy łzy rąb-//255 kiern, na mnie spojrzała, rysy jej twarzy przypo­mniały mi razem całą historję życia mojego w gó­rach; to była wierna przyjaciółka mojej Ezendy z ma­łych Wedeni, później żona Mustafy, a teraz wdowa opłakująca męża, którego zwłoki zostały już złożone w mogile.

Takie jej było opowiadanie o dalszych wypad­kach, po mojem wydaleniu się z gór, w rodzinie Os­mana. Stary Osman po utracie jedynej ukochanej córki, która sobą przypominała żywy obraz matki, miał tylko dwie rzeczy do życzenia: Zemstę krwi i przeniesienie się do wieczności. Pierwsze trapiło go do tego stopnia, że prawie nie jadł i nie spał, przez co ucierpiał wiele na zdrowiu, lecz pod tym względem życzenia jego były spełnione; na wiosnę, po śmierci córki jego, gdy śniegi jeszcze nie potopniały, na mogile Ezendy znaleziono głowę Mahmuda, sterczącą na kindżale trzonkiem wetkniętym w zie­mię, następnie szczątki ciała jego i odzieży w lesie. Osmana z synem kazano natychmiast uwięzić. Bie­dny starzec ze łzą radości szedł do jamy, która stała się jego mogiłą. Mustafa zaś straciwszy wszystko, przez starania krewnych i przyjaciół, pozyskał wol­ność, osiadł na nowo w domu ojca swojego, ożenił się, a później po zburzeniu aułu Osman-Jurt i po za­jęciu przez wojska rosyjskie Wielkiej Czeczeni, jako wychodziec osiadł wraz z innymi w Irti-su i tu pod­czas napadu został zabity, pozostawiwszy syna Mahomeda i biedną wdowę żonę swoją z maleńką jeszcze //256 u piersi Ezendą. Taki był koniec tych, z którymi mię losy ścisłą przyjaźnią powiązały.

Na pamiątkę Ezendy, zdrój przy którym wyznała swe dla mnie przywiązanie, łzą jej został nazwany, a skała, pod którą zdrój ten przecieka, Abubekera skałą się zowie.

W roku 1858 powróciłem do kraju. Jakie uczu­cia napełniały mą duszę na widok rodzinnej strony, krewnych, przyjaciół i znajomych, ten tylko zrozumie kto jak ja był piętnaście lat na obcej ziemi, kto tylekrotnie spotykał się z widoczną śmiercią i utra­ciwszy zupełnie nadzieję oglądania kiedykolwiek stron ojczystych, doczekał się nakoniec, że się zna­lazł pod temże niebem, pod którem najpierw światło ujrzał, i spoczął na tej ziemi, na której czołgał się w swojem niemowlęctwie.

 

 

KONIEC


 

Indeks nazw osobowych i geograficznych

Numeracja odwołuje się do oryginalnej paginacji stron

 


Abraham: 114

Acihi-Dzubutty, auł: 240

Achulgo, auł: 118-119

Aczeryżki, auł: 240

Ahulgo-Cicaberli-Szuty, auł: 240

Ajmaki: 240

Aksaj, rzeka: 18, 20

Aktasz, rzeka: 19, 20, 30, 32, 57, 61, 62

Ali-Muchamet: 205

Almaki, auł: 240

Amir-Adżi- Jurt: 17

Andryjewski auł: 20, 21

Andy, góry: 26, 57, 61,

Andyi, auł: 68, 86, 165-166, 240

Andyjcy: 56, 59, 67, 84, 218

Andyjskie jezioro: 69

Augustowskie woj.: 6

Argun, rzeka: 38, 42, 157, 244, 251

Arżeni, auł: 240

Astrachań; 36

Aszeryszki, auł: 226

Asztelu, góra: 27

Awarja: 73, 81, 113, 119, 122

Awarski Chanat: 112

Ażbuty, auł: 240

Bachmut: 10

Bariatyński Książe, 26

Batliety (Bałliety, auł: 244

Besz-tau: 11, 13

Bilky: 240

Bomut, auł: 158-159

Burnu, forteca (Piotrowskie): 121

Bwitunaj, auł: 240

Ceky-Kotor (Cecy-Kotor), auł: 229, 240

Chorczy-Czermny, auł: 240

Cudacharski, auł: 83

Czaberli, auł: 69, 121

Czaberlińskie, jezioro: 69, 70

Czarne Morze: 14

Czeczeni: 18, 32, 43, 44-57, 64, 78, 119, 145, 149, 161, 196, 217, 239—240, 248, 252

Czeczenia: 42, 159, 240

Czerwlońska stanica: 16

Czoch: 122

Dagestan: 71, 74, 109

Daniel-Bek: 116-117, 141

Dargo: 20, 26, 27, 29, 57, 58, 85, 86, 103, 240

Dawidow: 92-93, 98

Dlitowski: 28

Dylów, auł: 240

Dywir-Chodżjo, Kady: 183

Dżałka (Działna), rzeka: 42, 232

Dżawrail Chadżj (Chadzjo): 88, 90

Dżemat-Edin: 116, 118, 161, 180

Eczkiriański las (iczkeryński): 41, 57, 244

Engel-Jurt: 18

Elbrus: 11

Elstanzy, auł: 240

Erejteg, generał: 30

Essentuki: 12, 13

Europa: 11
Ezseni, auł: 222

Floki (Tlok, Tłoki), auł: 75, 81, 166, 240

Frejtag, gen.: 23

Gansau, rzeka: 42

Gamza, rzeka: 155

Geidygen, auł: 240

Georgiejewsk: 10, 14, 15

Gergebil (Gengebiel, Gergibiel)): 119, 121-122, 160 165, 206-207

Gerzel-Auł; 22, 31

Giermenczuk (Germanczuk), auł: 145, 232, 240

Gimry, auł: 113, 212

Gołaszki: 42

Gojta: 157

Grozny (Groźna): 17, 38, 157, 158, 236, 252

Gruzini: 78

Gruzińska droga wojenna: 14

Gruzja: 73

Guderes, rzeka: 42, 232

Guman (Gumen), rzeka: 232, 235

Gumsu, rzeka: 42

Guni, auł: 222, 225, 240

Gunzak, twierdza: 121

Hadży Murat: 113

Hamzat-Bek: 108, 112-115,

Han-kała, góra: 157

Hunzak: 112-113, 119

Hurko, generał: 118

Indy-Jurt, auł: 240

Irti-su, auł: 251-255

Iskander-Bek (Eskander-Bek): 160, 167

Itali-kotor:240

Jachji (Jochij) Chadzjo: 205, 207

Jarak, rzeka: 20

Jermołow, generał: 107, 144

Jussup efendi: 90, 148, 154, 156, 157, 159

Kabarda: 38

Mała Karbarda: 141

Mary-Kotor, auł: 240

Miszkiety:  240

Mozdok: 207

Nazranowcy: 154

Kabardyjska równina: 10

Kaczałykowskie, góry: 42, 229, 232, 252

Kalinowo: 6

Kałmucy: 109

Karahi: 122

Karaj-Su (Karakojsu), rzeka: 74, 81, 83, 167

Kaukaz: 5, 7, 9, 10, 14, 108-110

Kaspijskie Morze: 14, 41

Katen-Jurt, auł: 240

Kazbek: 11

Kazi-Muhamet: 117-118, 148, 206

Kazi Mułła: 107, 111-112,144 179

Kikuszy (Kikuny), twierdza: 122, 207

Kisłowodsk: 13

Kizlar: 36, 238

Klinger: 235-236

Koczaty, auł: 240

Koj-su, rzeka: 167

Kozacy Dońscy: 9

Kumycy: 18, 32, 42

Kumykska płaszczyzna: 17, 19, 41, 42

Kurczeli, auł: 228

Kuryńska forteca (Osenyur): 248, 251, 254

Kwoczel-Jurt, auł: 240

Lezgia: 71

Lezgini: 71, 73

Łabazan, naib: 68, 84-86

Mała Czeczenia: 17, 38, 42, 157, 244

Maszuk:11

Mayhomy Kibyli: 171

Mazglanku, auł:  240, 242

Mejertup, auł: 240, 251

Miczyk (Mieczyk), rzeka: 41, 42, 48, 232, 237, 248, 251

Mieticlty, auł: 240

Mozdok: 16, 36

Muni, auł: 240

Murawjew genreał: 13

Naur: 16

Nogajowie: 109

Oczhaj (oczekaj), twierdza: 157, 159

Oken-Jurt, auł:  240

Ołtury (Ołtory), auł: 116, 155, 206, 240

Ordeli, auł: 48, 232-233, 240, 245

Ormianie: 16, 36

Osa, rzeka: 159

Osman-jurt, (Uman-Jurt, Uzman-Jurt)auł: 203, 235, 240, 255

Pasek, generał

Piatigorsk: 11, 12, 13

Piotr I Wielki: 108

Podkumyk, rzeka: 14

Praga (dzielnica Warszawy): 9

Rewieński, pułk. : 18

Rosja: 9, 10, 12, 108, 109, 154

Rusiecki (Rusalski): 139-142, 158

Sałatawia: 41

Sałty (Sałły), twierdza: 122, 165, 168-169, 174-175, 182

Sezoni, auł: 240

Solec: 8

Stawropol: 10, 15, 36, 38

Su, rzeka: 20

Sudża, rzeka: 41, 42

Sugratt: 122

Sułak, rzeka: 41, 73-74, 167

Sułtan-Kali: 244

Sułtan-Herli-Kata, auł: 240

Szali, auł: 240

Szamil: 5, 18, 20, 23, 25, 26, 33, 36, 38, 43, 57, 68, 85, 86, 88-92, 98, 103, 112-122, 128-129, 134, 138-143, 152, 154-155, 158-161, 168-169, 175-176, 179, 182-189, 194, 201-202-214, 218, 222, 228, 235, 237, 244, 247, 252-253

Szamil-Jurt, aul: 240

Szawdony, rzeka: 42

Szarcowcy, auł: 240

Szarzen-Kotor, auł: 228

Szuaib-Mułła: 41

Szuboty, auł: 240

Szuni, auł: 240

Szczedryńska stanica: 16

Szełkmodzka stanica: 17

Szerzeń-Kotor, auł: 240

Tatarzy Kazańscy, 107

Tauli, góry: 41, 231

Taulia: 73-75, 119, 121-122, 124, 132, 165, 192, 195, 208, 211-213, 218

Taulińcy: 59, 77, 80-82, 84, 161, 217

Taulińskie, góry: 67

Tasz-Kiczu (Taskiczu): 18, 19, 32, 41

Temir-Chan-Szura: 25, 27, 122

Terek, rzeka: 16, 17, 38, 41, 61, 238

Tilitli, auł: 82

Ukraina: 9

Umachan-Jurt, twierdza: 229, 251

Urus-martan: rzeka: 157

Warszawa: 6

Wedeni: 85, 148, 160, 176, 179, 222, 243-244

Wedeni małe: 86, 95, 103, 124-125, 177, 203, 254

Wedeni wielkie: 86, 103, 125

Wielka Czeczenia: 38, 41, 42, 116, 155, 203, 208, 222, 227, 229

Wozdwiźnieńska forteca: 38, 157

Wniezapna forteca: 15, 17, 19, 20, 21

Woroncow Michaił: 20, 25, 30, 67, 247

Wrewski, generał: 141

Zakan-jurt, twierdza: 157, 228

Zirania, twiedza: 119, 121

Żelaznowodsk: 13

Żydzi górscy 16


 


 

Przypisy



[I] Wincenty Dawid (1816 – 1897) pochodził ze Szczebrzeszyna. Był nauczycielem gimnazjum w Lublinie.
W 1844 trafił do służby wojskowej na Kaukaz. Do kraju wrócił w 1853 r. Wówczas zaczął publikować artykuły i książki o Kaukazie

[II] W latach 30. i 40. XIX wieku na Kaukazie w carskiej armii służyło około 40 pisarzy i poetów, wokół których skupiało się życie kulturalne przebywających tam Polaków. Oddziaływali oni nie tylko na kręgi rodaków, ale całą elitę intelektualną tych terenów. Byli otoczeni sympatią i szacunkiem swoich środowisk. Określano ich mianem poetów kaukaszczyków, nazywano ich również kaukaską grupą poetów, której formalnie nigdy nie tworzyli. Do tej grupy zaliczano też Karola Kalinowskiego po ukazaniu się jego dzieła.

[III] Świętokrzyżowcy, Zbór Ziemski Stowarzyszenia Ludu Polskiego, nazwa potoczna tajnego sprzysiężenia, założonego w Warszawie w 1836 r. przez Gustawa Ehrenberga, jako filia Stowarzyszenia Ludu Polskiego (nazwa od miejsca zamieszkania i zebrań członków spisku przy ul. Świętokrzyskiej). Członkami była głównie młodzież szkolna i akademicka oraz inteligencja urzędnicza. W 1838 r. związek rozbito nastąpiły aresztowania. Aktywnymi działaczami byli: A. Krajewski, S. Mrozowicz,
M. Olszewski, A. Wężyk.

[IV] Tomasz Werner (ur. ok. 1825 r.) członek tajnego Związku Narodu Polskiego w Królestwie Polskim.
W 1843 r. aresztowany i wcielony do wojska w Korpusie Orenburskim gdzie służył do 1857 r.

[V] Henryk Wokulski (ur. ok. 1825 r.) urzędnik Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu Królestwa Polskiego. Organizator kółka spiskowego w Warszawie planującego zamach na cara Mikołaja I.
 W 1844 r. aresztowany, do 1857 na zesłaniu na Syberii.

[VI] G. Piwnicki, Polacy wojskowi i zesłańcy w carskiej armii na Kaukazie w XIX i na początku XX wieku, Toruń 2001, s. 54.

[VII] W. Jesiewieki, Na syberyjskim zesłaniu, Warszawa 1951, s. 20 – 21.

[VIII] G. Piwnicki, op. cit., s. 26 – 27.

[IX] Russkaja wojennaja istoria, t. I – II, Petersburg 1877 – 1878, s. 209.

[X] L. G. Beskrownyj, Russkaja armiia i flot w XIX wiekie, Moskwa 1973, s. 381.

[XI] G. Piwnicki, op. cit., s. 92.

[XII] A. Chodubski, Aktywność kulturalna Polaków w Azerbejdżanie w XIX i na początku  XX wieku, Gdańsk 1986, s.94.

[XIII] J. Reychman, Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX w., Warszawa 1972, s. 268.

[XIV] Temir-Chan Szura, w 1832 r. dowodzący oddziałem wojskowym w Dagestanie , podpułkownik Kluki von Klugenau uznał to miejsce jako ważny punkt o znaczeniu strategicznym do działań wojennych. Założył fortyfikację, początkowo wybudowano kilkanaście ziemianek, opasano je darniowym wałem
i pozostawiono w nich dwie kompanie piechoty. W 1833 r. założono ogród i wybudowano kolejne ziemianki, które mogły pomieścić dwa bataliony wojska. W 1834 r. pułkownik von Klugenau przeniósł do Temir-Chan-Szury sztab Apszerońskiego pułku piechoty, którym dowodził. Mianowany generał- majorem przeniósł się do Szury ze swoim sztabem. W 1838 r. zainstalowano w garnizonie baterię artylerii, a 1839 r. urządzono szpital wojskowy. Ze składek żołnierzy polskich wybudowano kościół katolicki. W 1842 r. połączono Temir-Chan-Szurę z Europą i innymi miejscowościami na Kaukazie.
W 1843 r. przybył sztab pułku Kozaków dońskich, a w kolejnych latach pułki i sztab 14 dywizji , dwóch brygad i dwóch pułków. W 1847 r. Temir-Chan-Szura została ośrodkiem zarządu wojskowego
i cywilnego całego Dagestanu. Skromny niegdyś auł przekształcił się w największy garnizon wojskowy Północnego Kaukazu.

[XV] Dziś nieżyjący, zm. 1882 r. w Warszawie. (Literami oznaczono przypisy autora.)

[XVI] Jakkolwiek Pamiętniki te były drukowano wyjątkami przed paru laty w Gaz. Lub. lecz ogłaszamy je pragnąc, zapoznać z niemi szersze koło Czytelników, uzupełniając zarazem wielu ustępami podług: pierwotnego rękopismu.

[XVII] Czytelnicy może sobie przypominają te same okoliczno­ści, opowiedziano we Wspomnieniach Kaukazkich Winc. Dawida, drukowanych w Gazecie Lubelskiej w r. 1878.

[XVIII] Znakomite to wystąpienie Szamila z, siły w jakiej przed tem nie widziano występujących górali, bo do 20000 wojska wyno­szącą, obrachowane było na pewne, że wszyscy Czerkiesi prawego skrzydła przejdą na stronę tego wodza. Tymczasem, Kabardyńcy, Szapcugowie, Swaneci i inne ludy prawego skrzydła mieszkający po za Kubanią, inaczej patrzeli na Szamila, niż sam mnie­mał. Ludy to starorycerskie, arystokratycznego usposobienia i rządu, przywiązano do swych książąt od wieków nad nimi panują­cych. Niechętnie więc przeszliby pod silną władzę Szamila, gdy tymczasem Czeczeńcy, Awarowie, Lezginy i inni górale lewego skrzydła rządzili się zwyczajami i ustawami czysto demokratycznemi, Szamilowi ulegali z wolnego wyboru. P. R

[XIX] Podobne wypadki nieraz się wydarzały w owej epoce, do której odnosi się to opowiadanie. Dość było wychylić się za. bramę fortecy, albo znajdować się samemu w ogrodach pod samą fortecą zwykle uprawianych, aby się znaleźć w szponach Cze­czeńca, który chciwie zaczajony czatował na łup podobny. P. R.

[XX] Czadra — biała duża zasłona którą się okrywają wschodnie kobiety.

[XXI] Czytaj o tym wypadku „Szkice Kaukazu” Andrzejkowicza.

[XXII] Był nim W. Dawid, zostający wtedy jako prosty żołnierz w wojsku kaukaskiem.

[XXIII] Skórzane wory.



[1] Wojna Kaukaska – konflikt zbrojny pomiędzy Imamatem Kaukaskim a Imperium Rosyjskim trwający w latach 1817 – 1864.

[2] Bachmut – miasto na wschodniej ukrainie w regionie Donieckim położone nad rzeką o tej samej nazwie. Początek osadnictwu w XVI w. dała zlokalizowana tam  stanica, na początku XVIII w. przekształcona w fortecę i więzienie.

[3] Stawropol – miasto w Południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Początek osadnictwu dala twierdza będąca częścią linii umocnień Azow - Mozdok.

[4] Piatigorsk – miasto w południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Znane uzdrowisko słynące z mineralnych wód. Nazwę wzięło od pobliskiej góry Besztau ( 1401 m. n.p.m.) o pięciu szczytach.

[5] Besztau (1401 m. n.p.m.) – tur. „Pięciogórze”, masyw wulkaniczny w południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Swoją nazwę zawdzięcza pięciu szczytom. W jego okolicach założono liczne uzdrowiska słynące z obficie występujących wód mineralnych.

[6] Maszuk (993 m. n.p.m.) – góra pochodzenia wulkanicznego nieopodal Piatiorska.

[7] Kazbek (5033 m. n.p.m.) – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu. Nieopodal szczytu przebiega Gruzińska Droga Wojenna.

[8] Elbrus – najwyższa góra Kaukazu o charakterystycznych dwóch szczytach Zachodnim (5642 m n.p.m.) oraz Wschodnim (5621 m n.p.m).

[9] Essentuki (ws. Jessentiuki) – miasto w południowej Rosji, na przedgórzu Kaukazu nieopodal Piatigorska. Znane uzdrowisko słynące z mineralnych wód.

[10] Żelaznowodsk – miasto w południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Znane uzdrowisko położone niedalego Piatigorska.

[11] Pelagia Murawjow z domu Szeremietewa (ur. 1802 – zm. 1871) od 1818 r. żona rosyjskiego oficera i urzędnika Michaiła Murawjowa (ur. 1796 – 1866), Generał-gubernatora Kraju Północno-Zachodniego obejmującego tereny Białorusi i Litwy, który brał czynny udział w tłumieniu postania styczniowego oraz tworzył politykę represji wobec Polaków w regionie.

[12] Kisłowodsk – miasto w Południowej Rosji na przedgórzu Kaukazu. Uzdrowisko położone niedalego Piatigorska.

[13] Gruzińska Droga Wojenna – szlak biegnący w poprzek Wielkiego Kaukazu. Łączy stolicę Gruzji Tbilisi z Władykaukazem w Osetii Północnej.

[14] Wniezapna forteca (ros. Внезапная крепость) – twierdza będąca częścią Kaukaskiej linii umocnień, założona w 1819 r. Współcześnie pozostałości twierdzy znajdują się na południe od wsi Andrej auł (ros. Андреево), nieopodal Chasawjurtu w Dagestanie.

[15] Mozdok – miasto w republice Północnej Osetii-Alanii należącej do Federacji Rosyjskiej. W miejscu wcześniejszego osadnictwa nad rzeką Terek, w 1763 r. wzniesiono twierdzę, która miała się stać się najbardziej na wschód wysuniętą częścią linii umocnień Azow - Mozdok.

[16] Górscy Żydzi – grupa etniczna Żydów, osiadłych na północno wschodnim  Kaukazie na pograniczu Czeczenii, Dagestanu i Azerbejdżanu. Początki osadnictwa grupy sięgają ok. VI w.  kiedy mieli oni przybyć z Persji i Bizancjum. Posługiwali się w języku tat należącym do irańskiej grupy językowej. Współcześnie potomkowie Górskich Żydów zamieszkują głównie Izrael, Rosję i Azerbejdżan.

[17] Naur (ros. Наурская) – wieś w Republice Czeczenii należącej do Federacji Rosyjskiej, leżąca nad brzegiem Tereku, 48 km od Groznego. Dawna stanica kozacka w której znajdował się szpital (w przypadku mniej znanych miejsc i osób podano również pisownie rosyjską).

[18] Czerwlenna (ros. Червлённая) – wieś w Republice Czeczenii należącej do Federacji Rosyjskiej, leżąca nad brzegiem Tereku, 33 km od Groznego. Jedna z pierwszych stanic Kozackich w tym regionie.

[19] Szczedryńska stanica (ros. станица щедринская) – wieś w Republice Czeczenii należącej do Federacji Rosyjskiej, leżąca nad brzegiem Tereku.

[20] Terek – rzeka na Kaukazie Północnym o długości 623 km. Jej źródła znajdują się na  stokach Wielkiego Kaukazu na terytorium Gruzji, przepływa przez Osetię Północną, Czeczenię i Dagestan i uchodzi do Morza Kaspijskieg.

[21] Szelkowska (ros. Шелковска́я) – wieś w Republice Czeczenii należącej do Federacji Rosyjskiej, leżąca nad brzegiem Tereku, nieopodal granicy z Dagestanem.

[22] Grozny (ros. Гро́зный) – miast, stolica Republiki Czeczenii należącej do Federacji Rosyjskiej. Początek osadnictwu dała twierdza Groźna założona w 1818 r. Od 1869 r. Miasto Grozny.

[23] Mała Czeczenia – obejmuje zachodnią część Czeczeńskiej równiny, Ałchanczurtowsą Dolinę (ros. Алханчуртская долина)  oraz Góry Sunżeńskie (ros. Сунженский хребет).

[24] Nikolajewska(ros. Николаевская) – wieś w Republice Czeczenii należącej do Federacji Rosyjskiej, leżąca na lewym brzegu Tereku, nieopodal wsi Czerwlenna (ros. Червлённая).

[25] Kumykską płaszczyzna (ros. Кумыкская плоскость) – region geograficzny w północno wschodniej części Kaukazu, ograniczony rzekami Terek i Sulak oraz wybrzeżem Morza Kaspijskiego.

[26] Postać niezidentyfikowana.

[27] Engel-jurt (ros. Энгель-Юрт) – wieś w Czeczenii położona na brzegu rzeki Aksaj (ros. Аксай), nieopodal Chasawjurtu (ros. Хасавюрт).

[28] Tasz-kiczu ( ros. Таш-Кичу) – współcześnie wieś Aksai (ros. Аксай) w Dagestanie położona na prawym brzegu rzeki Aksai nieopodal Chasawjurtu (ros. Хасавюрт).

[29] Aksaj (ros. Аксай) – rzeka w Czeczenii i Dagestanie o długości 144 km. Lewy dopływ rzeki Aktasz (ros. Акташ).

[30] Kumycy – naród pochodzenia Tureckiego, zamieszkujący nizinną częścią Dagestanu zwaną również kumykską płaszczyzną (ros. Кумыкская плоскость). Język kumycki do XX w. był językiem kontaktów politycznych i handlowych na północno-wschodniej części Kaukazu. Kumycy wyznają islam sunnicki. Współcześnie zamieszkują głównie Dagestan ale i Osetie Północną i Czeczenię.

[31] Czeczeni – najliczniejszy naród kaukaski zamieszkujący górskie tereny Półnovnrho Kaukazu. Czeczenii wyznają islam sunnicki i  zasłynęli z długotrwałego oporu przeciwko ekspansji rosyjskiej. Współcześnie zamieszkują w większości Republikę Czeczeńską wchodzącą w skład Federacji Rosyjskiej, ale także Dagestan i Inguszetię.

[32] Jarak-su (ros. Ярак-су) – rzeka w Czeczenii i Dagestanie, dopływ Aksaju (ros. Аксай).

[33] Michaił Woroncow (ur. 1782 – zm. 1856), rosyjski polityk i oficer. Uczestnik wojen napoleońskich, generał gubernator Nowej Rosji, którą przemienił we wzorcową gubernie. Od 1844 r. Głównodowodzący wojsk na Kaukazie i Namiestnik we wszystkich okręgach z nieograniczonym pełnomocnictwem. Prowadząc umiejętną politykę, potrafił zjednać sobie zarówno arystokrację jak i różnorodne etnicznie społeczeństwo Kaukazu Południowego.

[34] Dargo (ros. Дарго) – wieś w Czeczeni nieopodal Wedeni (ros.Ведено). Siedziba Imama Szamila, zdobyta przez Rosjan w 1845 r.

[35] Gerzel-Auł (ros. Герзель-Аул) – wieś w Czeczenii położona na brzegu rzeki Aksaj (ros. Аксай), nieopodal Chasawjurtu (ros. Хасавюрт).

[36] Iczkeriński las – lasy położone między miastami Chasawjurt (ros. Хасавюрт) a Gudermes (ros. Гудермес). Miejsce bitwy z 1842 r. pomiędzy wojskami rosyjskimi a czeczeńskimi zakończonej klęską Rosjan pod dowództwem gen. Pawła Grabbe (ros. Павел Граббе).

[37] Robert Freytag (ros. Роберт Фрейтаг) (ur. 18002 – zm. 1851), rosyjski oficecer związany przez przeważającą część swojego życia z Korpusem Kaukaskim. Uczestnik licznych walk w Dagestanie a później dowódca lewej flanki Kaukskiej linii umocnień. Brał udział w opsywanej wyprawie na Dargo w 1845 r. Trzy lata później został mianowany na stanowisko generalnego kwatermistrza armii.

[38] Temir-Chan- Szura (ros. Темир-Хан Шура), nazwa obowiązująca do 1917 r.  – współcześnie Buinaksk (ros. Буйнакск) – miasto w Dagestanie, 41 km od Machaczkały.

[39] Dagestan – region leżący na Północnym Kaukazie, obecnie Republika Dagestanu ze stolicą w Machaczkale wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej.

[40] Aleksandr Bariatinski (ur. 1815 – zm. 1879) – rosyjski oficer i arystokrata. Od 1836 r. członek Korpusu Kaukaskiego. Początkowo adiutant księcia Aleksandra (późniejszego cara Aleksandra II). Uczestnik wyprawy na Dargo w 1845 r. Po krótkim pobycie w Polsce, wraca na Kaukaz gdzie kontynuuje karierę wojskową. Od 1856 r. Dowódca Korpusu Kaukaskiego oraz gubernator Kaukazu. W czasie jego służby doszło do pojmania Imama Szamila i zakończenia wojny kaukaskiej.

[41] Asztelu, góra – mejsce niezidentyfikowane.

[42] Kindżał – rodzaj długiego noża (prostego lub zakrzywionego) wywodzącego się z Kaukazu. Jego nazwa jest pochodzenia gruzińskiego. Był powszechnie używany jako broń biała przez ludy kaukaskie a także w Turcji i Persji. W późniejszym okresie został przejęty przez Kozaków i inne formacje armii rosyjskiej.

[43] Szaszka- rodzaj zakrzywionej, bezjelcowej szabli o rękojeści przypominającej z profilu głowę ptaka. Broń ta wywodzi się z Kaukazu a jej nazwa w języku kabardyjskim oznaczała „duży nóż”. W późniejszym okresie została przejęta przez Kozaków i inne formacje armii rosyjskiej.

[44] Diomid Pasek (ros.  Диоми́д Пассек) (ur. 1808 - zm. 1845), rosyjski generał uczestnik Wojny Kaukaskiej.

[45] Patrz przyp. 37

[46] Czerkieska – płaszcz rozpowszechniony wszechniony wśród wielu narodów Kaukazu. Pierwotnie przejęty przez Czerkiesów od Chazarów a następnie przez inne narody kaukaskie i kozaków. Zwykle sięgający nieco poniżej kolan, ściągnięty pasem i z krutkimi rękawami ułatwiającymi walkę. Rozpoznawalnym elementem czerkieski były pasy na naboje.

[47] Beszmet – koszula z wysokim stojącym kołnierzem, popularny element kaukaskiej garderoby.

[48] Kizlar (ros. Кизля́р) – miasto w Dagestanie nad rzeką Terek. W miejscu wcześniejszego osadnictwa, w 1735 r. wzniesiono twierdzę która dała początek miastu. W XIX w. ważny punkt tranzytowy w handlu między Rosją a Kaukazem Północnym i Persją.

[49] Wielka Czeczenia – obejmuje środkowo-wschodnią część czeczeńskiej równiny.

[50] Argun (ros. Аргу́н) – rzeka na Północnym Kaukazie o długości 148 km. Dopływ Sundży (ros. Су́нжа).

[51] Sundża (ros. Су́нжа) – rzeka na Północnym Kaukazie o długości 278 km. Dopływ Tereku.

[52] Sułak (ros. Сулак) – rzeka w Dagestanie o długości 144 km. Tworzy się ze zbiegu rzek Awarskiego Koisu oraz Andyjskiego Koisu. Uchodzi do Morza Kaspijskiego.

[53] Miczyk (ros. Мичик) – rzeka w Czeczenii o długości 36 km. Dopływ Sundży (ros. Су́нжа).

[54] Sałatawija – Region historyczny w Dagestanie przy granicy z Czeczenią. Współcześnie tereny Kazbekskiego Rejonu (ros. Казбековский район).

[55] Szuaib Mułła (ros. Шоаип, Шуаиб-мулла) - naib Imama Szamila, dowódca sił czeczeńskich podczas Iczkeryńskiej bitwy (patrz Iczkeryński las). Zastosowana przez niego taktyka ataku rozproszonymi siłami  przyniosła zwycięstwo i była z powodzeniem stosowana podczas całej wojny.

[56] Współcześnie Gudermeski Grzbiet (ros. Гудермесский хребет) – niewielki łańcuch górski o długości ok. 30 km nieopodal miasta Gudermes (ros. Гудермес). Najwyższy szczyt  Geiran Kort Гейран-Корт 428 m. n.p.m.

[57] Prawdopodobnie Gansol (ros. Гансол) – niewielka rzeka w Czeczenii o długości 19 km. Dopływ Miczyka (ros. Мичик).

[58] Gumsu – prawdopodobnie rzeka Biełka (ros. Белка) zwana również Gums (ros. Гумс) lub Gudermes (ros. Гудермес). Rzeka w Czeczenii o długości 80 km. Dopływ Sundży (ros. Су́нжа). 

[59] Dżałka (ros. Джалка) – rzeka w Czeczenii o długości 77 km. Dopływ Sundży (ros. Су́нжа).

[60] Gudermes (ros. Гудермес) – prawdopodobnie rzeka Biełka (ros. Белка) zwana również Gums (ros. Гумс). Rzeka w Czeczenii o długości 80 km. Dopływ Sundży (ros. Су́нжа).

[61] Szawdony – rzeka niezidentyfikowana

[62] Gołaszki (ros. Галашки) – wieś w Inguszeti położona na lewym brzegu rzeki Assa (ros. Асса).

[63] Ordeli – miejsce niezidentyfikowane.

[64]Andyjczycy – naród kaukaski zamieszkujący region w zachodnim Dagestanie przy granicy z Czeczenią. Jego centrum stanowiła wieś Andi (ros. Анди ).

[65] Aktasz (ros. Акташ) – rzeka w Dagestanie o długości 156 km. Dopływ Sułaku (ros. Сулак). Jednakże miejscowość Dargo którą opisuje Autor leży nad rzeką Aksaj nie nad Aktaszem.

[66] Określenie Taulińcy nie jest nazwą etniczną. Wyrażenie to pochodzące z języka gruzińskiego oznacza „ludzi gór” i odnosiło się do mieszkańców górskiej części Dagestanu, głównie Awarów.

[67] Miejsce niezidentyfikowane.

[68] Andyjski Grzbiet – pasmo górskie położone na granicy Czeczenii i Dagestanu.

[69] Autorowi prawdopodobnie chodziło o Andyjskie Kojsu (ros. Андийское Койсу) – rzekę na pograniczu Gruzji i Rosji. Lewy dopływ Sułaku.

[70] Andi (ros. Анди ) – wieś w Dagestanie na południowym stoku Andyjskiego Grzbietu.

[71] Andyjskie wrota – przełęcz na wysokości 2507 m. n.p.m., Na Andyjskim Grzbiecie nieopodal wsi Gagatli (ros. Гагатли) w Dagestanie.

[72] Jezioro Kezenojam (ros. Кезенойам) – największe i najgłębsze jezioro na Kaukazie. Położone jest nieopodal Andi (ros. Анди ) na granicy czeczeńsko-dagestańskiej.

[73] Lezgini- naród zamieszkujący pogranicze dagestańsko-azerbejdżańskie. Ze względu na liczebność, w XIX w. określano tym mianem wszystkich mieszkańców Dagestanu. Lezgini zajmowali się głównie rolnictwem i rzemiosłem choć znani byli również z napadów na sąsiednie regiony Gruzji.

[74] Taulia – określienienie górskiej części Dagestanu, zob. Taulińcy.

[75] Awaria – nazwa regionu w Dagestanie na pograniczu Czeczenii, Dagestanu i Gruzji. Nazwę zawdzięczał Awarom narodowi pochodzenia kaukaskiego, drugiego pod względem liczebności na Kaukazie Północnym. Silny ośrodek oporu przeciwko władzy rosyjskiej na Kaukazie.

[76] Autorowi prawdopodobnie chodziło o Awarskie Kojsu (ros. Аварское Койсу) – rzeka w Dagestanie o długości 178 km. Prawy dopływ Sułaku.

[77] Sułak (ros. Сулак) – rzeka w Dagestanie o długości 144 km. Tworzy się ze zbiegu rzek Awarskiego Koisu oraz Andyjskiego Koisu. Uchodzi do Morza Kaspijskiego.

[78] Prawdopodobnie autorowi chodziło o Awarskie Koisu oraz Andyjskie Koisu.

[79] Prawdopodobnie Tloch (ros. Тлох) – wieś w Dagestanie nad Andyjskim Koisu.

[80]Prawdopodobnie Teletl (ros. Телетль) – wieś w Dagestanie w Szamilskim rejonie.

[81] Cudahar (ros. Цудахар) – wieś w Dagestanie nad Kazikumskim Kojsu (ros. Казикумухское Койсу).

[82] Labazan z Andi – naib Imama Szamila znany z wyjątkowej dzielności.

[83] Naib – namiestnik o władzy wojskowej i administracyjnej. Terytorium Imamatu Kaukaskiego zostało podzielone na na jednostki terytorialne zwane naibstwami.

[84] Miuryd – dosłownie „uczeń”. Osoba zgłębiająca Islam oraz Sufizmu. Powszechne określenie na ucznia Imama Szamila dlatego też cały ruch zwano Miurydyzmem. Jego istotą było porzucenie prawa zwyczajowego adatu i przyjęcie szariatu tj. prawa islamskiego oraz  gazawat tj.  walka w obronie Islamu.

[85] Z opisu Autora wynika, że stolicę Szamila przeniesiono do aułu Benoj-Wedeno (ros, Беной-Ведено) położonego na wschód od Dargo. Jednak można się domyślać, że rzeczywistą stolicą było Wedeno (ros. Ведено) wieś położona na zachód od Dargo którą oddzielała rzeka Gudermes (ros. Гудермес) zwana również Gums (ros. Гумс).

[86] Kumiskira - nie udało się ustalić pochodzenia tego terminu.

[87] Postać niezidentyfikowana. Być może chodzilo o osobę która odbyła pielgrzymkę do Mekki z honorowym tytułem Hadżi. W dalszej części określeniem Chadżjo autor określa również gospodarza.

[88] Możliwe że chodzi o  Jusufa Hadżi Safarowa (ros. Юсуф-Хаджи Сафаров) – jednego z najbardziej znanych naibów Imama Szamila. Jusuf Hadżi odebrał staranne wykształcenie w Turcji, był znakomitym dowódcą i inicjatorem wielu reform Imamatu. Od 1853 r. popadł w niełaskę Szamila i po trzech latach zbiegł do twierdzy Groźnej gdzie zmarł zaraz po przybyciu.

[89] Szamchalstwo Tarkowskie – państwo istniejące na terytorium dzisiejszego Dagestanu ze stolicą w miejscowości Tarki (ros. Тарки). W XIX w. państwo zostało przyłączone do Rosji i ostatecznie zlikwidowane w 1867 r.

[90] Tatarzy Kazańscy – grupa ludów tureckich wywodząca się z  terenów Mongolii. Brali udział w podbojach Czyngis-chana. W Europie słowo Tatar stało się synimem Mongoła. Po rozpadzie imperium Tatarzy utworzyli szereg chanatów w tym: Złotą Ordę, Chanat Kazański, Chanat Krymski, Chanat Astrachański czy Chanat Syberyjski. Stolicą Chanatu Kazańskiego stało się miasto Kazań. Państwo zostało podbite przez Wielkie Księstwo Moskiewskie w 1552 r.

[91] Aleksiej Jermołow (ur. 1777 – zm 1861), rosyjski wojskowy i polityk. Uczestnik wielu wojen w tym wojny z Napoleonem, wojny kaukaskiej i wojny rosyjsko-perskiej (1826-1828). Od 1816 r. przebywał na Kaukazie pełniąc rolę posła rosyjskiego w Persji i Gubernatora Kaukazu. Zainicjował budowę twierdzy Groźnej nad Sundżą.

[92] Gazi Muhammad (ur. 1795 – zm. 1832) znany również jako Kazi Mułła, islamski duchowny, pierwszy imam Imamatu Kaukaskiego.

[93] Hamzat-bek (ros. Гамзат-бек)(ur. 1789 – zm. 1834), drugi imam Imanatu Kaukaskiego w latach 1832-1834 obejmującego tereny dzisiejszego Dagestanu i Czeczeni.

[94] Piotr I Wielki (1672-17250, car Rosji z dynastii Romanowów w latach 1689-1721. Reformator, twórca potęgi państwa rosyjskiego.

[95] Kałmucy – naród pochodzenia mongolskiego zamieszkujący Kalmucję na stepach nadkaspijskich. Kałmucy wyznają buddyzm, Współcześnie w większości zamieszkują Kałmucką Republikę Chalmg–Tangcz należącą do Federacji Rosyjskiej.

[96] Nogajowie – naród pochodzenia tureckiego. Nogajowie wyznają islam sunnicki. Współcześnie w większości zamieszkują republikę Dagestanu i region Stawropolski.

[97] Chanat Awarski – państwo istniejące od XII do XIX w. w Dagestanie ze stolicą w Chunzachu (ros. Хунзах). W XIX w. państwo zostało przyłączone do Rosji i ostatecznie zlikwidowane w 1864 r.

[98] Hunzah (ros. Хунзах) – wieś w zachodnim Dagestanie.

[99] Chadżi-Murat (ros. Хаджи-Мурат) (ur. ok 1790 – zm 1852), przybrany brat awarskich chanów, jeden z liderów walki zbrojnej przeciwko Rosji. Naib Imama Szamila.

[100] Gimry (ros. Гимры) – wieś w Dagestanie. W Gimrach urodziło się dwóch przywódców Imamatu Kaukaskiego, Gazi Muhammad oraz Imam Szamil.

[101] Awtury (ros. Автуры) – wieś w Czeczenii położona nieopodal miasta Szali (ros. Шали).

[102] Daniel-Bek (ros. Даниял Бек) (ur. ? – zm. 1870) – ostatni władca Sułtanatu Ilisu, był w służbie rosyjskiej lecz przeszedł na stronę Szamila. Stał się jednym z najważniejszych naibów posiadających własne wojsko, choć pod koniec wojny przeszedł jednak na stronę Rosjan.

[103] Dżamal al-Din  (ros. Джамалудин) – syn Imama Szamila. Po klęsce w Achulgo, Imam oddał go jako zakładnika do Rosji.  W Petersburgu otrzymał on staranne wykształcenie i został oficerem w carskiej Armii. W latach 50. Powrócił w Góry na podstawie wymiany jeńców jednak nie potrafił się odnaleźć w nowej rzeczywistości.  Jego historia stała